Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Trzy oblicza Norwegii – Fiordy, Lofoty, Nordkapp, Wyprawa rowerowa do Norwegii 2006 > NORWEGIA


enzo enzo relacje z podróży

Zdjęcie NORWEGIA / brak / brak / Nordkapp1Odgłos nadjeżdżającego pociągu oznaczał, że już za kilka minut wsiądę do wagonu, zasuną się drzwi i wyruszę w moją pierwszą podróż. Na koniec usłyszałem jeszcze kilka ciepłych pożegnalnych słów od bliskich, którzy strasznie przeżywali ten wyjazd i pora było się zbierać. Przez kilka następnych godzin wsłuchiwałem się w stukot jadącego pociągu i wpatrywałem się w przesuwający się za oknem krajobraz. Jednocześnie próbowałem sobie wyobrazić jak to będzie. Jak przywita mnie Szwecja i jakie przygody szykuje dla mnie Norwegia. Znając Skandynawię ze zdjęć i z informacji, jakie udało mi się znaleźć, byłem bardzo podekscytowany myśląc o tym, co mnie tam czeka.
Wreszcie po dwóch przesiadkach i bieganiu z całym ekwipunkiem od jednego pociągu do drugiego dotarłem do Gdyni, skąd płynąłem do Karlskrony. Pozostało mi jeszcze znaleźć terminal promowy i po odprawie byłem już na pokładzie promu.

Siedząc na pokładzie zewnętrznym wpatrywałem się w zabudowania portowe i płożące się w oddali, u stóp wzniesienia miasto. Odbierałem jeszcze ostatnie telefony i sms-y od rodziny, znajomych, którzy cały czas nie dawali o sobie zapomnieć dodając mi otuchy. Wreszcie odgłos cicho do tej pory pracujących silników wzmógł się, a mozolnie, jakby trochę opieszale zaczął wypływać z portu. Wydobywający się z głośników głos kapitana poinformował, że właśnie obraliśmy kierunek na Szwecję. Gdynia powoli stawała się wspomnieniem. Doki i stocznia przesuwały się z wolna jakby chciały jak najdłużej skupić na sobie uwagę. Szkielety budowanych statków niczym statki widmo żegnały pasażerów stając się ostatnim obrazem, jaki zapada w pamięci. Jednak i one ostatecznie zniknęły. Zniknęła Gdynia gdzieś za horyzontem pochłonięta przez wody Bałtyku, a prom rozpruwając fale wypłynął na pełne morze. Zapadła noc, więc podróż szybko minęła. Gdy się rano obudziłem właśnie zbliżaliśmy się do wybrzeży Szwecji, o czym świadczyły charakterystyczne skalne wysepki porozrzucane wzdłuż brzegu, niczym pułapki zastawione na przypływające statki.




Powitanie, jakie zgotowała mi Skandynawia do gorących nie należało. Ciemne złowrogo wyglądające chmury, które grubą warstwą przykrywały niebo, sprawiały wrażenie, że zaraz zwalą się przybyszom na głowy. W przeciwieństwie do aury celnik uśmiechnął się i życzył miłego pobytu na terenie Szwecji. Sam do końca nie wiem, czy chciał wyrazić pewne uznanie na widok mojego roweru, który był obładowany jak wielbłąd w karawanie, czy też było w tym trochę ironii, ale przynajmniej on wysłał jakieś pozytywne fluidy.
Od tej pory rozpoczęło się moje pedałowanie przez Skandynawię, gdzie czeka mnie ponad 55000 km do przejechania. Szybko, więc zabrałem się do jazdy. Początkowo wykręcanie kolejnych kilometrów szło dosyć opornie. Po opuszczeniu Karlskrony i ruszeniu w głąb Szwecji wiatr jakby sprzemierzył się przeciwko mnie i chciał pokazać, że nie będzie to niedzielny spacerek. Ja jednak doskonale wiedziałem, na co się porywam i nastawiłem się wcześniej na różne niesprzyjające warunki, więc zaskoczony nie byłem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że trudy wyprawy czekają mnie w norweskich górach, na wybrzeżu i oczywiście na północy kontynentu.




Im dalej od wybrzeża tym droga co raz bardziej zmieniała swoje oblicze, pokazując od czasu do czasu pazurki. Stawała się pofalowana bardziej niż wody Bałtyku podczas rejsu do Karlskrony, a ja niczym łódeczka targana przez rozwścieczone fale znajdowałem się raz na dole, raz na górze. Najbardziej taki nierówny i szarpany rytm jazdy dawał się we znaki pierwszego dnia. Do połowy zaplanowanego dziennego limitu 125 kilometrów jechało się całkiem znośnie. Niestety w pewnym momencie do głosu zaczynało dochodzić zmęczenie wcześniejszą kilkugodzinną jazdą pociągiem i bieganiem z całym ekwipunkiem po schodach z jednego peronu na drugi. Jak się później okazało nie pozostało to zupełnie bez znaczenia i osłabiło mój organizm na samym początku. Nagle poczułem się jakby ktoś wyłączył mi zasilanie. Bardzo dziwne było to uczucie, bo zwyczajnie nie miałem żadnej mocy w nogach, które zrobiły się jak z waty. Co raz częściej się zatrzymywałem, a naciskanie na pedały przypominało syzyfową pracę, bo tempo jazdy i tak pozostawało opłakane. Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że jadąc niemal zasypiałem na rowerze. Okropnie się czułem tego pierwszego dnia wyprawy. Teraz mogę powiedzieć, że był to najgorszy dzień podczas całej 45 dniowej podróży, jeśli chodzi o jakieś objawy zmęczenia. Z trudem dociągnąłem tego dnia do 125 kilometrów, chociaż na sam koniec jechało mi się znacznie lepiej. Szybko znalazłem kawałek pola gdzie mogłem rozbić namiot. Jedyne, o czym wtedy marzyłem to zasnąć i wypocząć, aby być gotowym do dalszych rowerowych zmagań, bo zakończony dzień nie napawał optymizmem.




Na szczęści problemy z pierwszego dnia okazały się jednorazowym buntem organizmu, który nie spłatał mi więcej takiego figla. Jeszcze przez 2, 3 dni zdarzały się pojedyncze bóle w mięśniach czy stawach, ale w końcu nogi potrzebują też czasu żeby przystosować się do zwiększonego wysiłku. W każdym bądź razie więcej kondycyjnych problemów nie miałem, a o koszmarnym początku szybko udało mi się zapomnieć. Również aura postanowiła spuścić z tonu i obdarowała mnie piękną, słoneczna pogodą na dobrych kilka dni. Jadąc przez Szwecją miałem wrażenie przemierzania krainy wiecznego spokoju, sielanki, gdzie czas jakby zwalnia, a ludzie żyją własnym rytmem. Jedynie większe miasta, które spotykałem na drodze tylko od czasu do czasu, przypominały o pośpiechu i miejskim zgiełku. Na ogół jednak miałem przyjemność jechać w tej cudownej atmosferze niezakłóconej niczym ciszy i spokoju. Mieniące się różnymi barwami pola, czerwone, drewniane domy samotnie wśród nich tkwiące, zagrody ze zwierzętami i malownicze jeziorka dodające jeszcze smaczku do całej tej mieszanki. To jest Szwecja, którą ja miałem okazję poznać i która najbardziej utkwiła mi pamięci. Przed wyjazdem może nieco inaczej ją sobie wyobrażałem, ale na pewno nie byłem zawiedziony, a wręcz przeciwnie pozytywnie zaskoczony. Jazda rowerem w takiej scenerii jest czystą przyjemnością, a pokonywanie kolejnych kilometrów przychodzi jakby łatwiej i czas szybciej mija. Jednak żeby nie było tak pięknie i kolorowo to, co jest powszechnie wiadome, nie ma róży bez kolcy. W tym wypadku były nimi znienawidzone przeze mnie meszki. Chyba do końca życia będę już przeklinał te stworki, które zostały stworzone chyba tylko po to, aby zatruwać człowiekowi życie. Po przyjemnym dniu, wieczorami zawsze dawały o sobie znać, a raz przepuściły na mnie dosłownie zmasowany atak. Gdy rozkładałem namiot nic nie zapowiadało, że za chwilę pojawi się rozwścieczona chmara meszków. Z wielkim trudem przyszło mi schowanie całego ekwipunku do namiotu, a sam musiałem wskakiwać do środka niemal na szczupaka i czym prędzej zasunąłem wejście. Chcąc nie chcąc kilka tych latających bestii dostało się do namiotu, więc zaczęła się zabawa w kotka i myszkę. Poranek wyglądał podobnie. Składając w pośpiechu namiot nie starczało mi rąk żeby się od nich odganiać. Siadały dosłownie wszędzie i kąsały każdy nie zasłonięty skrawek ciała. Po tych zmaganiach na pamiątkę zostały mi na jakiś czas czerwone kropki na nogach i dozgonna nienawiść do meszków. Kolejny piękny, słoneczny dzień pozwolił mi jednak puścić w niepamięć to koszmarne zdarzenie i znów byłem pełen optymizmu i pozytywnej energii.




Drogi w Szwecji są bardzo dobrze oznakowane, a drogowskazy czytelne, więc nie miałem problemów z poruszaniem się po właściwej trasie. Nie zdarzyło mi się błądzić do czasu aż wjechałem do Trollhattan. W mieście jest duży most zapewniający przejazd na drugą stronę rzeki, po którym niestety nie mogą poruszać się rowerzyści. Poinformował mnie o tym przejeżdżający, jak na złość, patrol policji, gdy właśnie miałem zamiar wjechać na most. Policjant z brodą i w ciemnych okularach, niczym wyjęty z amerykańskich filmów, był na tyle uprzejmy, że wskazał mi inną drogę i … od tego momentu zaczęła się wielka włóczęga i błądzenie. Jeździłem w jedną i w drugą stronę robiąc w tym mieści ponad 25 kilometrów i tracąc czas, a mostu nie było i nie było. Wreszcie znalazłem jakiś mostek, który bardzie przypominał kładkę i przekroczyłem rzekę. Przynajmniej tak mi się wydawało. Moja radość nie trwała zbyt długo, bo jak się po chwili zorientowałem, znalazłem się na wyspie. Cała zabawa w poszukiwaniu przejścia zaczęła się więc od nowa. W końcu przedostałem się na drugi brzeg rzeki i wyjechałem z miasta. Kosztowało mnie to jednak sporo czasu i nerwów, a wszystko przez jeden patrol policji, który musiał być we właściwym miejscu i we właściwym czasie.
Przez Szwecję jechałem cztery dni i jak się później okazało był to dobry wybór, że rozpocząłem moją podróż w Karlskronie. Lekkie podjazdy i kilkaset kilometrów było dobrą zaprawą przed zdecydowanie bardziej wymagającym terenem w Norwegii. Gdybym poleciał samolotem z Warszawy do Oslo, jak miałem w planach, i niemal od razu wjechał w góry to zapewne spotkałyby mnie spore problemy żeby podołać trasie. A tak, rozgrzewka w Szwecji bardzo się przydała i mogłem ponadto poznać kawałek niezwykle malowniczego kraju.
Norwegia. Docelowy kraj mojej wyprawy, tak usilnie i z wielką niecierpliwością wyczekiwany przez te kilka dni, w końcu przyjął mnie w soje progi, które do skromnych nie należą. Właściwie to z wjazdem do Norwegii była dziwna sprawa. Gdybym nie spojrzał na mapę to nie zorientowałbym się nawet, że już przekroczyłem granicę. Jeżeli ktoś wypatruje budki, szlabanów, czy celników to niestety nic takiego nie dojrzy. Granica między Szwecją, a Norwegią jest dosłownie umowna i tego, co zwykle się z nią kojarzy po prostu nie ma.
W miarę jak przejeżdżałem kolejne kilometry teren stawał się co raz bardziej wymagający. Początkowo pojawiały się niewielkie wzniesienia, które stopniowo przeobrażały się w pagórki. Zanim wjechałem w góry minęło kilka dni, ale i tak podjazdy stawały się już dłuższe i bardziej strome. Jednym słowem krajobraz nabierał życia. Był bardziej urozmaicony, a na to przecież czekałem i z powodu pięknych widoków obrałem sobie za cel właśnie Norwegię. Przedsmak prawdziwej esencji norweskiego piękna, którą miałem jeszcze przed sobą, mogłem już poczuć podążając trasą numer 22 z Mysen do Lillestrom. Droga wiła się między malowniczymi, skalnymi wzniesieniami, przyklejona do zbocza góry.




Wspaniałej scenerii dopełniał piękny widok na jezioro Oyeren, który nieśmiało, raz po raz przedzierał się przez gęste korony drzew. Już wtedy miałem drobne problemy z zachowaniem ciągłe jazdy gdyż nie mogłem oprzeć się pokusie robienia zdjęć. Musiałem co kawałek zatrzymać się i pstryknąć fotkę, aby uwiecznić to co ukazywało się moim oczom, a każdy zakręt odkrywał przede mną coś nowego. Górzysty charakter Norwegii nie ułatwia budowanie dróg. Czasami sposób, w jaki są one poprowadzone przypomina wydzieranie naturze siłą każdego skrawka terenu, aby wcisnąć tam jakimś cudem drogę. Wielokrotnie trasa wiodła przez tunele wydrążone w skale, przebijając góry na wylot niczym precyzyjne pchnięcie szpadą. Niestety w niektórych tunelach jazda rowerem jest zabroniona, co nie raz pokrzyżowało mi wcześniejsze plany. Już na samym początku zablokowałem się kilka razy na takich zakazach. Przeważnie była możliwość objazdu jakąś starą drogą i wtedy nie sprawiało do kłopotu. Zabawa zaczynała się, gdy takiej alternatywnej trasy nie było. Wtedy poruszałem się bocznymi drogami, często nieasfaltowanymi, które prowadziły w znacznie trudniejszym terenie, ale jednocześnie o wiele bardzie malowniczym. Często jedynym moim towarzyszem e tych odludnych terenach był szemrzący gdzieś w dole strumyk, lub dumnie kroczące środkiem drogi owce z dużymi dzwonkami, które wydawały bardzo charakterystyczny dźwięk. Czasami taki pobrzdękiwania dało się słyszeć ze wszystkich stron, a owce niewidoczne urzędowały w zaroślach. Sprawiało to wrażenie jakby dźwięk ten wydobywał się spod ziemi.



Podążając drogą numer 7, która jest oznaczona jako trasa widokowa, rzeczywiście było czym nacieszyć oko. Początkowo droga prowadziła wzdłuż linii brzegowej malowniczego jeziora Kroderen, tuląc się do ścian skalnych, a następnie wkraczała w co raz wyższe partie gór. Tam krajobraz diametralnie się zmienił. Im wyżej tym roślinność stawała się bardziej uboga. W końcu dominującymi elementami krajobrazu były górskie jeziorka, mchy, porosty, a miejscami pojedyncze, karłowate drzewka kurczowo trzymające się skał. W takiej właśnie scenerii Norwegowie stawiają swoje domki letniskowe, które raz po raz można dostrzec na zboczach gór. Przyroda odgrywa w ich życiu bardzo ważną rolę i wyznają oni zasadę, że im mniej ludzi tym lepiej. W związku z tym najlepszym miejscem na postawieniem daczy jest dla nich właśnie tak odludny i surowy krajobraz.



Po dość mozolnej wspinaczce dojechałem do Haugastol, skąd rozpoczyna się szlak rowerowy Rallarvegen prowadzący do miejscowości Flam, która usytuowana jest tuż nad fiordem. Nie bez kozery trasa ta nosi miano najpopularniejszego szlaku rowerowego w Norwegii. Przeprawa przez góry 80 kilometrowym szlakiem jest prawdziwą przygodą i dostarcza niesamowitych wrażeń, którymi spokojnie można by obdzielić kilka osób. Przemierzając trasę Rallarvegen miałem możliwość obcowania i upajania się pięknem nietkniętej ludzką ręką przyrody. W takich miejscach można naprawdę zrozumieć, że jeżeli człowiek nie wchodzi w drogę matce naturze to potrafi ona tworzyć prawdziwe cuda. Ja momentami byłem pod tak dużym wrażeniem, że stawałem jak wryty i nie potrafiłem wyjść z podziwu dla widoków, które mnie otaczały. Najwspanialsze w tym wszystkim jest niesamowita zmiana krajobrazu, którą można zaobserwować podążając tym szlakiem. Początkowo na wysokości ponad 1000 metrów wysokogórska sceneria zachwycała swą surowością. Niewielkie białe plamki przeradzały się stopniowo w co raz większe płaty zalegającego śniegu, aż w końcu po lewej stronie ukazała się czapa lodowca, która towarzyszyła mi przez większość trasy. Na drodze wijącej się po zboczu gór kilkakrotnie zalegały zaspy śniegu. Przepchnięcie przez nie obładowanego roweru przysparzało mi sporych trudności gdyż często grzęzłem po kolana i musiałem uważać żeby się nie ześlizgnąć z urwiska. Pogoda była słoneczna, więc śmiesznie to wyglądało gdy brnąłem w śniegu w krótkich spodenkach bez koszulki. W miarę jak ilość metrów nad poziomem morza zmniejszała się zaczynało pojawiać się więcej roślinności. Przez skały sączyła się woda z topniejącego w wyższych partiach gór śniegu, która czasami tworzyła niewielkie wodospady, a czasami spływała cieniutkimi niteczkami. Im bliżej Flam tym wszystko wokół bardziej raziło soczystą zielenią. Skalne zbocza gór były porośnięte drzewami i krzewami, a miejscami żłobiły je wodospady, które nabrały już impetu. Spływające strużki wody przeobraziły się w prawdziwy żywioł gotowy zniszczyć wszystko na swojej drodze. Tworzyło to zapierającą dech w piersiach scenerię żywcem wyjętą z książek przygodowych. W pewnym momencie poczułem się zbyt pewnie przeceniając swoje możliwości. Tuż za skrętem do Myrdal, gdy kamienista i strasznie nierówna droga schodzi agrafkami w dół doliny, a nachylenie sięga kilkunastu procent wypadłem z trasy i stoczyłem się razem z rowerem kilka metrów po zboczu. Nie wiem jakim cudem się zatrzymałem, ale pierwsza myśl, jaka przeszła mi po głowie, to, że moja wyprawa właśnie dobiegł końca. Na szczęście tylko trochę się poobdzierałem, a wydostać się z powrotem na szlak pomógł mi zjeżdżający akurat kładem chłopak. Miał długą przyczepkę, więc zwiózł mnie na dół z rowerem, bo nawaliły mi hamulce. Jakoś dałem radę przywrócić mojego rumaka do stanu używalności i ruszyłem dalej.






Flam to miejscowość podobna do wielu innych miasteczek usytuowanych nad brzegami fiordów, przez które miałem przyjemność przejeżdżać, lub, do których przypływałem promami. Zakleszczona między wodą mieniącą się lazurową barwą, a niemal pionowymi zboczami gór przypomina okruch tkwiący w uścisku gigantycznej dłoni. Tutaj jedyny raz podczas trwania wyprawy skorzystałem z autobusu, który zawiózł mnie do oddalonego o 20 kilometrów Gudvangen. Niestety dwa długie tunele niedostępna dla rowerzystów nie dały mi innego wyboru, a właściwie była to najtańsza opcja.






Gdy dotarłem do najdłuższego fiordu Norwegii Wielki Sogne nie okazał się zbyt gościnny. Przywitał mnie obfitym deszczem, a szczyty gór okrywała gruba kołderka chmur wprowadzająca ponurą i senną atmosferę. Wszystko dookoła jakby zaspane leniwie budziło się do życia. Od tego momentu rozpoczęła się jazda przez góry, które raz po raz raczyły mnie stromymi, kilkugodzinnymi podjazdami. Droga wtedy wiła się po zboczu góry otulając ją niczym łańcuch na choince i pięła się co raz wyżej jakby miała zaraz sięgnąć nieba. Czasami miałem wrażenie, że wyżej już się nie da, bo zwyczajnie brakowało góry, jednak wtedy za zakrętem droga przeskakiwała na kolejne wzniesienie i mozolne wydzierania każdego metra trwało nadal. Było to strasznie wyczerpujące szczególnie pod względem psychicznym. Zawsze jednak pocieszałem się, że w końcu droga musi opaść do 0 m n.p.m, gdyż przeważnie, gdy miałem podjazd zmierzałem do miasteczka położonego tuż nad fiordem. Zjazdy do nich były niesamowite. Podczas jazdy 50, 60, a nawet 70 km/h zapominałem o całym trudzie włożonym w podjeżdżanie i miałem wielką frajdę, jakbym był w wesołym miasteczku. Przemierzając krainę fiordów, jak nazywana jest zachodnia Norwegia gdzie są one najokazalsze, poruszałem się drogami, które prowadzą wzdłuż brzegów tych głęboko wcinających się w ląd zatok. Od czasu do czasu trasa przedzierała się przez góry, aby doprowadzić mnie do kolejnego fiordu. Gdy dotarłem do Hellesylt czekała mnie dłuższa niż zwykle przeprawa promowa do Geiranger, która zapowiadała się bardzo ciekawie. Rejs po esowatym Geirangerfiordzie to prawdziwa podróż do krainy wodospadów. Właściwie co kawałek podziwiałem ich warkocze spływające z poszarpanych ścian skalnych. Zaskakujące dla mnie były stare farmy przycupnięte na zboczach gór. Chatki sprawiały wrażenie i aż ogarniało mnie zdziwienie, że jeszcze nie pospadały. Wzdłuż jest ich kilka, a podczas rejsu są doskonale widoczne. Na wodach fiordu można było dostrzec kilka pontonów z turystami, którzy rządni prawdziwego połowu okazałych ryb, jak głosiły hasła reklamowe w porcie. Chwilę wcześniej widziałem jak dumnie kroczyli w Hellesylt całą armadą „uzbrojeni” po zęby. Miele chyba cały możliwy sprzęt, nawet ten, który w ogóle się im nie przydał. Ubrani oczywiście jak na prawdziwych wędkarzy przystało, każdy element stroju dopasowany kolorystycznie. Wszystko tak dopieszczone jakby dopiero co wyszli z jakiegoś domu mody i jakby od tego miał zależeć udany połów. Ostatecznie nie mogli przecież wyjść na zdjęciu gorzej od złowionej taaakiej ryby.



Rejs powoli dobiegał końca i musiałem oswoić się z myślą, że za chwilę przyjdzie mi się wspinać. Spoglądając jeszcze z pokładu promu na „agrafkowatą” drogę pnącą się po pionowej ścianie byłem pod wrażeniem. Wyglądała imponująco. Jak się później okazało imponująco też dała mi w kość. Porządnie trzeba było się napracować podczas wjeżdżania zakosami „Ornevegen”, czyli „Szlaku Orlich Gniazd”. Taką nazwę nosi ten początkowy odcinek „Złotego Szlaku” prowadzącego z Geiranger do Trollstigen, który wtedy rozpocząłem. Kilkanaście 180 stopniowych zakrętów zaprowadziło mnie na górę, z której roztaczał się wprawiający w osłupienie widok na ściśnięty między pionowymi ścianami Geirangerfiord oraz na spoczywające na brzegu, u podnóża gór miasteczko. Spoglądając w dół na drogę, którą właśnie pokonałem z dumą mogłem powiedzieć, że odwaliłem kawał dobrej roboty.
Po przemierzeniu doliny Valldal. Gdzie liczne uprawy truskawek wypełniają powietrze wspaniałym zapachem świeżych owoców i przeprawie przez góry ukazała się tablica z napisem „Trollstigen”. „Droga Trolli” to niemal symbol Norwegii i nie ma się co dziwić, bo z góry wygląda imponująco, prawdziwe dzieło sztuki. Oplatając górę droga wije się niesamowitymi zawijasami. Ja wjeżdżałem tu od południa, więc nie miałem przyjemności zmierzyć się ze słynnymi serpentynami. Zjechałem tylko po tej „Drabinie Trolli” prosto do Andalsnes. Tak właściwie zakończyła się moja przygoda ze słynnymi fiordami. Od tej pory góry nieco zmalały, a podjazdy, mimo, że nie raz strome nie były już tak długie. Zdarzało się jednak, że czasami jeszcze mnie zaskakiwały jakby dawały znać, że będą mi towarzyszyć i urozmaicać jazdę już do końca, w końcu Norwegia to kraj górzysty.



Gdy zbliżałem się do wybrzeża wiejący od otwartego morza wiatr zaczął dawać o sobie znać. Od czasu do czasu silny powiew sprawiał wrażenie, jakbym wpadł na niewidzialną ścianę. Natomiast wiejący z boku wiatr za wszelką cenę chciał mnie zepchnąć do rowu, co prawie się mu udało, bo z trudem utrzymywałem równowagę. Chcąc nie chcąc powoli musiałem przywyknąć do takich warunków gdyż w perspektywie miałem kilkaset kilometrów do przejechania właśnie wzdłuż wybrzeża. Zaczynało się od „Drogi Atlantyckiej”. Trasa ma zaledwie 8 kilometrów, ale jest wspaniale usytuowana między rozsianymi wysepkami, wtóre spina 8 mostów. Roztacza się z niej imponujący widok na poszarpane, skaliste wybrzeże. Jadąc „Drogą Atlantycką” miałem wrażenie żeglowania wśród morskich fal. Mogłem puścić wodze fantazji i wyobrażać sobie jak dawniej statki przemierzały ten niebezpieczny region, w każdej chwili narażone na roztrzaskanie o wystające z morza skały.



Po przeprawie promowej do Kristiansund rozpocząłem tak zwane „Island Hooping”, czyli skakanie po wyspach. Oznaczało to czasami 2, 3 rejsy dziennie. Najbardziej porozcinana przeprawami promowymi była droga numer 17, zwana „Szlakiem Wybrzeża”. Podążałem nim na północ ponad 500 kilometrów, cały czas wzdłuż wybrzeża. Po wkroczeniu na tą trasę mój rozkład dnia był uzależniony od rozkładu rejsów promów. Zdarzało się, że moje plany były przez to trochę pokrzyżowane, ale przeważnie udawało mi się jakoś dopasować. „Szlak Wybrzeża” to niezwykle malownicza trasa i o wiele bardziej urokliwa niż alternatywna E 6 biegnąca wzdłuż granicy ze Szwecją. Z drogi roztacza się widok na charakterystyczne skalne wysepki, którymi usiane jest wybrzeże oraz interesujące formacje skalne przypominające poduszki lub dobrze wyrośnięte bochny chleba. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie to, że przez 4 dni musiałem zmagać się z deszczem, który padał niemal bez przerwy. Czasami ołowiane, złowrogo wyglądające chmury przesuwały się tuż nad moją głową, a szczyty gór skrywały się pod grubą warstwą mgły. W takich chwilach, podobnie jak uśpiony dookoła świat powoli i opieszale wyłaniający się spod pierzyny mgieł i chmur, ja również najchętniej nie wychodziłbym ze śpiwora przez cały dzień. Na taki luksus nie mogłem sobie jednak pozwolić. Jazda w tak niesprzyjających warunkach jest nie do zniesienia tylko na samym początku. Później można przywyknąć nawet do przemoczonych butów, w których chlupie z każdym naciśnięciem na pedały i które każdego ranka trzeba założyć. Z czasem obojętniałem na padający deszcz i tylko wlepiałem otępiały wzrok w przesuwający się pod kołami asfalt. Jechałem byle odfajkować zaplanowany dystans, zamknąć się w namiocie i zapomnieć o całym dniu. Pod koniec stwierdziłem, że trasa powinna zmienić nazwę na „Mokra Siedemnastka”, co w pełni oddawałoby jej prawdziwe oblicze.



Do Bodo przyjechałem w samą porę, gdyż za pół godziny odpływał prom na Lofoty. Idealnie się wszystko ułożyło, bo nie wiadomo ile czasu przyszłoby mi czekać na następny rejs. Wypływając z portu prom przedzierał się przez gąszcz skalistych wysp i wysepek, którymi przyprószona jest linia brzegowa. Do tej pory mogłem podziwiać je z lądu, a z bliska wyglądały po prostu cudnie. Im dalej od brzegu tym wysepek przybywało i dopiero wtedy było widać jak rozsypują się na morze. Gdy zbliżałem się do celu mogłem podziwiać niesamowitą panoramę przedstawiającą ciąg gór wystających z morza niczym iglice, obmywanych i pieszczonych przez białe grzywy fal. Takie właśnie są Lofoty. Z daleka wyglądały na całkowicie niezamieszkałe, dopiero z bliska można było dostrzec skupiska domków jakimś cudem wciśnięte między skały, a wodę. Od razu widać, że na tych wyspach natura dyktuje warunki, a człowiek, jeśli chce się tu osiedlić musi respektować jej warunki i się podporządkować. Po 3,5 godzinach rejsu dotarłem do Moskenes gdzie rozpoczęła się moja przygoda z Lofotami. Gdy opuściłem prom moje nozdrza natychmiast wypełniły się przyjemnym zapachem świeżych ryb, co świadczyło o zajęci tutejszej ludności. Lofoty od samego początku urzekły mnie swoim pięknem. Mają w sobie coś, czego brakuje nawet słynnym fiordom. Mają magię, która uderza wraz z postawienie na nich stopy. Przyznaję, że przez chwilę stałem jak wryty wlepiając wzrok w urzekający krajobraz i minęło trochę czasu zanim zebrałem się do jazdy. Tutejsze wioski też mają swój niepowtarzalny klimat, którego próżno szukać na kontynencie. Żyją własnym rytmem uzależnionym od tego, co przyniesie morze. Przy drodze często widywałem rozwieszone płaty suszących się ryb wystawionych na tutejsze powietrze, które nadaje im specyficzny aromat. Na Lofotach szczęści się do mnie uśmiechnęło i pogoda poprawiła się. Prawie bezchmurne niebo zachwycało swą głębią błękitu i tylko daleko na horyzoncie można było dostrzec pojedyncze, zabłąkane obłoczki. Słońce zalewające swymi promieniami wszystko dookoła sprawiało, że barwy przyrody nabierały życia. Przemierzając kolejne kilometry starałem się uchwycić jak najwięcej z tego, co mnie otaczało i nie chciałem, aby cokolwiek mi umknęło. Pragnąłem nacieszyć oko niepowtarzalny krajobrazem, jaki cechuje te wyspy. Tymi górami porośniętymi soczyście zieloną roślinnością, skalistymi zatoczkami i wysepkami, które składają się na malowniczą i przecudnie rozwiniętą linię brzegową. Przez dwa dni, które spędziłem na Lofotach przemierzyłem pięć wysp stanowiących rdzeń archipelagu. Pospinane mostami, a nawet tunelem pod dnem cieśniny właściwie trudno odróżnić. Tylko, gdy spoglądałem na mapę mogłem się zorientować, że właśnie przeskoczyłem na kolejną wyspę.



Płynąc z Fiskebol do Melbu przedostałem się na archipelag Vesteralen, który zdecydowanie różni się od swojego sąsiada, pomimo, że stanowią jeden ciąg wysp. Podczas gdy na Lofotach przyroda odgrywała pierwsze skrzypce i z trudem znalazłem miejsce na rozbicie namiotu wśród skał i podmokłych łąk, to na wyspach Vesteralen człowiek jakby okiełznał naturę. Po obu stronach drogi, którą podążałem rozpościerały się tereny rolnicze, a miasta były o wiele bardziej rozbudowane. Góry spadały nieco na drugi plan, ale uroku im nie brakowało. Po powrocie na kontynent w głowie miałem już tylko ostatni cel mojej podróży – Nordkapp. Miał on stanowić niejako zwieńczenie włożonego włożonego w tą podróż trudu, więc ogarniało mnie co raz większe zniecierpliwienie i podekscytowanie. Dopiero kilkaset kilometrów za granicą koła podbiegunowego zrobiło się na tyle chłodno, że musiałem jechać w czapce. Również otaczająca mnie sceneria przypominała tą charakterystyczną dla dalekiej północy. Bezkresna pustka, odludne tereny, a ziemia pokryta dywanem mchów i porostów z pojedynczymi karłowatymi drzewkami. Na postojach ustawione były jurty, w których ludzie północy, czyli Samowie, ubrani w niezwykle barwne stroje ludowe sprzedawali poroża, a także wyroby ze skór i kości reniferów. Takie klimaty towarzyszyły mi już właściwie do samego końca.
Gdy skręciłem na ostatnią prostą prowadzącą na Nordkapp cały czas spoglądałem na licznik odliczając kilometry, które mi pozostały. Im dalej na północ, tym co raz częściej widywałem grupki reniferów. Pasły się na zboczach to z jednej to z drugiej strony drogi lub kroczyły dumnie swoim charakterystycznym chodem. Wyglądały trochę jakby miały lekki problem z utrzymaniem swojego wielkiego, wspaniałego poroża w równowadze, balansując łbem podczas biegu. Właściwie to wszyscy, którzy tędy podróżują są na ich terytorium. Daleka północ to kraina reniferów. To one są tu gospodarzami, mogą chodzić jak chcą i gdzie chcą. Mogłem się o tym przekonać, gdy grupka renów dreptała sobie środkiem drogi jak gdyby nigdy nic, a samochody czekały w kolejce i nikt nie użył klaksonu. Tutaj mają do tego prawo i dobrze, że ludzie to respektują.



Krajobraz północnej Norwegii zachwycał mnie co raz bardziej z każdym przejechanym kilometrem. Uboga szata roślinna, od czasu do czasu pojawiały się powyginane pod naporem wiatru drzewka, skaliste zbocza gór przykryte warstwą płożących się roślinek o różnych barwach i wreszcie niesamowite formacje skalne wyglądające jakby powstały z nałożenia na siebie wielu warstw płyt. Za każdym zakrętem i za każdym wzniesieniem kryła się kolejna dawka nienaruszonego piękna. Dość niezwykłym doświadczeniem była dla mnie jazda 7 kilometrowym tunelem pod dnem cieśniny, który łączy wyspę Mageroy z kontynentem. Na początek 3 kilometry szybkiego zjazdu, a następnie tak samo długi podjazd. Ogromne wentylatory wydawały przeraźliwy warkot i gdy mknąłem w dół miałem wrażenie, że za chwilę obok mnie przejedzie ogromna ciężarówka. Na początku dałem się na to nabrać. Na podjeździe, pomimo, że było zimno musiałem jechać w krótkim rękawie, bo inaczej bym się ugotował, a i tak wyjechałem na powierzchnię mokry jak szczur. Zgrzałem się, że aż się ze mnie „dymiło”.



Ostatnim skrawkiem cywilizacji podczas podróży na Nordkapp jest miasto Honningsvag. Później właściwie nie ma już nic poza pojedynczymi kempingami. Około 20 kilometrów przed Przylądkiem północnym rozpocząłem ostatnią wspinaczkę drogą, która prowadziła do głównego celu mojej wyprawy. Zaczęło się od podjazdu 9 %. Na górze wkroczyłem w kompletnie inny świat. Spowity mgłą, zroszony mżawką, a temperatura wynosiła niewiele ponad 0 stopni. Po 10 kilometrów droga jeszcze raz ostro ruszyła do góry. Pięła się co raz wyżej i wyżej dosłownie przyklejona do zbocza góry. Powoli przemieszczając się na przód obserwowałem jak otaczający mnie świat wyłania się kawałek po kawałku z gęstniejącej z minuty na minutę mgły. Jechało się naprawdę ciężko. Mając tego dnia za sobą prawie 150 kilometrów, momentami przypominało to drogę przez mękę. W takich chwilach miałem ochotę skopać rower i rzucić go w cholerę. Jednak to były ostatnie kilometry, więc mobilizowałem się na wszystkie możliwe sposoby. Jechałem od zakrętu do zakrętu. A każde spojrzenie na licznik frustrowało co raz bardziej. W końcu podjazd się skończył. Kawałek prostej drogi. Mocniej zacząłem naciskać na pedały. Jakby natychmiast przybyło mi sił. W głowie miałem już tylko jedną myśl – dojechać na ten cholerny Nordkapp i niech się to wszystko skończy. Jednak nie. Kolejny podjazd, krótka prosta i następny. Przypominało to znęcanie się nad konającym. Cały czas miałem nadzieję, że to już ostatnie wzniesienie, a tymczasem wyłaniały się kolejne. Scenerię, w której jechałem trudno opisać słowami. Nie wystarczy opisać ją mianem pustki. Trzeba tu być i poczuć tą jedyną w swoim rodzaju atmosferę. O ile wcześniej można było mówić o odludziu i nicości, to w tym przypadku nawet te określenia nie są w stanie oddać tutejszego klimatu. Miałem wrażenie jakbym zmierzał do miejsca, z którego nie ma już powrotu.



Zza mgły wyłonił się znak. Początkowo niewyraźny, ale wreszcie był. Niebieska tablica z napisem Nordkapp oznaczała, że cel mojej wyprawy został osiągnięty. Po 30 dniach jazdy w upale, deszczu i zimnie, po przemierzeniu ponad 3800 kilometrów przez całą niemal Norwegię dotarcie do północnego krańca kontynentu było ukoronowaniem moich zmagań. Pomimo, że wielu ludzi dojeżdża na Nordkapp dla mnie było to ogromne wyróżnienie, że mogłem tam być, wielka satysfakcja i spełnienie marzenia z dzieciństwa. Byłem naprawdę zmęczony i zmarznięty, ale w tamtej chwili byłem również najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ludzie docierają na przylądek przeważnie samochodami czy autokarami, których po drodze mijałem całe mnóstwo. Jednak jedynie ten, kto po wielu dniach trudu włożonego w podróż dojedzie tu rowerem, czy jak pewien czech na hulajnodze, może odczuć prawdziwy smak Nordkappu. Wtedy dotarcie do tego punktu napełnia człowieka wielką dumą. Nie zrozumie tego ten, kto nie zmagał się przez kilka tysięcy kilometrów ze zmiennymi warunkami atmosferycznymi i nie ma w nogach wielu podjazdów, który trzeba pokonać. Nie oznacza to, że trzeba tu przyjechać rowerem. Każdy, kto tu dotrze, nie ważne w jaki sposób, ma niezaprzeczalne prawo do pochwalenia się, że był na północny krańcu europy. Będzie to jednak miało nieco inny wymiar.
Po przejechaniu przez bramki, gdzie rowerzyści nie ponoszą żadnej opłaty normalnie wynoszącej 195 koron, starczyło mi jedynie sił na podjechanie do słynnego globusa. Później znalazłem kawałek miejsca nadającego się na rozbicie namiotu, a mgła, wiatr i 3 stopnie zimna bardzo szybko mnie znużyły. Po założeniu wszystkich ubrań i zasunięciu się w śpiworze zasnąłem jak dziecko. Cały następny dzień spędziłem na Nordkappie i jak się okazało był to dobry wybór. W pewnym momencie gęstą jak mleko mgłę gdzieś przewiało, a to, co ukazało się moim oczom przeszło wszystkie dotychczasowe wyobrażenia. Jak na dłoni było widać cypel Knivskjellodden, który w rzeczywistości jest najdalej na północ wysuniętym punktem Europy. Leży około 1,5 kilometra dalej. Stanąłem na skraju skalnego klifu i spojrzałem na rozbijające się o poszarpane skały fale 300 metrów niżej. Czułem się jakby dotarł na koniec świata przed sobą miałem tylko przepaść i bezmiar wody rozlewającej się aż po dalekie regiony arktyczne. Ktoś kiedyś powiedział, pewnie trochę złośliwie, że na Nordkappie nie ma nic oprócz budki z pamiątkami i globusa. W rzeczywistości jest w tym trochę prawdy, ale chyba jednak tak właśnie ma być. Dzięki temu można poczuć tą niezwykłą atmosferę odosobnienia i oderwania od cywilizacji. To jest to, co przyciąga tu ludzi. Nie globus, nie pamiątki, tylko chęć poczucia klimatu miejsca, z którego nie można już pójść dalej. Miejsca gdzie nie ma właśnie nic oprócz krańca kontynentu europejskiego w postaci skalnego urwiska.



W końcu zimno mnie zmogło i zajrzałem na chwilę do centrum żeby się ogrzać. Gdy wyszedłem po 20 minutach wszystko wokół znów przykrywała powłoka mgły, tak gęstej, że z drogi ledwo mogłem dojrzeć swój namiot. To pokazuje jak nieobliczalne jest to miejsce. Trzeba wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, aby coś zobaczyć, bo więcej może się ona nie powtórzyć.
Mój pożegnalny poranek z Nordkappem nie należał do najprzyjemniejszych. Wiatr znęcał się nad namiotem jak tylko mógł trzęsąc nim na wszystkie strony jakby chciał go wyrwać razem z cieniutką warstwą ziemi i mchów, do której był przytwierdzony. Dostawałem gęsiej skórki zarówno z zimna jak i na myśl o tym, że za chwilę będę musiał opuścić namiot i poskładać go w tych warunkach. Powoli odsuwałem zamki przy wyjściu z namiotu i najchętniej przeciągałbym tą chwilę w nieskończoność. Jakoś się jednak przemogłem, zapakowałem wszystko na rower i ruszyłem w drogę pozostawiając Nordkapp za plecami, a zabierając ze sobą bagaż wspomnień. Przed sobą miałem już tylko powrót do domu, czyli około 2000 kilometrów do przejechania.



Skandynawia postanowiła bardzo ciepło się ze mną pożegnać, fundując mi dwa tygodnie słonecznej pogody. Pod koniec nabrałem nawet opalenizny jakbym wracał z zupełnie innych szerokości geograficznych. W miarę jak zjeżdżałem co raz bardziej na południe białe noce stawały się szare, aż wszystko wróciło do normy i w końcu zasypiałem w ciemnościach. Muszę jednak przyznać, że zachodzące słońce w środku nocy jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. Największe zmiany zachodziły jednak w otaczającym mnie krajobrazie. W dalszym ciągu jechałem w bardzo odludnym terenie jednak na brak roślinności narzekać już zdecydowanie nie mogłem jeszcze na terenie Norwegii rozpoczęły się lasy, przez które pedałowałem jeszcze w Finlandii i na północy Szwecji. W sumie na przestrzeni kilkuset kilometrów jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozpościerało się morze drzew. Czasami odległości między miasteczkami sięgały ponad stu kilometrów. Z dala od cywilizacji jechało mi się bardzo przyjemnie. Zmieniło się to, gdy rozpoczęła się europejska trasa E4, a wraz z nią wręcz koszmarne warunki dla rowerzysty. Tutaj dla odmian przez kilkaset kilometrów towarzyszył mi sznur samochodów, spaliny i ogłuszający hałas. Czasami jeszcze wieczorem, gdy kładłem się spać dzwoniło mi w uszach. Na drodze co raz częściej zaczęło pojawiać się duże miasta i autostrady, które stawały się po prostu zmorą. Starałem się tym nie przejmować gdyż była to już tylko droga powrotna. Jedyne, o czym już wtedy myślałem to aby dojechać do Nynashamn zgodnie z planem. Jednak jest to prawda, że do domu ciągnie. Od czasu wyruszenia z Nordkappu dystans, jaki przejeżdżałem każdego dnia skoczył do góry o kilkadziesiąt kilometrów. Kiedy ma się poczucie, że pozostał już tylko powrót do najbliższych człowiek jakby dostawał skrzydeł. Czym bliżej finiszy tym mniej odczuwałem monotonię jazdy. Głowę miałem zaprzątniętą tym, co będzie się działo, gdy moja podróż całkowicie dobiegnie końca i wysiądę z pociągu w moim mieście.



Sporo musiałem się nakombinować, aby ominąć Sztokholm wraz z całą siecią autostrad i bocznymi drogami dojechać do Nynashamn. Nadspodziewanie sprawnie mi to jednak poszło, aż sam byłem zdziwiony. Ostatecznie dojechałem do celu nawet o jeden dzień wcześniej niż planowałem. Gdy przekroczyłem granice Nynashamn ogarnęło mnie wzruszenie i to nie mniejsze niż po dotarciu na Nordkapp. Trudno mi właściwie stwierdzić czy to z radości, że pojutrze będę już w domu, czy też była w tym odrobina żalu, że moja wyprawa dobiegała końca. Zapewne jedno i drugie było tego przyczyną. Świadomość, że niedługo zobaczy się bliskich zawsze cieszy, jednak jednocześnie pierwsza moja podróż powoli przechodziła do przeszłości. Pozostaną na szczęście wspomnienia, zdjęcia i zapiski, które robiłem każdego dnia. Pozwolą one zapewne za jakiś czas odtworzyć w pamięci to, co przeżyłem i emocje, jakie mi towarzyszyły. Następnego dnia o 18.00 byłem już na pokładzie promu. Odgłos pracujących silników wskazywał na to, że już za chwilę statek ruszy z miejsca i obierze kurs na Gdańsk. Dziwnie się wtedy czułem i właściwie nie potrafią opisać tego uczucia. Przechadzałem się po pokładzie promu z głową w chmurach, nie reagując kompletnie na tłum ludzi wokół mnie. Przeglądałem jeszcze zapiski i zdjęcia przypominając sobie od początku całą wyprawę. Przywoływałem po kolei każdy dzień. Gdy było już po wszystkim inaczej spoglądałem na jazdę w deszczu. Przemoczone ubrania czy ciężkie podjazdy. Odczuwałem satysfakcję, że starczyło mi silnej woli i przezwyciężyłem trudności, z jakimi musiałem się zmagać. Wtedy nie było za wesoło, ale siedząc w wygodnym fotelu i płynąc do domu miło było to wspominać, nawet z lekkim uśmiechem.





Artur Lorenc
www.enzo-zone.ovh.org

Zdjęcia

NORWEGIA / brak / brak / Nordkapp1NORWEGIA / brak / brak / Nordkapp2NORWEGIA / brak / brak / Nordkapp3NORWEGIA / brak / brak / Szlak roweroey Rallarvegen2NORWEGIA / brak / brak / Szlak rowerowy Rallarvegen1NORWEGIA / szlak rowerowy Rallarvegen / brak / Szlak rowerowy Rallarvegen3NORWEGIA / brak / brak / Widok na miasto GeirangerNORWEGIA / brak / brak / Wodospad NORWEGIA / brak / brak / Wybrzeże LofotówNORWEGIA / brak / brak / Wybrzeże LofotówNORWEGIA / brak / brak / Wybrzeże Vesteralen

Dodane komentarze

northway dołączył
05.11.2003

northway 2006-10-09 09:36:12

Niesamowita wytrwałość!!!

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2015 Globtroter.pl