Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Szkocja - od Edynburga po Hebrydy Zewnętrzne > SZKOCJA


iwmich iwmich relacje z podróży

Zdjęcie SZKOCJA / Grampiany / Roy Bridge / cmentarzykOpis wyprawy czterech bab w lipcu 2006 trasą: Glasgow – Inverness – Ullapool – Handa Island – Lewis/Harris – Isle of Skye – Eileen Donan Castle – Spean Bridge/Roy Bridge/stodoła – Fort William/Ben Nevis – Glencoe – Loch Lomond – Edynburg – Falkirk! – Glasgow

12 lipca. Przylatujemy do Glasgow zgodnie z rozkładem. Dostajemy bilet na nasz darmowy pociąg. Ale najpierw musimy dojechać do miasta kolejką, która jedzie chyba ze 45 minut. Bo Prestwick Airport, jak się okazuje, wcale nie leży w Glasgow. Lądujemy na uroczej, drewnianej stacji Glasgow Central, ale okazuje się, że nasz pociąg odchodzi z Queen Street. Na szczęście to blisko, koło centralnego placu z kolumną Waltera Scotta i mnóstwem pomników. Jedziemy tym pociągiem, oglądając po drodze piękne stare miasteczka, mnóstwo królików oraz niemal równie tyle sklepów Tesco – niektóre całkiem małe. Pogoda sympatyczna – trochę wieje, ale w porównaniu z 32 stopniami w Polsce tutejsze 18 czy 20 to miła odmiana. Dziewczyna sprzedająca batony i napoje w pociągu okazuje się Polką. W Glasgow także było ich mnóstwo; będą i w Inverness. Dojeżdżamy tam o 19.35 i udajemy się na poszukiwanie schroniska, które leży bardzo blisko dworca. Jest to schronisko Backpackers, organizacji konkurencyjnej do Youth Hostels. Całkiem niezłe. Mamy pokój dla siebie. Tylko w kuchni tłok, panoszą się Włosi. Wieczorem spacer. Inverness okazuje się mniej brzydkie, niż piszą w przewodnikach. Z mojego poprzedniego pobytu w mieście, przed 11 laty, nie pamiętam praktycznie nic. Zamek jest kiczowaty, ale ładnie wychodzi na zdjęciu. Katedra i kościoły ładne. W katolickim na gazetce wywieszka, że msza po polsku w najbliższą niedzielę odwołana.

Następnego dnia penetrujemy miasto bardziej szczegółowo. Zahaczamy też o księgarnię – widzę kilka książek dla siebie, ale na razie nie kupuję, żeby nie dźwigać; poza tym nie wiem, czy wystarczy mi funduszy. Wczesnym popołudniem wsiadamy w autobus do Ullapool. W międzyczasie okazało się, że prom na Lewisa nie pływa w niedziele, co oznacza, że trzeba spróbować domówić jeszcze jeden nocleg w Ullapool. Na szczęście nie mamy porobionych rezerwacji na samym Lewisie, a to właśnie dlatego, że nie było miejsc z niedzieli na poniedziałek. Trudno się dziwić, skoro w niedzielę kończy się festiwal, na którym występowali m.in. Hothouse Flowers (!) To będzie pierwsza rzecz, na którą się haniebnie spóźnimy o jeden dzień. Ania mnie pociesza, że na pewno bilety były drogie.

Jedziemy tym autobusem i cieszymy oczy sympatycznymi widoczkami. Docieramy do Ullapool około 15. Schronisko widoczne już z autobusu, bliziutko. Można domówić nocleg. Zamawiamy też jeden z Rowardennan nad Loch Lomond, gdzie miałyśmy lukę. Dogania nas Asia, koleżanka Ani, która pracuje w Anglii i postanowiła dołączyć do nas na weekend. Jesteśmy w większym, 8-osobowym pokoju. Z nami niesympatyczne laski, mówiące w dziwnym języku. Asia twierdzi, że klną po hiszpańsku. Ja zaczynam popadać w jeszcze większe kompleksy niż te, które miałam dotychczas. Czyżbym już nie rozpoznawała języka, któremu poświęciłam pięć lat studiów?

Wieczorem spacer po miasteczku i piwo. Następnego dnia wyprawa na wyspę Handa. Autobus kosztuje 9 funtów (zdzierstwo!); w dodatku wraca o znacznie wcześniejszej godzinie, niż zdążyłybyśmy obrócić. Nic – będziemy łapać stopa. Jak się okaże, bynajmniej nie po raz ostatni podczas tej wyprawy. Na razie okazuje się, że od przystanku do promu trzeba przejść chyba ze cztery mile. Dorota i ja łapiemy stopa, a reszta idzie (co też okaże się regułą, na szczęście niepozbawioną wyjątków). Wypijamy kawę w knajpce i wsiadamy na prom, tj. na motorówkę. Pani mówi, jakie będą ptaszki, i wszystkie są – maskonur, alka, nurzyk, mewa trójpalczasta, fulmar, dwa gatunki wydrzyka. W drodze powrotnej widzimy foki wygrzewające się na brzegu. Na parkingu łapiemy pana, który zabiera trzy osoby do samego Ullapool. Pan jest ekologiem, pracuje w Glasgow, jeździ do Kanady na narty i ptaki. Dziewczyny stosunkowo szybko kogoś łapią i spotykamy się w schronisku. Okazuje się, że jednak można wypożyczyć rowery – u konkurencji, w Backpackers. Idziemy i umawiamy się z panem. Następnego dnia Asia wyrusza do domu, a my bierzemy rowerki. Pan proponuje nam trasę, jedziemy nią. Na początku trochę zdycham, potem sprawa się normuje. Trasa fajna, dwa jeziorka. Wracamy o 16.30. Pan się dziwi, co tak szybko. Idziemy do schroniska się najeść, potem szlajamy się po mieście. Następnego dnia rano trzeba kupić bilety na prom. Potem pakowanie i ustawiamy się w kolejce do wejścia. Przy molo pluska się foczka, obok pływa druga. Płyniemy. Początkowo biegam i podniecam się głuptakami i fulmarami, a tu nagle zaczyna mnie mdlić i już nawet burzyki wypatrzone przez płynące z nami panie nie robią na mnie wrażenia. Ale 2 godz. i 40 minut jakoś mija i wysiadamy w Stornoway. Niecałą godzinę później wsiadamy w autobus do Laxdale i prawie natychmiast wysiadamy, bo tak blisko (jedziemy 7 minut, kosztuje 60 pensów). Spanie załatwiłyśmy dwa dni wcześniej przez telefon, z czego jestem niezmiernie dumna. Śpimy w „bunkhousie” – domku z dwiema sypialniami przedzielonymi łazienką, ze wspólną kuchnią i salonem; w sumie dość sporo miejsca, choć sama sypialnia ciasna. Wieczorem – spacer po Stornoway. Zwiedzamy otoczenie zamku, gdzie nie posprzątano jeszcze po festiwalu. W sklepie kupujemy piwo „Red Hebridean”. Chcę odlepić naklejkę, ale ktoś uparcie wyjmuje mi butelkę z wody, a w końcu wyrzuca.

Następnego dnia podjeżdżamy autobusem do Barvas, skąd udajemy się pieszo do Arnol, by obejrzeć Black House Museum i wydajemy po 4,5 funta tylko po to, by zobaczyć stary dom i nowy dom. W Gareninie będzie cała wioska czarnych domów, w tym jeden urządzony w środku, a wszystko za 2,5 funta. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Pogoda tego dnia trochę zepsuta, mży, ale niegroźnie. Dorota i ja łapiemy stopa do Garenina – podwozi nas kolejny pan ekolog, Anglik – a dziewczyny się męczą i w końcu pół drogi przebywają pieszo. My już zdążyłyśmy wypić kawę i wynudzić się, aż w końcu zaczęłyśmy zwiedzać bez nich, gdy w końcu przybywają, ryjąc ziemię nosami. W jednym z gareninowych blackhouse’ów jest schronisko, w którym pierwotnie planowałyśmy spanie. Miejsce byłoby super, tylko dojazd trudny. Ruszamy dalej. Musimy się dostać do Callanish, by obejrzeć megality. Akurat jedzie autobus. Ale kierowca mówi, że to ostatni, więc nie będzie jak wrócić do Stornoway. Przy megalitach energetyzują się niemieccy motocykliści. Potem na sępa. Łapiemy dziewczynę, która zgadza się powieźć nas do głównej drogi. Tam przez jakiś czas bieda. Potem zatrzymuje się pan i mówi, że jeśli nie przeszkadza nam, iż będziemy ściśnięte jak sardynki, to może zabrać całą naszą czwórkę do samego Stornoway. Godzimy się ochoczo. Pan mówi, że jest z Madrytu, a wygląda na Hiszpana, więc zaczynam z nim gadać po hiszpańsku. Ale pod koniec stwierdza, że jest Anglikiem, tylko od 14 lat mieszka w Hiszpanii i ma żonę Hiszpankę. Widocznie się upodobnił. Jest artystą fotografikiem i fotografuje na Lewisie opuszczone domy, po czym robi wystawę swoich zdjęć w Madrycie. W samochodzie puszcza płytę starego szkockiego barda nazwiskiem Bert Jansch, nawet fajnego. Mówi, że Bob Dylan się na nim wzorował. Pogoda już ładna, ani śladu po mżawce. Lewis jest zieloną, pagórkowatą wyspą. Trochę przypomina Irlandię. Ładniejszy ponoć Harris, z piaszczystymi plażami i wyższymi górami, ale my zobaczymy go tylko od strony Tarbertu (stolicy), no i trochę z okna autobusu.

Następnego dnia wstajemy dość wcześnie, pakujemy się i podjeżdżamy autobusem do Stornoway. Lecimy zrobić zdjęcia w tym miejscu, w którym poprzednio się nie dało. Efekt nadal pozostawia wiele do życzenia. Fotografujemy też pomnik pani sprzedającej ryby i wsiadamy w autobus do Tarbert. Bilet kosztuje 3,80. Dopiero później docenimy ceny autobusów na Hebrydach Zewnętrznych. W autobusie radio ostrzega przed „falą upałów”. Śmiejemy się, ale rzeczywiście w Tarbert jest chyba ze 25o C, co w tych warunkach... Wprawdzie w sms-ach donoszą, że w Polsce 37o, ale brzmi to jak abstrakcja. Nam naprawdę jest gorąco. Zostawiamy plecaki w porcie promowym – są specjalne półki, nikt ich nie pilnuje i – jak mówi pani – „nic złego nigdy się nie dzieje”. Kolejna abstrakcja. Ania idzie na południe, a my nad zachodnią zatokę. Trochę się włóczymy, ale z jednej strony mokradła, z drugiej wszystko zagrodzone oprócz jednego małego fragmentu plaży z ławeczką. Ale NAPRAWDĘ jest gorąco, więc wracamy. Dziewczyny wypijają kawę w knajpie; ja zostawiam tę rozkosz na prom. Ładujemy się. Spotykamy nasze panie od ptaszków. No a ptaszki są – głuptaki, alki, nurzyki, nawet jeden nurnik (zapewne jest ich więcej, ale tego jednego rozpoznaję ponad wszelką wątpliwość). W pewnym momencie pluska coś, co może być delfinem. Morze spokojne, więc nawet nie robi mi się niedobrze. Wypijamy kawę w „Edredonowej Knajpie” („Eiders Cafe”). O 17.40 wysiadamy w Uig i mamy mały problem, bo o tej porze autobus dojeżdża jedynie do Portree (stolicy Skye, której nie zdążamy nawet zwiedzić, bo jest 19.00 i strach, że nie dotrzemy do schroniska przed zmrokiem). To mniej niż połowa drogi do Broadford. Pierwszy raz musimy łapać stopa z plecakami, w dodatku na całych 25 mil. Ustawiamy się dwójkami na wylocie z miasta, plecaki chowamy za murek. Łapiemy dwa samochody niemal jednocześnie (acz po dobrych 15 minutach czekania i wyklinania), ale nasz pan jest typem rajdowca, więc dziewczyny zostają w tyle. Za to usłyszą więcej ciekawostek o Cuillin Mountains – np. to, że są Czerwone i Czarne Cuillinsy, przy czym po czerwonych można chodzić, a po czarnych ewentualnie się wspinać. Cuillinsy z samochodu wyglądają uroczo. Pogoda ładna, acz nie tak ciepło jak na Harrisie, zresztą już późnawo. Rajdowiec podwozi pod samo schronisko. Dziewczyny muszą się wspiąć, ale docierają szybko. Rozlokowujemy się w pokoju – również czwórce – i schodzimy na dół, by radośnie zjeść kolacyjkę. Stwierdzam z przerażeniem, że zostały mi tylko dwie zupki, a przecież to nawet nie połowa wycieczki! Na szczęście mamy jeszcze ryże i makarony. Agnieszka zresztą twierdzi, że ma zupek aż nadto i jest gotowa się ze mną podzielić.
Wrzucam funta do kompa i sprawdzam, kto do mnie napisał przez miniony tydzień. Przyszło parę oczekiwanych i nieoczekiwanych maili, więc jestem usatysfakcjonowana.

Prognozy pogody na następny dzień są trochę niepokojące, ale rano niebo wygląda przyzwoicie, więc pożyczamy rowerki i udajemy się w kierunku Elgol. Pan mówi, że jak dotrzemy do Torrin, to możemy sobie w niebieskiej budce kupić kawę, co też czynimy, przedtem zaliczając stary cmentarzyk przy ruinach kościółka oraz zarośnięte jeziorko, na nim kaczki. Z niebieskiej budki (kawa po 1,50 funta – zdzierstwo!) zjeżdżamy nad zatokę. Tam krowy, śmieszne szkockie owce/kozy (muflony?) z czarnymi łbami, ale i ostrygojady, i czapla siwa, i białorzytka. Zaczyna kropić, ale nie przechodzi w silniejszy deszcz, więc okrążamy zatokę i wspinamy się na górkę. Ania i Dorota wyrywają do przodu, a my z Agnieszką stwierdzamy, że nie chce nam się wspinać na kolejną górkę, i powoli wracamy, zahaczając po drodze o przełom rzeczki (znów obrazek à la Claude Monet – cyfrówki chyba nie rozumieją idei fotografii artystycznej). W niebieskiej budce chwilę czekamy, ale najwyraźniej dziewczyny nie zamierzają szybko wracać. Ruszamy w stronę domu, a tu jak nie lunie! W minutę osiem dojechałyśmy do pana, zmoknięte jak diabli. Dochodzimy do schroniska, kupując po drodze piwo „Red Cuillin”, i pozostaje nam tylko czekać, aż pan otworzy recepcję i ewentualnie da nam zapasowy klucz (nasz ma Ania). Na szczęście przypominam sobie, że mam w suszarni koszulkę i skarpetki, w które czym prędzej się przebieram i od razu mi lepiej. Pijąc zupkę/herbatkę czekamy na pana. W końcu otwiera, daje nam klucz, przebieramy się i radujemy. Tymczasem wracają dziewczyny i teraz dopiero widać, co to znaczy zmoknąć. Okazuje się, że dojechały do samego Elgol, za co pan od rowerków dał im stosowne naklejki. Wkrótce przestaje padać. Wieczorem idziemy na pomost, ale nie ma nic oprócz mew (poprzedniego wieczoru pływała samotna alka, której mewy nie dawały żyć, więc może ją wykończyły). Rano mamy ambitny plan wstania o siódmej, więc jeszcze tylko fotografuję butelkę po piwie i idziemy spać.

Wstajemy i gnamy na autobus, coby dojechać do zamku Eileen Donan („Eileen” to po celtycku „wyspa”), potem do Spean Bridge, a stamtąd dostać się do mieszczącego się koło Roy Bridge schroniska o niewymawialnej nazwie, leżącego w niewymawialnej i nieznanej nikomu miejscowości. Autobus Citylink jest denerwująco drogi. Musimy się przyzwyczajać, bo teraz już tak będzie. Zamek we mgle. Obfotografowujemy go mimo to; będzie nawet bardziej klimatycznie. Wejście kosztuje 5 funtów, więc olewamy, ale za to obserwujemy czaplę. Jest chłodno, chowamy się w sklepiku. Potem autobus. Twierdzę, że jeśli będzie kosztował więcej niż 8 Ł, to się obrażę. Kosztuje 9,80, w dodatku jest w nim zimno. Ale obrazki za oknem ładne, więc szybko przestaję być obrażona – tym bardziej, że wychodzi słońce. W Spean Bridge znów dzielimy się na dwójki. Ania i ja pierwsze łapiemy panią, która nie zna tej dziwnej miejscowości, ale jedzie na cmentarzyk położony za Royem. Nagle widzimy niebieski z szyld z napisem, który wygląda jak nazwa naszego schroniska. Pani wysadza nas dalej, przy cmentarzyku, ale na razie go nie oglądamy. Przyjdziemy później z dziewczynami. Musimy zejść do głównej drogi i pójść nią kawałek. Po drodze widzimy ptaka, który może być jerem, choć głowy nie dam sobie za to uciąć. Docieramy do schroniska (przerobiona stodoła), a tu dziewczyny już dotarły i zwiedziły. Schronisko otwarte, nikogo nie ma. Rozgaszczamy się w środku, robimy zupki. Jest bogata biblioteka, słowniki, gry, Szatańskie wersety i ciekawostka: zbiorek pt. Tales of Terror from Outer Space. Tytuł i okładka sugerują potworny kicz, ale w środku opowiadania Aldissa, Bradbury’ego, Clarke’a, Sheckleya, Blocha; pozostali autorzy nie są mi znani. Na razie czytam dwa teksty. Bradbury słaby – popłuczyny po Kronikach marsjańskich – a Ray Nelson nawet niezły. Jest też plakacik z występującym lokalnie ptactwem, uwzględniający jera. Państwo w końcu przyjeżdżają i dostajemy ładny pokój. W ogóle to schronisko jest świetne, tylko na zadupiu. Gdybyśmy miały samochód, byłoby super.

Mamy lekką schizę, że forsa za szybko wychodzi, autobusy drogie. Trzeba zacząć oszczędzać, ale na czym, skoro wydajemy po 15 funtów dziennie na autobusy, a po 2-3 na żarcie? Batona sobie nie odmówię! Wieczorem podkradam komuś mleko do kawy, ale nie w ramach oszczędzania, tylko z przyczyn logistycznych: do najbliższego sklepu są dwie mile.
Sporządzamy kolacyjkę: zupkę brokułową z dużą ilością makaronu. Sycące, mniam, mniam! Coraz więcej żarcia nam znika, coraz częściej o nim gadamy. Mnie została tylko jedna zupka! Mam też dwa kisielki i jeden sobie robię, ale akurat wchodzi Ania do kuchni, więc szlachetnie oddaję jej drugi.

Ania znalazła książkę, w której pewna pani opisuje swoje wędrówki po Szkocji. Po dojściu do opisu wędrówki na Bena Nevisa w otoczeniu mnóstwa turystów z krzyczącymi dziećmi dochodzi do wniosku, że nie idzie. Więc dajemy jej zlecenie, żeby kupiła chleb i mleko, a poza tym może sobie sama zorganizować czas.
Rano nawet myślę, żeby zrobić herbatę, ale w końcu robię kawę i znów kradnę mleko. Strasznie się grzebiemy, wychodzimy późno. Zabieramy mnóstwo ciuchów, bo pamiętam z poprzedniego razu, że na szczycie było bardzo zimno i wietrznie. Więc sweter, polar, portki przeciwdeszczowe, rękawiczki, opaska na uszy. Nie zabieram lornetki, żeby nie przeciążać plecaka. Dochodzimy do Roya i łapiemy trzech panów, ale nie w łódce, tylko w dużym samochodzie. To Szkot, Anglik i Holender. Prawie jak z kawału. Wygląda na to, że Szkot obwozi pozostałych po okolicy. Mówią, że jak pojedziemy z nimi zobaczyć Commando Memorial, to potem nas podrzucą do Fort William. Commando Memorial to pomnik kolejnych trzech panów, którzy zdaniem Agnieszki wyglądają jak radzieccy żołnierze, ale skoro taki ważny, to posłusznie fotografujemy. Okazuje się, że panowie jadą do jakiegoś wodospadu, który znajduje się jeszcze za początkiem szlaku na Bena. Mówią, że będą tędy wracać, więc możemy z nimi pojechać i zobaczyć wodospad, a potem nas tu wysadzą. No to jedziemy. Od parkingu do wodospadu (Lower Falls) idziemy jakieś 15-20 minut. Oczywiście robimy okolicznościowe zdjęcia, choć ja osobiście nie jestem pod wrażeniem – wodospad wprawdzie wysoki, ale jest go mało. Ot, rzeczka spadająca z góry. Gdy w końcu panowie wyrzucają nas przy szlaku, jest 12.00. Stwierdzamy, że nie musimy koniecznie dojść na szczyt. Idzie się ciężko. Po drodze ładne jeziorko, nad nim namioty. Nawet coś widać, choć w dole lekka mgiełka, zdjęcia wychodzą średnio. Kamienie. Non stop do góry. Kamienie się osuwają. My idziemy. W ogóle to przecież nie idziemy na sam szczyt, więc do pewnego momentu co chwila się zastanawiamy, czy już schodzić, czy jeszcze wchodzić. W końcu dochodzimy do (mylnego) wniosku, że jesteśmy już blisko szczytu. Wygląda na to, że przed nami leży taki mniejszy szczycik, a za nim większy. Postanawiamy dojść na ten mniejszy. Idziemy i idziemy, okrążyłyśmy szczycik, a on wciąż jest daleko. Wypijamy herbatkę i znów się zastanawiamy, czy iść dalej. Idziemy. Okazuje się, że ścieżka omija szczycik i idzie dalej, na główny szczyt. My z nią. Za każdym razem, gdy nam się wydaje, że już jesteśmy na szczycie, ktoś schodzący z góry mówi nam: „Odwagi, już niedaleko!” W końcu dochodzimy gdzieś i to jeszcze nie jest to. Agnieszka fotografuje urwiska, my pniemy się dalej. Po chwili ona stwierdza, że jednak do nas dołączy. Wreszcie dochodzimy gdzieś i to nadal nie jest sam szczyt, ale ponieważ na szczycie i tak nie ma żadnej tabliczki, stwierdzamy, że możemy się już – nomen omen – poszczycić. Posilamy się i schodzimy. Droga w dół okazuje się zabójcza, zwłaszcza że zdecydowałyśmy się na skrót. Ślizgamy się po kamieniach, niekiedy na tyłku. Ale jakoś docieramy w miarę całe do głównego szlaku. Doczłapujemy do knajpy u podnóża. Idę do kibla. Dziewczyny wysikały się za głazem na szczycie, a ja nie, więc już mam dużą potrzebę. Potem idziemy drogą w dół, próbując łapać po drodze stopa. Myślimy, że do Fortu już żabi skok, ale gdy ktoś po drodze nas zabiera, okazuje się, że wcale nie taki żabi. W Forcie problem. Autobus odjechał, pociąg jest na rozkładzie, ale nie ma go w naturze – pan mówi, że w soboty nie jeździ, choć na rozkładzie tego nie zaznaczono – a stopa nie bardzo jest gdzie łapać. W końcu znajdujemy miejsce, które rokuje pewne niewielkie nadzieje, ale i tak wygląda to kiepsko, a tu już ósma godzina. W końcu dziewczyny łapią pana z małym samochodem i dużym plecakiem na tylnym siedzeniu, który (pan, nie plecak) się zastanawia, czy nas zmieści. Zapewniamy go, że ależ tak. Pan mieszka w Spean Bridge’u i właśnie wraca z Glencoe, gdzie się wspinał z kolegą. Jest Anglikiem, ale od siedmiu lat mieszka w Szkocji i pracuje jako inspektor ichniego odpowiednika Sanepidu. Jest tak miły, że nadkłada pięć mil i podwozi nas pod samo schronisko. Cieszymy się, że jesteśmy już domu (przed dziewiątą!) Robimy kawę i kolacyjkę, przy których spożywaniu planujemy, co sobie kupimy jutro w Spean Bridge’u, bo rozpiera nas euforia, że tego dnia nie wydałyśmy ani grosza.

Na kolację hit: zupa gulaszowa z makaronem i ryżem! Miała być z samym ryżem, ale okazuje się, że makaron był w niej obecny niejako od zarania. Całkiem dobra. Otrzymuje miano „zupy deluxe”.
Mamy swoje mleko, bo Ania kupiła!

Na Benie przydały się tylko polary, a i to dopiero na samym szczycie. Było ciepło. Reszta ciuchów okazała się niepotrzebnym balastem.
Następny dzień ma być odpoczynkowy. Chcemy się przejść ścieżką biegnącą zboczem góry do Spean Bridge. Tym samym Loch Ness wypada z programu. Nikt się tym zbytnio nie przejmuje. Ja już tam byłam przed laty i nie padłam z zachwytu, a dziewczyny wnioskują, że potwór raczej nie wystawi głowy z jeziora na ich widok.

Rano ledwo się ruszamy. Wstajemy o wpół do dziesiątej. Długo spożywamy śniadanie. Pijemy kawkę, potem herbatkę. W końcu, około dwunastej, wyruszamy. Droga wśród owczych kup ciągnie się i ciągnie. Co rusz natrafiamy na jakieś bramki, a każda jest zamknięta innym systemem. Dochodzimy do wniosku, że znajdujemy się wewnątrz gry komputerowej. Na szczęście mamy ze sobą Anię, która szybko wyspecjalizowuje się w otwieraniu poszczególnych bramek. Ale dostajemy punkty karne za błądzenie. W końcu, koło trzeciej, docieramy do Spean Bridge. Sklep na szczęście otwarty. Jest niedziela, więc miałyśmy obawy, że możemy się odbić od drzwi i nasze ambitne plany zakupowe legną w gruzach. Szalejemy. Kupujemy piwo, jogurty, bułeczki, batony. Ja kupuję banana, a Ania jabłka. Potem idziemy na kawę do knajpy „Spean Bridge Mill”. Kiedyś może i był tam młyn, ale nie pozostał po nim nawet ślad. Sprawdzamy godziny jutrzejszych autobusów. Nadal nie wiemy, jak się dostaniemy do Speana, zwłaszcza z plecakami. Tu nawet nie ma gdzie łapać stopa. Trzeba dojść pieszo co najmniej do Roya.
Dorota i ja stwierdzamy, że nie mamy najmniejszego zamiaru wlec się trzy godziny z powrotem, więc życzymy dziewczynom miłej wędrówki, a sama bierzemy zakupy i idziemy na stopa. Szybko łapie się pan na niemieckich numerach, ale autochton. Podwozi nas pod samo schronisko. Zrzucamy zakupy w kuchni i montujemy się w „czytelni”. Dokańczam notatki, piszę pocztówki, czytam, a w końcu nawet decyduję się wyprać żółtą koszulkę.

Musimy wstać o siódmej. Lecę po swoją koszulkę. Wieczorem przed samym snem zaczęłam czytać opowiadanie Aldissa Heresies of the Huge God z tutejszego zbioru i stwierdziłam, że jest świetne, więc szybko przeczytałam całe. Musimy iść z plecakami do Roy Bridge’a, ale Agnieszka mówi, że już ma lżejszy, bo zużyła chyba z... jedną zupkę. Szybko śniadamy i ruszamy. W Royu na przystanku zagaduje Dorotę jakiś pan. Patrzymy, a ona idzie z nim i znika w drzwiach jakiegoś domu. Niepokoimy się, bo za chwilę ma jechać autobus, ale po chwili Dorota wybiega z jakąś kartką w ręku. Okazuje się, że pan jest pisarzem i dał jej ulotkę o sobie i swojej książce, którą napisał o jakimś admirale amerykańskiej marynarki.
Wsiadamy w autobus Highland i cieszymy się, że płacimy tylko Ł 2.20. Mamy nadzieję takim samym wyruszyć z Fortu do Glencoe. W Forcie półtorej godziny przerwy. Idę do kibla, a tam rewelacja – jeden normalny kran! (To znaczy taki, z którego leci ciepła i zimna woda jednocześnie). Potem idę z Anią zwiedzić miasto. Znajdujemy dwa fajne kościółki i Tesco. Robimy zdjęcia i zakupy. Rozpoznaję deptak z poprzedniego pobytu, ale i tak wszystko wydaje mi się inne, jakby zwrócone w niewłaściwą stronę.

Jedziemy do Glencoe, wkurzone, bo ze strachu, że Highland nie przyjedzie, wsiadłyśmy do National Expressu i zapłaciłyśmy po Ł 4.30. Obliczyłam, że różnica starczyłaby na cztery batony (na łebka!) Ale to dopiero początek pecha. Wysiadamy w Glencoe. Jest drogowskaz na schronisko i bunkhouse’y. Idziemy. Mijamy camping, który zresztą znajduje się już w sąsiedniej wiosce – Invercoe, co oznacza ujście rzeki Coe (Glencoe zaś to dolina Coe). Niewzruszenie brniemy dalej. Zaczyna padać. My brniemy. Cywilizacja się skończyła i nic, tylko jezioro po lewej, czasem jakiś chlapiący samochód. Miało być półtorej mili, a my przeszłyśmy już ze trzy i nadal nic. W końcu stwierdzamy, że trzeba zadzwonić do schroniska. Jedzą nas meszki. Okazuje się, że poszłyśmy złą drogą i musimy się cofnąć do samego Glencoe. Na szczęście mam pokrowiec na plecak, a na przedni narzucam kurtkę przeciwdeszczową, ale i tak jestem bardzo nieszczęśliwa. Co gorsza, oprócz meszek gryzą mnie wyrzuty sumienia, bo to ja najbardziej rwałam do przodu. Gdy docieramy do Glencoe, przestaje padać. Okazuje się, że drogowskazy, którymi się kierowałyśmy, są tak ustawione, iż od strony głównej drogi wyglądają, jakby wskazywały inny kierunek, a od tej, którą my przyszłyśmy, inny. Idziemy tą drugą drogą. Pani mówiła o moście i jest most. Za mostem drogowskaz na Youth Hostel. Dorota mówi, że on wskazuje trochę w dół, ku rzece. Idziemy jednak prosto, ale tam też pustkowie. Dzwonimy znów do pani. Mówi, że musimy minąć dom z napisem „gallery”, potem jeszcze jakiś dom, bramę, iść pół mili i dojdziemy. Idziemy. Las. Ania mówi, że musimy się cofnąć, bo przecież nikt by nie zakładał galerii w lesie. Postanawiamy podejść jeszcze pod jedną górkę i sprawdzić, co widać. Widzimy jakiś dom. Na nim małą tabliczkę. Na niej napis: „Glencoe Studio Gallery”. Cieszymy się. Idziemy. Idziemy. Idziemy. W końcu dochodzimy do obozu, ale nie możemy znaleźć recepcji ni człowieka. Idę do kibla, bo wszystko inne zamknięte. Potem znajdujemy pana i panią. Pani wpuszcza nas do domku. Są trzy pokoje i mała łazieneczka koedukacyjna z jednym prysznicem, dwoma kibelkami i trzema mikroskopijnymi umywaleczkami. Do jednego kibla nie bardzo można wejść, gdy ktoś jest pod prysznicem. W ogóle mycie przebiega w stresie, mnie na przykład ktoś prawie włazi pod prysznic, gdy ja właśnie się rozebrałam. Na szczęście jest to dziewczyna, ale za to robi dużo hałasu. To ja powinnam narobić hałasu, ale zamiast tego szybko się kąpię, chociaż nie starcza mi determinacji, by w tej nerwowej atmosferze umyć włosy.
Idziemy na spacer i obchodzimy wkoło małe jeziorko – Loch Achtriochtan. Robię kilka zdjęć, o dziwo ładnych.

Potem spać. Pokój 6-osobowy, z nami dwie sympatyczne dziewczyny z „francuskiej” Kanady. Wyra skrzypią niemiłosiernie. Moje akurat najmniej. Znowu ktoś chrapie. To na pewno Kanadyjka! Rano wstajemy o dziewiątej, nie spieszymy się ze śniadaniem – a jest wypasione, bo jajecznica z mielonką. Na dworze cieplutko, chyba znowu fala upałów. W minutę osiem obchodzimy wszystkie szlaki spacerowe i udajemy się nad jezioro. Tam zastajemy mewy, wrony, ostrygojady i jedną rybitwę. Idziemy do sklepu. Kupuję jogurt i sześciopak małych batoników. Dwa daję dziewczynom, a cztery zjadam. Smaczne. Agnieszka i Ania chcą się wspiąć na górę, Dorotę boli noga, więc woli wrócić do schroniska i posiedzieć na słonku, a ja postanawiam się przejść do Ballachullish. Tam znajduję ścieżkę dydaktyczną w nieczynnej kopalni granitu ze stawkiem pośrodku.

Wracają dziewczyny i mówią, że wystarczy lekko podejść pod górkę i jest fajny widok. Biorę butelkę po piwie „Kelpie”, żeby zrobić jej zdjęcie przy wodospadzie, a tu jak na złość siadły baterie. Trochę patrzymy z góry na dolinę Coe i wracamy. Na kolację ryż z soczewicą i tuńczykiem. Pycha. Znowu jakieś dziewczyny gadają w języku podobnym do hiszpańskiego. Mam koncepcję, że to Argentynki, ale się dziwię, bo z argentyńskich filmów coś rozumiem, a tu nic. W odróżnieniu od tych spotkanych w Ullapool są sympatyczne, więc je zagaduję. Okazuje się, że to Katalonki. Kamień spada mi z serca. Jak przechodzą na hiszpański, od razu nagle wszystko rozumiem.

Idziemy szybko spać, bo trzeba wstać o wpół do siódmej i gnać na autobus. Wstajemy. Lecę nad strumyczek sfotografować moją butelkę, ale wychodzi tak, że nie widać ani obrazka, ani napisu „Kelpie”. Trzeba wyrzucić. Spożywamy śniadanie i okazuje się, że mamy 35 minut do odjazdu autobusu, więc szybko maszerujemy w dół i docieramy na miejsce z 3-minutowym zapasem. Wsiadamy radośnie i po półtorej godzinie wysiadamy w Inverbegu. Cieplutko. Idę do sklepu zapytać o prom. Dobra nasza: istnieje, a nawet kursuje. Mamy wyjątkowe szczęście, bo prom pływa trzy razy dziennie, a najbliższy jest za 20 minut. Gdybyśmy się spóźniły, musiałybyśmy czekać cztery godziny – a wtedy żegnaj, Benie Lomondzie, zwany naiwnie Małym Benkiem. To pewnie z okazji imienin Ani mamy takiego fuksa. Jeszcze zdążamy do sklepu po chleb, mleko i jogurty, i już płynie. Całe szczęście, że zrobiłyśmy te zakupy, gdyż – jak się wkrótce okaże – po drugiej stronie jest jedynie kiosk z duperelami w rodzaju batonów. (Czytając te strony można wprawdzie odnieść wrażenie, że batony stanową kwintesencję mojego życia, ale bez chleba jakoś niefajnie jest). Można kupić od razu bilet w obie strony – Ł 6, nie tak źle. Łatwo trafiamy do schroniska, które zresztą rozpoznajemy z obrazka w mojej starej książeczce ze schroniskami. Pierwszy raz na tej wyprawie przebieram się w szorty. Zwalamy wszystkie rzeczy w salonie i idziemy na pomost. Wyrażam ubolewanie, że przez cały dotychczasowy czas trwania wyprawy nie widziałam ani jednego samca.
Samca edredona, rzecz jasna.

Znajdujemy szlak na Ben Lomond. Dorota nie chce iść, bo ją noga boli. My idziemy. Droga bardziej normalna, niż na B.N. – raz w dół, raz do góry; raz lasem, raz łączką. Potem wychodzimy na otwartą przestrzeń. Ładnie widać jezioro, ale zdjęcia cyfrówką nijak nie da się zrobić – a to pod słońce, a to zamglone. W końcu pstrykam dwie pseudofotki, żeby udokumentować. W połowie drogi Ania stwierdza, że chyba dalej nie pójdzie, bo jest za dużo ludzi i to ją wkurza. Potem nagle wyrywa do przodu i tyle ją widzimy. My po 2/3 drogi stwierdzamy, że dość się napracowałyśmy, i schodzimy. Benek mimo wysokości poniżej 1000 metrów okazał się całkiem spory – tu startuje się z niższego pułapu, stąd taka wędrówka w obie strony zajmuje, jak się okazuje, sześć godzin. Ale oczywiście nie dotyczy to Ani.

W schronisku spożywamy zupki i herbatę. Wraca Ania. Mówi, że była na samym szczycie. Leciała szybko, żeby nie wyprzedzili jej Niemcy. Dziewczyny idą się kąpać w jeziorze, a ja robię im zdjęcia. Potem chcę pisać, ale zapominam, że wypisał mi się długopis. Więc biorę Stacha [czyt. książkę Stanisława Lema „Powrót z gwiazd”], ale komp jest wolny, więc siadam. Skandal: przez cały tydzień dostałam zaledwie jednego maila, w dodatku od ojca!
Ania znajduje półkę z darmowym żarciem, a tam makaron, fasolkę i sos pomidorowy. I ciastka. Więc robimy pyszną kolację. Tzn. one robią, a ja zmywam naczynia.
Wieczorem sesja zdjęciowa nad jeziorem. Wreszcie coś wychodzi. Aparat co chwila świeci na czerwono, że niby nie może zrobić zdjęcia, i wtedy wychodzą najlepsze. Rano wstajemy o wpół do ósmej, pakowanko, śniadanko i bieg na prom. Motorówka spóźnia się o 20 minut. Pogoda ładna, więc kontemplujemy jezioro i pliszkę. Potem jazda do Glasgow. Pan w przechowalni bagażu stwierdza, że w ogóle nie znam angielskiego, i tak mnie tym wkurza, że mam humor zepsuty przez dobrych parę godzin. Nawet katedra mi się nie podoba. Ani cmentarz. Boli mnie palec. Próbujemy iść na kawę. Wszędzie drogo i tłok. W końcu gdzieś znajdujemy za półtora funta i spożywamy na schodach. Jest nawet niezła, co trochę poprawia mi humor. Jeszcze bardziej poprawia mi go księgarnia Waterstones, gdzie trwa promocja pozwalająca kupić trzy dowolne książki za cenę dwóch. Zakupy mam mniej więcej upatrzone już od czasu Inverness, więc wybieranie nie trwa długo. Oburza fakt, że w całej wielkiej księgarni nie ma ani jednej książki Egana. Nawet w Edynburgu, choć sklep mniejszy, mają cztery. Ale akurat Egan do szczęścia mi niepotrzebny, bo mam wszystkie dotychczasowe jego dzieła.
Za całe zakupy daję 31 funtów z kawałkiem, co oznacza, że jedna książka kosztowała mnie średnio 31-32 złote, czyli taniej niż w Polsce.

O 18 wsiadamy w autobus i jedziemy do Edynburga. Lądujemy ok. 19.40 (pociągiem byłoby dwa razy szybciej), szukamy schroniska i dość łatwo je znajdujemy. Początkowo nam się nie podoba; potem znajdujemy kuchnię i już jest OK. Przyczepiają się jacyś faceci, niby to Arabowie, niby Pakistańczycy. Koniecznie chcą iść z nami na miasto, ale się wymigujemy. Chodzimy dwójkami, oglądamy to i owo. Spotykamy parkę, która była z nami nad Loch Lomond. Wszędzie wokół do porzygania słychać polski język; dziewczyna w recepcji schroniska też jest Polką. Wieczorem herbatka, jogurt i spać. „Sleeping sheety” w tym schronisku wyraźnie im się nie udały, po prostu dali nam zwykłe powłoczki; mogliby łaskawie dać coś na poduszkę. Za oknem dość głośno, ale wpycham sobie do uszu moje wysłużone stopery i zasypiam. O świcie dziewczyny robią mnóstwo hałasu skrzypiącymi drzwiami. Dorota jedzie do Falkirk, żeby zobaczyć windę dla statków, a Ania leci do miasta. Niestety, targi książki, na których (jak się później upewnię) był Iain Banks, właśnie się skończyły. My z Agnieszką wstajemy normalnie, o wpół do dziesiątej. Ania akurat przyszła, przynosząc nam bułki i jogurciki. Podnieca się, że widziała pomnik Sherlocka Holmesa. Psa Bobby’ego zaliczyła już wczoraj. My zresztą też, bo jest bardzo blisko naszego schroniska.
Idziemy najpierw na dworzec, by się upewnić, czy mamy darmowe bilety, i najlepiej od razu je nabyć. Nabywamy bez trudu. Potem na Moray Place (ponoć to najładniejsza część nowego miasta, ale nie zauważyłam). Po drodze widzimy, jak rozbierają stoiska po kiermaszu książki. Ból. Rozdzielamy się. Ja idę do katolickiej katedry, w której jest knajpa i tablica z ogłoszeniami po polsku, w rodzaju „Szukam współlokatorki”. Gdy słońce zachodzi za chmurę, jest całkiem fajnie, ale kiedy świeci, to trochę za mocno. Fotografuję Sherlocka, po czym przechodzę całą Princes Street, odwiedzając kilka sklepów z pamiątkami i dwa Waterstonesy. Po drodze zahaczam o St. John’s Church (anglikański) i spożywczak, gdzie nabywam rogaliki i okrutnie kruszące się ciastko. Idę z tym do Prices Street Gardens. Słonko zaszło za chmury i jest nad wyraz przyjemnie. Siedzą sobie ludzie w garniturkach, pewnie mają przerwę na lunch. Idę pod zamek, potem na Royal Mile, ale tam pamiątki znacznie droższe niż na Princes, więc wracam. Wszak to ostatni dzień i trzeba coś kupić dla rodzinki, żeby mnie nie prześwięciła. Ale jeszcze wcześniej zwiedzam katedrę Św. Idziego, (St. Giles Cathedral), lecz nie znajduję kaplicy ostowej. Ponoć fajna. Przychodzi SMS od Ani, że znalazła antykwariat na Victoria Street. To niedaleko, a przy tym widziałam tę uliczkę na pocztówce, więc idę. Ale nic ciekawego nie znajduję. Przechodzę przez Most Jerzego IV na Princes i kupuję serek, krówki o smaku whisky, kubek i ręcznik kuchenny ze Szkocją. Na prezenty będzie jak znalazł. Zdążam do „domu” akurat na obiad, bo dziewczyny wróciły wcześniej i zrobiły. Trochę odpoczywamy. Okazuje się, że do pokoju dołożyli nam dwóch hiszpańskojęzycznych chłopców (młodziaki!) Początkowo lekki popłoch, bo już się odzwyczaiłyśmy od koedukacyjnych pokojów, ale chłopcy są jeszcze bardziej spłoszeni, a przyszłość pokaże, że nawet nie chrapią. Wieczorem idziemy do pubu „Last Drop” przy Victorii. Fajny, normalny szkocki pub. Dziewczyny piją piwo, ja kawę „celtycką” („Gaelic coffeee”), czyli po prostu po irlandzku. Whisky ma w sobie nawet sporo. W TV leci prognoza pogody. W Polsce w sobotę ma być 33o, a w Kalifornii bydło zdycha z gorąca. No nic. Przynajmniej na dwa tygodnie wyrwałyśmy się z tego gara.

Po piwie idziemy na paszteciki. Ja kupuję z haggisem, co daje mi pewien pogląd na to, czy jest ów słynny haggis. Taka trochę lepsza, mocniej przyprawiona kaszanka. Chwilę siedzimy na Hunter Square, konsumując. Potem do domu. Herbatka, pakowanko i spać. Nawet udaje mi się zapakować śpiwór do plecaka mimo książek. Na dworcu okazuje się, że nasz pociąg został odwołany, ale jest jeden wcześniej, tyle że jedzie na Queen Street. Trudno. Trzeba będzie się przemieścić. Ładne widoki z okna. Chłodno. Chce mi się płakać, że trzeba wracać do tego żaru, miasta i głupiej książki. Bardzo mi źle. Kombinuję, gdzie by tu jeszcze tego lata wyjechać.
W Glasgow jest trochę czasu, więc odwiedzamy ładne centrum handlowe z pawiem. Szlajamy się po George Square. Kupujemy ciasteczka. Robię zdjęcie pomnikowi Burnsa. Powrót na stację i pociąg na lotnisko. Po drodze mnóstwo pól golfowych. Na jednym ze stawków wydaje mi się, że widzę berwicka z młodymi. Dojeżdżamy. Ania wypija kawę. Ja znajduję pocztówkę ze wzorami krat poszczególnych klanów. Bagaż już zdany, więc lżej, choć podręczny też ciężki. Ładujemy się do samolotu. Podróż przebiega szybko i sprawnie. Na Okęciu wita nas żar. Moja mama powie później, że mamy się cieszyć, bo już nie jest tak gorąco, ale dla nas to zupełny odlot.

Dziewczyny odjeżdżają autobusem, a my z Anią kiblujemy cztery godziny w pizzerii na Centralnym. Nagle wydaje mi się, że widzę jakieś znajome twarze. To Kasia, Iwona i Daniel, znajomi z wycieczek przyrodniczych! Okazuje się, że wracają z wycieczki do Norwegii z „Horyzontami”. Są w takim samym szoku temperaturowym jak my.


Była to druga moja wizyta w Szkocji i bałam się, że będę rozczarowana, bo to już nie to samo, co wtedy, gdy jako studentka ze zbyt małą ilością pieniędzy musiałam kłamać na granicy, żeby w ogóle mnie wpuścili, ale Szkocja wcale się nie zmieniła i pokazała mi, że ja też nie za bardzo.

Zdjęcia

SZKOCJA / Grampiany / Roy Bridge / cmentarzykSZKOCJA / Hebrydy Wewnętrzne / Isle of Skye / Czerwone CuillinsySZKOCJA / Highlands / Glencoe / dolina rzeki CoeSZKOCJA / Highlands / Glencoe / Glencoe massacreSZKOCJA / Hebrydy Zewnętrzne - Lewis / Garening / historyczne Czarne DomySZKOCJA / pn. Szkocja / Inverness / Inverness o zmrokuSZKOCJA / Grampiany / stodoła w Roy Bridge / local tasteSZKOCJA / pn. Szkocja / wyspa Handa / maskonurSZKOCJA / Hebrydy Zewnętrzne - Lewis / Stornoway / panorama StornowaySZKOCJA / Południowa Szkocja / Edynburg / Royal MileSZKOCJA / Highlands / Ullapool / Ullapool - zegarSZKOCJA / Highlands / Ben Nevis / widok prawie ze szczytuSZKOCJA / środkowa Szkocja / Rowardennan / wieczór nad Loch Lomond

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl