Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

W poszukiwaniu wiszących mostów - Indie, Arunachal Pradesh, Kwiecień 2011, cz.I > INDIE


Agah Agah relacje z podróży

Zdjęcie INDIE / New Delhi / Paharganj / Indyjska woda mineralnaWyparawa w mało znane, ale szalenie ciekawye zakatki Indii, Arunachal Pradesh, Meghalaya, Asam. zachęcam do zapozania się z relacją, która choć długa to w pełni oddaje nasze 3 tygodnie podróży.

Znam już chyba wszystkie portale, w których występuje słowo Indie ;o) przeczytałam większość relacji z podróży do tego kraju jakie udało mi się znaleźć w sieci oraz dwie świetne książki publicystyczne, wiele w temacie chorób tropikalnych, zwłaszcza Malarii. Zaplanowałam, jak myślałam w tamtym czasie, ciekawą trasę: Rajastan, Uttar Prdesh, Punjab…
Ale jak to w życiu bywa wyszło trochę inaczej, albo raczej całkiem inaczej – bo Arunachal Pradesh, który stał się celem naszej podróży (mojej i Maćka) to dość niezwykłe miejsce pod każdym względem i nie leży na standardowym szlaku podróżniczym, jeśli w ogóle można tutaj mówić o jakichkolwiek standardach.
Destynacja Arunachal Pradesh była pomysłem Maciusia, a mnie coś podpowiadało, że powinnam zaufać jego podróżniczej intuicji. Maciuś miał obawy czy aby nie będę protestować i upierać się przy Agrze i innych znanych i podziwianych przez wszystkich miejscach. Zgodziłam się na tą jego koncepcję, właściwie bez chwili zastanowienia... i ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji :o)
Przewodniki podawały jakieś ubogie informacje, które mieściły się na ½ strony. Mapy internetowe pokazywały szarą plamę…, co oznaczało, że to dość zastanawiające miejsce. Internet to kopalnia wszelkich informacji, udało się tam znaleźć trochę zdjęć…, z których jedno robiło wrażenie i świadczyło o magii tego miejsca, jakby czas się tam zatrzymał - wiszący bambusowy most nad ogromną rzeką. Nie mieliśmy wątpliwości, że to właściwy cel podróży.
Przed wyjazdem w podobne miejsce warto prześledzić lokalne portale, w tym przypadku indyjski. Nam pozwoliło to przynajmniej próbować cokolwiek zaplanować. Oczywiście próbować i cokolwiek są słowami kluczowymi ;o) nasza podróż była raczej oparta na doskonale sprawdzającej się zasadzie: „tu i teraz”. Dzięki temu uniknęliśmy wielu stresów i rozczarowań a w zamian za to pozostały nam piękne wspomnienia ;o)
Założyliśmy, że polecimy, Aeroflotem bo pewnie będzie najtaniej – i było, bilet w obie strony kosztował 391 Euro (z przesiadką w Moskwie). Bilety zostały zakupione pod koniec stycznia i nasz pomysł wszedł w fazę realizacji ;o)
Udając się w podobne miejsce ważne jest, aby zadbać o szczepienia profilaktyczne. W naszym przypadku były to: błonica, tężec, WZW A+B, dur brzuszny. Nie zdecydowaliśmy się na profilaktyczne zażywanie jakichkolwiek leków przeciwko malarii, zabraliśmy ze sobą Malarone, na wypadek gdyby któreś z nas zachorowało.
Należy również pamiętać, że do Indii potrzebna jest wiza, wydaje ją Ambasada Indii w Warszawie, wiza jest ważna przez 6 miesięcy.

31 marca, czwartek
Czwartek, godz. 10.40. zajmujemy miejsca w samolocie wspomnianych wcześniej linii lotniczych, lot: Warszawa – Moskwa, samolot całkiem przyzwoity, ale swoje już wylatał, sympatyczne stewardessy, nie wiem, dlaczego założyły, że jestem Rosjanką…? Po dwóch godzinach spędzonych w samolocie lądujemy w Moskwie na lotnisku Szeremietiewo, oddalonym od miasta o kilkadziesiąt km. Aby opuścić port lotniczy należy posiadać wizę rosyjską, my jej nie mamy wiec po przejściu przez strefę tranzytową musimy czekać na lotnisku 4 h na nasz lot do New Delhi. Jak się okazuje 4 godziny minęły niewiadomo, kiedy a zrobiliśmy tylko potrzebne zakupy, porównując przy okazji ceny interesujących nas produktów we wszystkich dostępnych, bezcłowych sklepach. Ogłosili nasz lot … jeszcze 5 godzin i będziemy w New Delhi.
Po wyjściu z samolotu, ciepłe powietrze uderzyło zapachem dymu, zmieszanego z nieznanym nam aromatem. Lotnisko międzynarodowe w New Delhi robi wrażenie, jest olbrzymie i całkiem nowoczesne. Wiedzieliśmy, z relacji innych, że w Indiach należy być ostrożnym i nie pozwolić się wykorzystać finansowo. Zdecydowaliśmy się, zatem pójść za radą podróżujących i wziąć pre paid taxi, gdzie cena jest z góry ustalona. Czekając w kolejce zagadnęły nas dwie Niemki, które jak się okazało jechały w naszym kierunku, więc wszyscy skorzystaliśmy z okazji ekonomicznego przejazdu do hotelu. Okazało się, że nasze nowe znajome przyjeżdżają do Indii, co roku od 10 lat, ich cel to: „spiritual experience” a nasz: „ expolring non turists area.” Indie to podobno kraj różności, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Albo się je pokocha, albo znienawidzi...
Hotel Smyle Inn w dzielnicy Paharganj. Hotel zarezerwowałam przez portal www.hostelworld.com, cena 8$ os/doba, w miarę czysty z dostępem do Internetu, restauracją na dachu i śniadaniem… dla mnie też brzmiało to świetnie ;o) Pamiętać należy, że wyobrażenie Europejczyka daleko odbiega od realnych standardów jakie się tam spotyka.
Do hotelu dotarliśmy o 5.00, taksówkarz powiedział, że nas zaprowadzi, bo choć hotel blisko, możemy nie trafić. Nie próbowaliśmy go powstrzymywać, dzięki czemu , nasza uwaga mogła być skupiona na odmienności miejsca, w którym mieliśmy spędzić trochę czasu. Istotnie, nie znaleźlibyśmy hotelu, no może nie tak szybko jak taksówkarz. Wąskie uliczki, zakręty, pod nogami przeszkody, na które trzeba było uważać a wszystko robiące mieszane wrażenie… Hotel był oczywiście zamknięty, bo to pora kiedy wszyscy śpią i nikogo nie obchodzi, że ktoś chce wejść czy wyjść – trzeba czekać do 7.00. Nasz taksówkarz był zdaje się znany managerowi owego miejsca, bo otworzyli nam pomimo wczesnej pory, ale niestety powiedzieli, że pokoju nie dostaniemy, bo nie ma 7.00, a tak w ogóle, to check in zaczyna się od 12.00. Po krótkiej wymianie uprzejmości okazało się, że możemy zaczekać ... na nasze szczęście w hotelu a nie na ulicy ;o) Asystent Managera zaprowadzi nas na górę dał jakiś koc mówiąc „you must wait”. Zmęczeni podróżą rozłożyliśmy się wygodnie w mało komfortowym miejscu i oczywiście zasnęliśmy. Po godzinie dostaliśmy nasz pokój, który wyposażony był w 1 potrójne łóżko, szafkę, wentylator, lustro no i oczywiście toaletę z prysznicem.
Paharganj wybrałam głównie z uwagi na lokalizację, bliskość dworca kolejowego, ponad to znajduje się tam całe mnóstwo tanich hosteli, lokalnych knajpek (w Indiach to słowo ma trochę inne znaczenie), kantorów, cała masa sklepików, straganów i innych budek gdzie można dosłownie wszystko kupić. No i co ważne dla wielu – jest tam tanio, dlatego chyba Paharganj jest tak często wybierany przez podróżników z całego świata- wielu tam spotkaliśmy.
01 kwietnia, piątek
Południe czasu New Delhi, czyli 2h 30 min przesunięcia do przodu względem naszego czasu. Trochę wyspani, ale ciągle zmęczeni. Ciepło, powyżej 30°C, wilgotność powietrza znośna, więc nie ma co marudzić, dzisiejszy plan to załatwić permit do Arunachal Pradesh. Czytałam o premicie w internecie, ale miałam, dużo wątpliwości, więc postanowiliśmy zasięgnąć dodatkowych informacji na dworcu w kasie dla obcokrajowców. Dlaczego tam? Nie wiem, od czegoś trzeba było zacząć ;o))
O tym, że Hindusi nie przyznają się do własnej niewiedzy przekonaliśmy się po przekroczeniu holu głównego, za którym została wywieszona spora tablica z informacją mniej więcej tej treści: „Drogi obcokrajowcu, jeśli szukasz kas biletowych to idziesz w dobrym kierunku, nie słuchaj, jeśli ktoś Ci mówi, że kasy są nie czynne, przeniesione, zlikwidowane, czy spadła na nie bomba…” podążyliśmy za wskazówką schodami w remoncie, istotnie można mieć wątpliwości czy korytarz prowadzący do pomieszczenia z kasami nie jest co najmniej po przejściu tornada …
Kasy dla obcokrajowców wyglądają jak stanowiska do obsługi klientów w banku. My nie mamy w planie podróży pociągiem, przynajmniej jeszcze nie teraz, więc nie wypełniamy żadnych formularzy biletowych. Pytamy Pana siedzącego za biurkiem gdzie możemy otrzymać permit do Arunachal Pradesh i jak się tam dostać? Ten po krótkiej konsultacji ze swoja koleżanką informuje nas, że powinniśmy jechać do Foreigners Regestration Office (FRO). Dostajemy zapisany adres i zadowoleni idziemy znaleźć motorikszę, która zawiezie nas pod wskazany adres. Upewniamy się jeszcze, czy aby kierowca tego pojazdu wie gdzie podane miejsce jest. Ten przekonuje, że wie…
Niebywałe! Ruch uliczny w Indiach – a my w nim. To niesłychane, z jednej strony brak zasad, z drugiej te zasady są, choć znane tylko hinduskim użytkownikom drogi. Wszystko świetnie funkcjonuje, choć z europejskiego punktu widzenia jest tam tylko chaos.
Okazuje się, że FRO to nie jest właściwym miejscem i tutaj premitu nie dostaniemy. Uprzejmy urzędnik, tłumaczy nam, że powinniśmy się udać do Arunachal Bhavan lub do indyjskiego MSW. Bardziej przekonani jesteśmy do tego pierwszego, przynajmniej w nazwie ma Arunachal ;o) Znowu bierzemy motorikszę i znowu upewniamy się czy kierowca zna drogę – oczywiście ten z przekonaniem twierdzi, że zna.
Ta część Delhi, w której znajdują się ambasady i szukane przez nas urzędy nazywa się Diplomatic Enclave i bardzo różni się od Delhi, w którym mieszkamy. Szerokie ulice, piękne ogrody, palmy wzdłuż pasów zieleni, nie ma biedy, brudu ani ciężkich przypadków ludzkiej egzystencji…
A my siedzimy wygodnie i jeździmy w kółko ;o) no bo kierowca nie zna drogi i nie wie gdzie nas zawieźć ;o) Zatrzymujemy się co chwila a nasz riksza driver biega podpytać o wskazówki dojazdu do Arunachal Bhavan. Czas nas goni. Nie dość, że piątek, to jeszcze zbliża się 16.00. Chyba dzisiaj małe szanse na załatwienie sprawy, ale przynajmniej może uda się dowiedzieć, czy to właściwe miejsce i jak długo będzie trwała procedura wydania permitu. Ostatecznie dojechaliśmy na miejsce i wbiegliśmy do urzędu. Przywitała nas miła pani o imieniu Adong i rysach twarzy jakby delikatnie chińskich. Ufff… właściwe miejsce, ale dzisiaj już późno i niczego nie załatwimy. Jeśli przyjedziemy w poniedziałek na 10.00 i złożymy dokumenty to o 14.00 permit będzie gotowy do odebrania. Potrzebna będzie kopia paszportu, kopia wizy, zdjęcie paszportowe, 200$ i minimum 2 osoby. Opłata składa się z 2 części: 100$ dla rządu a drugie 100$ dla biura podróży, z którym teoretycznie jedziemy. Teoretycznie, bo w praktyce nie chcemy korzystać z usług jakiegokolwiek biura i z nim nie jedziemy, ale taka jest procedura. Adong była przesympatyczna, świetnie mówiła po angielsku i okazała się wielce pomocna, choć czasem proponowała nam dość kosztowne i nietypowe rozwiązania transportowe:o) Zauważyliśmy również, że do szczególnie robotnych nie należy ;o) A zatem już wiadomo, weekend spędzimy w Delhi.

2 kwietnia, sobota
Sobota, nie jest to świt, ale jeszcze nie południe. Postanowiliśmy zostać dłużej w naszym hotelu, ale co do jutra nasz znajomy manager nie potrafił odpowiedzieć – albo będą miejsca, albo nie ;o) Dzisiaj pierwszy raz jemy hotelowe śniadanie, wczoraj przeżyliśmy na wodzie mineralnej i paczce orzeszków ;o). Na śniadanko płatki, mleko, banan, jakaś kanapka z jajecznicą, sok i kawa – słodka jak miód. Przy stoliku obok siedzą Anglicy i po tym, z jakim apetytem zjadają śniadanie widać, że w nosie mają problemy żołądkowe. My trochę się wahamy zwłaszcza mleko budzi obawy. Niestety niewielki łyk alkoholu od dzisiaj będzie nam już chyba towarzyszył codziennie do każdego posiłku… Oczywiście, że wierzymy w jego uzdrawiającą moc! ;o)
Dzisiaj wybieramy się do Old Delhi i w tym celu postanowiliśmy skorzystać z lokalnego metra. Znaleźliśmy na mapie najbliższą stacje New Delhi Station. Świetnie! Ale jak się tam dostać – stacja jest za torami kolejowymi, można przejść przez dworzec, ale należy mieć ważny bilet kolejowy i okazać go odpowiednim osobom. Droga na azymut również nie okazała się dobra, bo weszliśmy w ślepa uliczkę. Jak się chwile później okazało cała sytuacja nie tylko nas wprawiła w konsternację, ale również napotkanego Hindusa, który poszukiwał przejścia do metra. Na dalsze poszukiwania wyruszyliśmy we trójkę, albo raczej my za nim, on przez tory to my również, bo podobno każdy sposób dobry, który nas zbliża do celu. No i zbliżyłby, gdyby nie mylące rady przechodniów gdzie owa stacja może się znajdować za torami. Left? Yes, left! Right? Yes right! Ostatecznie uznaliśmy, że najbardziej godna zaufania może okazać się policja i tak też było. W końcu zostaliśmy pokierowani we właściwym kierunku.
Metro zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie, a na mnie zwłaszcza wydzielone miejsce w pociągach i na stacjach dla samotnie podróżujących kobiet, u których w przedziale zawsze było więcej miejsca. Chętnie korzystałam z tej opcji, niestety Maciuś nie mógł mi w tym przedziale towarzyszyć. W rezultacie nie było to takie złe, ponieważ w przedziale koedukacyjnym cieszył się bardzo dużą popularnością panów, którzy chętnie zawierali z nim znajomości, wymieniali się numerami telefonów. Zaskakujące, dla nas było, że wszyscy nowi znajomi Maćka mają profile na FB ;o) Na peronach policja obyczajowa sprawdzała czy oby jakiś pan nie przekroczył różowej linii, w przeciwnym wypadku proszony był o cofnięcie się do koedukacyjnego przedziału, w którym często w godzinach szczytu pasażerowie byli upychani przez, nazwę ich „upychaczy”.
Na każdej stacji można kupić coś w rodzaju żetonów na przejazd. Należy tylko powiedzieć przy kasie nazwę stacji docelowej i z zakupionym żetonem trzeba udać się na przeskanowanie (takie jak na lotnisku) kobiety sprawdzane są naturalnie przez kobiety, za parawanem, panowie przez panów, oddzielnie i bez parawanu ;o) Następnie skanowany jest bagaż, czy to, co tam wieziemy nie zagraża bezpieczeństwu. Moja sugestia – alkohol przelewamy do butelki po wodzie mineralnej. Najmniejsza buteleczka wskazująca kształtem na zawartość alkoholu zostanie wykryta i skonfiskowana. Tak właśnie stało się w moim przypadku. W metrze jest zakaz fotografowania, wszędzie obecna jest policja więc aparatu lepiej nie wyciągać.
Old Delhi – tutaj czuje się upływ czasu, nawet bardzo. Oczywiście jest brudno i wielu tylko to zobaczy, ale to niesamowite miejsce. Po wyjściu z metra poczuliśmy piękny zapach smakowitych potraw (mniam, mniam), jednak nie odważyliśmy się jeszcze zaryzykować ich spróbowania, trochę jakby podstawowe zasady higieny nie zostały zachowane, co dla naszych nieprzyzwyczajonych, europejskich żołądków mogło mieć fatalne skutki.
Idziemy zatłoczonymi ulicami, gdzie jest wszystko: stragany, rowery, riksze wiozące najdziwniejsze ładunki, różni ludzie: szaman, kobieta z deskami na głowie, do tego wszystko tak barwne, że nie zauważamy nawet wrastającego w nas brudu. Nad uliczkami wiszą plątaniny różnej grubości i długości przewodów elektrycznych. Ta lokalna innowacyjność robi wrażenie, żadne tam zasady korzystania z energii elektrycznej.
Snując się po zatłoczonych ulicach, postanawiamy odpocząć chwilę i poobserwować ludzi. Naszą uwagę zwrócił ciekawie wyglądający kompleks budynków z dużym placem. Zdaje się, ma on znaczenie dla hindusów, ale nie wiemy jakie, ani jak się nazywa bo przewodnik nie opisywał tego miejsca, ani nie spotkaliśmy tam żadnych turystów. Spędzamy tam sporo czasu, siedzimy w podcieniach wielkiego placu po którym chodzi się na bosaka, rozmawiamy, obserwujemy ludzi. Posadzka potwornie parzy w stopy. Czasem ktoś podejdzie, każe buty inaczej ustawić, nie pokazywać kolan, ani spodu stóp, chłopczyk chce nas dotknąć, machają nam…część południa mija nam na obserwacji tego, co dzieje się wokół nas. Wieczorem postanawiamy wrócić rikszą rowerową… nigdy więcej! Jak dla mnie to nie humanitarne, choć z drugiej strony uczciwie zarobione pieniądze…

3 kwietnia, niedziela
Kolejny dzień w Delhi. Zmieniamy hotel, bo okazało się, że nie możemy przedłużyć doby. Przenosimy się na druga stronę uliczki – pokój równie „uroczy” jak poprzedni ;o) Dzisiaj postanowiliśmy obejrzeć ogród botaniczny. Znaleźliśmy go oczywiście przypadkiem, jest dość oddalony od centrum. Podróż metrem zajęła nam sporo czasu. Prawdę mówiąc ogród nie zwalił nas z nóg, ale i tak było warto przyjechać tutaj. Weszliśmy do niego, choć chyba był nieczynny lub zbliżała się godzina zamknięcia, ale ponieważ nikt z pracowników nie mówił po angielsku, nikt nas nie wyprosił zamiast tego kiwali głowami i uśmiechali się do nas. Po krótkiej eksploracji wracamy do metra – teraz jedziemy tam gdzie wszyscy, którzy odwiedzają Indie ;o) do Red Fortu w Old Delhi.
Miasto jest olbrzymie, trudno wyobrazić sobie codzienne przemieszczanie się na takich odległościach i nie korzystanie przy tym z metra. Old Delhi jest już trochę znajome z powodu wczorajszej wizyty ;o) nie oznacza to absolutnie, że nie można się zgubić. Ze stacji metra do Red Fortu bierzemy motorikszę, która podwozi nas w pobliże. Tłumy ludzi przed nami, nie decydujemy się wchodzić do środka. Choć budowla robi wrażenie swoim rozmiarem, nie przekonuje nas to eksploracji bo dla nas znaczenie ciekawsze jest życie miasta i ludzie, ale oczywiście to nasze zdanie bo wszystko kwestią tego co kto lubi ;o) Inna sprawa, że bilety wstępu dla Białych są ”o niebo„ droższe niż dla Hindusów.
Dzisiaj wieczorem udało się zakupić na wtorek bilety do Guwahati, stolicy Asamu. To właśnie tam polecimy, jeśli oczywiście dostaniemy w poniedziałek permit, no a nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej. Kończąc optymistycznie dzień, idziemy na kolację do trochę zeuropeizowanej knajpki, jedzonko pyszne i dość mocno przyprawione.

4 kwietnia, poniedziałek
Pobudka wcześnie rano. Również na dachu tego hotelu jest restauracja, postanawiamy skorzystać z niej, jesteśmy jedynymi gośćmi ;o) Cóż za ciekawe doświadczenie – zamawiamy 2 porcje tostów z masłem i dżemem a dostajemy jedna porcję tostów, wodę cytrynę i masło. Poddaje się, nie wiem jak to możliwe! Ale zaczynam rozumieć, dlaczego jesteśmy jedynymi gośćmi w odróżnieniu do poprzedniego hotelu.
O 10.00 powinniśmy być w Arunachal Bhavan aby złożyć potrzebne dokumenty do wydania permitu. Bierzemy motorikszę, przynajmniej wiemy już gdzie jechać, w przeciągu kliku minut znowu znajdujemy się w diplomatic enclave. Adong jeszcze nie ma, ale jej kolega daje nam formularze do wypełnienia.
W tym miejscu musze zaznaczyć, że ważne jest aby na formularzu wypisać wszystkie możliwe miejscowości, które chce się odwiedzić lub przejechać przez nie, najlepiej do tego celu poprosić o mapę. Brak miejscowości w permicie może spowodować problemy z zatrzymaniem się w niej a czasem nawet przejazdu przez nią.
Około 14.00 nasz permit będzie do odebrania – zbliża nas to dość mocno do celu podróży. Nie wiemy jak następne 2, 5 tygodnia będą wyglądały, nie mamy sprecyzowanych planów. Rozważaliśmy również zwidzenie Sikkimu, do którego także potrzebny jest permit, może akurat uda nam się tam również dotrzeć? Nie jesteśmy do końca przekonani bo odległości są tak duże, że powinny być mierzone raczej w latach świetlnych ;o) Ustaliliśmy, że złożymy aplikacje także do Sikkimu (aby w razie czego nie żałować) skoro nic to nie kosztuje. Należy to zrobić w Sikkim House ;o) Gdzie jest Sikkim House? Zadaliśmy to pytanie nie jednej osobie: jedni mówili tam, inni gdzie indziej a jeszcze inni wpadali w konsternację i udawali, że nie słyszeli pytania – jak panowie na recepcji Arunachal Bhavan.
Procedura w Sikkim House okazała się znacznie prostsza. Wypełniliśmy formularze, załączyliśmy potrzebne dokumenty i po chwili otrzymaliśmy kopertę z permitem w środku.
Wracamy do Adong ;o) okazuje się, że dokument czeka już na nas w recepcji. HURA! Jutro opuszczamy Delhi. To nasze ostatnie popołudnie tutaj i ostatni punkt programu na dzisiaj- jedziemy zobaczyć Świątynie Lotosu – warto, bo świątynia w dużej mierze oddaje charakter Indii, przy okazji jesteśmy świadkami zastanawiającego obrzędu-procesji. Choć nie mamy pojęcia o co chodzi, to i tak z ciekawością obserwujemy padających co raz na ziemię uczestników owego zgromadzenia.

5 kwietnia, wtorek
Dzisiaj bardzo wczesna pobudka. Samolot do Guwahati mamy o przyzwoitej porze, ale nie mamy pewności czy nie będzie korków, więc chcemy udać się na lotnisko trochę wcześniej. Samolot linii Kingfisher opóźniony około godziny. Jeśli będzie ładna pogoda zobaczymy Himalaje. Boarding idzie bardzo sprawnie, bo niewielu pasażerów.
Himalaje! Piękne, ośnieżone, odległe… ale nie poza zasięgiem, tam gdzie zmierzamy mamy nadzieję zobaczymy je z bliska ;o)
Lot do Guwahati trwa 2,5 h. Gdybyśmy wybrali pociąg byłoby to ok. 39h. Z uwagi na oszczędność czasową wybraliśmy szybszą, lecz niestety droższą opcje transportu.
Popołudniem lądujemy w Guwahati, stolicy Asamu. Lotnisko należy do małych, ale jest czyste i estetyczne. Teraz pytanie - co dalej??? W hali przylotów jest kilka biur turystycznych, miedzy innymi Asam Tourism, w którym miły pan udziela nam wszelkich potrzebnych informacji no i oczywiście dostajemy mapy. Dowiedzieliśmy się, że z lotniska oddalonego o 17 km od miasta jeździ pre-paid bus. Kupujemy, zatem bilety i czekamy na nasz transport. Przy okazji jest chwila czasu na obiad w lotniskowej eleganckiej restauracji, ale na szczęście z hinduskim, pysznym jedzeniem.
Wyruszyliśmy z lotniska do miasta. Chcemy dojechać do dworca autobusowego, który jest zlokalizowany w Guwahati przy Pantan Bazaar, droga strasznie nam się dłuży, choć z drugiej strony pozawala nam to obserwować miasto, które tak bardzo różni się od Delhi. No a poza tym, jak dotąd oprócz Delhi niczego jeszcze nie widzieliśmy. Kierowca autobusu został poinformowany gdzie powinniśmy wysiąść. W końcu dojeżdżamy do Pantan Bazaar i maleńkiej budki z biletami, czyli ticket counter. Pytamy o nocny autobus do Itanagaru, stolicy Arunachal Pradesh. Na szczęście za ok. 3 godz. będzie taki autobus, kupujemy zatem bilety w wersji ekonomicznej, to znaczy, że chyba bez klimatyzacji;o) Odległość jest spora, bo ok. 500 km i pewnie podróż zajmie nam całą noc. Mamy jeszcze chwile czasu na kolację. Zostaliśmy poinformowani, że autobus przyjedzie na postój/ dworzec/przystanek oddalony o kilkaset metrów od kasy biletowej – cokolwiek to było wglądało dość niepozornie i brudno. Na pewno nie przypominało to żadnego przystanku czy dworca znanego przeciętnemu Europejczykowi. Tam mieliśmy czekać.
Zbliża się godzina odjazdu. Podjeżdża nasz pojazd, kierowca każe pakować bagaże na dach. Autobus i jego komfort wskazują, że czekają nas dość ekstremalne warunki podróży. Nie jesteśmy jedynymi pasażerami, jeśli inni dadzą rade to my też. Okazuje się, że autobus, który miał nas zawieźć do Itanagaru, zawiózł nas na kolejny, większy dworzec, gdzie czekało kilka autokarów, marki takie trochę „indyjskie VOLVO”. Kierowca powiedział aby wziąć bagaże i wsiąść do jednego z tych bardziej luksusowych autokarów ;o) Co było robić? Pozostawało mieć nadzieję, że wie co mówi. Na pewno gdzieś dojedzimy ;o)

6 kwietnia, środa
Nie wiem, kiedy minęła noc. Autokar był niewygodny, albo wiało przez otwarte okna albo robiło się duszno. Budziłam się od czasu do czasu, ale nic nie było widać, czuć było tylko unoszący się w powietrzu kurz i kiepską nawierzchnię drogi, po której jechaliśmy. Rano, gdy się obudziłam, witał nas już inny krajobraz – skromne chatki, smętnie snujący się gdzie niegdzie tubylec, ubrany bardziej neutralnie niż typowo po hindusku, ziemia parowała, była spora wilgotność i na pewno komary… a nas pokrywała, zdaje się, spora warstwa kurzu ;o)
Około 7.00 przekroczyliśmy granicę stanu Arunachal Pradesh i zatrzymaliśmy się, przy check point. Można się domyśleć, że od razu staliśmy się atrakcja dla żołnierzy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, oczywiście. Natychmiast zaczęli sprawdzać dokumenty i wypytywać o cel podróży. Okazało się, że „komendant” jest poza „ biurem” a tylko on jest uprawniony do rejestracji obcokrajowców. Nasz autobus odjechał bez nas, a my i bagaże utknęliśmy gdzieś, nawet nie wiadomo gdzie. Pozostało tylko usiąść i czekać, co też zrobiliśmy. Dostaliśmy coś jakby herbatę z mlekiem, oraz prasę do poczytania „Arunachal Times”, w j. angielskim, o tematyce lokalnej. Nie czekaliśmy długo jak zjawił się ów funkcjonariusz uprawniony do ponownego przepytania nas o cel podróży, i spisania naszych danych. Trzeba było jeszcze zrobić ksero permitu, bo okazało się, że kopię tego dokumentu będziemy potrzebowali wszędzie tam, gdzie się zatrzymamy…
Formalności załatwione i co dalej? Jak mamy się dostać do Itanagaru, kiedy wokoło dżungla, góry, kilka chatek stojących na słowo honoru, budka serwująca herbaciane coś dla żołnierzy, check point i to wszystko… i nagle nadjechał autobus, niewiadomo skąd, żołnierze zatrzymali go, tłumaczyli coś kierowcy i po chwili znaleźliśmy się z bagażami w środku. Okazało się, że kierowca został nawet poinstruowany, aby nam wskazać hotel odpowiedni dla „Białych” ;o).
Autobus jechał dość wolno, widoki już teraz niesamowite, no i wszędzie góry porośnięte dżunglą, klimat subtropikalny. Podczas pory deszczowej droga prawdopodobnie nie jest przejezdna, świadczyły o tym niektóre zbocza gór z odsłonięta ziemią, która wyglądała jakby za chwile miała się osunąć. Ślady jej widoczne były również na drodze. Do Itanagaru było jakieś 25-30 km, ale w tempie, w jakim poruszaliśmy się wydawało się, że przejechaliśmy, co najmniej 50 km.
Itanagar City Center ma swój specyficzny i niepowtarzalny klimat. Od razu stajemy się atrakcją dla mieszkańców. Jesteśmy chyba jedynymi Białymi w całej stolicy. Nie często widują obcokrajowców z uwagi na sytuacje polityczną, stan graniczy z Chinami i test terytorium spornym - restricted area. No i trzeba zadać sobie trochę wysiłku, aby się tutaj dostać.
Kierowca autobusu pokazuje nam hotel, w którym podobno powinniśmy się zatrzymać. Hotel w stylu prawie europejskim, różowa elewacja ekstremalnie różni się od okolicznej zabudowy. Dziękujemy za radę, ale nie decydujemy się na taki luksus ;o) Prawdopodobnie bylibyśmy jedynymi gośćmi w tym zacnym hotelu. Postanawiamy znaleźć coś bardziej odpowiedniego, gdzie będą mieszkali ludzie, a najlepiej Hindusi. Po chwili poszukiwań dostajemy pokój w bardzo przyjemnym hostelu. Do pokoju wchodzi się z zewnętrznej antresoli, na której rozwieszone są sznury z hotelowym praniem, z których to mogliśmy skorzystać, a prania naszego trochę było ;o)
Dzień nam mija na zwiedzeniu miasta, albo raczej orientacji jak ono i ludzie funkcjonują. Obok hotelu znaleźliśmy małą lokalną knajpkę „ Annapurna”, tak jak świetnie brzmi jej nazwa, tak jest brudna i ohydna, ale sporo ludzi z niej korzysta, co oznacza, że nie potrujemy się jeśli tam coś zjemy ;o) Na dzień dobry dowiadujemy się, że manager nie może nam niczego zaproponować bo nic nie ma. Jak to nie ma, przecież wszyscy jedzą? W prawdzie to samo… ciapati z jakimś sosem, ale nie jest to NIC. Okazuje się, że to proste jedzenie, które dla nas się nie nadaje, my powinniśmy iść do restauracji w tym „różowym hotelu”. Nie dajemy za wygraną, nic bardziej głupiego nie moglibyśmy zrobić jak pójść do restauracji, w której prawdopodobnie nie ma gości. W końcu udaje się przekonać managera, że to co ma, jest dla nas jak najbardziej odpowiednie. I dobrze się stało, choć pan czuł się dość niezręcznie, to był bardzo zadowolony, że syf, jaki tam panował i oplute ściany nas nie zniechęciły. Jedzenie było pyszne, wiem, że trudno w to uwierzyć ;o) nasze żołądki również nie protestowały ;o)
Mamy jeszcze kilka planów do zrealizowania: bankomat, wynajęcie samochodu, kafejka internetowa, zakup karty telefonicznej pre paid.
Wchodzimy do pobliskiego banku, aby zapytać gdzie jest najbliższy bankomat. Pani w informacji nie wie chyba co to jest bankomat, może nie rozumie angielskiego? Pokazuję jej zatem kartę tłumacząc, że chcemy wypłacić pieniądze z bankomatu,kobieta robi wielkie oczy i mówi, że nie wie, o co chodzi i sprytnie odsyła do jakiegoś managera. Tak, tam chyba każdy nazwa się managerem. Manager również nie ma zielonego pojęcia, co to jest bankomat. Zaczynam się zastanawiać, kto z nas jest tumanem? Nie wykluczone, że pracownicy banku widząc Białych z góry zakładają, że na pewno nie maja tego, o co pytamy i nawet nie próbują wsłuchać się w pytanie, ale oczywiście mogę się mylić w mojej teorii. Poza tym Biali to procedury, formalności. Lepiej powiedzieć nie ma i mieć święty spokój. Okazuje się, że bankomat był schowany za drzewem naprzeciwko banku. Znaleźliśmy go sami. Przecież nieprawdopodobne, aby nie mieli w stolicy bankomatu!
Na dalsza podróż chcielibyśmy wypożyczyć auto. Dałoby nam to swobodę i niezależność. Chodzimy i odpytujemy gdzie można wypożyczyć samochód. Wszyscy kierują nas na postój taksówek. Taksówkarze myślą, że żartujemy jak dowiadują się, że chcemy samochód, ale bez kierowcy. Mamy prawo jazdy i sami chcemy prowadzić. Chyba mieli niezły ubaw. Nie możliwe! To wszystko, co usłyszeliśmy. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Okazuje się, że trzeba mieć prawo jazdy wydane przez stan AP, które zresztą tylko tam obowiązuje. Pozostaje nam zatem korzystać z komunikacji publicznej, co też nie będzie takie złe ;o) Jutro chcielibyśmy wyjechać do Ziro. Dowiadujemy się, że rano odjeżdża Tata Sumo – mały jeep/bus i jeśli chcemy, to są wolne miejsca, więc możemy jechać. Kupujemy bilety w kolejnej niepozornej budce. Zbiórka pół godziny przed odjazdem, kierowca nie czeka.
Niestety odkąd opuściliśmy Delhi nasze telefony nie działają. Zasięg jest, ale zwyczajnie nie działają. Dowiedzieliśmy się, że musimy mieć kartę kupioną na miejscu. Nie sądzimy, że kraty pre paid są rejestrowane, aby ją zakupić należ złożyć w miejscu zakupu: zdjęcie, kopie paszportu, kopie wizy oraz referencje osoby, która nas zna. To ostatnie nie wykonalne, ale na szczęście uprzejma, świetnie mówiąca po angielsku miła Pani z salonu operatora powiedziała, że ona nam te referencje wystawi. Karta zakupiona, ale telefon i tak nie działa ;o) Trochę to irytujące bo nie wiemy dlaczego.
Kafejki internetowe bardzo popularne. Właściwie nie ma problemu, aby je znaleźć, niestety bardzo oblegane i czynne tylko do 20.00, ale choć w banku nie wiedzą co to bankomat, to mają WI FI ;o)

7 kwietnia, czwartek
Pobudka wcześnie rano. Na miejscu odjazdu Tata Sumo jesteśmy punktualnie. Poznajemy tam Hindusa pracującego w branży turystycznej. Od razu nawiązuje się miedzy nami rozmowa, pyta gdzie jedziemy, jakie są nasze plany… Okazuje się, że Yom, bo tak ma na imię, może nam pomóc znaleźć hostel w Ziro, do którego jedziemy. Będą tam czekać „ jego ludzie”, którzy się nami zajmą. Cokolwiek to oznacza ;o) Jeśli nie będziemy chcieli, to oczywiście nie skorzystamy. Nie mamy nic do stracenia, więc zgadzamy się na to „zajęcie się nami”. Wyruszamy punktualnie, droga fatalna, żołądek podskakuje do gardła. Dobrze, że rano nie jedliśmy śniadania. Mamy nadzieję, że to chwilowe wertepy, ale niestety nie chwilowe. Miejscami jest jeszcze gorzej.
Tata Sumo, to jeep dla 8 osób + kierowca, ale faktycznie jedzie 10 osób + kierowca i nie ma co ukrywać jest potwornie ciasno i nie wygodnie. Na dachu jadą bagaże, miejmy nadzieje zabezpieczone w miarę przyzwoicie. Odległość z Itanagaru do Ziro to jakieś 167 km. Pokonujemy ją cały dzień. Wąska droga, po której jedziemy to się wznosi to opada, doły, doły, jeszcze raz doły. Jestem cała poobijana. Wokół piękny las subtropikalny–dżungla, widoki rekompensują wiele z niedogodności podróży. Roślinność gęsto zaszyła całe wzgórza. Bananowce, bambusy, kaktusy, kwitnące przepiękne magnolie, krajobraz bajkowy. Zakręt za zakrętem. Albo wszyscy przechylamy się w lewo, albo na raz w prawo i tak bez końca. Przed każdym zakrętem kierowca ostro trąbi dając znak temu potencjalnie nadjeżdżającemu z przeciwka, aby uważał.
Na postoju zaczynam rozmawiać z jedyną hinduską kobietą wśród towarzyszy podróży, od której zresztą dostałam chipsy;o) Jeden z niewielu produktów dostępnych w przydrożnych sklepo/straganach. Pozostałe to ciastka, woda, coca cola i jeszcze coś co wszyscy przeżuwaj i co barwi im usta na czerwono, późnie wszędzie tym plują.
Moja nowa przyjaciółka przyznaje, że białych raczej nie widują, ona widziała ostatnio parę Hiszpanów na weselu swojego brata, dwa lata temu. Nas za to widziała wczoraj przy Ganaga Market ;o) istotnie byliśmy tam, to dowód na to, że zwracaliśmy na siebie uwagę w miejscach gdzie tylko pojawiliśmy się.
Ziro leży na wysokości 1500 m.n.p.m., czuje się tutaj chłód górskiego powietrza, choć roślinność nadal jakby tropikalna. Mijamy dużo plantacji ryżu, nie są tak okazałe jak na folderze, który dostaliśmy od Adong ;o) ale to przecież oczywiste ;o). To z pozoru małe miasto jest zupełnie inne niż leżący tak nie daleko Itanagar, ale inne jest dokładnie wszystko. Dość surowa i szara zabudowa miasta sprawia, że wygląda chłodno i nieprzyjaźnie. Tutaj żyją Apatani – plemię, którego kobiety dawniej tatuowały twarze i nosiły płaskie krążki w nosie. Widzimy je, ale tylko te starsze wyglądają jeszcze tradycyjnie.
Na postoju Tata Sumo czekają już na nas „ludzie Yoma” i mówią, że zabiorą nas na „Home stay” zgadzamy się, czymkolwiek jest, w tym przypadku „Home stay”. Pakują nas do motorikszy i po chwili znajdujemy się w wiosce Apatani, tak na marginesie za motoriksze przepłaciliśmy, a poza tym te 300m, które przejechaliśmy, można było przejść pieszo, pomimo bagaży, ale nie znając odległości nie protestowaliśmy. Nasi nowi przewodnicy zaprowadzili nas do jednego z domków zamieszkiwanego przez bardzo sympatyczna rodzinę, trudniąca się przyjmowaniem gości, oczywiście częściej Hindusów niż Białych. Po miłej rozmowie uznaliśmy, że zostaniemy z nimi, choć cenę za noc z kolacja i śniadaniem zaproponowali taką, że myślałam, że spadnę z i tak małego stołeczka. Za takie pieniądze, cała wioska mogłaby przez miesiąc balować. Moja oszczędna natura wręcz kazała mi negocjować!
Domek zamieszkiwany przez rodzinę Apatani to jedno pomieszczenie, w centrum którego mieściło się palenisko a nad nim coś w rodzaju rusztowania, na którym suszyło się mięso i inne mniej mi znane produkty. Domki te są całoroczne, choć moim zdaniem to był domek letniskowy. Zbudowane z desek i bambusa, pokryte głównie blachą . Na wyposażeniu obowiązkowo telewizor ;o) wnętrze bardzo częste. Gospodyni, która z nami rozmawiała przygotowywała właśnie dla nas kolację, oczywiście na podłodze. Sądzić by można, że byliśmy szczególnymi gośćmi, bo na raz zjawiło się w domku jeszcze kilka kobiet w tym jedna starsza z tradycyjnymi tatuażami i krążkami w nosie. Wszystkie bardzo uprzejme miłe, chcące nas poznać. Zgodnie z zasadą kobiety rozmawiają z kobietami zostałam przez nie wydotykana, wyściskana, obejmowana, oczywiście z zachowaniem wszelkich zasad rytuałów i dyplomacji miedzy plemiennej. Ostatecznie poprosiły abym z nimi obejrzała wiadomości, z których nie rozumiałam ani słowa ;o) ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
Na kolację dostaliśmy ryż, gotowane liście o smaku niczego, coś podobnego do surówki z ogromną ilością chili, smażone patyczki z dżungli – to było nawet smaczne, choć nie porównywalne do czegokolwiek i mięso suszone zatopione w ciepłej, beżowej wodzie, niestety nie wiem, jakie zęby trzeba mieć, aby to przegryźć – ja nie dałam rady. Wiedziałam, że jeśli to zjem mój żołądek zbuntuje się. Licząc na ich wyrozumiałość mięsa prawie nie tknęliśmy. Pozostałe dania częściowo zostały zjedzone, ale mnie to ewidentnie nie szło. Nasi gospodarze z zainteresowaniem przyglądali się nam a właściwie temu jak posługujemy się widelcami. Dla nich to idiotyczne i nie dało się nie zauważyć uśmiechów na ich twarzach ;o)
Dostaliśmy domek dla gości z toaletą nieopodal ;o) Domek to jedno pomieszczenie z dużym łóżkiem, krzesłem, półkami na umieszczenie bagażu i maleńkim lustrem. Podłoga – klepisko a ściany z bambusa wybite folia w miejscu, gdzie stało łóżko, chyba na wypadek deszczu? Noc była potwornie zimna. Spaliśmy w śpiworach, przykryci mega grubym kocem, ja dodatkowo w ubraniu i polarze ;o)

8 kwietnia, piątek
Wstajemy wcześnie rano, chcielibyśmy zwiedzić Ziro przed śniadaniem, które jest o 8.00. Później mamy kolejne Tata Sumo, dalej, do Daporijo. Choć wczesna godzina, miasto już nie śpi, dzieci idą do szkoły, inne dzieci bawią się stara oponą w obejściu gospodarstwa, inne dzieci niosą dzieci, właściwie widoczne są najczęściej dzieci i zwierzęta;o)
Śniadanie smakuje znacznie lepiej niż kolacja. Oprócz ryżu dostajemy również jajka oraz pyszny placek upieczony przez naszą gospodynię ;o)
Szkoda, że nie mamy ze sobą widokówek, byłoby bardzo miło zostawić gospodarzom taką pamiątkę. Oni nie wiedzą i nie maja nawet wyobrażenia jak wygląda inna część świata, w zasadzie wiedzą tylko, ze istnieje miasto Londyn, na pytanie, skąd wiedzą o Londynie? Dowiedziałam się, że Ziro i Londyn leżą na takiej samej wysokości n.p.m. Nie sprawdziłam, więc nie wiem czy to prawda, ale widocznie oni tak są uczeni w szkole.
Droga do Daporijo to istny koszmar. Mam wrażenie, że wertepy, po których się snujemy są jeszcze większe. Pomimo fatalnych warunków udaje mi się zasnąć. Maciuś ma chorobę lokomocyjną i całą drogę leży mi na kolanach. Zauważyłam, że warunki jazdy mają dwojaki wpływ na pasażerów: albo ktoś śpi, albo wymiotuje przez otwarte okno. Trzeciej opcji nie ma. Kołysanie jest potworne, co chwilę uderzam się w jakąś część ciała, wtedy budzę się i podziwiam obłędne widoki dopóki znowu nie zasnę i tak bez końca. Dzisiejszy dzień jest deszczowy. Lepiej nie myśleć o jadących na dachu plecakach. Podobnie jak wczoraj odległość nie jest duża, ale jedziemy cały dzień.
Daporijo, to zwyczajnie brzydkie miasto, dzisiaj bure, deszczowe, wszędzie błoto. Plecaki oczywiście przemokły, trudno ;o( Trzeba znaleźć szybko hotel. Nie chcemy zbyt długo tu zabawić. Okazuje się, że w mieście funkcjonuje tylko jeden hotel, ohydny jak samo miasto w tą brzydka pogodę. Hotel bardzo tani, mieści się na piętrze przy sklepiko/knajpce. Prowadzi do niego korytarz a raczej coś podobnego do dużej komórki gdzie składowane są różne rupiecie, jakieś drewno, obok którego siedzi kucharz i obiera ziemniaki, dalej inny walczy z jakimś mięsem – to chyba kurczak. Pokój najgorszy w jakim przychodzi nam nocować od momentu przylotu do Indii ;o) na dodatek gaśnie światło, i są problemy z wodą. Tak jak przypuszczałam śpiwór mokry, ale większość rzeczy zabezpieczonych w foliowe torby sucha. Zostawiamy bagaże i postanawiamy znaleźć ticket counter. Jurto kierujemy się do Aalo, gdzie chcielibyśmy spędzić kilka dni. Dowiadujemy się, że do Aalo można dojechać tylko autobusem, ale nie wiadomo czy jutro autobus odjedzie, bo są jakieś wybory. Udajemy się, zatem na dworzec prowadzeni przez uprzejmą lokalną mieszkankę. Dworzec wcale nie wygląda na dworzec, owszem budynek jest i na placu 3-4 rozwalone autobusy, z których każdy nie ma, co najmniej jednego koła. Autobus ma odjechać jutro o 7.00, zbiórka pół godziny przed wyjazdem. Kierowca nie czeka!
Robi się późno, idziemy jeszcze do hotelowej knajpki coś zjeść. Tutaj jest znacznie gorzej niż w Annapurnie. Mam wątpliwości czy kolacja mi nie zaszkodzi, ale nie mamy żadnej alternatywy.
Noc strasznie się dłużyła. Spaliśmy w śpiworach zapięci po szyję, choć było potwornie ciepło, to nie mieliśmy odwagi wyjść ze śpiwora ze względu na komary...w nocnej ciszy słychać było brzęczenie krążących nad nami ich całych stad. Pewnie wleciały przez łazienkowe okno, w którym nie było szyby ;o) a drzwi z łazienki do pokoju nie zamykały się , poza tym nad drzwiami łazienkowymi był otwór również bez szyby, no w każdym razie dróg wlotu dla komarów było tyle, że ich obecność nie budziła zaskoczenia. W nocy obudził mnie silny ból brzucha, na szczęście pomógł Antinal, który zakupiłam kilka miesięcy wcześniej w Egipcie. Jakiekolwiek problemy z żołądkiem byłyby ekstremalnie uciążliwe.

9 kwietnia, sobota

Dzisiaj również pobudka bardzo wcześnie rano. Jedyny moment, aby przyjrzeć się miastu. Czasu nie mamy wiele, ale nie ma tutaj zbyt dużo atrakcji. Poranek lekko deszczowy jak wczorajszy dzień i cała noc. Wszędzie mokro i wilgotno. Postanawiamy jeszcze zajrzeć na dworzec. Nie ma „żywego ducha” ani jednego autobusu z czterema kołami, mamy wątpliwości, czy ten autobus istotnie odjedzie. Wracamy do hotelu po bagaże i ponownie udajemy się na dworzec.
Ku naszemu zaskoczeniu zebrało się już kilka osób, a w ticket counter sprzedają bilety! Jeden z bezkołowych autobusów został jakimś cudem wytypowany, jako nadający się w podróż. Zebrało się kilku przypadkowych mechaników-magików i założyli koło. Drugie zapasowe wrzucili na dach. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że tutaj wszyscy jeżdżą na łysych oponach. Wybiła godzina 7.00 wszyscy zainteresowani wsiedli i autobus punktualnie odjechał.
Droga niczym nieróżniąca się od wcześniejszych. Autobus jechał jeszcze wolniej niż Tata Sumo, zatrzymywał się w różnych dziwnych miejscach górskiej dżungli niewyglądających na przystanki. Co jakiś czas ktoś wysiadał, ktoś wsiadał przewożąc mniej lub bardziej dziwne ładunki. Nie wiem ile mogliśmy przejechać, może 20 km jak zatrzymaliśmy się, bo okazało się, że koło się popsuło – cóż za zaskakująca awaria!:o) Wszyscy panowie podróżujący owym autobusem okazali się być oczywiście mechanikami. Zrzucili z dachu załadowane wcześniej zapasowe koło, podmienili, uszkodzone wrzucili na dach i po ok. 30 min ruszyliśmy dalej. W trakcie zmiany koła podróżujące panie pobiegły do sklepo/straganów po chipsy i sok z mango. Ja w tym czasie poznałam kolejna przyjaciółkę, która tym razem kupiła mi banany, a ja w zamian za to, dałam jej sezamki ;o) Sądząc po tym jak się ucieszyła chyba takiej wymiany barterowej oczekiwała. Dziewczyna nie znała ani jednego słowa po angielsku, ale wcale nie przeszkadzało jej to opowiedzieć, a mnie zrozumieć, opowieści o jej chorobie lokomocyjnej. Istotnie strasznie ją męczyła. Co zakręt wymiotowała przez otwarte okno, co postój biegła pożywić się chipsami i sokem z mango, ledwie autobus ruszył ta znowu zaczynała wymiotować a później polewała autobus woda mineralną.
Około godz. 17.00 dojechaliśmy do Aalo. Miasto wydawało się dość przyjemne, choć całkiem niewielkie, położone nad rzeka, wokół bardzo zielono. Chcemy zostać tutaj kilka dni, bo jest w okolicy trochę ciekawych miejsc wartych zobaczenia. Poza tym chcemy również trochę odpocząć. W końcu to urlop ;o)

10 kwiecień, niedziela
Pierwszy dzień od dłuższego czasu, kiedy nie musimy wstawać o nieziemskiej porze. Po kilku dniach intensywnej podróży musimy trochę odpocząć i ogarnąć się, zwłaszcza z praniem brudnych ciuchów.
W miasteczku są dwie knajpki, serwujące pyszne mega pikantne dania. Niemal zapomniałam jak miło zjeść śniadanie w południe i nigdzie się nie śpieszyć.
Po śniadaniu idziemy w dolinę rzeki, gdzie położona jest tradycyjna wioska, wokół bardzo zielono, maleńkie przydomowe ogródki pełne kwitnących amarylisów. Jak zwykle wzbudzamy duże zainteresowanie mieszkańców. Dzisiaj jest niedziela i wiele osób idzie do kościoła. Nieopodal jest katolicka misja, ksiądz i misjonarka ucieszyli się na nasz widok ;o) Wioska ciągnie się wzdłuż rzeki. Zarówno gwarnie jest w wiosce jak i w rzece ;o) Choć różnimy się o mieszkańców dość mocno, to nasza obecność nie przeszkadza im w codziennych czynnościach. Od czasu do czasu słychać tylko za nami wołanie „foreigners”, wykrzykiwane przez najmłodszych mieszkańców.
Wczoraj wieczorem niewiadomo skąd zaczęło porządnie lać, akurat byliśmy na kolacji, dzisiaj poranek ładny, ale im bliżej południa tym więcej chmurek pokazuje się na niebie, a w powietrzu czuje się dużą wilgotność. A właśnie po południu chcielibyśmy wybrać się do pobliskiej wioski o nazwie Darka, oddalonej jakieś 6 km od Aalo.
Samochód znacznie ułatwiłby sprawę przemieszczania się, ale nie ułatwi, bo go nie mamy, więc idziemy do wioski pieszo, co z jednej strony pozwala nam przyjrzeć się temu, co nas otacza i czego częścią jesteśmy, z drugiej strony pozwala zmoknąć, bo właśnie nadchodzi popołudniowa ulewa typowa dla tego klimatu.
W drodze do wioski poznajemy młodego chłopaka, który w niej mieszka i do tego mówił po angielsku, chętnie oprowadza nas po Darce. Najwyraźniej czuje się bardzo ważny prowadząc dwoje Białych ;o) Wioska bardzo duża, wszystkie domy na palach, zbudowane z bambusa, pokryte trzciną lub liśćmi palmowymi. Nasz przewodnik powiedział, że w porze deszczowej płyną tedy spore ilości wody, nie ma się co dziwić, wioska usytuowana pomiędzy zboczami gór...
Chcemy jeszcze zobaczyć bambusowy, wiszący most, do którego jak się okazuje powinniśmy zejść w dolinę rzeki. Jest bardzo ślisko i ciągle pada, do tego na spotkanie z nami z zarośli wychodzi jakiś bawół i idzie w naszą stronę ;o) Znaleźliśmy miejsce aby ukryć się dopóki nas nie minie...ufff droga wolna! Most rzeczywiście robi wrażenie, do tego jest ciągle używany, ja jednak nie znajduje w sobie tyle odwagi aby przejść po nim z powodu dużych braków w jego konstrukcji ;o) Za to Maciuś nie ma z tym najmniejszego problemu ;o)
Ludzie są tutaj niezwykle przyjaźni, mili i bezinteresowni. W drodze powrotnej zaczyna się robić już ciemno, całkiem dobrze przemoczeni i zmęczeni wracamy do hotelu, zatrzymuje się sympatyczny pan, który podwozi nas do miasta. Dzięki temu, zdążamy na kolację przed zamknięciem knajpki;o)

11 kwietnia, poniedziałek
Czeka nas bardzo intensywny dzień, około 5 km w przeciwną stronę niż Darka, leży wioska Podbi. Z informacji, jakie mamy można tam zobaczyć inny tradycyjny, bambusowy, wiszący most. Dla mnie to bajkowe miejsce, po prostu piękne. Tutaj mogłabym zostać i jakiś czas pomieszkać ;o) Wioska położona w malowniczej rozległej dolinie rzeki Siang. Doskonale widzimy ją z wyżej położonej drogi, którą idziemy. W ogródkach rosną bananowce, wokoło góry porośnięte dżunglą, którą od wioski oddziela tylko wspomniana droga. Domy niczym nie różnią się od tych widzianych wczoraj czy przedwczoraj, w tym przypadku ogromne znaczenie ma to niesamowite położenie i przestrzeń. W oddali widać pola ryżowe, kobietę idącą z wielkim koszem na plecach, w którym niesie ciekawy ładunek, chyba kije bambusowe. Na podwórkach tylko bawiące się dzieci, ktoś przygląda nam się z ogromnej przydomowej werandy… My podążamy do naszego mostu ;o) Z drogi zauważamy most, ale nie wygląda na bambusowy. Aby się do niego dostać schodzimy w dół zboczem góry, jest bardzo stromo, rośliny bardzo gęsto zaszyły podłoże i trudno znaleźć bezpieczne miejsce, aby postawić stopę. Udało się, jesteśmy na moście, ale nie na tym, na którym chcielibyśmy być...
No cóż, nie znaleźliśmy interesującego nas obiektu, trochę jesteśmy zawiedzeni. W drodze powrotnej poznajemy dwóch tubylców, którzy twierdzą, że wiedzą, gdzie jest szukany przez nas most. Aby się upewnić, że wszyscy mamy takie samo zrozumienie tematu, pokazujemy im zdjęcie szukanego obiektu. Jesteśmy zaskoczeni, z jakim przekonaniem tłumaczą nam, że most jest tuż, tuż, niedaleko, nazywa się Paja Bridge, ale my ten most tuż widzieliśmy i on jest zupełnie inny niż ten, który im pokazujemy. Nasi rozmówcy upierają się, że tam jest właśnie ten most i powinniśmy wrócić się 2 km. Dość mało prawdopodobne, ale może istotnie coś umknęło naszej uwadze. Z niedowierzaniem wracamy i z takim samym niedowierzaniem stwierdzamy, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd, pewnie nieumyślnie ;o) Jak można pomylić bambusa z metalem- nie wiemy. Skoro już po raz kolejny jesteśmy na moście to ustaliliśmy, że do miasta wrócimy drugim brzegiem rzeki. Warto było ;o) Pięknie, bezludnie...wąska ścieżka prowadząca wzdłuż pól ryżowych i mini plantacji bananów ciągnęła się dokładnie wzdłuż rzeki. No i nagle zobaczyliśmy tradycyjny wiszący most;o) Dość niezwykły, ale nie ten którego szukaliśmy. Ten wyszedł już dawno z użycia, nie dało się na niego wejść z powodu braków wielu elementów i wątpliwej konstrukcji.
Do miasta wracamy jak jest już zupełnie ciemno. Słychać tylko odgłosy dżungli...Bajecznie!

12 kwietnia, wtorek
Ostatni dzień w Aalo, naprawdę magicznym miejscu, najpiękniejszym, w jakim dotąd byliśmy. Po śniadaniu kupujemy na jutro bilety w dalszą podróż do Pasinghatu. Szkoda wyjeżdżać stąd, usiedliśmy na krawężniku i patrzymy jak kobiety, bardzo zresztą robotne, naprawiają drogę. W wielkiej kadzi gotuje się smoła, którą „drogowczynie” nalewają do mniejszych pojemników i polewają nierówności ;o) Teraz stało się jasne, dlaczego po tych drogach nie da się jeździć ;o)
Korzystając z pięknego i upalnego dnia idziemy zwiedzić nie explorowane jeszcze przez nas okolice Aalo. Przechodząc obok dość nowoczesnego domu zagaduje nas jego mieszkaniec. Chce nam pokazać swój tradycyjny dom, który wg nas z tradycyjnym nie ma nic wspólnego. Dziękujemy i mówimy mu, że chcemy jeszcze zobaczyć okolicę. Tak się złożyło, że wspomnieliśmy o wiszących bambusowych mostach, no i zaczęło się. Nasz rozmówca naopowiadał nam o, niby jego zdaniem, tradycyjnym moście oddalonym o 15 km od Aalo. Upewniliśmy się jeszcze czy na pewno wie, co mówi, tradycyjny a nie nowoczesny, betonowy? Tak nas przekonywał, że uwierzyliśmy, może istotnie tam coś jest. Zbyt duża odległość, aby pokonać ją pieszo, więc wzięliśmy motorikszę. No i co ukazało się naszym oczom? Wielki betonowo stalowy most, po którym jechała ciężarówka. Znowu zostaliśmy wprowadzeni w błąd i pewnie znowu nieumyślnie. Mam wrażenie, że oni słyszą tylko słowo most, jaki to nie jest istotne, bo most służy do przejścia na druga stronę rzeki a nie do podziwiania. Nie mamy im za złe, że wpuścili nas w maliny, widać nasze poziomy percepcji są skrajnie różne ;o)

13 kwietnia, środa
Rozleniwiliśmy się a dzisiaj rano pobudka o dość wczesnej porze. Podróż do Pasighatu nie zapowiada się na całodniową, bo odległość jest rzędu 80 km. Droga taka jak wcześniej: doły na zmianę z ostrymi zakrętami. Przed południem dojeżdżamy do Pasighatu, nie należy ono do ładnych miast. Przynajmniej okolice dworca są dość paskudne. Mamy kilka opcji transportowych do rozważenia, ale ostatecznie decydujemy się na autobus do Tezpuru (Asam). Autobus wyjeżdża ok. 13.00 więc w nocy powinniśmy być już na miejscu.
Wracamy do Asamu po to, aby ponownie wjechać do AP, ale tym razem będziemy kierować się na północny zachód w stronę Tybetu, do Tawangu. Niestety innej drogi nie ma. Musielibyśmy, w przeciwnym wypadku, wracać ta samą trasą, która przyjechaliśmy do Aalo, co zajęłoby bardzo dużo czasu.
Autobus do Tezpuru już czeka na dworcu. Przejeżdżając przez Asam widzimy jak zmienia się dokładnie wszystko. Asam w odróżnieniu do Arunachal Pradesh jest płaski z wielkim dorzeczem Brahmaputry. Rzeka jest naprawdę potężna. Pierwsze wrażenie, to monotonność krajobrazu, przynajmniej w okolicy przez którą przejeżdżamy.
Godzina 23.30 skrzyżowanie 5 km przed Tezpurem. Nagle zostaliśmy poinformowani, że mamy tutaj, wyśąść bo autobus skręca na drogę do Guwahati, do Tezpuru nie zajeżdża. Fantastycznie! Środek nocy, plecak ważący 20 kg, gorąco, komary, a przed nami 5 km spacerku i nocne poszukiwanie hostelu. Wiadomo, w życiu nie zawsze jest lekko ;o) Plecak był cholernie ciężki, i z każdym kilometrem cięższy, komary okrążały nas z każdej strony, a na hotel nie było póki co szans. Pierwszy, do którego weszliśmy odstraszył nas ceną, kolejne były zamknięte, bo to nie pora na przyjmowanie gości. Przeszliśmy spory kawał drogi, mieliśmy nawet pomysł, aby zaczekać do rana w klimatyzowanym bankomacie, ale...na noc niestety klimatyzację wyłączali i w bankomacie było jak w piekarniku. Również rozłożenie się na stacji benzynowej nie wchodziło w grę, od razu wyczuły nas komary i były tak dokuczliwe, że nie pozwoliły nawet usiąść. Ostatecznie przechodziliśmy obok bardzo eleganckiego hotelu, Plaza Palace czy coś takiego. Właśnie ten hotel był w rodzaju tych do których nie wchodzimy bo drogo i europejsko, ale do tego weszliśmy a dokładnie ja weszłam zapytać o cenę ;o) No, szczegóły pominę...finalnie znaleźliśmy się w czystym pokoju z wygodnym łóżkiem i ciepłą wodą, choć trochę drogim… ;o)

14 kwietnia, czwartek
Nie ma co ukrywać, odpoczęliśmy tutaj. Trochę dziwnie czuliśmy się wychodząc rano, gdy wszyscy zaczęli się nam kłaniać.
Z Tezpuru chcemy dostać się do miejscowości Bhalukpong na granicy z AP. W tym celu wyruszyliśmy znaleźć Tata Sumo lub inny transport, który nas tam zabierze. W miejscu, gdzie byliśmy przekonani, że kupimy bilety okazało się, że ich nie kupimy, bo nic nie odjeżdża stamtąd do Bhalukpong. Człowiek w ticket counter powiedział, że powinniśmy przejść na dworzec, gdzie też udaliśmy się. Na dworcu poinformowano nas, że stamtąd do Bhalukpong nie pojedziemy, bo nie ma takiego kursu. Trzeba pójść na inny postój i znowu nas pokierowano w inne miejsce. To inne miejsce nie było wcale innym tylko pierwszym, w którym byliśmy, ale doszliśmy do niego inną drogą. Nie jesteśmy wcale zaskoczeni ;o) Idziemy ponownie do ticket counter i pytamy o transport do Bhalukpong, tym razem jest, około południa ;o) Kiedy wróciliśmy z bagażami okazało się, że mamy czekać, autobus podjedzie. Jednak zamiast autobusu podeszło kilku tubylców, z których jeden powiedział, że autobus będzie opóźniony a drugi, że nie będzie go w ogóle, bo jest festyn w Asamie i autobus nie odjedzie. Pytamy, zatem jak możemy dostać się, do Balukphong? Najpierw powinniśmy pojechać do Balipary a stamtąd do Bhalukpong. Wyboru nie ma, jedziemy do Balipary. Droga bardzo przyzwoita i na szczęście nie zbyt odległa. Mniej więcej w godzinę dojeżdżamy do Balipary, skąd szybko znajdujemy kolejne Tata Sumo do Balukphong.
Droga znacznie gorsza, jedziemy dość wolno i późnym popołudniem dojeżdżamy do dzisiejszego celu podróży, w którym znajduje się, check point. Poddajemy się wszelkim obowiązującym procedurom i ruszamy w poszukiwaniu hostelu. Znaleźliśmy całkiem przyjemny pokoik, który dzieliliśmy z jaszczurką zamieszkującą ścianę, a łazienkę z mega pająkiem ;o) Hotel prowadziła kobieta, było w nim trochę niedoskonałości, jeśli w ogóle o niedoskonałościach można w tym przypadku mówić. W pokoju nie było prądu bo natychmiast po włączeniu światła i wentylatora wysiadł, na szczęście mieliśmy świeczki i czołówki, więc daliśmy sobie radę, o zimnej wodzie nie wspominam, bo to standard. Można się nawet do tego przyzwyczaić ;o)
Kolację zjedliśmy na ulicy w dosłownym tego słowa znaczeniu – pyszny makaron ;o) Zakupiliśmy bilety do Bomdilli i eksplorowaliśmy okolicę uciekając przy tym przed burzą.
Noc oczywiście pod moskitierą ;o)) Rządowa kampania informacyjna na wielkich PVC świadczyła o niejednym przypadku zachorowania na Malarię.

15 kwietnia, piątek
Pobudka o bardzo wczesnych godzinach porannych. Trudno dzisiaj wstać ;o) Musimy się zbierać bo przed nami jak zwykle męcząca, długa podróż Tata Sumo. Na umownym przystanku, niepodobnym do niczego jesteśmy tylko my. Mamy wątpliwości, czy w ogóle cokolwiek stąd odjedzie???
Tata Sumo przyjeżdża już z pasażerami i zabiera tylko nas. Oczywiście wciskamy się do niego jak sardynki do puszki. Zapowiada się ciekawa podróż… jeszcze nie wyjechaliśmy z Bhalukpong, a już nasze auto posuło się – oczywiście problem z kołem, więc zamiast ruszyć w stronę Bomdilli ruszyliśmy do mechanika. Wszechstronny mechanik coś zaradził i po około 40 min wyjechaliśmy. Droga tak jak pozostałe, kręta z wybojami, ale niezwykle malownicza.
Bomdila jest małym miasteczkiem położonym na wysokości 2700 m.n.p.m. czuje się tutaj powiew Tybetu, inna architektura, roślinność wysokogórska, chłodno i dość surowo. Mało, kto mówi po angielsku. Zatrzymaliśmy się w niewielkim hostelu. Hostel miał ściany z płyty z prześwitami na pole, lodowatą wodę, był mało zachęcający i zimny. Oprócz kilku drogich hoteli w centrum trudno cokolwiek innego znaleźć. Będąc w Delhi, dowiedzieliśmy się od naszej znajomej, Adong, że działa tutaj Tourist Lodge, niestety byliśmy zbyt zmęczeni, aby w nieskończoność szukać owego miejsca. Jak to w górach bywa, nie ma prostej ulicy, tak również wygląda Bomdila, do tego ciężkie plecaki nie zachęcają do prowadzenia poszukiwań. Zresztą nasz hostel był również dość tani.
Mnie tutaj sięgnęła lekka forma choroby wysokościowej, ból głowy i ogólne rozbicie formy, na szczęście aspiryna pomogła. Maciuś, niestety musiał znosić mój marny humor ;(
Nasz plan przewidywał dotarcie do Tawangu drogą lądową a powrót do Guwahati helikopterem, nie tylko ze względów czasowych, ale również uciążliwości drogi powrotnej, no a poza tym chcieliśmy przelecieć nad Himalajami. Należało kupić bilety i zarezerwować miejsca. Tutaj znaleźliśmy biuro podróży Himalayan Holiday, lot kosztował 3000 Rpi. Miejmy nadzieję, że warto;o) Przy okazji kupiliśmy na jutro bilety do Tawangu – odjazd wcześnie rano. Mamy czekać przy hostelu, bo okazało się, że nasz hostel leży przy na trasie, którą przejeżdża Tata Sumo i nie musimy iść rano z bagażami do miasta.
Z uwagi na długość geograficzną znacznie szybciej zaczyna się robić ciemno, do tego górska zimna noc nie zachęca do niczego innego jak zamknąć się szczelnie w śpiworze z aspiryną na dobranoc ;o)

16 kwietnia, sobota
Wczesna pobudka nie sprawiła większego problemu. Noc była tak zimna, że przyjemnością było zabranie się w dalszą podróż. Tawang oddalony jest od Bomdli o 183 km, ale oczywiście wysokogórska droga sprawia, że będziemy tam jechać cały dzień. Widoki przepiękne, raz się wznosimy to znowu zjeżdżamy w dół, trasa niezwykle kręta w fatalnym stanie. Zastanawiające jest jak ludzie przemieszczają się tutaj zimą?
Po drodze, na wysokości 4114 m.n.p.m. leży przełęcz Sela Pass, którą przejeżdżamy. Jest to druga, co do wysokości przyjezdna przełęcz na świecie. Pogoda jest dość mglista, więc nie widać niczego w odległości większej niż 5 m. Zatrzymaliśmy się na chwilę, choć nie widać opisywanego w folderach jeziora, z podobno krystaliczną wodą. Mamy za to możliwość podziwiania powitalnego monumentu ;o) Sela to jedyne miejsce gdzie wyciągnęliśmy dodatkowo czapki i rękawiczki, było naprawdę zimno, choć kobieta, która siedziała obok mnie miała na stopach klapeczki. Zatem zimno jest pojęciem względnym ;o)
Tawang leży na wysokości 3500 m.n.p.m. i graniczy z Tybetem. To szczególne miejsce, znajduje się tutaj drugi, co do wielkości w Azji buddyjski klasztor założony w XVII w. Klasztor posiada olbrzymią bibliotekę ze starożytnymi zbiorami i manuskryptami, świątynię oraz zabudowania mieszkalne.
Do Tawangu dojeżdżamy w godzinach popołudniowych. Od kobiety, którą poznaliśmy dowiedzieliśmy się, że będzie nocować w Tourist Lodge, więc postanowiliśmy również się tam zatrzymać. I dobrze, bo okazało się, że w centrum miasta są potwornie drogie i dość ekskluzywne, jak dla nas, hotele. Manager Tourist Lodge okazał się bardzo sympatycznym, pomocnym człowiekiem. Wynajęliśmy pokój z ciepłą wodą oraz małym, kiepsko działającym grzejnikiem, ale na tej wysokości wszystko co wytwarza nawet odrobinę ciepła jest na wagę złota ;o)
Wieczorem wybraliśmy się na kolację do knajpki w tybetańsko - chińskim już stylu i daniami również mało hinduskimi, ale za to wszystko świeże i smaczne, no i bardzo estetycznie podane.
Początkowo zamierzaliśmy zostać tutaj do wtorku, ale plany nam się zmieniły i chcielibyśmy przełożyć lot na poniedziałek. Oczywiście nie będzie to łatwe, bo dzisiaj sobota, nikt już nie pracuje, ale nasz nowy znajmy Manager TL powiedział, że postara się nam pomóc, bo podobno w poniedziałek oprócz planowanego helikoptera do Tawangu przylatuje jeszcze rządowy z ważna delegacją, który później wraca do Guwahati.
Wszędzie w górach pogoda może być dość zmienna i nieprzewidywalna, również tutaj. Nie przewidując, zatem załamania jej, wybraliśmy się na wieczorną eksplorację miasta. Dotarliśmy do miejsca, z którego doskonale widać oświetlony klasztor, panoramę miasta i otaczające szczyty gór, albo raczej góry do połowy, bo szczyty schowały się za chmurami. Nie wiadomo skąd, niegroźnie wyglądające chmury przybrały właściwości burzowe. Błyskawice rozświetlały niebo raz po raz i było pewne, że za chwilę będzie padać. Zabraliśmy się w drogę powrotną, choć jak można było przypuszczać raczej nie uciekniemy przed burzą. Ulewa, jakiej dawno nie widzieliśmy, no przynajmniej nie w Indiach, przemoczyła nam spodnie i buty. Reszta, dzięki nieprzemakalnym kurtkom, pozostała sucha ;o)

17 kwietnia, niedziela
Nie ma się gdzie śpieszyć, więc śpimy dość długo, przez okno widać piękne, błękitne niebo, które zachęca do szybkiego wyjścia zanim znowu chmury przykryją góry. Góry są piękne. Z daleka widać, jakby można było z niezwykłą łatwością przechodzić ze szczytu na szczyt. Śnieg i szare skały błyszczą w słońcu, ehhh można by na nie patrzeć i patrzeć, ale dzisiaj czeka nas długa droga do pokonania. Chcemy zwiedzić klasztor, choć wyczynowo wspinać się nie trzeba, to droga prowadzi z góry na dół i znowu pod górę. Obawiamy się trochę czy znowu nie będzie wieczorem padać... najwyżej znowu zmokniemy.
Klasztor robi wrażenie. Patrząc na grube olbrzymie mury, nie ma się wątpliwości o czasie, jaki przetrwały. Piękne miejsce, otoczone wysokimi, ośnieżonymi szczytami Himalajów. Do tego wymarzona pogoda do wieczora. Wspaniały dzień na ekspolację i odpoczynek – jest super!
Po powrocie, wieczorem dowiadujemy się, że mamy zarezerwowane na jutro miejsca w helikopterze do Guwahati.

18 kwietnia, poniedziałek
Na szczęście, wstaliśmy wcześniej i zdążyliśmy się spakować zanim Manager TL zastukał do drzwi by przekazać informację, że taxi czeka by nas zawieźć na helipad, czyli miejsce wylotu helikoptera. Droga dość długa i oczywiście górzysta. Po przyjeździe odnaleźliśmy człowieka, do którego mieliśmy się zgłosić, aby załatwić formalności. No i wtedy pojawił się problem, bo okazało się, że bilety nasze są na cywilny helikopter a ten jest rządowy więc nie możemy polecieć rządowym helikopterem na podstawie biletów kupionych w biurze podróży.
No właśnie! A tak mi się wydawało, że Manager TL nie zarejestrował informacji o fakcie posiadania przez nas biletów, choć powtórzyłam ją kilka razy...
No i co teraz? Poprosiliśmy, aby zadzwonili do Himalayan Holiday, może uda się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji?
Czekamy, czekamy, bo w Himalayan nikt nie odbiera. Nasz potencjalny helikopter odleciał, ale podobno ma być drugi, który może poleci, może nie, wszystko zależy od warunków pogodowych. Loty są wykonywane nad terytorium Bhutanu, bo niestety przełęcz, Sela Pass leży zbyt wysoko, aby mógł przelecieć nad nią helikopter, tak przynajmniej zostaliśmy poinformowani.

Po dość długim oczekiwaniu, ostatecznie dowiadujemy się, że nie polecimy. Jeden z pracowników lotniska odwozi nas do centrum. Po drodze zatrzymujemy się w oddziale firmy Himalayan Holiday i nasz kierowca postanawia odzyskać nasze pieniądze. Udało się ;o) Wracamy do Tourist Lodge, Manager widząc nas jest bardzo zdziwiony. Postawił sobie, zdaje się, za punkt honoru, że nam ten helikopter załatwi. Powiedział, że po południu, jeśli warunki na to pozwolą, będzie lot i możemy nim polecieć. Mamy być gotowi on nam powie jak tylko będzie coś wiadomo na ten temat. Tymczasowo dał nam pokój i poprosił abyśmy czekali. No i miał rację. Helikopter miał odlecieć. Kazał nam szybko pakować się do taksówki, którą sam zamówił, i która miała nas zawieźć z powrotem na helipad.
Helikopter już czekał, szybko kupiliśmy bilety, przeskanowali nam bagaże i jako jedyni pasażerowie odlecieliśmy rządowym helikopterem do Guwahati ;o) lot trwał jakieś 2,5h podczas którego mogliśmy podziwiać Bhutan, jakże inny niż to, co widzieliśmy dotychczas.
Wylądowaliśmy na już znajomym lotnisku, i w godzinach wieczornych znowu znaleźliśmy się w znanym nam już centrum stolicy Asamu, Guwahati.
Nasz plan przewidywał nocleg i wyruszenie rano w dalszą drogę. Jeszcze nie byliśmy do końca pewni, co chcemy zobaczyć i czy zostać w Asamie czy pojechać na południe do Meghalaya? Zakładaliśmy również podróż pociągiem do Varanasi, ale okazało się, że nie mamy szans na bilety, przynajmniej nie z dnia na dzień.
Wieczorem przejrzeliśmy foldery, jakie otrzymaliśmy w różnych miejscach naszej podróży i zdecydowaliśmy, że rano wyruszymy do Meghalaya. Właściwie decyzję pomógł nam częściowo podjąć właściciel gest housa, w którym zatrzymaliśmy się. Powiedział, że Meghalaya jest pięknym i innym niż Asam stanem i na pewno nam się tam spodoba. Dla mnie istotny był fakt, że jest inna niż Asam, bo nie uważam Asamu za atrakcyjne miejsce. Oczywiście mogę się mylić, bo tak naprawę nie wiele tutaj widzieliśmy, ale mnie wystarczyło, aby mieć ta ten temat takie a nie inne zdanie. W Asamie jest park Kaziranga, którego zwiedzanie braliśmy pod uwagę, ale akurat teraz nie był dostępny dla turystów.
W guest housie byliśmy jedynymi gośćmi. Bardzo przyjemne miejsce, w prawdzie z komarami, ale bardzo czyste i ze śniadaniem.

CDN cz.II

Poniżej podaję przydatne linki:
http://www.arunachaltourism.com http://www.liveindia.com/distance/index.html http://www.erail.in/
http://www.zdrowiewpodrozy.pl http://www.hostelworld.com

Zdjęcia

INDIE / New Delhi / Paharganj / Indyjska woda mineralna

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl