| |
|
| tytul: | W poszukiwaniu wiszących mostów - Indie, Arunachal Pradesh, Kwiecień 2011, cz.I > INDIE |
| autor: | Agah |
|
|
|
|
Podziel się!
|
Streszczenie:
|
|
Wyparawa w mało znane, ale szalenie ciekawye zakatki Indii, Arunachal Pradesh, Meghalaya, Asam. zachęcam do zapozania się z relacją, która choć długa to w pełni oddaje nasze 3 tygodnie podróży.
|
Treść:
Znam już chyba wszystkie portale, w których występuje słowo Indie ;o) przeczytałam większość relacji z podróży do tego kraju jakie udało mi się znaleźć w sieci oraz dwie świetne książki publicystyczne, wiele w temacie chorób tropikalnych, zwłaszcza Malarii. Zaplanowałam, jak myślałam w tamtym czasie, ciekawą trasę: Rajastan, Uttar Prdesh, Punjab…
Ale jak to w życiu bywa wyszło trochę inaczej, albo raczej całkiem inaczej – bo Arunachal Pradesh, który stał się celem naszej podróży (mojej i Maćka) to dość niezwykłe miejsce pod każdym względem i nie leży na standardowym szlaku podróżniczym, jeśli w ogóle można tutaj mówić o jakichkolwiek standardach.
Destynacja Arunachal Pradesh była pomysłem Maciusia, a mnie coś podpowiadało, że powinnam zaufać jego podróżniczej intuicji. Maciuś miał obawy czy aby nie będę protestować i upierać się przy Agrze i innych znanych i podziwianych przez wszystkich miejscach. Zgodziłam się na tą jego koncepcję, właściwie bez chwili zastanowienia... i ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji :o)
Przewodniki podawały jakieś ubogie informacje, które mieściły się na ½ strony. Mapy internetowe pokazywały szarą plamę…, co oznaczało, że to dość zastanawiające miejsce. Internet to kopalnia wszelkich informacji, udało się tam znaleźć trochę zdjęć…, z których jedno robiło wrażenie i świadczyło o magii tego miejsca, jakby czas się tam zatrzymał - wiszący bambusowy most nad ogromną rzeką. Nie mieliśmy wątpliwości, że to właściwy cel podróży.
Przed wyjazdem w podobne miejsce warto prześledzić lokalne portale, w tym przypadku indyjski. Nam pozwoliło to przynajmniej próbować cokolwiek zaplanować. Oczywiście próbować i cokolwiek są słowami kluczowymi ;o) nasza podróż była raczej oparta na doskonale sprawdzającej się zasadzie: „tu i teraz”. Dzięki temu uniknęliśmy wielu stresów i rozczarowań a w zamian za to pozostały nam piękne wspomnienia ;o)
Założyliśmy, że polecimy, Aeroflotem bo pewnie będzie najtaniej – i było, bilet w obie strony kosztował 391 Euro (z przesiadką w Moskwie). Bilety zostały zakupione pod koniec stycznia i nasz pomysł wszedł w fazę realizacji ;o)
Udając się w podobne miejsce ważne jest, aby zadbać o szczepienia profilaktyczne. W naszym przypadku były to: błonica, tężec, WZW A+B, dur brzuszny. Nie zdecydowaliśmy się na profilaktyczne zażywanie jakichkolwiek leków przeciwko malarii, zabraliśmy ze sobą Malarone, na wypadek gdyby któreś z nas zachorowało.
Należy również pamiętać, że do Indii potrzebna jest wiza, wydaje ją Ambasada Indii w Warszawie, wiza jest ważna przez 6 miesięcy.
31 marca, czwartek
Czwartek, godz. 10.40. zajmujemy miejsca w samolocie wspomnianych wcześniej linii lotniczych, lot: Warszawa – Moskwa, samolot całkiem przyzwoity, ale swoje już wylatał, sympatyczne stewardessy, nie wiem, dlaczego założyły, że jestem Rosjanką…? Po dwóch godzinach spędzonych w samolocie lądujemy w Moskwie na lotnisku Szeremietiewo, oddalonym od miasta o kilkadziesiąt km. Aby opuścić port lotniczy należy posiadać wizę rosyjską, my jej nie mamy wiec po przejściu przez strefę tranzytową musimy czekać na lotnisku 4 h na nasz lot do New Delhi. Jak się okazuje 4 godziny minęły niewiadomo, kiedy a zrobiliśmy tylko potrzebne zakupy, porównując przy okazji ceny interesujących nas produktów we wszystkich dostępnych, bezcłowych sklepach. Ogłosili nasz lot … jeszcze 5 godzin i będziemy w New Delhi.
Po wyjściu z samolotu, ciepłe powietrze uderzyło zapachem dymu, zmieszanego z nieznanym nam aromatem. Lotnisko międzynarodowe w New Delhi robi wrażenie, jest olbrzymie i całkiem nowoczesne. Wiedzieliśmy, z relacji innych, że w Indiach należy być ostrożnym i nie pozwolić się wykorzystać finansowo. Zdecydowaliśmy się, zatem pójść za radą podróżujących i wziąć pre paid taxi, gdzie cena jest z góry ustalona. Czekając w kolejce zagadnęły nas dwie Niemki, które jak się okazało jechały w naszym kierunku, więc wszyscy skorzystaliśmy z okazji ekonomicznego przejazdu do hotelu. Okazało się, że nasze nowe znajome przyjeżdżają do Indii, co roku od 10 lat, ich cel to: „spiritual experience” a nasz: „ expolring non turists area.” Indie to podobno kraj różności, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Albo się je pokocha, albo znienawidzi...
Hotel Smyle Inn w dzielnicy Paharganj. Hotel zarezerwowałam przez portal www.hostelworld.com, cena 8$ os/doba, w miarę czysty z dostępem do Internetu, restauracją na dachu i śniadaniem… dla mnie też brzmiało to świetnie ;o) Pamiętać należy, że wyobrażenie Europejczyka daleko odbiega od realnych standardów jakie się tam spotyka.
Do hotelu dotarliśmy o 5.00, taksówkarz powiedział, że nas zaprowadzi, bo choć hotel blisko, możemy nie trafić. Nie próbowaliśmy go powstrzymywać, dzięki czemu , nasza uwaga mogła być skupiona na odmienności miejsca, w którym mieliśmy spędzić trochę czasu. Istotnie, nie znaleźlibyśmy hotelu, no może nie tak szybko jak taksówkarz. Wąskie uliczki, zakręty, pod nogami przeszkody, na które trzeba było uważać a wszystko robiące mieszane wrażenie… Hotel był oczywiście zamknięty, bo to pora kiedy wszyscy śpią i nikogo nie obchodzi, że ktoś chce wejść czy wyjść – trzeba czekać do 7.00. Nasz taksówkarz był zdaje się znany managerowi owego miejsca, bo otworzyli nam pomimo wczesnej pory, ale niestety powiedzieli, że pokoju nie dostaniemy, bo nie ma 7.00, a tak w ogóle, to check in zaczyna się od 12.00. Po krótkiej wymianie uprzejmości okazało się, że możemy zaczekać ... na nasze szczęście w hotelu a nie na ulicy ;o) Asystent Managera zaprowadzi nas na górę dał jakiś koc mówiąc „you must wait”. Zmęczeni podróżą rozłożyliśmy się wygodnie w mało komfortowym miejscu i oczywiście zasnęliśmy. Po godzinie dostaliśmy nasz pokój, który wyposażony był w 1 potrójne łóżko, szafkę, wentylator, lustro no i oczywiście toaletę z prysznicem.
Paharganj wybrałam głównie z uwagi na lokalizację, bliskość dworca kolejowego, ponad to znajduje się tam całe mnóstwo tanich hosteli, lokalnych knajpek (w Indiach to słowo ma trochę inne znaczenie), kantorów, cała masa sklepików, straganów i innych budek gdzie można dosłownie wszystko kupić. No i co ważne dla wielu – jest tam tanio, dlatego chyba Paharganj jest tak często wybierany przez podróżników z całego świata- wielu tam spotkaliśmy.
01 kwietnia, piątek
Południe czasu New Delhi, czyli 2h 30 min przesunięcia do przodu względem naszego czasu. Trochę wyspani, ale ciągle zmęczeni. Ciepło, powyżej 30°C, wilgotność powietrza znośna, więc nie ma co marudzić, dzisiejszy plan to załatwić permit do Arunachal Pradesh. Czytałam o premicie w internecie, ale miałam, dużo wątpliwości, więc postanowiliśmy zasięgnąć dodatkowych informacji na dworcu w kasie dla obcokrajowców. Dlaczego tam? Nie wiem, od czegoś trzeba było zacząć ;o))
O tym, że Hindusi nie przyznają się do własnej niewiedzy przekonaliśmy się po przekroczeniu holu głównego, za którym została wywieszona spora tablica z informacją mniej więcej tej treści: „Drogi obcokrajowcu, jeśli szukasz kas biletowych to idziesz w dobrym kierunku, nie słuchaj, jeśli ktoś Ci mówi, że kasy są nie czynne, przeniesione, zlikwidowane, czy spadła na nie bomba…” podążyliśmy za wskazówką schodami w remoncie, istotnie można mieć wątpliwości czy korytarz prowadzący do pomieszczenia z kasami nie jest co najmniej po przejściu tornada …
Kasy dla obcokrajowców wyglądają jak stanowiska do obsługi klientów w banku. My nie mamy w planie podróży pociągiem, przynajmniej jeszcze nie teraz, więc nie wypełniamy żadnych formularzy biletowych. Pytamy Pana siedzącego za biurkiem gdzie możemy otrzymać permit do Arunachal Pradesh i jak się tam dostać? Ten po krótkiej konsultacji ze swoja koleżanką informuje nas, że powinniśmy jechać do Foreigners Regestration Office (FRO). Dostajemy zapisany adres i zadowoleni idziemy znaleźć motorikszę, która zawiezie nas pod wskazany adres. Upewniamy się jeszcze, czy aby kierowca tego pojazdu wie gdzie podane miejsce jest. Ten przekonuje, że wie…
Niebywałe! Ruch uliczny w Indiach – a my w nim. To niesłychane, z jednej strony brak zasad, z drugiej te zasady są, choć znane tylko hinduskim użytkownikom drogi. Wszystko świetnie funkcjonuje, choć z europejskiego punktu widzenia jest tam tylko chaos.
Okazuje się, że FRO to nie jest właściwym miejscem i tutaj premitu nie dostaniemy. Uprzejmy urzędnik, tłumaczy nam, że powinniśmy się udać do Arunachal Bhavan lub do indyjskiego MSW. Bardziej przekonani jesteśmy do tego pierwszego, przynajmniej w nazwie ma Arunachal ;o) Znowu bierzemy motorikszę i znowu upewniamy się czy kierowca zna drogę – oczywiście ten z przekonaniem twierdzi, że zna.
Ta część Delhi, w której znajdują się ambasady i szukane przez nas urzędy nazywa się Diplomatic Enclave i bardzo różni się od Delhi, w którym mieszkamy. Szerokie ulice, piękne ogrody, palmy wzdłuż pasów zieleni, nie ma biedy, brudu ani ciężkich przypadków ludzkiej egzystencji…
A my siedzimy wygodnie i jeździmy w kółko ;o) no bo kierowca nie zna drogi i nie wie gdzie nas zawieźć ;o) Zatrzymujemy się co chwila a nasz riksza driver biega podpytać o wskazówki dojazdu do Arunachal Bhavan. Czas nas goni. Nie dość, że piątek, to jeszcze zbliża się 16.00. Chyba dzisiaj małe szanse na załatwienie sprawy, ale przynajmniej może uda się dowiedzieć, czy to właściwe miejsce i jak długo będzie trwała procedura wydania permitu. Ostatecznie dojechaliśmy na miejsce i wbiegliśmy do urzędu. Przywitała nas miła pani o imieniu Adong i rysach twarzy jakby delikatnie chińskich. Ufff… właściwe miejsce, ale dzisiaj już późno i niczego nie załatwimy. Jeśli przyjedziemy w poniedziałek na 10.00 i złożymy dokumenty to o 14.00 permit będzie gotowy do odebrania. Potrzebna będzie kopia paszportu, kopia wizy, zdjęcie paszportowe, 200$ i minimum 2 osoby. Opłata składa się z 2 części: 100$ dla rządu a drugie 100$ dla biura podróży, z którym teoretycznie jedziemy. Teoretycznie, bo w praktyce nie chcemy korzystać z usług jakiegokolwiek biura i z nim nie jedziemy, ale taka jest procedura. Adong była przesympatyczna, świetnie mówiła po angielsku i okazała się wielce pomocna, choć czasem proponowała nam dość kosztowne i nietypowe rozwiązania transportowe:o) Zauważyliśmy również, że do szczególnie robotnych nie należy ;o) A zatem już wiadomo, weekend spędzimy w Delhi.
2 kwietnia, sobota
Sobota, nie jest to świt, ale jeszcze nie południe. Postanowiliśmy zostać dłużej w naszym hotelu, ale co do jutra nasz znajomy manager nie potrafił odpowiedzieć – albo będą miejsca, albo nie ;o) Dzisiaj pierwszy raz jemy hotelowe śniadanie, wczoraj przeżyliśmy na wodzie mineralnej i paczce orzeszków ;o). Na śniadanko płatki, mleko, banan, jakaś kanapka z jajecznicą, sok i kawa – słodka jak miód. Przy stoliku obok siedzą Anglicy i po tym, z jakim apetytem zjadają śniadanie widać, że w nosie mają problemy żołądkowe. My trochę się wahamy zwłaszcza mleko budzi obawy. Niestety niewielki łyk alkoholu od dzisiaj będzie nam już chyba towarzyszył codziennie do każdego posiłku… Oczywiście, że wierzymy w jego uzdrawiającą moc! ;o)
Dzisiaj wybieramy się do Old Delhi i w tym celu postanowiliśmy skorzystać z lokalnego metra. Znaleźliśmy na mapie najbliższą stacje New Delhi Station. Świetnie! Ale jak się tam dostać – stacja jest za torami kolejowymi, można przejść przez dworzec, ale należy mieć ważny bilet kolejowy i okazać go odpowiednim osobom. Droga na azymut również nie okazała się dobra, bo weszliśmy w ślepa uliczkę. Jak się chwile później okazało cała sytuacja nie tylko nas wprawiła w konsternację, ale również napotkanego Hindusa, który poszukiwał przejścia do metra. Na dalsze poszukiwania wyruszyliśmy we trójkę, albo raczej my za nim, on przez tory to my również, bo podobno każdy sposób dobry, który nas zbliża do celu. No i zbliżyłby, gdyby nie mylące rady przechodniów gdzie owa stacja może się znajdować za torami. Left? Yes, left! Right? Yes right! Ostatecznie uznaliśmy, że najbardziej godna zaufania może okazać się policja i tak też było. W końcu zostaliśmy pokierowani we właściwym kierunku.
Metro zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie, a na mnie zwłaszcza wydzielone miejsce w pociągach i na stacjach dla samotnie podróżujących kobiet, u których w przedziale zawsze było więcej miejsca. Chętnie korzystałam z tej opcji, niestety Maciuś nie mógł mi w tym przedziale towarzyszyć. W rezultacie nie było to takie złe, ponieważ w przedziale koedukacyjnym cieszył się bardzo dużą popularnością panów, którzy chętnie zawierali z nim znajomości, wymieniali się numerami telefonów. Zaskakujące, dla nas było, że wszyscy nowi znajomi Maćka mają profile na FB ;o) Na peronach policja obyczajowa sprawdzała czy oby jakiś pan nie przekroczył różowej linii, w przeciwnym wypadku proszony był o cofnięcie się do koedukacyjnego przedziału, w którym często w godzinach szczytu pasażerowie byli upychani przez, nazwę ich „upychaczy”.
Na każdej stacji można kupić coś w rodzaju żetonów na przejazd. Należy tylko powiedzieć przy kasie nazwę stacji docelowej i z zakupionym żetonem trzeba udać się na przeskanowanie (takie jak na lotnisku) kobiety sprawdzane są naturalnie przez kobiety, za parawanem, panowie przez panów, oddzielnie i bez parawanu ;o) Następnie skanowany jest bagaż, czy to, co tam wieziemy nie zagraża bezpieczeństwu. Moja sugestia – alkohol przelewamy do butelki po wodzie mineralnej. Najmniejsza buteleczka wskazująca kształtem na zawartość alkoholu zostanie wykryta i skonfiskowana. Tak właśnie stało się w moim przypadku. W metrze jest zakaz fotografowania, wszędzie obecna jest policja więc aparatu lepiej nie wyciągać.
Old Delhi – tutaj czuje się upływ czasu, nawet bardzo. Oczywiście jest brudno i wielu tylko to zobaczy, ale to niesamowite miejsce. Po wyjściu z metra poczuliśmy piękny zapach smakowitych potraw (mniam, mniam), jednak nie odważyliśmy się jeszcze zaryzykować ich spróbowania, trochę jakby podstawowe zasady higieny nie zostały zachowane, co dla naszych nieprzyzwyczajonych, europejskich żołądków mogło mieć fatalne skutki.
Idziemy zatłoczonymi ulicami, gdzie jest wszystko: stragany, rowery, riksze wiozące najdziwniejsze ładunki, różni ludzie: szaman, kobieta z deskami na głowie, do tego wszystko tak barwne, że nie zauważamy nawet wrastającego w nas brudu. Nad uliczkami wiszą plątaniny różnej grubości i długości przewodów elektrycznych. Ta lokalna innowacyjność robi wrażenie, żadne tam zasady korzystania z energii elektrycznej.
Snując się po zatłoczonych ulicach, postanawiamy odpocząć chwilę i poobserwować ludzi. Naszą uwagę zwrócił ciekawie wyglądający kompleks budynków z dużym placem. Zdaje się, ma on znaczenie dla hindusów, ale nie wiemy jakie, ani jak się nazywa bo przewodnik nie opisywał tego miejsca, ani nie spotkaliśmy tam żadnych turystów. Spędzamy tam sporo czasu, siedzimy w podcieniach wielkiego placu po którym chodzi się na bosaka, rozmawiamy, obserwujemy ludzi. Posadzka potwornie parzy w stopy. Czasem ktoś podejdzie, każe buty inaczej ustawić, nie pokazywać kolan, ani spodu stóp, chłopczyk chce nas dotknąć, machają nam…część południa mija nam na obserwacji tego, co dzieje się wokół nas. Wieczorem postanawiamy wrócić rikszą rowerową… nigdy więcej! Jak dla mnie to nie humanitarne, choć z drugiej strony uczciwie zarobione pieniądze…
3 kwietnia, niedziela
Kolejny dzień w Delhi. Zmieniamy hotel, bo okazało się, że nie możemy przedłużyć doby. Przenosimy się na druga stronę uliczki – pokój równie „uroczy” jak poprzedni ;o) Dzisiaj postanowiliśmy obejrzeć ogród botaniczny. Znaleźliśmy go oczywiście przypadkiem, jest dość oddalony od centrum. Podróż metrem zajęła nam sporo czasu. Prawdę mówiąc ogród nie zwalił nas z nóg, ale i tak było warto przyjechać tutaj. Weszliśmy do niego, choć chyba był nieczynny lub zbliżała się godzina zamknięcia, ale ponieważ nikt z pracowników nie mówił po angielsku, nikt nas nie wyprosił zamiast tego kiwali głowami i uśmiechali się do nas. Po krótkiej eksploracji wracamy do metra – teraz jedziemy tam gdzie wszyscy, którzy odwiedzają Indie ;o) do Red Fortu w Old Delhi.
Miasto jest olbrzymie, trudno wyobrazić sobie codzienne przemieszczanie się na takich odległościach i nie korzystanie przy tym z metra. Old Delhi jest już trochę znajome z powodu wczorajszej wizyty ;o) nie oznacza to absolutnie, że nie można się zgubić. Ze stacji metra do Red Fortu bierzemy motorikszę, która podwozi nas w pobliże. Tłumy ludzi przed nami, nie decydujemy się wchodzić do środka. Choć budowla robi wrażenie swoim rozmiarem, nie przekonuje nas to eksploracji bo dla nas znaczenie ciekawsze jest życie miasta i ludzie, ale oczywiście to nasze zdanie bo wszystko kwestią tego co kto lubi ;o) Inna sprawa, że bilety wstępu dla Białych są ”o niebo„ droższe niż dla Hindusów.
Dzisiaj wieczorem udało się zakupić na wtorek bilety do Guwahati, stolicy Asamu. To właśnie tam polecimy, jeśli oczywiście dostaniemy w poniedziałek permit, no a nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej. Kończąc optymistycznie dzień, idziemy na kolację do trochę zeuropeizowanej knajpki, jedzonko pyszne i dość mocno przyprawione.
4 kwietnia, poniedziałek
Pobudka wcześnie rano. Również na dachu tego hotelu jest restauracja, postanawiamy skorzystać z niej, jesteśmy jedynymi gośćmi ;o) Cóż za ciekawe doświadczenie – zamawiamy 2 porcje tostów z masłem i dżemem a dostajemy jedna porcję tostów, wodę cytrynę i masło. Poddaje się, nie wiem jak to możliwe! Ale zaczynam rozumieć, dlaczego jesteśmy jedynymi gośćmi w odróżnieniu do poprzedniego hotelu.
O 10.00 powinniśmy być w Arunachal Bhavan aby złożyć potrzebne dokumenty do wydania permitu. Bierzemy motorikszę, przynajmniej wiemy już gdzie jechać, w przeciągu kliku minut znowu znajdujemy się w diplomatic enclave. Adong jeszcze nie ma, ale jej kolega daje nam formularze do wypełnienia.
W tym miejscu musze zaznaczyć, że ważne jest aby na formularzu wypisać wszystkie możliwe miejscowości, które chce się odwiedzić lub przejechać przez nie, najlepiej do tego celu poprosić o mapę. Brak miejscowości w permicie może spowodować problemy z zatrzymaniem się w niej a czasem nawet przejazdu przez nią.
Około 14.00 nasz permit będzie do odebrania – zbliża nas to dość mocno do celu podróży. Nie wiemy jak następne 2, 5 tygodnia będą wyglądały, nie mamy sprecyzowanych planów. Rozważaliśmy również zwidzenie Sikkimu, do którego także potrzebny jest permit, może akurat uda nam się tam również dotrzeć? Nie jesteśmy do końca przekonani bo odległości są tak duże, że powinny być mierzone raczej w latach świetlnych ;o) Ustaliliśmy, że złożymy aplikacje także do Sikkimu (aby w razie czego nie żałować) skoro nic to nie kosztuje. Należy to zrobić w Sikkim House ;o) Gdzie jest Sikkim House? Zadaliśmy to pytanie nie jednej osobie: jedni mówili tam, inni gdzie indziej a jeszcze inni wpadali w konsternację i udawali, że nie słyszeli pytania – jak panowie na recepcji Arunachal Bhavan.
Procedura w Sikkim House okazała się znacznie prostsza. Wypełniliśmy formularze, załączyliśmy potrzebne dokumenty i po chwili otrzymaliśmy kopertę z permitem w środku.
Wracamy do Adong ;o) okazuje się, że dokument czeka już na nas w recepcji. HURA! Jutro opuszczamy Delhi. To nasze ostatnie popołudnie tutaj i ostatni punkt programu na dzisiaj- jedziemy zobaczyć Świątynie Lotosu – warto, bo świątynia w dużej mierze oddaje charakter Indii, przy okazji jesteśmy świadkami zastanawiającego obrzędu-procesji. Choć nie mamy pojęcia o co chodzi, to i tak z ciekawością obserwujemy padających co raz na ziemię uczestników owego zgromadzenia.
5 kwietnia, wtorek
Dzisiaj bardzo wczesna pobudka. Samolot do Guwahati mamy o przyzwoitej porze, ale nie mamy pewności czy nie będzie korków, więc chcemy udać się na lotnisko trochę wcześniej. Samolot linii Kingfisher opóźniony około godziny. Jeśli będzie ładna pogoda zobaczymy Himalaje. Boarding idzie bardzo sprawnie, bo niewielu pasażerów.
Himalaje! Piękne, ośnieżone, odległe… ale nie poza zasięgiem, tam gdzie zmierzamy mamy nadzieję zobaczymy je z bliska ;o)
Lot do Guwahati trwa 2,5 h. Gdybyśmy wybrali pociąg byłoby to ok. 39h. Z uwagi na oszczędność czasową wybraliśmy szybszą, lecz niestety droższą opcje transportu.
Popołudniem lądujemy w Guwahati, stolicy Asamu. Lotnisko należy do małych, ale jest czyste i estetyczne. Teraz pytanie - co dalej??? W hali przylotów jest kilka biur turystycznych, miedzy innymi Asam Tourism, w którym miły pan udziela nam wszelkich potrzebnych informacji no i oczywiście dostajemy mapy. Dowiedzieliśmy się, że z lotniska oddalonego o 17 km od miasta jeździ pre-paid bus. Kupujemy, zatem bilety i czekamy na nasz transport. Przy okazji jest chwila czasu na obiad w lotniskowej eleganckiej restauracji, ale na szczęście z hinduskim, pysznym jedzeniem.
Wyruszyliśmy z lotniska do miasta. Chcemy dojechać do dworca autobusowego, który jest zlokalizowany w Guwahati przy Pantan Bazaar, droga strasznie nam się dłuży, choć z drugiej strony pozawala nam to obserwować miasto, które tak bardzo różni się od Delhi. No a poza tym, jak dotąd oprócz Delhi niczego jeszcze nie widzieliśmy. Kierowca autobusu został poinformowany gdzie powinniśmy wysiąść. W końcu dojeżdżamy do Pantan Bazaar i maleńkiej budki z biletami, czyli ticket counter. Pytamy o nocny autobus do Itanagaru, stolicy Arunachal Pradesh. Na szczęście za ok. 3 godz. będzie taki autobus, kupujemy zatem bilety w wersji ekonomicznej, to znaczy, że chyba bez klimatyzacji;o) Odległość jest spora, bo ok. 500 km i pewnie podróż zajmie nam całą noc. Mamy jeszcze chwile czasu na kolację. Zostaliśmy poinformowani, że autobus przyjedzie na postój/ dworzec/przystanek oddalony o kilkaset metrów od kasy biletowej – cokolwiek to było wglądało dość niepozornie i brudno. Na pewno nie przypominało to żadnego przystanku czy dworca znanego przeciętnemu Europejczykowi. Tam mieliśmy czekać.
Zbliża się godzina odjazdu. Podjeżdża nasz pojazd, kierowca każe pakować bagaże na dach. Autobus i jego komfort wskazują, że czekają nas dość ekstremalne warunki podróży. Nie jesteśmy jedynymi pasażerami, jeśli inni dadzą rade to my też. Okazuje się, że autobus, który miał nas zawieźć do Itanagaru, zawiózł nas na kolejny, większy dworzec, gdzie czekało kilka autokarów, marki takie trochę „indyjskie VOLVO”. Kierowca powiedział aby wziąć bagaże i wsiąść do jednego z tych bardziej luksusowych autokarów ;o) Co było robić? Pozostawało mieć nadzieję, że wie co mówi. Na pewno gdzieś dojedzimy ;o)
6 kwietnia, środa
Nie wiem, kiedy minęła noc. Autokar był niewygodny, albo wiało przez otwarte okna albo robiło się duszno. Budziłam się od czasu do czasu, ale nic nie było widać, czuć było tylko unoszący się w powietrzu kurz i kiepską nawierzchnię drogi, po której jechaliśmy. Rano, gdy się obudziłam, witał nas już inny krajobraz – skromne chatki, smętnie snujący się gdzie niegdzie tubylec, ubrany bardziej neutralnie niż typowo po hindusku, ziemia parowała, była spora wilgotność i na pewno komary… a nas pokrywała, zdaje się, spora warstwa kurzu ;o)
Około 7.00 przekroczyliśmy granicę stanu Arunachal Pradesh i zatrzymaliśmy się, przy check point. Można się domyśleć, że od razu staliśmy się atrakcja dla żołnierzy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, oczywiście. Natychmiast zaczęli sprawdzać dokumenty i wypytywać o cel podróży. Okazało się, że „komendant” jest poza „ biurem” a tylko on jest uprawniony do rejestracji obcokrajowców. Nasz autobus odjechał bez nas, a my i bagaże utknęliśmy gdzieś, nawet nie wiadomo gdzie. Pozostało tylko usiąść i czekać, co też zrobiliśmy. Dostaliśmy coś jakby herbatę z mlekiem, oraz prasę do poczytania „Arunachal Times”, w j. angielskim, o tematyce lokalnej. Nie czekaliśmy długo jak zjawił się ów funkcjonariusz uprawniony do ponownego przepytania nas o cel podróży, i spisania naszych danych. Trzeba było jeszcze zrobić ksero permitu, bo okazało się, że kopię tego dokumentu będziemy potrzebowali wszędzie tam, gdzie się zatrzymamy…
Formalności załatwione i co dalej? Jak mamy się dostać do Itanagaru, kiedy wokoło dżungla, góry, kilka chatek stojących na słowo honoru, budka serwująca herbaciane coś dla żołnierzy, check point i to wszystko… i nagle nadjechał autobus, niewiadomo skąd, żołnierze zatrzymali go, tłumaczyli coś kierowcy i po chwili znaleźliśmy się z bagażami w środku. Okazało się, że kierowca został nawet poinstruowany, aby nam wskazać hotel odpowiedni dla „Białych” ;o).
Autobus jechał dość wolno, widoki już teraz niesamowite, no i wszędzie góry porośnięte dżunglą, klimat
|