Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

W KIERUNKU IMPERIUM CZYNGIS CHANA Część III - Kirgizja i Tadżykistan > KIRGIZJA, TADŻYKISTAN


Cyprian Cyprian relacje z podróży

Zdjęcie MONGOLIA / - / Azja / LOGO WYPRAWYW KIERUNKU IMPERIUM CZYNGIS CHANA

Relacja z samochodowej wyprawy po Mongolii i krajach Azji Centralnej

Część III - Kirgizja i Tadżykistan

Dzień czterdziesty
10 maj 2010
Pierwszy postój wypadł nam w dniu dzisiejszym w Kegen, do którego dotarliśmy na oparach paliwa. Już wczoraj wieczorem zaczęło nam w Dyskotece sygnalizować niedobory paliwa. Psim swędem dojechaliśmy i kupiliśmy paliwo za prawie wszystkie nasze tengi. Później krótka wizyta na bazarze, który niestety „nie rabotał”. W sumie uprzedzano nas, że po Dniu Zwycięstwa raczej wszyscy będą odpoczywać. I to się potwierdziło. Ruszamy więc w kierunku granicy, do której zostało nam raptem dwadzieścia kilka km.
Droga przechodzi z dziurawego asfaltu miejscami w szutrową tarkę. A my jedziemy z duszą
na ramieniu. Z Polski mamy przecież informację, że granica dla obcokrajowców w dalszym ciągu jest zamknięta. Z rozmowy z pracownikami naszych służb konsularnych również wynikało, że granica jest zamknięta, podobno próbowała ją kilka dni wcześniej sforsować – bez powodzenia – grupa Polaków. Pociesza nas jedynie informacja z konsulatu kirgiskiego, że granica jest otwarta. Ale tak naprawdę dopiero na granicy się wszystko okaże.
Docieramy do przejścia. To maleńkie przejście składa się z dwóch budyneczków i kilku baraków,
a droga jest poprzecinana kilkoma szlabanami. Kazachscy celnicy nie kwapią się do rozpoczęcia działania i odsyłają nas do pograniczników. Tu otrzymujemy informację, że przejedziemy, że granica jest zamknięta tylko dla ruchu lokalnego, obcokrajowcy mogą ją przekraczać. Kamień z serca. Formalności po tej stronie granicy idą gładko do momentu oględzin samochodu Janusza. Podczas tej operacji z samochodu wypadł zegarek Janusza, który sobie upodobał kontrolujący. Janusz mu
go odebrał, niemalże siłą, co zakończyło się szczegółowymi oględzinami samochodu. Przy naszym samochodzie nieco odpuścił, co nas kosztowało paczkę SNIKERS’ów, smycz z długopisem i składany scyzoryk.
Kirgizja wita nas chłodem i sympatycznymi pogranicznikami, więc po krótkiej rozmowie wjeżdżamy do Kirgizji (lub jak kto woli Kirgistanu). Cieszy nas to przeogromnie. Nareszcie jesteśmy.
Jedziemy górską doliną w kierunku Tjup. Wjeżdżamy coraz wyżej, co skutkuje się załamywaniem pogody. Zaczyna padać, a także mocno grzmieć i błyskać. Nie podoba się to nam, bo tracimy zapewne piękne widoki. Na szczęście, gdy dojeżdżamy w rejon jeziora Issyk Kul pogoda się poprawia. Wjeżdżamy do Tjup, gdzie mamy nadzieję wymienić gotówkę, coś zjeść i zrobić zakupy. Niestety – jedyny bank w miasteczku dzisiaj również nie pracuje, a w knajpce w której zgodzili się przyjąć zapłatę w tengach – podają ceny zaporowe.
Ruszamy dalej kierując się na wioskę Michajłowka. Nieciekawe miejsce, w którym po raz pierwszy widzimy jezioro Issyk Kul. Niestety – fajnego zjazdu tutaj nie ma, więc nie zatrzymujemy się. Chcieliśmy znaleźć nad jeziorem jakiś nocleg, ale wpierw musimy załatwić lokalną walutę.
Tak docieramy do Karakoł. Spore i raczej zaniedbane miasto, ale za to z czynnym kantorem walut,
w którym wymieniamy dolary (1$ = 45 somów) i euro (1E = 56 somów). Jest tu również kilka zamkniętych banków, niektóre nawet z bankomatami, ale nie mamy szczęścia – jeden nie obsługiwał kart VISA, drugi – nie miał w sobie gotówki.
Po zdobyciu gotówki wracamy się kawałek w kierunku niezwykłej budowli przypominającej chińską pagodę. Okazuje się, że jest to meczet zaprojektowany i wybudowany przez architekta, który przywędrował właśnie z Chin. Nie pozwolono nam niestety wejść do środka. Udało się jednak zajrzeć przez uchylone drzwi, a także przez okna. Oryginalna świątynia. Przy wejściu do meczetu zlokalizowany jest kiosk z dewocjonaliami, gdzie kupujemy kilka pamiątek.
Beata znajduje niezwykłą knajpkę. W jednym z przydrożnych domów został zaaranżowany pojedynczy stolik z dość oryginalnymi miejscami do siedzenia. Serwują tutaj tylko jedno danie, i to na zimno, zwane – asz-lianfu. A obsługuje nas młoda dziewczyna – Adiła, która na dodatek chętnie pozuje do zdjęć. Była to młoda dziewczyna, która wychowała się w Irkucku i dopiero rok temu wróciła tutaj, w rodzinne strony. Przygoda z tą knajpką zapadnie nam w pamięć na długo. Zwłaszcza,
że jedzenie było wyśmienite.
Z Karakoł kierujemy się na wschód, w góry. Nareszcie. Po przejechaniu ok. 40 km droga zawija ostro w prawo i zaczyna się piąć do góry. Startujemy z poziomu ok. 2000 m n.p.m. Jest chłodno i zaczyna ponownie padać deszcz. Docieramy do miejsca zablokowanego przez śnieg. Sprawdzamy twardość – jest szansa, że samochodziki to przejdą. Podejmuję pierwszą próbę – niestety zaczynam się grzebać
w śniegu. Wycofuję się i puszczam Defa, który bierze tą przeszkodę siłowo i ... udaje się mu ją przejść.
Skoro jemu się udało, nam może się również powiedzie. Za drugą próbą – przechodzimy. Wjeżdżamy na wysokość ok. 2600 m n.p.m. (znaczy się, jesteśmy wyżej niż nasze tatrzańskie Rysy), gdzie znajdujemy spokojne miejsce na nocleg.

Dzień czterdziesty pierwszy
11 maj 2010

Poranek przy górskim potoczku, z kawusią serwowaną przez dobrego wujka Janusza to jest to. Mimo, że pada deszczyk, a wcześniej śnieg, a może grad. Nie mniej – w tak pięknym miejscu,
gdzie ośnieżone szczyty wokoło nas – nic nie może zepsuć dobrego nastroju. Nawet to, że chłopaki serwują nam pobudkę o wściekłej porze. Ale nic to. Nawet to, że temperatura spadła do + 2 stopni nie psuje nam humorów.
Pomalutku ruszamy w góry. Droga pnie się coraz bardziej w górę. A my co kilkaset metrów robimy postoje, urzeczeni pięknymi krajobrazami. I to mimo raczej przeciętnej pogody. Pierwszym punktem dzisiejszej wycieczki jest przełęcz Czong-Aszu położona na wysokości 3822 m n.p.m. Niestety
po wjechaniu na wysokość ok. 3500 m droga znacznie się zmienia. Niestety – na gorsze. Pojawiają się ogromne ilości śniegu. Pierwszy odcinek ośnieżonej drogi Defender pokonuje bez zatrzymania, Dyskoteka również – ale po przekopaniu części śniegu. Wyżej zaczęło być nieciekawie,
więc zostawiliśmy samochody i poszliśmy spacerkiem rozeznać drogę. Beata pierwsza spotkała Kirgizów próbujących sforsować przełęcz dwoma Ładami Niwami. Niestety ich próba spełzła
na niczym i postanowili zawrócić. Bez specjalnego dumania i my zrobiliśmy nawrotkę.
Tyle, że od momentu zawrócenia Land Rover’ów zaczęła się impreza pieczętująca przyjaźń polsko – kirgiską. Cóż było zrobić? Pojawił się alkohol to i humory były lepsze, zwłaszcza że pojawiają się kolejne problemy. Pierwszy – jedna z Ład na wybojach traci tylne zawieszenie.
W związku z czym do Dyskoteki trafia spokojna babcia z niegrzecznym wnuczkiem, Defender natomiast wziął jedną babcię, pogranicznika i jeszcze jednego z pasażerów. W takim składzie próbujemy pokonać prosty ośnieżony kawałek drogi, którym wcześniej bez problemu podjechaliśmy do góry. W dół – niestety nie poszło tak łatwo. Zaczęliśmy kopać się w mokrym śniegu – poniekąd było to spowodowane przez to, że ciągnąłem jedną z Niw. Walka z śniegiem zajęła nam niestety parę godzin. Na zakończenie, kiedy już zeszło z nas ciśnienie zatrzymujemy nasze teraz już cztery maszyny i przystępujemy do biesiadowania – tym razem już bez alkoholu – pojawia się natomiast ichniejsze pieczywo i słodkości. Posiłek przerywa nam załamanie pogody – pojawia się mgła a potem śnieg
z deszczem. Pakujemy więc babcie i wnuczka (a wnuczek miał na imię Bachtar) i zjechaliśmy
do wioski, z której wczoraj atakowaliśmy przełęcz.
W Ak-bulag przyjmujemy zaproszenie na herbatę do mieszkania babci. Jesteśmy ugoszczeni
po królewsku. Dostajemy świeży chleb, pyszne konfitury, domowej roboty masło i herbatkę.
Czas spędzamy w miłym towarzystwie robiąc całą masę zdjęć. A gdy pojawiła się drukarka i zrobiliśmy pamiątkowe odbitki dla gospodarzy – jedna z babć została wystrojona w tradycyjny strój,
co zapoczątkowało prawdziwą sesję zdjęciową. Tutaj zaprzyjaźniam się z dwoma wnuczkami dwunastoletnią Salime i czternastoletnią Tamarą, które również namawiają mnie na pamiątkowe fotki.
Po zakończeniu biesiadowania u pierwszego gospodarza zostajemy zaproszeni przez pogranicznika
do jego domu. Tutaj sytuacja się powtarza – na herbatę zaprasza nas jego żona a zaprzyjaźniam się znowu z dzieciakami. Młodszy jest syn, który od nas dostaje słodycze a od Janusza kolorowanki
i kredki, a starsza była dziewczynka – Akołloj, która od nas dostała troszkę przyborów szkolnych.
Tutaj również powtarza się sytuacja ze zdjęciami – pogranicznik był przecież z nami na pierwszej biesiadzie i widział, co potrafi nasza drukarka. Ale co tam – za kilka zdjęć mamy przecież okazję być
w prawdziwych kirgiskich domach. A to przecież bezcenne.
Po miłym przyjęciu przyszła pora na pożegnanie. Wyjeżdżamy z Ak-bulag, które będziemy bardzo miło wspominać. Zanim je opuściliśmy, zatrzymujemy się przy pompie, gdzie nabieramy do zbiorników świeżej wody – przede wszystkim do podgrzewanego zbiornika w Defie – ten zbiornik przecież wykończyła Beata.
Wracamy do Karakoł. Zatrzymujemy się przy pięknej drewnianej katedrze, którą zwiedzamy dzięki uprzejmości dozorcy mimo, że było już po czasie – do tego miejsca dotarliśmy jednak dość późno. Później trafiliśmy jeszcze do lokalnej knajpki – byliśmy przecież bardzo wygłodzeni. Zamawiamy dwie potrawy – jedna o nazwie Bieszbarmak, to zapiekane mięso i chrząstki serwowane z ziemniaczkami,
a druga – Kurdak, to makaron podawany z gotowanym mięsem i wywarem rosołowym. Nie mniej – obydwie potrawy były typowo kirgiskie.
Wieczorkiem zjeżdżamy w kierunku jeziora Issyk Kul, do którego nie udaje się nam jednak dojechać. Nie mniej – zmęczeni zatrzymujemy się w polu na nocleg.


Dzień czterdziesty drugi
12 maj 2010
Poranek nad Issyk Kul? Niestety nie. Byliśmy tak blisko, ale nic z tego jednak nie wyszło. Wszystko przez pola uprawne. Ale nie zamierzamy odpuszczać. Dzisiaj wieczorem musimy zatrzymać się nad jeziorkiem.
Ale do wieczora jeszcze daleko. Jako, że wczoraj położyliśmy się wcześnie, to i udało się nam dość wcześnie wstać. Plan na dzisiaj jest taki – dojechać do Barksun, gdzie zaczyna się droga w wysokie góry, ta sama, którą próbowaliśmy wczoraj zaatakować. A wieczór spędzimy nad jeziorem.
Udaje się nam wyjechać zgodnie z planem tylko z Lipienki. Na głównym skrzyżowaniu zauważamy brązową tablicę, która zaprasza nas do odwiedzenia Czerwonego Kanionu i Doliny Kwiatów. Tak więc z naszego pierwotnego planu nici, ale co tam. Mijamy wioskę Dżiety-Ogjuz, za którą widać już skały
z czerwonego piaskowca. Kilka km za miastem docieramy do kurortu o tej samej nazwie. Ale jeszcze nie ma sezonu, więc to miejsce wygląda raczej na opustoszałe. Inna sprawa, że jesteśmy tu wczesnym rankiem. Zaglądamy do małego sklepiku, gdzie udaje się nam kupić typowe kirgiskie czapki a także nieco artykułów spożywczych. W kurorcie droga się już kończy, więc chcąc nie chcąc wracamy
po własnych śladach. Gdzieś w połowie drogi dzielącej nas od głównej szosy zauważamy mały mostek i polną drogę wijącą się wśród czerwonych skał. Zjeżdżamy na polną drogę i ruszamy przepiękną górską doliną. Próbujemy kilku dróg, niestety – za każdym razem próba kończy się niepowodzeniem. Chociaż właściwie trudno to tak nazwać. Przejeżdżamy wśród tak pięknych krajobrazów, że właściwie trudno odpowiednie słowa znaleźć. Ostatnia nasza próba to kilku kilometrowy przejazd korytem rzeki. W ten sposób docieramy do pięknej, soczyście zielonej doliny, gdzie znajdujemy tylko dwie jurty, parę koni i owiec i święty spokój. Idealne miejsce na poranną kawę i śniadanie. W drodze powrotnej Beata otwiera okno, siada na rancie drzwi i kręci film, dokumentujący uroki tych okolic.
Mamy jednak wszyscy świadomość, że ani film, ani zdjęcia nie oddadzą uroku tych miejsc.
Mimo, konieczności powrotu do głównej szosy, dokładnie do miejsca, skąd rano wyruszyliśmy, opuszczamy to miejsce zadowoleni.
Docieramy do Kyzył-Suu. To nieciekawa miejscowość na trasie biegnącej wzdłuż jeziora. Nie mniej zatrzymujemy się, bo Janusz dostrzegł czynny bazarek. Ruszamy więc na zakupy. Kupujemy troszkę pamiątek – czapki. Poza tym jeszcze parę drobiazgów. W lokalnym barze próbujemy lokalnego, kirgiskiego kwasu, który jednak tylko Januszowi przypadł do gustu. Za to ja i Beata decydujemy się
na obiadek - asz-lianfu jest pyszne, ale nie jest podane w takiej atmosferze, jak to w Karakoł.
Docieramy w końcu do Barksun, skąd ruszamy z krótką wycieczką w góry. Przejeżdżamy malowniczą okolicą ok. 60 km, mijając po drodze wiele ciężarówek (w tym cystern). Zastanawiamy się skąd one mogą jechać, bo droga nie przypomina autostrady. To raczej szutrówka pełna ostrych zakrętów (prawdziwe serpentyny), a różnica poziomów na tym dystansie przekracza 2500 m. W przewodniku doczytujemy, że w górach powstało kanadyjsko – kirgiskie konsorcjum zajmujące się wydobyciem złota. I droga, po której jedziemy powstała właśnie do obsługi kopalni.
Przejeżdżamy pierwszą przełęcz Barksun, której wysokość wg naszej mapy to 3574 m n.p.m.
Już ten wynik robi wrażenie, przecież taka trasa nie jest łatwa dla naszych samochodów, które męczą się to na jedynce to na dwójce.
Ale nie poprzestajemy na tym. Jedziemy jeszcze wyżej. Kierujemy się na przełęcz Sook, której wysokość to 4031 m n.p.m. By dotrzeć jednak do tej przełęczy musimy opuścić dobrą drogę wiodącą do kopalni i podążamy ścieżką wijącą się wśród śniegu. Po drodze mijamy samotnego konika, który chyba cierpiał na białą ślepotę. Docieramy na przełęcz, nasze GPS’y rejestrują, że pokonaliśmy naszymi samochodami barierę 4000 metrów. Na dworze temperatura spadła poniżej 2 stopni
na plusie, ale nastroje panują gorące. W drodze powrotnej spotykamy pastucha na koniu, prowadzącego na naszą przełęcz stado koni, którego informujemy o chorym koniku. Obiecuje się nim zająć. Ruszamy w drogę powrotną. Jakieś 20 km przed wioską Barksun widzimy wodospad zlokalizowany wysoko wśród skał, a u stóp góry, mały pomnij ku czci kosmonauty Juria Gagarina.
Późnym popołudniem udaje się nam dotrzeć w końcu do jeziora Issyk Kul. To piękne, potężne jezioro rozciąga się wśród pięknych górskich pasm. To największy akwen wodny w Kirgizji i jedno
z największych jezior górskich, jakie widzieliśmy. Znajdujemy spokojną zatoczkę, gdzie biesiaduje kilkoro Kirgizów i przygotowujemy sobie zarówno kolację, jak i miejsce na nocleg. Jeszcze tylko kąpiel w chłodnych wodach jeziora – tylko Beatka się wyłamała i myje się w ciepłej wodzie z Defa. Niestety – temperatura wody nie zachęca do kąpieli. Za to z przyjemnością obserwujemy zachód słońca
w górach, nad jeziorem, wsłuchując się w delikatny szum fal.

Dzień czterdziesty trzeci
13 maj 2010
Poranek nad jeziorem. Wstaję bardzo wcześnie, sporo przed godz. 5.00. Wczoraj miałem przyjemność oglądać zachód słońca, to chciałem zobaczyć również wschód nad górami. Niestety – o tej porze szczyty gór tonęły jeszcze w chmurach, więc jak niepyszny wróciłem do samochodu w celu kontynuowania przerwanego snu.
Chłopaki i dzisiaj nie mieli sumienia. Obudzili nas wcześnie. Ale w sumie to i dobrze, przed nami bowiem spory odcinek do przejechania. Początkowo jedziemy cały czas wzdłuż brzegu jeziora Issyk Kul, które mieni się czystą, granatową wodą. Po drodze mijamy sporo ośrodków wczasowych, które jednakże „złote lata” mają już dawno za sobą. Z punktu widzenia Europejczyków ośrodki te
nie spełniają żadnych standardów. No – może z wyjątkiem jednego, który przyciąga naszą uwagę specyficzną, stylizowaną z jednej strony na islamską a z drugiej na tradycyjną architekturą. Trudno to słowami opisać. To trzeba po prostu zobaczyć.
Zaczynamy odczuwać potrzebę wypicia porannej kawy. Zjeżdżamy więc z głównej drogi
w kierunku jeziora, do którego – jak się wydaje – mamy raptem kilkaset metrów. Niestety – nie mamy szczęścia i nie dojeżdżamy do tafli wody. Naturalną granicę stanowią wysokie sitowia, wśród których – co ciekawe – pasą się krowy. Znajdujemy więc małą polankę i tu obozujemy. Podczas gdy Beata szykuje kawę, ja wykorzystuję chwilę wolną, biorę maszynkę do golenia i ... ciach – nie mam ponad tygodniowego zarostu.
Pod koniec pikniku Janusz zauważa, że jeden z reflektorów drogowych w Defie przybrał jakąś nienaturalną pozycję. Przy użyciu ręcznika, pidżamy i taśmy spinającej bagaż mocujemy reflektor
i ruszamy w poszukiwaniu spawacza.
Dojeżdżamy do wioski Ottuk, gdzie zjeżdżamy z głównej drogi opuszczając piękne okolice jeziora Issyk Kul. Zaczyna się kolejny górski etap. Kierujemy się na miejscowość Koczkor. Wcześniej mijamy piękne górskie jezioro Orto-Tokoj, którego lokalizacja wymusza całą serię zdjęć. Przyjemne miejsce na piknik, nie mniej – my już dzisiejszy limit pikników wyczerpaliśmy. Zanim udaje nam się dojechać do miasta w jednej z wiosek znajdujemy spawacza z oryginalną spawarką – jest to agregat prądotwórczy
na przyczepce, podłączony kardanem z traktorkiem i on zasila transformator. Oryginalna konstrukcja.
Pierwsza operacja to spawanie podstawki reflektora, która wychodzi na tyle dobrze,
że decyduję się na spawanie oberwanych słupków w Dyskotece. Niestety – nie był to zbyt dobry pomysł, spawanie w tak „wymuszonej” pozycji kończy się tak naprawdę „obsmarkaniem” pęknięć. Suma summarum – może to zda egzamin, ale to okaże się dopiero za kilka dni.
W końcu, z pewnym opóźnieniem docieramy do Koczkor. Pierwsze co wypada zrobić,
to odnaleźć bank bowiem zapasy lokalnej waluty dość szybko się nam wyczerpały.
Po małych perypetiach w banku, gdzie nie wszystkie banknoty amerykańskich dolarów spełniają lokalne kryteria (odrzucono nam chyba z pięć banknotów) ruszamy na podbój miasteczka. Przede wszystkim odwiedzamy lokalny bazarek, gdzie kupujemy owoce i troszkę zieleniny, a następnie lokujemy się w malutkiej knajpce, gdzie dostajemy przepyszne dania o swojskich nazwach – gulasz
i kotlet. Gulasz to – jajko sadzone i opiekana kiełbaska, a kotlet wyglądem przypomina bardziej nasze karminadle. To wszystko jest podawane z ryżem, makaronem i kaszą gryczaną jednocześnie,
a na dodatek zalane gęstym sosem. Co ciekawe – tak serwowane danie jest przepyszne i w oka mgnieniu pałaszujemy nasze porcje. Nawet Beacie nie udało się niczego tym razem dla mnie zostawić. Po pysznym obiadku Janusz rzuca propozycję – idziemy do fryzjera. Dobry pomysł, więc szybko podejmujemy się jego realizacji. Janusz przycina swoją fryzurkę wprowadzając pewien ład na głowie, ja decyduję się na bardziej radykalne rozwiązanie. Rysiek przespał wizytę u fryzjera a Beatka nie podjęła związanego z takową wizytą ryzyka.
Dalsza część dnia to przejazd górskimi drogami w kierunku Osh. Niestety – drogi w tej części Kirgizji
są zdecydowanie gorsze niż w rejonie jeziora, więc i tempo jazdy nam mocno spada.
Mijamy miejscowość Czajek i wiele wiosek po drodze, w końcu docieramy do Agał, za którą wioską zostajemy zatrzymani przez pasażera jednego z mijających nas samochodów. Okazuje się, że ten Kirgiz o imieniu Nurlan pracował w Niemczech z Polakami i nawet zna kilka słów po polsku. Od słowa do słowa i okazuje się, że jeden z jego przyjaciół z Osh prowadzi pensjonat, a także potrafi zorganizować pozwolenie do GBAO. Dostajemy od Nurlana namiary na tego człowieka i obietnicę,
że jeszcze dzisiaj zaanonsuje naszą jutrzejszą u niego wizytę. Może coś to spotkanie ułatwi naszą podróż po Tadżykistanie. Jutro się wszystko okaże.
Dzisiaj udaje się nam przejechać jeszcze parę km, gdy Janusz znajduje urocze miejsce
na nocleg. Po zjechaniu nad rzeczkę okazuje się, że to miejsce jest zamieszkane –
jest tu mały domek i całkiem spore stado. Podczas gdy ekipa przygotowuje miejsce piknikowe,
ja próbuję się skontaktować z bliskimi w Polsce. Nie udaje mi się ta sztuka,
w zamian rozmawiam z Chinami – udaje mi się złapać siostrę na koncercie w Operze Narodowej
w Pekinie. Przed rozmową z siostrą spotykam właściciela stada, który podjeżdża do mnie konno.
Po krótkiej rozmowie otrzymuję od niego pozwolenie zostania w dolince, a w zamian zapraszam go do nas. Z godzinkę później Maksat (bo tak ma na imię młody właściciel stad) dociera do naszego obozowiska. Wspólna kawa, kilka zdjęć i miło wieczór nam minął.
Dzień czterdziesty czwarty
14 maj 2010
Noc minęła nieszczególnie. Mimo uroku miejsca, część z nas miała nocne sensacje żołądkowe.
Nie specjalnie wiemy jednak dlaczego. Cóż – widać tak miało być.
Zgodnie z obietnicą rankiem pojawia się konno Maksat. Pierwsza biednego konika dosiadła Beata. Biedne zwierze cóż miało robić, zwłaszcza, że nasza koleżanka dostała jeszcze bicz i ochoczo biedne zwierze nim smagała. A że konik całkiem jednak głupi nie jest, swój rozumek ma, to też chodził jak
mu Beatka zagrała. Drugi w kolejności ustawił się Rysiek. Ja i Janusz odpuściliśmy. Stwierdziliśmy,
że to biedne zwierze nam nic złego nie zrobiło, byśmy musieli je naszymi osobami męczyć.
Ruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek dzisiejszej drogi biegnie wzdłuż rzeki Kokomieriesz, malowniczym wąwozem. Niestety – droga jest kiepska, dziurawa, często bardzo wąska i obsypana różnej wielkości kamieniami. Za to pejzaże rekompensują nam trudy podróży. A w jednej z mijanych wiosek uwagę naszą zwróciła bardzo stara mogiła, Caryn Beja, jak dowiedzieliśmy się później
od mieszkańców wioski.
Za miejscowością Tunuk dojeżdżamy do głównej magistrali M41. Tutaj pojawia się asfalt, nawet niezłej jakości, tyle że droga pnie się wysoko osiągając 3180 m n.p.m. na przełęczy Ala-Bel.
Jest całkiem chłodno, temperatura spadła poniżej 5 stopni. A z przełęczy droga ostro poszła w dół, osiągając przy miejscowości Toktogul ok. 900 m, co daje ponad 2000 m różnicy poziomów.
Tym razem na szczęście zjeżdżaliśmy w dół, ale za niedługo i my zaczniemy się wspinać.
Przed miejscowością zaczynamy szukać zasięgu w naszych telefonach, bo dzisiaj przecież jest piątek,
w poniedziałek mija nam termin wizy, a w Osh mamy przecież załatwić wizy. Próbujemy więc dodzwonić się do gospodarza Osh Guest House, którego namiary dostaliśmy wczoraj od poznanego Kirgiza. Udaje się nam do niego dodzwonić, nie mniej – wiele nie możemy wskórać. Potrzebne są kopie naszych dokumentów – wprawdzie robimy zdjęcia dokumentów i wysyłamy mailem, ale czy to pomoże w przyspieszeniu załatwienia sprawy pozwoleń do GBAO? Trudno powiedzieć.
Czas pokaże. Mijamy Toktogul, później jeszcze Torkent za którym droga zawija z powrotem w góry,
z których mamy przepiękny widok na jezioro Toktogul.
Docieramy do Kara-Kol, gdzie na rzece znajdują się kaskady wodne, niestety – nie mamy stosownych pozwoleń, więc nie mamy szans ich zobaczyć. Kierujemy się więc główną drogą biegnącą wzdłuż rzeki Naryn, a także wzdłuż jeziora zalewowego Kurp-Say, które powstało dzięki wybudowaniu sporej zapory niedaleko Tasz-Komur. Niestety – droga jest wąska co uniemożliwia częste zatrzymywanie
i robienie zdjęć. Za to Beata kręci cały czas film, dokumentujący przejazd tą drogą. Jest to jeden
z ładniejszych wąwozów, jaki miałem przyjemność w życiu zobaczyć. W Tasz-Komur zatrzymujemy się, z nadzieją znalezienia punktu dostępu do Internetu, niestety – nasze nadzieje okazują się płonne, w Kirgizji Internet jeszcze nie jest zbyt popularny.
Opuszczamy tereny górzyste i główna droga zaczyna prowadzić wzdłuż uzbeckiej granicy.
Dziwny przebieg granicy uzbecko – kirgiskiej powoduje, że mimo, że w linii prostej do Osz mamy niespełna 70 km to musimy zrobić całkiem spore kółko, liczące ponad 170 km. Oczywiście można skrócić drogę jadąc przez terytorium Uzbekistanu, ale mamy tylko jednokrotną wizę, więc ten wariant musimy odpuścić.
Po drodze zatrzymujemy się w kawiarni serwującej lokalną kuchnię. Specyfika lokalu polega na tym, że siedzi się na dywanach ulokowanych na metalowych postumentach. Oczywiście – zanim usiądzie się przy stole należy pozbyć się obuwia. Niestety – taka operacja jest dość niebezpieczna, dlaczego, chyba nie muszę wyjaśniać. Nie mniej – mimo, że lokal nie spełniał chyba żadnych możliwych standardów – zamówione dania były przepyszne. Zamówiliśmy coś w rodzaju rosołu z mięsa baraniego (co w menu zwane było „Kaburga”), a także przepyszne i dość konkretne żebro wołowe (czyli „Kuurdak”) serwowane z ziemniakami, ryżem, makaronem i kaszą gryczaną jednocześnie. Zwłaszcza to drugie danie było wyjątkowe smaczne.
Po sutym posiłku, w miasteczku Bazar-Kurgan, po długim poszukiwaniu odnajdujemy kawiarenkę internetową, skąd wysyłamy dokumenty, Beata również tutaj robi małe zakupy. Zapada wieczór,
ale musimy zrobić dzisiaj troszkę km. W dalszej podróży przeszkadzać zaczęła nam burza z piorunami, zatrzymujemy się więc przy trasie i udajemy się na zasłużony odpoczynek. A pioruny co raz rozświetlają okolicę dookoła.

Dzień czterdziesty piąty
15 maj 2010
O poranku budzi nas silny wiatr. Przygotowanie samochodu do drogi zajmuje nam zdecydowanie więcej czasu niż zwykle. Ale na siły natury nie ma rady. Z toalety na razie rezygnujemy.
W tych warunkach po prostu się nie da.
Ruszamy w drogę. Początkowo nasza trasa wiedzie cały czas w dół by potem prowadzić nas
po zielonej równinie, gdzie mijamy wioskę za wioską. Tempo jazdy zdecydowanie nam spada,
ale mamy czas. W końcu jest raptem 8 godzina. Przed wjechaniem do Osz zjeżdżamy z głównej drogi
i wśród pól uprawnych, przy małym strumyczku doprowadzamy się do jako takiego porządku.
W końcu jedziemy do miasta – prawda?
Osz wita nas policyjnymi zaporami. Pierwszą przechodzimy gładko, ale na drugiej już utykamy – cóż, policjanci są bardzo ciekawi. Na szczęście jest to tylko rutynowa kontrola dokumentów i chwila przyjacielskiej rozmowy. Wjeżdżamy do miasta, gdzie przytłacza nas sposób jazdy lokalnych kierowców. W Kirgizji już na prowincji jeżdżą bardzo dziko, a w mieście jest tylko gorzej. Znajdujemy główną ulicę Kirgistan, zjeżdżamy na bok i na ulicy Aliszer Nawoi zostawiamy nasze samochody. Pierwsze co zamierzamy zrobić to odnaleźć Osh Guesthouse – słynny wśród „plecakowców” lokalny pensjonat. Odnalezienie go wcale nie jest takie proste – dlaczego? Brak żadnego oznakowania to raz,
a dwa – pensjonat ulokowany jest na czwartym piętrze zwykłego bloku. Docieramy tam, rozmawiamy z gospodarzem o pozwoleniu na GBAO. Okazuje się, że najwcześniej może być na wtorek, a może dopiero na środę, co wiązałoby się z przedłużeniem kirgiskiej wizy. Dla nas to zarówno strata czasu jak i dodatkowe koszty. Mimo specyfiki tego miejsca (nie ma się co czarować – jest klimatyczne) rezygnujemy i próbujemy sprawę załatwić na własną rękę. Wg naszego przewodnika (a jest to angielskojęzyczny Lonely Planet) pozwolenie na GBAO załatwić może lokalne biuro podróży MUNDUZ-TOURIST. Ruszamy więc spacerkiem w kierunku wyznaczonym przez plan miasteczka, mijamy bazarki i ulicą Lenina kierujemy się na południe. Po drodze mijamy m.in. wielki pomnik Lenina a także lokalne urzędy (w tym m.in. OWIR).
Docieramy do wskazanego w przewodniku miejsca, gdzie okazuje się, że takowego biura tutaj nie ma. Na szczęście jeden z przechodniów wie, gdzie je przeniesiono i po kilku minutach spaceru docieramy na miejsce. Po kilku minutach rozmowy z pracownikiem biura przejmuje nas dyrektor, pan Jesidinow Umarżan. Od niego dowiadujemy się m.in. o zmianie procedury wydawania pozwoleń, a także
o zmianie kosztów. Załatwienie pozwolenia w trybie pilnym, na jutro, kosztuje 86$ od osoby. Oczywiście – nam się nie uda załatwić sprawy na jutro, głównie dlatego, że dzisiaj jest sobota a jutro – niedziela i nikt już nie pracuje. Jedyne co zadeklarowano nam, to poniedziałek po obiedzie. Oczywiście – nas, jako „innostrańców” przyjęto wręcz po pańsku, zaproszono nas na patio za biurem, gdzie interesy z dyrektorem robiliśmy odpoczywając na kanapie i popijając herbatkę. Obsługiwało nas chyba z ośmiu pracowników tego biura, będąc natychmiast dostępnymi na każde skinienie szefa,
który jak widać ma wielki posłuch. Oczywiście – proponują nam również zakwaterowanie,
z którego jednak – ze względu na koszty rezygnujemy.
Dalszą część dnia spędzamy spacerując po centrum miasta, a następnie odwiedzając lokalne bazarki. Po pierwszej bazarowej wizycie ręce mamy pełne pamiątek więc ruszamy w kierunku samochodów. W tym rejonie, gdzie parkowały nasze autka jest kilka hoteli, więc wysyłamy Beatę z Ryśkiem
na rekonesans. Udaje nam się zadowolić Beatę chyba dopiero za piątym podejściem – ale znajduje dla nas za 1500 somów / dobę apartament składający się z dużej sypialni, drugiej nieco mniejszej, salonu i łazienki. Rozlokowujemy się dość sprawnie, nie mniej – mnie dopadają dzieciaki, którym rozdaję troszkę słodyczy. O tym fakcie za chwilę dowiadują się chyba wszystkie dzieciaki z osiedla,
bo za każdym razem, gdy zbliżam się do samochodu dopadają mnie maluchy prosząc o słodycze.
Jak później się okazało, maluchy nie dadzą nam już żyć do końca naszej wizyty w Osz. Zwąchały możliwość wyciągnięcia czegoś dla siebie, więc niby właściwie dlaczego miałyby taką okazję przepuścić. Takie życie – o swoje należy zaczynać walczyć już od najmłodszych lat, by w przyszłości
do czegoś dojść – prawda?
W hoteliku bierzemy prysznic, niestety – Beata zużywa całą ciepłą wodę, więc my biedaki marzniemy w zimnej. Organizujemy się troszkę gospodarczo, a na dodatek udaje się nam przekonać naszą gospodynię do udostępnienia pralki, tak więc i pranie mamy z głowy. Po krótkim odpoczynku decydujemy się na jeszcze jeden spacer po bazarach.
Spacerując główną ulicą przyglądamy się ulicznym handlarzom. Na jednym z takich stoisk znajdujemy stare, ale za to oryginalne liczydło słusznych rozmiarów. Po krótkich targach nabyłem to cudo za 150 somów (co jest równowartością ok. 3 euro) ciesząc się z pięknej pamiątki i zarazem giftu dla Tomka. W końcu docieramy na bazarek, gdzie po długim myszkowaniu odpoczywamy w lokalnym barze popijając wino, piwo i soczki. A co – raz się przecież żyje.
Późnym wieczorek odwiedzamy jeszcze internetową kafejkę – umówiłem się przecież z rodzicami
i Tomkiem na rozmowę. Internet pracuje tak, jakby mu się w ogóle nie chciało, ale mimo
to wystarczyło na krótką rozmowę z bliskimi. Kiedy my komunikowaliśmy się ze światem, Ryśkowi udało się wprosić na kirgiskie wesele. Ten to ma talent.




Dzień czterdziesty szósty
16 maj 2010
Niedziela. Człowiek powinien sobie pospać, odpocząć. Nic bardziej mylnego. Już o świcie jesteśmy
na nogach – muezin z niezbyt odległego meczetu nie daje nam pospać. Takie życie. Zbieramy się więc niezbyt spiesznie by o 7.30 być już w knajpce na pysznym śniadaniu. Każde z nas dostało
po 3 sadzone jajka, pysznej lepioszce (lokalna odmiana pieczywa) a także sałatce składającej się
z pomidorów i ogórków. No pycha. Beatka była umówiona na 8.00 z fryzjerem, ale swoim zwyczajem się spóźniła, więc z wizyty porannej nic nie wyszło. Umówiła się na wieczór. Czas pokaże, czy to się również uda.
Z czystego lenistwa decydujemy się na taksówkę. Nasz wybór padł na wysłużonego Matiza. Tak – tutaj taksówkami są takie malutkie samochodziki. Z biedą pakujemy nasze cielska do tak małego samochodziku, przy czym z tyłu siadł Janusz i ja, a między nas Beata. Rysiek po pańsku jechał koło kierowcy. Autko niemalże jęczało z wysiłku. Ale radę dało. Kierowca podwiózł nas do centrum
i wysadził w pobliżu Tronu Salomona.
Tron Salomona (dla nas dość swojska nazwa, bo miejsce o podobnej nazwie oglądaliśmy już podczas naszej ostatniej podróży po Iranie) to tak naprawdę trzy pagórki górujące nad miastem, w obrębie których zlokalizowanych jest kilka ciekawostek. Spacerkiem udajemy się na pierwszy szczyt,
gdzie znajduje się malutki meczet zwany „Domem Babura”. Wewnątrz zmieści się może z pięć osób,
a że pozwolono i nam wejść to poznaliśmy opiekuna świątyni, który opowiedział nam jej historię. Punktem kolejnym wycieczki jest specyficzny głaz, po którym dla odpuszczenia grzechów należy trzykrotnie się ześlizgnąć. Tak naprawdę jest to atrakcja głównie chyba dla dzieci, nie mniej – Beata potraktowała sprawę bardzo poważnie i również wykonała stosowną procedurę,
co nie omieszkaliśmy uwiecznić. Ostatnim punktem wycieczki jest dziwne, post sowieckie muzeum.
Znaczy pewnie muzeum jest bardzo ciekawe, ale forma architektoniczna tego miejsca przeraża.
Jest to budynek w formie czaszy wybudowany na bazie jednej z okolicznych jaskiń. W asyście mieszkańców Osz, poubieranych w odświętne, kolorowe tradycyjne stroje zeszliśmy do ulicy Gapara Ajtiewa przy której zlokalizowany jest motoryzacyjny bazar. W gąszczu stoisk próbowaliśmy znaleźć segery do Dyskoteki, co oczywiście nam się nie udało, za to odnalazłem stoisko z polskimi produktami do prac blacharskich i lakierniczych. Miły akcent.
Wróciliśmy spacerkiem do centrum oglądając po drodze z zewnątrz (niestety do środka nam
nie udało się zajrzeć) mauzoleum Asafa ibn Burija. Po drodze minęliśmy jeszcze nieco zapuszczony muzułmański cmentarz i dotarliśmy do „rozrywkowego” centrum Osz. Na małym placyku znajduje się duża fontanna a wokoło kilka knajpek.
Próbowaliśmy ulokować się w jakiejś knajpce próbując zamówić kawę i piwo, ale – mimo obecności tej pierwszej w menu – nie udało nam się jej zamówić. W pobliżu placu znajduje się jeszcze jedna ciekawostka – trzypoziomowa, ogromna jurta, w której zorganizowane jest małe tradycyjne muzeum, w którym z przyjemnością oglądamy kolekcję ubrań, tekstyliów i przeróżnego lokalnego rękodzieła.
A przede wszystkim oglądamy misterną konstrukcję samej jurty – pamiętać należy, że suma summarum jest to przecież rodzaj namiotu, tutaj aż trzykondygnacyjnego.
Pod koniec wizyty w jurcie dwoje z nas (znaczy się Janusz i ja) dostaje „małpiego rozumu”,
co skutkuje przebieraniem się w lokalne stroje i pozowaniem Beacie do zdjęć. Ale czasem –
dla odreagowania – warto.
Wymyśliliśmy sobie jeszcze spacer do dwóch meczetów. Pierwszy – Rabat Abdulkana - znajduje się głównego blisko wejścia na tron Salomona, okazał się jednak niedostępny dla turystów. Byłem
z zapytaniem u Imama, ale ten nie wyraził jednak zgody. Ruszyliśmy więc wąską uliczką
w poszukiwaniu drugiego meczetu – Mohameda Jusuf Bai Hodżi Ogiego. Zanim jednak znaleźliśmy meczet – uliczka, którą spacerowaliśmy okazała się atrakcją sama w sobie. Panowała tu sielankowa wiejska atmosfera, w niczym nie przypominająca ruchliwych bazarów i ulic Osz. Po drodze minęliśmy kilka grup dzieciaków chętnie pozujących nam do zdjęć. Spokojnym spacerkiem dotarliśmy
do meczetu, gdzie mamy więcej szczęścia – nie dość, że pozwolono nam wszystkim (w tym Beacie) wejść do środka, to możemy nawet zrobić kilka zdjęć. Zwiedzanie meczetu przerwało nam wezwanie muezina na modły, nie mniej – wyszliśmy sami, nikt nas nie wypraszał.
Dzień jest przepiękny, temperatura przekracza zapewne 30 stopni, więc powolnym, leniwym spacerkiem wracamy w kierunku hotelu. Oczywiście trasa naszego spaceru wiedzie po raz kolejny przez bazar, nie mniej – spacerujemy nie znanymi nam jeszcze zakamarkami. Bazarowe życie zaskakuje nas praktycznie na każdym kroku. To niezwykły, żywy organizm. Tego jednak nie potrafię opisać, to po prostu trzeba przeżyć.
Wieczór kończymy wizytą w kafejce internetowej, kontaktując się z naszymi bliskimi.

Dzień czterdziesty siódmy
17 maj 2010

Poranek mija leniwie. Tak naprawdę to poza śniadaniem nie mamy pomysłu na dzisiejszy dzień. Przymusowy postój w Osz związany jest z uzyskaniem „permitu” na GBAO. Na śniadanie wracamy
do naszej wczorajszej knajpki, gdzie – a jakże – ponownie zamawiamy ichniejszą jajecznicę, chociaż tym razem dla odmiany jedna porcja jest z parówką a druga z kiełbasą przypominającą nieco mortadelę. Ale i tak wszystko pałaszujemy ze smakiem.
Zgodnie z pierwotną umową w biurze turystycznym pojawiamy się koło godziny 13. Niestety – naszych pozwoleń nie ma, otrzymujemy za to informacje, że będą koło godziny 15. Ruszamy więc spacerkiem do centrum Osz, gdzie rozdzielamy się – Janusz szuka ponownie Internetu, a reszta wycieczki wybiera knajpkę na obiad. Ponownie o umówionej godzinie stawiamy się w MUNDUZ-TOURIST, ale jeszcze pozwoleń nie ma. Nie mniej – otrzymujemy informacje, że pozwolenia nam przyznano, czekamy tylko na wydruk. W końcu po godzinie 17 mamy pozwolenia i ruszamy w drogę. Niestety – duża część dnia jest stracona, a pewności, czy uda się nam do granicy dotrzeć – nie mamy.
Naszym problemem jest kirgiska wiza, która w dniu dzisiejszym się kończy. A przekroczenie terminu wizy wiąże się z dużymi opłatami.
Ruszamy więc w drogę. Z Osz wyjeżdżamy w miarę sprawnie, kupując przy okazji za resztki pieniędzy paliwo, do samego Gulczo droga jest elegancka, a podróż mija nam bez większych przygód
(z wyjątkiem mandatu Janusza za przekroczenie prędkości). Droga wspina się na 2400 m n.p.m. a my mamy przepiękne widoki. Za miasteczkiem droga się psuje. Nie ma już asfaltu, jedziemy szutrową drogą co raz mijając maszyny budowlane – na tym odcinku powstaje nowa droga, ale kiedy powstanie – trudno rzec. Gdzieś ze 20 km przed Saritasz (ostatnia miejscowość w Kirgistanie
na naszej trasie) droga zaczyna się wspinać ostro w górę. W asyście ciężkich samochodów ciężarowych zdobywamy przełęcz Taldik (na ponad 3600 m wysokości). Niestety – jazda po tej trasie wzbija tumany kurzu, widoczność jest niemalże zerowa. Pogoda również nam nie dopisuje – wokół nas jest albo mgła, albo nisko zawieszona chmurka. Na przełęczy na chwilę się zatrzymujemy,
w końcu samochodzik także musi złapać oddech, a poza tym, wypadało poczekać na Defa.
Chwilę oddechu wykorzystać chciałem na zrobienie kilku zdjęć, co nie do końca mi się chyba udało – zostaliśmy zaproszeni przez grupkę Kirgizów na imieniny starszej pani. Beacie przypadło w udziale złożyć w naszym imieniu solenizantce życzenia. No i wypicie za jej zdrowie również ...
Późnym wieczorem mijamy Saritasz, z którego wiodą drogi w kierunku granic. Jedna w kierunku Chin, druga – w kierunku Tadżykistanu. Nas oczywiście interesuje ta druga, na której kilka km za miastem pojawia się nawet asfalt.
Około 21 godziny docieramy do kirgiskiego przejścia. Jest zamknięte – przed nami szlaban
z zawieszoną kłódką i kilka budynków, w których na szczęście pali się światło. Zostawiam mój samochodzik z włączonymi reflektorami, z nadzieją, że ktoś nas zauważy. Poskutkowało – po kilku minutach pojawia się żołnierz, otwiera szlaban i kieruje do „tamożni”, czyli do celnika. Tutaj –
bez problemów, więc po kilku minutach jedziemy w kierunku biura straży granicznej. Rozmawia
z nami trzech żołnierzy. Jeden z nich zauważa, że w dniu dzisiejszym kończy się nam wiza, co od razu skutkuje nie do końca sympatyczną sytuacją. Chłopaki wymyślili, że doba na przejściu granicznym kończy się o 20 i że musimy wracać do stolicy w celu przedłużenia wizy. Pomysł absurdalny,
bo stracilibyśmy ze 3 dni na tę operację, nie mówiąc już o pieniądzach za „sztraf”. Po krótkiej rozmowie zostaliśmy wyproszeni z pokoju – chyba mieli potrzebę omówienia sprawy między sobą.
Po kilku minutach zostaję poproszony ponownie do biura, gdzie pogranicznik krótko i zwięźle przekazuje informację, że jak ja dogadam się z jego kolegą on załatwi papiery tak, by wsio było
w porządku. Dla mnie ewidentne wyłudzenie łapówki, ale co zrobić? Na szczęście stanęło na 40 $. Ruszamy w kierunku przejścia tadżyckiego, ulokowanego ok. 20 km dalej, na wysokiej przełęczy Kyzył-Art (mającej 4280 m wysokości, co jest naszym rekordem). Po drodze na stopa zabieramy dwóch tadżyckich celników. Przejście graniczne to obraz nędzy i rozpaczy. Pogranicznicy mają biuro zrobione w stalowej rurze o średnicy ok. 2,5 m, a służba celna, narkotykowa i drogowa –
w kontenerach morskich. Przejście wygląda jak pobojowisko, jest ciemne, brak chyba prądu,
chociaż w kontenerach jest zasilanie akumulatorowe. Budzimy po kolei wszystkich urzędników, załatwienie formalności kończy się po dobrej godzinie, zwłaszcza, że w międzyczasie integrujemy się
z oficerami służb przeciw narkotykowych. Koszt wjazdu do Tadżykistanu to 160 somani opłat celnych
i 100 somani opłat drogowych (co łącznie dało 65 $). Cóż było zrobić? Zapłaciliśmy i tyle.
Odjechaliśmy, a właściwie zjechaliśmy z przejścia może ze 3 km i na wysokości powyżej 4200 m urządziliśmy nocleg.

Dzień czterdziesty ósmy
18 maj 2010

Noc była ciężka. A poranek – wręcz koszmarny. Obudziłem się z bólem głowy. Byłem nieprzytomny
i pozbawiony jakiejkolwiek funkcji myślenia. Ciśnienie spadło do ok. 560 hPa co okazało się dla nas zabójcze w skutkach. W nocy temperatura spadła jeszcze poniżej zera i sypnęło śniegiem. Ale jakoś nie cieszyły nas otaczające plenery w zimowym wdzianku. Może tylko Rysiek zniósł te warunki
w miarę dobrze. Resztę położyła „choroba wysokościowa” i każde z nas chciało jak najszybciej zjechać gdzieś na dół. Tyle, że tego „dołu” w tym rejonie nie ma.
Kierujemy się na wioskę Karakul, ułożoną na brzegu pięknego górskiego jeziora o tej samej nazwie. Jazda zajmuje nam prawie dwie godziny. Droga przeciętna, zimno, ślisko, samochody ledwo jadą
na tych wysokościach – daje odczuć się spadek możliwości naszych silników. No i z nami przecież
nie jest najlepiej. Jedyne co moja pamięć rejestruje to ogrodzenie biegnące wzdłuż drogi. Wiemy,
że w odległości kilkunastu km od drogi znajduje się chińska granica, ale po co wzdłuż drogi biegnie bariera złożona z betonowych słupów połączonych gęstą siatką z drutu kolczastego – tego nie wiemy.
Docieramy do wioski. Jedynym naszym marzeniem jest znalezienie jakiejś kafejki, gdzie zamierzamy odpocząć. Znajdujemy mały, dość obskurny budyneczek z opisem „stołownaja”, gdzie jak się okazuje możemy zjeść śniadanie. Lokal jest prawie pozbawiony wyposażenia.
Tak naprawdę, w części dla gości znajdują się tylko dywaniki i maty rozłożone na podłodze oraz dwa niewysokie stoliki. Jesteśmy dzisiaj pierwszymi gośćmi, więc gospodyni dopiero przygotowuje lokal
na naszą wizytę. Kiedy ja i Janusz dogorywamy Beata zajmuje się robieniem zdjęć. Po kilkunastu minutach dostajemy dania – makaron z mięsem i ziemniakami i gulasz, który bardziej przypomina naszą zupę pomidorową. W wyniku niedomówienia – rosyjski gospodyni jest podobnego poziomu
jak mój, różni się tylko zakresem – otrzymujemy podwójne porcje. Na szczęście dostajemy również kawę. Mnie po posiłku zdecydowanie się poprawia, Janusza jednak kawa wykończyła. Z nim nie jest ciekawie. Beacie już całkiem przeszło, a Rysiek zachowuje się, jak gdyby nigdy nic. Szczęściarz.
Na pamiątkę gospodyni otrzymuje od nas jedno ze zdjęć autorstwa Beatki (znowu przydała się nam drukareczka), po czym gospodyni prosi nas jeszcze o zdjęcie z rodziną. A przy okazji – całe dzisiejsze śniadanie zamknęło się kwotą 40 somani (my płacimy 10 $, bo jeszcze lokalnej waluty nie mamy).
W asyście dzieciaków z całej chyba wioski ruszamy w dalszą drogę. Zatrzymujemy się za wioską
by móc w spokoju podejść do brzegu tego ogromnego jeziora. Karakul jest najwyżej położonym jeziorem w tej części świata, wg naszych GPS’ów leży na wysokości ponad 3900 m n.p.m. Rysiek udowadnia nam, że jest prawdziwym morsem biorąc kąpiel w wodach jeziora – przypomnę tylko,
że temperatura na dworze to ok. 3 stopni. Dla mnie zgroza – mnie udało się zamoczyć tylko jeden palec, co skwapliwie uwieczniła Beata na zdjęciu.


Jeśli ktoś z nas zakładał, że to już koniec wysokogórskich atrakcji na dzisiaj, to był w wielkim błędzie. Mniej więcej w połowie drogi do Murgab droga wspina się na kolejną przełęcz – tym razem jest
to „pierewał” Ak-bajtal, gdzie droga wspina się na wysokość 4655 m (wg mapy, bowiem nasze GPS’y pokazują nawet nieco więcej). Tym razem najbardziej chyba odczuwają to nasze Land Rover’y.
Są słabe i kopcą nieprzeciętnie. Podczas ruszania pod górę zostawiamy za naszymi samochodami chmury czarnego dymu i nieprzeciętny smród. Czy jest to tylko efekt wysokości? Trudno powiedzieć.
Może jesteśmy przewrażliwieni, może to już oznaki poważniejszych usterek
(o tym wariancie nie chcemy jednak myśleć), a może to efekt krystalicznie czystego wysokogórskiego powietrza? Miejmy nadzieję, że właśnie to ostatnie.
Popołudniem docieramy do Murgab. Jest to małe, zamieszkałe przez raptem 6000 mieszkańców, miasteczko, z nieciekawą glinianą zabudową i małym kontenerowym bazarem. Jest to jednak główny ośrodek turystyczny i administracyjny w tej części GBAO, więc mamy nadzieję, że tutaj uda nam się dokonać pewnych formalności. Przede wszystkim odnajdujemy bank, gdzie wymieniamy dolary (euro tutaj niestety nie funkcjonuje) i gdzie próbujemy dokonać zakupu paliwa. Niestety – na jedynej
w miasteczku stacji paliw nie ma oleju napędowego. Jest to o tyle kłopotliwe, że ja mam raptem
1/4 baku, a Defender jedzie już prawie na rezerwie. Po obiedzie i krótkiej wizycie na bazarze ruszamy w dalszą drogę. Na końcu miasteczka znajduje się zamknięty na kłódkę szlaban, a pilnujący
go milicjant zaprasza mnie do swojego pokoiku z dokumentami. Podczas rozmowy dowiaduję się,
że planowana przez nas droga przez Langar do Iszkaszimu jest nieprzejezdna, bowiem została zabrana przez wezbraną rzekę.
Przy szlabanie spotkaliśmy jeszcze podróżującego samotnie na motocyklu Ukraińca, który tylko „dolał oliwy do ognia” informując, że na „Pamir Highway” jest nieprzejezdny odcinek – droga została zasypana śniegiem. A my nie mamy już w takim razie żadnej alternatywy, bowiem tak naprawdę przez GBAO biegną tylko te dwie drogi. Za radą milicjanta wracamy się do miasteczka, gdzie przy okazji załatwimy na milicji „registrowkę” i może dowiemy się czegoś więcej. Tak poznajemy Rusłana – oficera milicji zajmującego się sprawami emigracyjnymi i dzięki niemu mamy najświeższe informacje. Wiemy, że droga do Langar nie jest przejezdna, ale „Pamir Highway” jest już oczyszczona ze śniegu.
Ruszamy więc w dalszą drogę. Na nocleg zatrzymujemy się w okolicy Basz-Gunbaz.
Co dalej – będziemy się zastanawiać jutro. Na razie przed nami kolejna zimna, wysokogórska noc. Mam nadzieję, że jutrzejszy poranek będzie lepszy od dzisiejszego, że udało się nam już zaaklimatyzować, a także, że jutro dostaniemy jakieś bardziej pomyślne wieści odnośnie warunków na drogach w GBAO. A tak na marginesie – wypadałoby chyba rozwinąć skrót GBAO – „Gorno Badakszan Awtonomicznyj Oblast” czyli Autonomiczny Okręg Górnego Badakszanu. A tak po prawdzie to teren zajmowany przez góry Pamir. Miejsce niezwykłe, trudnodostępne a przyciągające.


Dzień czterdziesty dziewiąty
19 maj 2010

Wczoraj wieczorem nic nie zapowiadało ładnej pogody. A tym czasem, bladym świtem, budzi nas słoneczko. Na niebie nie ma ani jednej chmurki, ale przed 5 rano wieje silny wiatr i jest mroźno.
Więc po zrobieniu kilku zdjęć z lubością wracam do śpiwora. Ponownie budzę się, tym razem przy okazji budząc Beatę, po godzinie 7. Zwijamy obozowisko, przelewamy paliwo z kanistrów do baku Defa i ruszamy pomału przed siebie.
Nie ujechaliśmy nawet kilku km, gdy rozradowany Janusz krzyczy przez CB że ma dla nas niespodziankę. Dojeżdżamy do nich, myśląc, że udało się im zdobyć paliwo (z którym u nas niestety jest już bardzo krucho) a oni znaleźli lokalną gastronomię. Też dobrze. Bar to tak naprawdę wolnostojący budynek oddalony od najbliższej miejscowości o dobre 10 km. Zachodzimy więc
z ochotą, a na śniadanko dostajemy gorącą herbatę i pyszną rybę. Do tego, rzecz oczywista, lepioszka domowej roboty. Ryba jest przepyszna, każdy z nas dostał po cztery kawałki. Tylko sposób przyrządzenia pozostaje tajemnicą – ryba nie była ani wędzona, ani suszona. Smakuje wybornie. Nawet Beata, która jest przecież wyprawowym „francuskim pieskiem” zajada ze smakiem. Ba – je tak łapczywie, że dławi się rybią ością. Na szczęście – po kilku litrach wylanych łez – jej przygoda kończy się dobrze. Po śniadaniu robimy pamiątkowe fotki (drukarka znowu robi furorę) i zaczynamy się zbierać. Janusz jeszcze pyta naszego gospodarza (o imieniu Kalejbi) o możliwości zakupu paliwa, na co ten oferuje, że pojedzie z nami do miasteczka i coś tam załatwi. Dojeżdżamy razem do miasteczka Alichur, gdzie w jednym z gospodarstw kupujemy 30 dm3 paliwa z beczki do Defa. Dla nas niestety nie wystarczyło, ale dobre i to.
Kilkanaście km za miastem drogi się rozchodzą. Kierując się na Chorog, do wyboru mamy dwie drogi. Pierwsza – to magistrala M41 zwana również „Pamir Highway”. To główna droga, częściowo nawet
o niezłej nawierzchni asfaltowej.
Druga droga – podobno znacznie ciekawsza, polecana m.in. przez naszego kumpla Elwooda – wiedzie doliną rzeki Pamir. I tą drogą decydujemy się kontynuować naszą podróż, mimo informacji z milicji
w Murgab, że prawdopodobnie nie jest przejezdna. Jest to droga szutrowa. Pierwszy odcinek, wiodący przez przełęcz Kargusz pokonujemy dość szybko. Za przełęczą znajduje się jednostka wojskowa i punkt kontrolny. Zostajemy tutaj spisani, a żołnierz uprzejmie nas informuje, że właśnie dotarliśmy do rzeki Pamir, za którą rozpościerają się nie tylko przepiękne góry, ale także Afganistan. Sam punkt kontrolny był bardzo interesujący. Na ścianach rozwieszono informacje przydatne żołnierzom.
I tak – znalazłem tutaj kopie paszportów z różnych krajów świata, pozwolenia na pobyt w GBAO, instrukcje pomiaru odległości obiektu, wzory flag poszczególnych państw Azji Centralnej, a także – rysunki śmigłowców i samolotów, tak by żołnierz był w stanie zidentyfikować obiekt latający. Zabawne, ale takie właśnie jest życie. Od żołnierzy otrzymujemy informację, że droga dla naszych samochodów na pewno będzie przejezdna. Ruszamy więc dalej.
Droga biegnąc doliną rzeki Pamir jest grzechu warta. Okolice są przepiękne. Po obydwóch stronach rzeki ciągną się pasma wysokich gór. Nad nami góruję pięcio- i sześciotysięczniki. Niezwykłe widoki. W pewnym momencie, z ust Janusza, pada propozycja, by obrzucić Afganistan kamieniami. Może to
i głupie, ale zatrzymujemy się i ruszamy nad rzekę. Po prawdzie to tylko mnie udało się przerzucić kamieniem rzekę i zostawić swój mały ślad na afgańskiej ziemi. Mam nadzieję, że konflikt na tych terenach zakończy się niebawem, bo jest to jeden z kierunków, który chciałbym w przyszłości obrać. Dlatego naszą zabawę traktuję raczej poważnie i mój ślad pozwoli mi tu kiedyś dotrzeć.
Mniej więcej w połowie drogi do miejscowości Langar spotykamy dwójkę ludzi, którym skończyło się paliwo w UAZ’ie, i którzy koczują w tym miejscu bez jedzenia już dwa dni. Janusz daje im chleb
i paczkę ryżu a ja oferuję holowanie samochodu do odległego ok. 30 km miasteczka. Z holowania rezygnują, więc ruszamy dalej. Droga snuje się stokami górskimi, a na niej zaczynają pojawiać się atrakcje. Droga jest coraz węższa, miejscami z bieda mieści się jeden samochód, no i pojawia się masę kamieni – znak, że schodzą tutaj lawiny. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie całkiem niedawno musiała zejść lawina, bo leżą tutaj spore głazy. Część kamieni udaje się nam usunąć ręcznie,
jeden głaz Janusz przeciąga wyciągarką, a sporej części nie udaje się nam w żaden sposób ruszyć, wiec po prostu po nich przejeżdżamy. Miejscami było bardzo gorąco. Ale daliśmy radę. Po minięciu najtrudniejszego odcinka spotykamy dwóch młodych Tadżyków. Informują oni nas, że za ok. 7 km droga jest niestety nieprzejezdna i że powinniśmy zawrócić. Jak niewierni Tomasze mówimy im,
że musimy się sami przekonać. Po przejechaniu tego odcinka widzimy, że jednak mieli rację. Drogę blokuje UAZ, którego właściciel tutaj zostawił i poszedł pewnie pieszo do miasteczka.
Cóż było zrobić? Piknik, rzecz jasna. Beata gotuje nam fast food’owy obiadek, który podaje razem
z kawą i w tym miejscu spędzamy dobrą godzinkę. Nie ma co – niestety musimy wracać.
Nic nie poradzimy. Wyrwa w drodze ma ze 3 m szerokości i z 6 głębokości. Wracamy więc drogą, którą tutaj przyjechaliśmy.
Po drodze przejmujemy chłopaków, którzy jak się okazało jechali razem ze spotkanym UAZ’em i teraz niosą im paliwo, i podwozimy ich na miejsce. Potem zostaje już nam tylko droga powrotna
po własnym śladzie, mijamy raz jeszcze jednostkę wojskową, gdzie ponownie jesteśmy spisywani
i wczesnym wieczorem docieramy do asfaltu. Jako, że rezerwa świeci mi się już od dłuższego czasu, przed wjechaniem na główną drogę zatrzymuję się i zdejmuję jeden z kanistrów, który wiozę
na dachu. A w kanistrze mam jeszcze paliwo, które zatankowaliśmy w Rosji, nad Bajkałem.
Mijamy wioskę Tagatkaki, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć jakąś przyjemną „gostinicę”, nie mając jednak szczęścia zatrzymujemy się za wioską i udajemy się na spoczynek. Zasłużony zresztą,
bo dzisiejsza droga dała nam w kość.


Dzień pięćdziesiąty
20 maj 2010

Noc była bardzo ciężka. Ciśnienie i temperatura zrobiły swoje. W Dyskotece mieliśmy nad ranem prawie minus 2 stopnie. Ale cóż się dziwić, skoro jesteśmy na wysokości ponad 4000 m. Samopoczucie paskudne. W głowie się kołacze, nic się nie chce. Nawet samochód nie specjalnie chce odpalić. A niebo zaciągnięte ciężkimi chmurami.
Zapowiada się ciężki poranek, zwłaszcza, że zamierzamy zaatakować przełęcz Kojtezi (ponad 4222 m n.p.m.), która wg spotkanego w Murgab ukraińskiego motocyklisty jest zasypana śniegiem.
Ale cóż zrobić? Innej drogi nie ma. Ruszamy więc niemrawo mijając chińskie ciężarówki wspinające się również na przełęcz. Z każdym km pogoda się pogarsza. Zaczyna padać śnieg, a temperatura spada do prawie minus 5 stopni. Również na drodze zalega sporo śniegu, więc tempo naszej jazdy jest raczej „mrówcze”. Docieramy do przełęczy. Najgorsze jest dopiero przed nami. Teraz jedziemy wąskim korytarzem wyrytym w śniegu przez ciężkie gąsienicowe spychacze. Wykonany przez nie tor jest wąski, tylko co kilkaset metrów są porobione mijanki. Na górze w śniegu stoi uwięziona jedna chińska ciężarówka. Nam udaje się ją powolutku ominąć. A potem jest już z górki. Z każdym kolejnym km droga staje się lepsza, śnieg i ciężkie chmury ustępują, a temperatura i ciśnienie rosną.
Jedyne co nas zaczęło martwić do biały dym wydobywający się z naszych rur wydechowych. Ubytku wody w układach chłodzenia nie stwierdziliśmy więc cóż to mogłoby jeszcze być? Trudno powiedzieć.
Docieramy do wioski Dżilandżi, gdzie powinna być stacja benzynowa. Kiedyś zapewne była czynna, teraz po niej zostały tylko zniszczone dwa dystrybutory, wiata i zrujnowany budynek. Przed nami kawał drogi, a paliwa jak na lekarstwo. Coś mam wrażenie, że Tadżykistan będzie się nam kojarzył
z problemami paliwowymi. Cóż było zrobić? Ruszamy dalej z nadzieją, że może któryś z kierowców TIR’ów się nad nami zlituje. Tak myśląc podjeżdżamy do dwóch chińskich ciężarówek parkujących przy głównej drodze. Próba kontaktu z kierowcami spełzła na niczym. Jedyne słowo jakie pada z ich ust to „Chinese” i wymowny gest zakrytych ust. Nie byłem, nawet gestykulując, w stanie się
z nimi dogadać. A ciekawostką jest, że na tej trasie praktycznie tylko chińskie ciężarówki przewożą ładunki. Kierowcy mogliby znać chociaż kilka słów rosyjskich, przecież ja nie nauczę się chińskiego.
Zatrzymujemy się w jednej z mijanych wiosek. Rysiek nagabuje stojących przy sklepie mieszkańców
i po chwili rozmowy jeden z nich wsiada do Defa i prowadzi nas do gospodarza, u którego kupujemy 10 dm3 ropy. Tym razem dostało się paliwo Dyskotece, która już sygnalizowała braki. Ale taka ilość nie rozwiązuje naszych problemów. Nie mniej dostajemy zapewnienie, że kilkanaście km dalej dostaniemy paliwo.


Rzeczywiście, po przejechaniu takiego właśnie odcinka dostrzegam napis na małej tabliczce – „benzin” i „soljarka”. A soljarka to nic innego jak olej napędowy niezbędny dla naszych silników
(w końcu to przecież diesle). Zatrzymujemy się i przystępujemy do specyficznego tankowania. Soljarka znajduje się w zbiorniku ulokowanym za małym budyneczkiem. Na zbiorniku zamontowana jest ręczna pompka, z której pompowy nalewa palowo do małego, ok. 10 litrowego pojemnika, którym wlewamy paliwo do baku. W Dyskotece czynność została powtórzona 13-krotnie, Def zadowolił się 7-mioma wiaderkami. Tak jeszcze nie tankowałem, nawet w Afryce zawsze był jakiś dystrybutor na stacji paliw. Ale co tam – najważniejsze jest, że mamy w końcu paliwo.
I całe ciśnienie z nas zeszło. W dużo lepszych humorach ruszyliśmy dalej. Do pełni szczęścia brakowało nam już tylko kawy i jakiegoś ciepłego posiłku. A jako, że nie udało się nam w żadnej
z mijanych wiosek znaleźć jakiejkolwiek jadłodajni, to w końcu decydujemy się na zjazd
z drogi. Zatrzymujemy się przy rzece Gunt na krótki popas. Podczas gdy Beata z Januszem zajęli się przygotowywaniem posiłku, ja wybrałem się nad brzeg rzeki w celach czysto higienicznych. Kąpiel
w górskiej rzece, gdy na zewnątrz temperatura z ledwością dobija do 8 stopni, jest nie lada wyzwaniem. Beatka przyrządziła pyszny makaron z sosem i kukurydzą. Mniam.
Dzisiejsza droga prowadzi malowniczą doliną rzeki Gunt. A skoro „Pamir Highway”, którą jedziemy jest mało atrakcyjna, to jak musi wyglądać droga, którą wczoraj nie udało się nam przejechać?
Coraz bardziej wszyscy żałujemy, że nasz czas w Tadżykistanie jest tak mocno ograniczony.
Na włóczęgę po Pamirze trzeba by zarezerwować z dobry miesiąc, a nie te marne kilka dni. Coś mi się wydaje, że i tu trzeba będzie kiedyś powrócić.
Docieramy do wioski Bogew, oddalonej od stolicy GBAO o kilkanaście km. Tutaj zauważam znak kierujący nas na świątynię ognia. Zjeżdżamy więc z drogi i wąskimi ścieżkami między małymi domkami ruszamy na poszukiwanie tej świątyni. Niestety nie idzie nam to zbyt sprawnie, więc
w końcu zatrzymuję się i pytam o drogę. Dwóch małych chłopców oferuje nam pomoc, co wiąże się
z ich przejażdżką Dyskoteką. Starszy ma może z 7 lat, młodszy góra 4. I kompletnie nie mówią
po rosyjsku, co w żaden sposób nie przeszkadza im prowadzić nas na pieszą wycieczkę po skałkach, bo świątynia (a właściwie jej ruiny) znajdują się na szczycie wzniesienia górującego nad wioską.
Mimo znaczącej stromizny naszym małym przewodnikom wspinaczka idzie wyśmienicie – starszy młodszego musi od czasu do czasu wesprzeć, ale cóż to. Na szczycie znajdują się ruiny dwóch zabudowań, ale nie to jest dla nas główną atrakcją. Ze szczytu rozpościerają się wspaniałe widoki. Warto się było pomęczyć. Na dole nasi przewodnicy dostają kilka prezentów i pamiątkowe zdjęcie
z „kierownikiem”.
Docieramy do punktu kontroli milicyjnej. Podczas kontroli pojawia się w końcu pytanie
o pozwolenie na wjazd do GBAO. A zdobyte z wielkim trudem w Osz kwitki załatwiają sprawę.
Chorog – stolica GBAO, to byle jakie miasteczko malowniczo położone. Właściwie
to nie specjalnie mamy powody by tu się zatrzymać, więc po wizycie w banku, zakupach
i krótkim spacerze ruszamy w dalszą drogę. Kierujemy się na północ, co oznacza,
że będziemy za chwilę żegnali się z Pamirem. Zanim opuszczamy miasto, kątem okiem zauważam Unimoga przerobionego na kampera. Oczywiście podjeżdżamy do tego samochodu i poznajemy dwoje niemieckich podróżników rodem z Monachium - Mathias'a i Stephanie. Ta dwójka swoim samochodem jest w pięcioletniej podróży dookoła świata. Tylko im pozazdrościć.
Poczułem się jak początkujący. Gdzież tam moim wyprawom równać się z takim przedsięwzięciem. Nie mniej – będziemy za nich trzymać kciuki i może kiedyś znowu uda się nam na szlaku spotkać.
Tutaj również powróciły moje marzenia. Sam również w przyszłości chciałbym wybrać się w taką daleką podróż, realizowaną spokojnie, bez nerwów czy zbędnego pośpiechu. Tak, by wjechać
do danego państwa czy regionu i spędzać w nim nie 2-3 dni, a 2-3 tygodnie, a może nawet miesiąc. Oczywiście uwarunkowane jest to z jednej strony zdobyciem odpowiedniej ilości środków finansowych, by w ogóle myśleć o zrezygnowaniu z pracy zawodowej, a z drugiej strony przygotowaniu odpowiedniego samochodu, będącego moim domem w podróży.
Dyskoteka jest bardzo wdzięcznym samochodem, wygodnym, o dużych możliwościach, zarówno trakcyjno – terenowych, jak i ładunkowych. Ale jest to już samochód wiekowy, mocno wyeksploatowany, któremu należy się już zasłużony odpoczynek. Poza tym – Dyskoteka jest samochodem dość ciasnym w codziennym użytkowaniu, co dobre jest w 2 –3 miesięcznej podróży, ale na pewno nie wystarczającym w rocznej, a może i dłuższej. Podczas jazdy często podobne myśli mi kołaczą się po głowie, co może oznaczać, że należałoby się zacząć zastanawiać nad budową drugiego samochodu wyprawowego, który będzie jednak bardziej kamperem. Oczywiście
na samochód klasy Unimog to raczej liczyć nie mogę, ale biorąc jako podstawę solidnego pick-up’a – czemu nie. Czas pokaże co z tych pomysłów uda mi się zrealizować.
Wracając jednak do naszych przygód - odjechaliśmy od Chorog dobre 60 km i przed wioską Ruszan zboczyliśmy w prawo, by zobaczyć dolinę rzeki Bartang – miejsce polecone przez poznanych Niemców. Ale sprawdzimy to dopiero jutro. Nad rzeką wynajdujemy płaskie miejsce, parkujemy nasze maszyny i udajemy się na spoczynek. Mam nadzieję, że dzisiejsza noc będzie spokojniejsza – dzisiaj śpimy raptem na wysokości 2000 m.
Jeszcze tylko kolacja, toaleta i jesteśmy gotowi do snu.

Dzień pięćdziesiąty pierwszy
21 maj 2010

Miejsce, które wybraliśmy na nocleg, położone jest wśród wysokich gór. Na stokach jest pełno różnej wielkości kamieni, które w nocy nas niepokoiły. Co rusz słyszeliśmy, jak staczają się kamienie.
Dusza na ramieniu. Nie mniej, udało się nam w miarę spokojnie ją przespać. Klimat na tej wysokości jest dla nas dużo bardziej przyswajalny.
Kierujemy się w górę doliny rzeki Bartang. Mijana droga podzielona jest jakby na odcinki.
Na przemian przejeżdżamy zielonymi wioskami i szarymi górami. Nie mamy dzisiaj zbyt ładnej pogody. Wprawdzie jest ciepło i nie pada, ale niebo jest zachmurzone. A szare chmury sprawiają,
że zdjęcia nie oddają całego uroku tej doliny.

Po przejechaniu ok. 40 km docieramy do małej wioski Siponyj. Zapytany o drogę staruszek zaprasza nas na herbatę. Próbujemy grzecznie podziękować, ale staruszek nie dał za wygraną. Tak więc trafiamy do pamirskiego domu. Jak takowy wygląda? Jest to prosty budynek, o glinianych ścianach
i drewnianym stropie. Składa się z jednej izby, w centralnym punkcie stoi żelazny piecyk.
Przy wejściu znajduje się malutka kuchnia, a główna część zrobiona jest na podwyższeniu i wyłożona została dywanami. Gospodarze częstują nas zieloną herbatą i słodyczami. Niestety – duża różnica wieku i trudności językowe powodują, że tym razem nie udaje się nam nawiązać rozmowy. Po wizycie ruszyliśmy w drogę powrotną. Po ujechaniu kilku km zatrzymujemy się na poranną kawkę nad brzegiem rzeki. Podczas gdy Beata zajęła się przygotowaniem jedzenia i kawy, ja kładę się pod Dyskoteką i wymieniam olej w tylnym dyferencjale. Niestety cały czas mam wyciek z tylnego dyfra – olej ucieka przez simmering i przez jedną ze śrub. Martwi mnie przede wszystkim uszczelnienie,
bo podczas wymiany układu różnicowego wymieniłem pierścień uszczelniający – niestety, jak widać nie dało to pożądanego efektu.
Opuszczamy dolinę rzeki Bartang tylko po to, by kontynuować podróż doliną rzeki Pandż. Rzeka ta stanowi także granicę między Tadżykistanem a Afganistanem. Dzięki temu, że główna droga M41 biegnie cały czas wzdłuż rzeki, mamy okazję podziwiać życie zarówno po jednej jak i drugiej stronie. Fascynuje nas zwłaszcza ta niedostępna, afgańska. Przejazd drogą jest mozolny. Nawierzchnia drogi jest w fatalnym stanie, udaje nam się osiągnąć średnią prędkość ok. 30 km/h. Nie narzekamy zbytnio, bo widoki są przednie, co parę minut i tak się zatrzymujemy by zrobić parę zdjęć.
Przed wioską Woznawd Janusz znajduje małą restauracyjkę. No – może to za dużo powiedziane.
Jest to mały gliniany domek, w którym mieszkają gospodarze z dziećmi, a jadalnie mają urządzoną
na stoku za domem. Zresztą kuchnię również. Na obiad każde z nas dostaje miseczkę z mięsem jaka. Do tego – domowej roboty chleb. No i oczywiście herbata. Gospodarz przyniósł zawiniątko, z którego zaczął wyjmować swoje skarby – pokazał garść kamieni, które w jego przekonaniu były rubinami.
Ja nie wypowiadałem się w tej kwestii – znawcą przecież nie jestem. Ale nader skromne życie prowadzone przez gospodarzy raczej temu przeczy.
Wczesnym wieczorem docieramy do miejsca, gdzie znajdujemy wraki wojskowych transporterów opancerzonych. Wg informacji otrzymanych od pilnujących nas wieczorem na miejscu noclegowym żołnierzy, to jeszcze pamiątki z wojny Sowiecko – Afgańskiej. Zresztą jest to nie jedyna pamiątka –
po drodze mijamy wiele tablic informujących, że te tereny rozminowano całkiem niedawno dzięki finansowej pomocy Szwajcarii i Niemiec.
Wieczorem próbowaliśmy znaleźć jakąś kwaterę, co jednak skończyło się niepowodzeniem.
Przy okazji

Część III relacji

więcej relacji oraz galerie zdjęć
www.cypis.pl

Zdjęcia

MONGOLIA / - / Azja / LOGO WYPRAWY

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl