Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Havasupai dream...droga do raju > USA


[konto usuniete] [konto usuniete] relacje z podróży

No cóż, jak to zwykle bywa droga do raju nie jest usłana różami tak więc nie inaczej jest i w tym przypadku.

Przebycie ponad 16 km trasy, w jedną stronę rzecz jasna, nie było by może tak straszne gdyby nie fakt, że trakt w większości jest silnie nasłoneczniony, wszędobylski pył, który nie pozwala oddychać, ustawicznie jest wzniecany przez karawany mułów ciągnące zaopatrzenie do wioski..Po drodze brak wody pitnej , ba żadnej, nawet dla ochłody…Na plecach mamy cały dobytek na kilka dni, który również wraz z całym swoim śmietnikiem zrealizowanym w czasie pobytu należy bezwzględnie wytargać z powrotem plus kijki aby nie podrożyć kosztorysu ekspedycji o niezbędne wizyty u dentysty lub chiropraktyka…A więc w drogę…
Nocleg łapiemy w Wiliams popularnej mieścinie przy “Route 66″ skąd odjeżdżają urokliwe wagony pociągu zdążającego do Grand Canyon. Klientami są najczęściej wypielęgnowani turyści pragnący co najwyżej zerknąć na te niepojęta czeluść i zasiąść potem w restauracji przy stosownym obiedzie, potem włączyć niezastąpione laptopy…Właściwe powinniśmy dojechać do Seligman , maleńkiego miasteczka rodem z animowanego “Cars”, które swobodnie nazwać by można “Chłodnicą Górską”…oczywiście przy legendarnej “Route 66″ .
Różnica to jakieś ekstra pół godziny jazdy, czyli nie tak źle.
Pędzimy. Stosunkowo szybko wczesnym rankiem docieramy do skrzyżowania z indiańska już drogą nr “18″ , która w/g Google mamy jechać 2.5 godz. Ku wielkiej radości napotykamy wspaniale świeżo wyasfaltowana drogę ze znakiem 60 mil do celu drugiego końca zakończonego, jak wynika ze zdjęć satelitarnych, sympatycznym parkingiem na skraju przepaści.
Przejazd przez tereny należące do Indian Hulapai zajmuje nam jakaś godzinę ostatni odcinek drogi należy już do naszych gospodarzy Indian Havasupai – “Ludzi błękitnej wody” (Havsuw’ Baaja – Blue Water People). Niewielka populacja ograniczona w zasadzie do granic kanionu to ok. 640 ludzi.
Pierwsze miejsca parkingowe okazują się lądowiskiem dla helikoptera i są wyłącznie zarezerwowane dla miejscowych, kilka metrów wyżej jest niewielki parking, przenośne toalety , wałęsające się psy , grupki poganiaczy przygotowujących karawany do wymarszu. Miejsce to znane jest pod nazwa Hilltop, nie mylić z Hiltonem,…
Plecaki mamy już przygotowane – wyglądają imponująco. Ostatni sprawdzian – namiot, materacyki , śpiwory , kurtki , kuchenka, , gary, pasza dla nas na 4-5 dni, trochę wody na drogę i dalej statyw, obiektywy…przed nami 16,2 km w blisko południowym już słońcu po wypalonym, suchym , bezdusznym trakcie – łza się w oku zakręciła…
W niewielkiej budce przy parkingu spotykamy Indianina , wygląda na zarządzającego tym ambarasem i pytamy o trasę…w zamian otrzymujemy kawałek kartki na której narysowana jest najprawdziwsza mapa w nieznanej skali, trochę przypominająca nieco plan poszukiwania jakiegoś skarbu. Z prawej słupki z milami i przybliżonym przelicznikiem w kilometrach od punktu do punktu , który trzeba samodzielnie podliczyć jak się bardzo chce, reszta to tajemne domki , skały, leniwie tocząca się karawana mułów i dziarsko kroczący ludziki z plecakami…
No to ruszamy…Pierwszy odcinek prowadzi ostro w dół zawijasami. Ten 1.5 milowy odcinek dzielimy pospołu z pierwsza napotkana karawaną starannie omijając te stare jak i świeże miny przeciwpiechotne…I tutaj wspomnę o niezastąpionych atrybutach z przeszłości. Jest nim napewno kowbojski kapelusz , który to drzewiej nie tylko chronił niezwykle skutecznie przed palącym słońcem, ale doskonale służył jako na przykład skuteczny nabierak do wody. Innym ważnym elementem wystroju była chusta, służąca nade wszystko do ochrony przed unoszącym się z wiatrem duszącym pyłem opadającym niezwykle wolno, czasem też do maskowania w czasie napadu na dyliżanse czy pociągi…
Trasa po kamieniach i piachu w dół w wkrótce nieco kładzie się i biegnie otwartym terenem, zwanym Long Mesa. Z lewej widać Little Coyote Canyon z prawej Hulapaui Canyon. Mijają nas kolejne karawany mułów.
Kurz jest wszechobecny. W takich przypadkach najlepiej oddychać wyłącznie nosem aby nie dopuścić do uschnięcia języka na wiór…Im dalej od Hilltop robi się jakby spokojniej wchodzimy w pierwsze szerokie parowy coraz to łapiemy cień w nachylonych skałkach. Kolejny łyk wody i dalej w drogę…Nie kończące się kolejne zakręty otępiają,żadnych wskazówek jak daleko jeszcze. Słychać tylko na stokach pokrzykujące wiewiórki i wszędobylskie kruki plotkujace co nowego wlecze się na trasie…
Kolejny transport na mułach i ogromny Indianin pokazuje nam dwa palce.
“Two miles” – woła i znika w tumanach kurzu na swym dzielnym koniku…
Dobre i to ale dwie mile jeszcze do wioski a od wioski 2.3 mile do campground…Wkrótce mijamy szczególny drogowskaz.
To tutaj pewna zupełnie nie przygotowana dama nie zauważywszy tego znaku poszła dalej wyschniętym korytem rzeki, narzucającym poniekąd drogę. Zupełnie zabłądziła, po drodze , będąc święcie przekonana o bliskości wioski pozbywała się osobistego ładunku…szczęśliwie została uratowana i ma o czym teraz opowiadać w kolejnym odcinku filmowym “Kiedy wakacje atakują”. Na jej usprawiedliwienie można dodać , że wtedy najprawdopodobniej ta tablica była ledwie widoczna, czemu się wcale nie dziwię – gospodarze niemal zupełnie nie dbają o jakieś specjalne pomoce drogowe. Chcesz to trafisz, w końcu wszyscy wiedzą gdzie to czy tamto znaleźć także Twój problem…
Wkrótce mały strumyk Havasu Creek biegnie z lewej i coraz więcej cienia. Dochodzimy do mostku stosownie udekorowanego pobliskim słupkiem ze stosownym jasnym i wyraźnym zaleceniem…
Mijamy pierwsze zabudowania, wyglądają nawet sympatycznie dotarliśmy do Supai. Nieco koni i bydła, naprędce posklecane budy na cele wszelakie.
Zakurzona droga wkrótce się zawęża i stoimy przed najprawdziwszym w świecie Tourist Office. Drzwi skromnego budynku zaopatrzonego w antenę satelitarną można otworzyć staranie przechodząc koło wylegujących się psów, które w innym świecie mogłyby mi nieźle pokiereszować co najmniej spodnie. Tutaj leżą spokojnie jak baranki.
Oczywiście to nie ten ze zdjęcia, ten spał parę metrów obok…:)
Jest piąta, za chwile zamykają. Mamy już uprzednio zarezerwowane miejsca na pobyt pod namiotem, gdyż liczba gości w kanionie jest ściśle limitowana…Kasują nas po 30 baksów od łebka za same “wylądowanie” plus opłaty za namiot. Otrzymujemy żółte, okrutnie farbujące (jak się potem okazało) kartoniki , które dopinamy do plecaków i dalej marsz przez wioskę.
Mijamy polankę, miejscowe lądowisko, na której przy jakimś kamieniu jest odprawa pokładowa.
Dalej stoi sympatyczny budyneczek z wielka ławą na których strategicznie zasiadają starzy indiańscy wyjadacze obserwujący wszystkie wioskowe wydarzenia plus kolejne parę ogoniastych zwierząt zagrzebanych leniwie w pyle. Zabudowanie te jakiś artysta na polskiej stronie Wikipedii nazwał restauracją…Zapewniam ,że zaznaczonego tam hotelu również nie ma , jest sympatyczny , zwykły niewielki lodge, na który psioczą co bardziej wyrafinowani turyści przylatujący tu helikopterem…Maleńki market przypomina prywatny mały osiedlowy sklepik. Ceny kosmiczne , w końcu wszystko trzeba tu dostarczyć droga lotnicza lub lądową.
I tu również sprostowanie do tej nieszczęsnej Wikipedii – ceny są nie 150% ale znacznie wyższe od tych w większych miejscowościach. Przykładowo puszka fasoli za 1.30$ kosztuje ponad 6$, a chinska zupka za 0.30$ ok.2 $ itd. Mijamy szkołę, boisko i kościół na drodze stoi umundurowany Indianin podnosi małego dzieciaka na ręce i zerka na nasze plecaki , uśmiecha się, możemy iść.


Ostatnie dwie mile to jedne z najbardziej dłuzacych sie jakie pamietam. noga sznuruje za nogą, plecak notorycznie przypomina o prawach grawitacji, ale kijki skutecznie ratują utzrymać jaką taka równowagę. Gorąco okrutnie w popołudniowym słońcu. Mijamy z dalek zupełnie odmienione wodospady nazwane tymczasowo New Navajo Falls i wreszcie docieramy do celu - jest upragniony i wysniony wodospad - drzwi do rajskiego Edenu - Havasupai Falls
Robert Stocki
http://robertstocki.wordpress.com/2011/10/11/havasupai-cz-2-droga-do-raju…/#more-700

Dodane komentarze

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2012-01-16 10:54:02

No jakbyś dodał jeszcze te zdjęcia psów, to by się zobaczyło jak się wylegują, pozdrawiam

Naturell dołączył
14.09.2009

[konto usuniete] dołączył
06.07.2011

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2012-01-13 21:35:36

Robert, podłącz jeszcze te psy (dla czytających uważnie...), fajny artykuł

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl