Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Wyprawa na Spitsbergen > NORWEGIA


CYNIG CYNIG relacje z podróży

Relacja z wyprawy na Spitsbergen, napisana w formie dziennika z podróży. Opis wyprawy przez Szwecję, Norwegię i Spitsbergen (fiord Hornsund)

03.06.06 sobota - 1 dzień wyprawy
Po długich przygotowaniach w końcu spotykamy się w Warszawie, która jest dla nas punktem startowym do wyprawy. Po zabraniu mnie z dworca PKP i Mateusza z jego mieszkania jesteśmy w komplecie u Adama, gdzie Iwona podejmuje nas ostatnia kawą przed wyruszeniem w drogę. Po kawowej przerwie zaczynamy pakować nasz główny środek transportu, Toyotę RAV4. Góra worków z ciuchami, plecaków ze sprzętem fotograficznym, kartonów z jedzeniem piętrzy się obok samochodu. Jak to wszystko się zmieści? Pół godziny kombinowania i samochód nieco przysiada na resorach, ale zmieściło się wszystko, włącznie z nami. Chwila na ostatnie pożegnanie i RUSZAMY.

Droga do Gdańska mija nam szybko, zwłaszcza, że po drodze odwiedzamy "Ostatni zajazd”, w którym serwują doskonałe kartacze. Nic nie jest w stanie powstrzymać nas od zjedzenia ostatniego normalnego posiłku na długi, długi czas.
Kolejny krok to zamustrowanie na prom do Sztokholmu. Szybkie ustawienie samochodu i wyjście na pokład pasażerski. Tu popełniamy pierwszy błąd. Zwiedzeni wygodą foteli rezygnujemy z zabranych z samochodu śpiworów i karimat i odnosimy je z powrotem do bagażnika. W efekcie, po kiepsko przespanej nocy wstajemy zmęczeni i z obolałymi mięśniami.

04.06.06 niedziela - 2 dzień wyprawy
O 05.00 słońce budzi nas, świecąc niemiłosiernie prosto w oczy. Dookoła, na całym pokładzie, wszyscy śpią wygodnie w śpiworach a my prostujemy kości poskręcane nocą spędzoną na fotelach. O 12.00 dobijamy do Sztokholmu i w kilkanaście minut wyjeżdżamy na nabrzeże. Pierwszy kontakt ze Szwecja to policjant stojący przy bramkach wyjazdowych z alkotestem w ręce. Zapada szybka decyzja, Adam po wypiciu wieczornego piwa ma wątpliwości, co do norm obowiązujących w Szwecji i na oczach policjanta dokonujemy widowiskowej zamiany za kierownicą. Perspektywa prowadzenia nowego samochodu przez stolicę Szwecji wprawia mnie w lekki niepokój.

14.30 robimy postój w m. ARLANDA na przydrożnym parkingu. Szykujemy pierwszy "polowy" obiadek. Adam serwuje klopsiki, czyli miks warzywno-mięsny z chlebkiem konserwowym. Potrawa lekko przyprawiona głodem jest doskonała. Parę minut odpoczynku i ruszamy w dalsza drogę. Dzisiaj do zrobienia pozostało nam jeszcze około 700 km. Jedziemy non stop z króciutką przerwą na kolacje. Mija 22.00, 23.00, 24.00 a słońce zachodzi powoli z wyraźnym ociąganiem, wreszcie znika pod horyzontem, ale na dworze jest widno - typowa polska szarówka.

05.06.06 poniedziałek - 3 dzień wyprawy
Kolejny dzień wyprawy zaczyna się w trakcie jazdy - każda mijająca minuta przybliża nas do tej wymarzonej północy. Około 01.00 mocno zmęczeni, zaczynamy rozglądać się za miejscem do rozbicia pierwszego biwaku. Po półgodzinnych poszukiwaniach znajdujemy śliczny zakątek nad brzegiem jeziora, oddalony od głównej drogi o kilkaset metrów (64st 00,325' N, 015st 30,927'E). Błyskawicznie rozstawiamy namiot, szybka toaleta w jeziorze i w końcu możemy się przespać. Już o 10.00 pobudka. Przy myciu zębów w jeziorze, dostrzegamy jak bujne jest tam życie zwierzęco-roślinne. W kubkach widzimy wodę z wirującymi w niej żyjątkami i kawałki glonów. Człowiek odruchowo zaczyna mocniej cedzić ją między zębami. Szybko zwijamy obozowisko i już o 10.50 ruszamy w dalszą drogę. Kierunek Norwegia.
Mimo pośpiechu żołądki okazały się ważniejsze, po godzinie jazdy musimy stanąć na lekkie śniadanie. 2-3 kromki z konserwą zaspakajają głód i pozwalają kontynuować podróż. W międzyczasie pojawił się inny problem, zaczyna nam brakować paliwa i wody do picia. Wszystkie mijane stacje benzynowe są automatyczne (bezobsługowe) i płatne kartą płatniczą. Nie chcemy ryzykować utraty dostępu do pieniędzy w razie "połknięcia" karty. Jedziemy dalej licząc na normalną stację w jakimś większym miasteczku.
W m. GRADDEDE przekraczamy granice i juz jesteśmy w Norwegi. W jednej z mijanych miejscowości (w m. NORDLI) Adam wypatrzył niewielki kościółek. Oczywiście zatrzymujemy się i zaczynamy naszą pierwszą sesję fotograficzną w trakcie wyprawy. Na super ujęcia nie ma co liczyć, ale trochę dokumentów powstało. Ruszamy dalej i wjeżdżamy do m. NAMSSKOGAN. Wreszcie miasto z normalną stacją benzynową. Radość powszechna, bo w baku zaczynało być już pustawo. Po zatankowaniu do pełna korzystamy z przerwy w podróży i szykujemy obiad. Tym razem pod nóż idą słoiki z fasolka i oczywiście nasz "wojenny" chleb. Najedzeni i wypoczęci już o 17.30 ruszamy w dalszą drogę, w kierunku wybrzeża. Niestety szybka podróż przez Norwegię jest niemożliwa z uwagi na ilość atrakcyjnych tematów do fotografowania. Chwile po ruszeniu mijamy pełen uroku wodospad z usytuowanym tuż przy nim parkingiem. Nie jesteśmy w stanie mu się oprzeć i kolejne 30 minut poświęcamy na fotografowanie.
Poganiani przez uciekający czas, juz bez postojów, jedziemy do przystani promowej w m. HORN i zabieramy się ostatnim promem do m. ANNDALSVAGEN. Po przepłynięciu fiordy jedziemy bez pośpiechu na kolejną przystań promową - wiemy ze dzisiaj już promu nie będzie, więc nie mamy się do czego śpieszyć. Tuż przed północą dojeżdżamy do m. FORVIK

06.06.06 wtorek - 4 dzień wyprawy
Tym razem nocujemy w Forviku na parkingu przy przystani promowej. Namiot rozstawiamy wprost na asfalcie a od placu manewrowego Adam odgradza nas zaparkowanym samochodem. Karimaty na podłogę, śpiwory na wierzch i ja z Mateuszem znikamy w namiocie a Adam układa się na rozłożonych siedzeniach samochodowych.
Z namiotu już około 10.00 wygoniło nas prażące słońce. Temperatura na zewnątrz 12 st C powodowała upał i duchotę uniemożliwiające dalsze spanie. Powoli zaczyna doskwierać nam brak mycia. Jedziemy na poszukiwania jakiegoś campingu z dostępem do pryszniców. Niestety bezskutecznie. Czas pozostały do odpłynięcia promu wykorzystujemy na robienie zdjęć w przystani rybackiej, jednak, nowoczesne motorówki i kutry nie dają szans na złapanie "klimatu" w kadrze.
W końcu nadpływa wyczekiwany prom. Szybki wjazd na pokład, opłacenie biletów i już o 11.20 płyniemy do m. TJOTTA, skąd chcemy przejechać do kolejnej przystani promowej w m. LEVANG, tak żeby jak najszybciej dostać się na prom wiozący nas do m. NESNA. Jednak po drodze zauważamy duży, profesjonalnie wyglądający (czyli niesamowicie drogi) camping. Wizja prysznica pcha nas do spróbowania czy nie da się jakoś umyć z ominięciem kosztów. Chwila rozmowy z pracownikiem campingu i załatwione, mamy zgodę na korzystanie z pryszniców za darmo!!! Pierwszy prysznic od wyruszenia z Warszawy, mydło, szampon i gorąca woda zdecydowanie poprawiają nam nastrój. Na dopełnienie szczęścia przejeżdżając przez m. SANDESSJOEN znajdujemy bankomat. Wreszcie mamy gotówkę! Już o 18.30 dojechaliśmy do kolejnej przystani promowej w m. KILBOGHAMN. Miasto nie robi na nas większego wrażenia i bez żalu ładujemy się na kolejny prom, którym chcemy przepłynąć do m. JEKTVIK. W trakcie tej przeprawy promowej niespostrzeżenie przekraczamy koło polarne. Jesteśmy na prawdziwej północy, ale temperatura wynosi około 10 stopni.
Zaczynamy odczuwać coraz większe znużenie drogą. Widoki rozpościerające się za oknami samochodu już tak nie cieszą a ciągłe siedzenie w samochodzie połączone ze zmianą rytmu spania powodują bóle głowy.
Znowu powtarza się cały scenariusz. Dopływamy do przystani, jedziemy kilka kilometrów i znów pakujemy się na prom. Tym razem chcemy się dostać z m. AGSKARET do m. FOROY. Jedziemy w kierunku kolejnej przeprawy promowej w m. BOGNES, szukając po drodze miejsca na nocleg. Niestety wydaje się to niemożliwe do zrealizowania. Wszędzie albo stoi woda, albo zalegają kamienia, albo piętrzą się skały. Tak niespostrzeżenie mija kolejna doba podróży.

07.06.06 środa - 5 dzień wyprawy
Wreszcie około 40 km przed Bognes udaje nam się wyszukać kawałek placu koło drogi. Pomimo ze teren jest nierówny, trochę kamienisty i miejscami wilgotny, błyskawicznie rozbijamy namiot na niewielkim wzniesieniu pokrytym czapą mchu. Jest wilgotno, ale za to miękko i wygodnie. Już o 02.30 wszystko jest przygotowane i możemy położyć się spać. Rano (to znaczy o 12.00) budzi nas siąpiący deszcz. Namiot jest cały mokry, wszystko wewnątrz wilgotne i zimne. Jak najszybciej zwijamy całe obozowisko, pakujemy się do samochodu i gnamy na prom. Nikt nie myśli o śniadaniu, zresztą jak jeść śniadanie w samo południe? Na przystani w Bognes okazuje się, że, mamy całą godzinę czekania do przypłynięcia promu. Co prawda przestało padać, ale pogoda dalej mglista, czasami siąpi kapuśniaczek, wieje silny wiatr i ogólnie jest zimno, mokro i ponuro. Dobry nastrój ratuje nam odkrycie Adama. W toaletach przy przystani jest ciepła woda!!! Szybka akcja rozpakowywania ręczników oraz przyborów toaletowych i okupujemy toaletę przez następne pół godziny. Niesamowita radość, możemy umyć zęby w ciepłej wodzie.
W końcu przypływa nasz prom i ruszamy w ostatni promowy odcinek naszej podróży. Bez szczególnych atrakcji dopływamy do m. SKARBERGET skąd ruszamy do m. NARVIK. Mamy silne postanowienie odszukać w Narviku pomnik wystawiony żołnierzom polskim poległym w walce o Narvik w czasie II Wojny Światowej. Obawiamy się, że zadanie może być trudne do wykonania. Nie posiadamy żadnych planów miasta a mamy wątpliwości czy Norwedzy będą potrafili pomóc nam w jego lokalizacji.
Po dłużącej się już lekko jeździe, z mgieł i deszczu wynurzył się Narvik. Korzystając z niskiej ceny paliwa (tylko 9,7 koron za litr ON) podjeżdżamy pod stacje i tankujemy do pełna. Przy płacenia rachunku za paliwo przełamuje się i zamawiam kawę, pomimo jej dość zawrotnej ceny (19 koron za maleńki kubeczek kawy). Korzystając z okazji, brak innych klientów na stacji, próbuję dopytać się o drogę do pomnika. I tu miła niespodzianka, młody mężczyzna obsługujący stacje udziela nam wyczerpujących informacji i rysuje szkic miasta ze wskazówkami jak dojechać na miejsce. Udało się, po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy pod sam pomnik. Wysiadamy z samochodu, robimy obowiązkowe zdjęcia i po chwili ruszamy w dalszą drogę, kierunek m. TROMSO.
Mając jeszcze do przejechania około 100 km do Tromso, korzystamy z krótkiej przerwy w deszczu i zatrzymujemy się na szybki obiad. Miejsce posiłku wypadło na parkingu powoli szykującym się na najazd turystów. Panowie podjeżdżający niezłymi samochodami odnawiają "lapońskie namioty" z wykorzystaniem nowoczesnych elektronarzędzi. Ot taka komercyjna "etnografia" pod turystów. Oczywiście robimy kilka pamiątkowych ujęć i wracamy do gotowania. Tym razem w słoikach znajdujemy gołąbki w sosie pomidorowym. Strasznie dziwnie się jada śniadania po 12.00, obiady około 21.00 a kolacje po północy. Ale też spać chodzimy pomiędzy 02.00 a 03.00. Chcemy się przestawić na nocny tryb aktywności tak aby maksymalnie wykorzystywać najlepsze "nocne" światło na Spitsbergenie. Trzeba przyznać, że w warunkach dnia polarnego nie jest to szczególnie uciążliwe.
O godzinie 23.45 docieramy do m. TROMSO i kończymy pierwszy zasadniczy etap naszej wyprawy.

08.06.06 czwartek - 6 dzień wyprawy
Tromso wita nas prześlicznym, miękkim i ciepłym światłem, więc zamiast szukać istotnych dla nas miejsc, czyli portu, lotniska i klasztoru, w którym mamy zostawić samochód, fotografujemy. Rezygnujemy ze spania i jeździmy nad brzegiem fiordu w pogoni za plamami słońca przebijającego się przez chmury i różowymi obłokami podświetlanymi w najmniej spodziewanych momentach. Nad brzegiem znajdujemy starą szopę rybacką ze stojącym obok rozsypującym się kutrem i sztokfiszami suszącymi się na drewnianym rusztowaniu, zabezpieczonymi kawałkami sieci przed wszędobylskimi, żarłocznymi mewami. Mija 01.30 a my wciąż nie myślimy o spaniu, zajęci fotografowanie. W końcu po 02.00 ruszamy odszukać nasz statek w porcie, jednak po drodze spotykamy 3 pasące się dzikie renifery. Kolejna godzina mija na robieniu im zdjęć. Renifery oglądane z bliska, w naturze, są prześliczne.
Po zakończeniu sesji zdjęciowej z reniferami ruszamy do centrum miasta. Szybko odnajdujemy nasz statek (NORBJORN) stojący przy nabrzeżu. Następnie z małymi kłopotami znajdujemy klasztor i na koniec jak po sznurku trafiamy na lotnisko. Ponieważ Adam zdecydowanie domaga się kolacji (o 04.00!!!!) wjeżdżamy w jakąś łąkę nad samym brzegiem i wykańczamy kolejną puszkę mielonki.
Ponieważ jest zbyt wcześnie na wizytę na statku, ruszamy w drogę na północ od Tromso. W maleńkim porcie na końcu cypla zatrzymujemy się na zrobienie paru zdjęć. Szczęście się do nas uśmiecha i na przybrzeżnych kamieniach znajdujemy piękną, czerwoną rozgwiazdę. Nic nie jest w stanie nas powstrzymać przed zrobieniem jej kilku zdjęć. Gdy zaczynamy powrót do Tromso słońce stoi juz wysoko (w końcu to już 06.30).
Po dojechaniu nad wybrzeże okazuje się, że jeszcze trochę musimy poczekać, aż statek obudzi się do życia. Wreszcie, o 08.00 widać ruch na pokładzie. Szybko dogaduję się z rosyjską załogą i prowadzą nas do kapitana - Norwega. I tu konsternacja, nikt nic nie wie o naszym płynięciu do Hornsundu!!! Na domiar złego komunikacja ze starym kapitanem ogranicza się z jego strony do kilku mruknięć i chrząknięć. Stoimy na mostku lekko zdezorientowani i czekamy na rozwój sytuacji, gdy dźwig pokładowy zaczyna podnosić trap łączący statek z nabrzeżem. Statek szykuje się do odejścia od brzegu. PANIKA!!! Samochód z naszymi bagażami stoi na kei, my na pokładzie, nie wiadomo co z naszym transportem a statek sobie odpływa! Rzucam dwa zdania wyjaśnienia kapitanowi i biegiem dostajemy się w dół z mostka na pokład. Rosyjska załogo w lot łapie całą sytuację i dostawia nam aluminiową drabinkę do zejścia z pokładu. Uff, ewakuacja na brzeg się udała. W międzyczasie dogaduję się z ich szefem pokładu i okazuje się, że tylko zmieniają miejsce postoju o 300 m. Po przepłynięciu możemy się załadować na pokład z bagażami i przenocować do następnego dnia, kiedy planowane jest wypłynięcie, aczkolwiek nadal nie mamy potwierdzenia czy w ogóle będą nas zabierali na Spitsbergen. Atmosfera robi się nieco nerwowa. Podejmujemy szybką decyzję i jedziemy na lotnisko złapać Piotra (Kierownika Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki PAN) przed odlotem do kraju. On na pewno będzie mógł wyjaśnić całe to nieporozumienie. Jest, udało się go znaleźć. Piotr szybko ustala telefonicznie, co się stało. Okazało się, że nasza podróż zbiegła się w czasie z rotacją kapitanów i schodzący nie przekazał informacji nowemu. Szczęśliwie już wszystko gra i możemy się spokojnie zaokrętować. Żegnamy się z Piotrem i wracamy na statek, przeładowanie naszych bagaży zabiera zaledwie 30 minut. Nieco więcej problemu stwarza upakowanie wszystkiego w przydzielonej kajucie, maleńkiej dwuosobowej klitce. Ostatnią rzeczą, która pozostała nam do zrobienia jest odstawienia samochodu na przyklasztorny parking. Jako "polarnicy" korzystamy z uprzejmości sióstr zakonnych z polskiego zakonu Karmelitanek w Tromso. Teraz tylko mały, 6 kilometrowy spacerek z klasztoru do portu i możemy obwieścić zamkniecie kolejnego etapu podróży.
Na statku zajmujemy przydzielone kabiny, ja z Adamem jedną i Mateusz druga - VIPowską. Około 17.00 po szybkim prysznicu w letniej wodzie padamy na koje i śpimy do18.30. W kojach jest super, ciepło miękko i wygodnie. Po drzemce szybka kolacja i pierwsza nasiadówka nad dotychczas zrobionymi zdjęciami. Adam robi ostrą selekcję i wycina pliki bez miłosierdzia - oszczędza miejsce na dysku? Po chwili jednak opamiętuje się i szybciutko przenosi część plików z kosza do katalogu ze zdjęciami.

09.06.06 piątek - 7 dzień wyprawy
W końcu o 01.30 kładziemy się spać - pierwsza noc na statku. Wieje coraz mocniej, fala coraz większa a my o 04.00 mamy planowo rozpocząć rejs. Niestety okazało się, że ze względu na warunki pogodowe statek nie może wyjść z portu i musimy czekać. Jest nadzieja, że wypłyniemy jutro o 08.00, o ile pogoda pozwoli. Cóż siedzimy, czekamy, piszemy notatki i nudzimy się coraz bardziej.

10.06.06 sobota - 8 dzień wyprawy
08.30 – płyniemy! Tromso żegna nas zmienną pogodą, trochę chmur, ciut mgły i miejscami słońce przeplatane przelotnym deszczem. Na osłodę nad jedną z mijanych wysepek rozpościera się kolorowa tęcza. Statek rozwija w fiordzie zabójczą prędkość 15 węzłów, więc wypłynięcie na otwarte morze zabiera nam ponad 4 godziny. Korzystając z wolnego czasu planujemy jak przepakować nasze bagaże tak, by można było wyładować je na pontony w Hornsundzie. Nareszcie o 13.00 wypływamy na otwarte wody morza Barentsa. Fala wyraźnie wzrosła i wydłużyła się. Jest na tyle duża, że zaczyna nami huśtać i wszystkie niepomocowane kubki i butelki zaczynają żyć własnym rytmem. Cała kabina skrzypi, trzeszczy i wpada w silne wibracje. Staramy trzymać się dzielnie, ale niestety zbliża się godzina 14.00, czyli czas obiadu. Przy rosole jeszcze jesteśmy w komplecie, lecz drugie danie (tłuste, smażone ziemniaki z sosem i kotlet) powalają Mateusza, który szybko ewakuuje się z messy do swojej kabiny. Razem z Adamem trzymamy fason i trwamy do końca obiadu, choć mój żołądek też zaczyna się powoli buntować i obiad gwałtownie przestaje mi smakować. Największym twardzielem okazał się Adam, który pochłonął cały obiad bez widocznego wysiłku. Po posiłku wszyscy lądujemy w kabinach i zajmujemy swoje koje. Silny wiatr i fala powoli zmieniają nas w „ornitologów”, którym „paw głęboko zagląda w oczy”. Mijają kolejne godziny, które spędzamy głównie w pozycji leżącej starając się nie pozbyć zawartości żołądków. O 22.00 wychodzi piękne słońce, tylko jak się nim cieszyć przy tym cholernym kiwaniu? GPS pokazuje, że do celu mamy już „tylko” 34 godziny płynięcia.

11.06.06 niedziela – 9 dzień wyprawy
Stale płyniemy, statek pożera kolejne mile a my z coraz większym zniecierpliwieniem kontrolujemy wskazanie GPS. Przekraczamy kolejne równoleżniki. Słońce znikło już dawno temu. Jest pochmurno, mglisto i pada drobny, zacinający deszcz. Na szczęście falowanie nieco się zmniejszyło i dobre samopoczucie zaczęło powoli wracać. O 19.30 do Hornsundu zostało już tylko 100 mil. Podobno mamy tam dotrzeć już jutro o godzinie 05.00. Niestety stan morza pogarsza się, fale rosną i wzmaga się wiatr. Zaczynamy zabezpieczać nasze bagaże przed przeładunkiem na ponton, którym załoga ze stacji polarnej ma odebrać nas z pokładu NORBJORNA po dopłynięciu do fiordu.

12.06.06 poniedziałek – 10 dzień wyprawy
Wreszcie o 05.00 widzimy tak długo wyczekiwany Spitsbergen. Do stacji mamy jeszcze minimum godzinę płynięcia, ale ważne, że już go widzimy i czujemy zimny kąsający wiatr wiejący od lodowców. Widok za burtą jest dość niepokojący. Silny wiatr wywołuje krótką sztormową falę zwieńczoną białymi grzywaczami. Na dodatek zacina deszcz ze śniegiem. Szczęśliwie, im bliżej miejsca przesiadki tym bardziej osłonięty okolicznymi górami staje się akwen, po którym płyniemy. Przestaje padać i fala nieco łagodnieje. O godzinie 07.00 widzimy już niewielki pomarańczowy ponton, którym mamy dostać się na ląd. Dzięki pomocy rosyjskiej załogi nasze bagaże spuszczane są błyskawicznie na lince kilka metrów w za burtę wprost w ręce odbierających nas polarników. Po bagażach przychodzi kolej na nas. Pokonujemy drabinkę sznurową wywieszoną za burtę statku i schodzimy wprost do pontonu. Przeprawa po wzburzonym morzu przebiega w komfortowych wręcz warunkach dzięki dostarczonym ubraniom neoprenowym, bez których kąpiel w zimnych północnych wodach morza Grenlandzkiego zwykle kończy się tragicznie. Jedynie stan naszych bagaży zalewanych bryzgami wody budzi nasze obawy. Po dopłynięciu do celu okazało się, że wszystkie pakunki dotarły szczęśliwie. Na stacji powitała nas ekipa zimowników i pracowników technicznych i od razu zaprosiła na stacyjne śniadanie. Coś wspaniałego, jaka to przyjemność zjeść normalny posiłek w normalnym, niekołyszącym się pomieszczeniu. Po rozpakowaniu bagaży już o 09.00 ruszamy w teren na rekonesans wokół stacji. Niesamowite jest piękno tych terenów. Wszędzie rozciągają się łany skalnic i dywany mchów i porostów poprzetykane zmurszałymi kośćmi wielorybów i kawałkami ostrych spękanych kamieni. Ziemia poprzerastana mchami i nasączona wodą ściekającą z topniejących śniegów miękko sprężynuję pod stopami. W pierwszej kolejności zwiedzamy hus stojący w pobliżu stacji, następnie kierujemy się w kierunku ujścia pobliskiej doliny. Po przejściu około 2 km, spotykamy pierwsze renifery. Zaczyna się szaleństwo fotograficzne. Śliczne, majestatyczne zwierzęta pozwalają się podejść na niewielką odległość i pięknie pozują do zdjęć. Po dłuższej chwili kontynuujemy marsz w kierunku stromej ściany piargów zasiedlonych przez kolonie alczyków. Ponownie zatrzymujemy się na dłuższe fotografowanie. Te niewielkie ptaki są niezwykle ufne i przy odrobinie cierpliwości pozwalają podejść do siebie na odległość kilku metrów. Trzask migawki odlicza kolejne zarejestrowane ujęcia. Około 13.00 zapada decyzja o powrocie do bazy. Jak na pierwsze wyjście w teren mamy dość. Na stację wracamy już o 14.00, w sam raz na porę obiadową. Posilamy nasze wymęczone ciała i … akumulatory do naszych aparatów. Trochę łamie nas zmęczenie, ale w planach na dzisiejszy dzień mamy jeszcze wyjście pod czoło lodowca Hansbreen. O 15.00 wyruszamy w drogę. Krótka około 3 km droga okazuje się wyjątkowo ciężka. Prawie cała trasa wiedzie po morenowym rumowisku pozostawionym przez ustępujący lodowiec. Nogi ślizgają się na luźnych kamieniach lub zapadają się w błotnistej mazi skrytej pod cieniutką warstwą żwiru. Zgrzani i spoceni docieramy do stóp czoła lodowca wydającego głośne huki będące wynikiem wewnętrznego pękanie lodu. Lodowiec zaskakuje nas ferią barw. Mieni się całą gamą kolorów poczynając od czystego błękitu aż po głęboką zieleń. Humor psuje nam tylko świadomość konieczności ponownego pokonania moreny w drodze do stacji. Po powrocie o 18.00 i szybkiej kolacji zmęczenie bierze górę i resztę dnia przeznaczamy na odpoczynek.

13.06.06 wtorek – 11 dzień wyprawy
Powoli zaczynamy wpadać w małą rutynę. Rytm życia wyznaczają nam godziny posiłków i kolor światła za oknami stacji. Dzisiaj ponownie wybraliśmy się na fotografowanie alczyków. Po szybkim śniadaniu, ubrani w najgrubsze polary, wyszliśmy objuczeni kompletem sprzętu fotograficznego. Pomimo silnego wiatru i temperatury około 2 stopni C pot ścieka nam po plecach przy forsowaniu kolejnych wzniesień pokrytych podmokłą tundrą. Po 40 minutach marszu dochodzimy do stóp zbocza zasiedlonego przez ptaki. Są ich tysiące i wzniecają nieustający ptasi gwar. Stoimy pod kamienistym zboczem i każdy z nas wyszukuje najlepsze dla siebie miejsce do ptasiej zasiadki. W końcu podejmujemy decyzje i wchodzimy w zbocze, lokując się w najwygodniejszych, możliwych do przyjęcia pozycjach. Kolejne 3 godziny tkwimy całkowicie odsłonięci na silne podmuchy przejmująco zimnego wiatru wiejącego wprost od masywu lodowca. Pomimo ciepłych ubrań szybko zaczynamy marznąć i fotografowanie, po części staje się walką ze skostniałymi mięśniami rąk i nóg. Tym razem starannie dobieramy kadry, szukamy ujęć dynamicznych pokazujących zachowanie tych niewielkich ptaszków. Wreszcie schodzimy na dół. Musimy jak najszybciej dotrzeć do bazy ogrzać się i pokrzepić gorącą kawą. Nic nie smakuje tak jak gorąca, słodka kawa wypita zaraz po powrocie.
Prawie całkowicie czyste, niebieskie niebo nie pozwala mi usiedzieć spokojnie w stacji. Sam wychodzę na krótkie fotografowanie w okolicach stacji. Warunki bezpieczeństwa wymagają posiadania broni przy każdym wyjściu, więc muszę dociążyć się rakietnicą do odstraszania niedźwiedzi i potężnym coltem „Magnum 44” - rozwiązaniem ostatecznym, na wypadek gdyby jednak niedźwiedź nie chciał ulec perswazji. Godzinka samotnego łażenia po skalistym wybrzeży i kolejne zdjęcia zapełniają karty pamięci w aparacie. Zabawę przerywa głośny dźwięk dzwonka wzywający na obiad. Co, jak co, ale apetyty wszystkim tutaj dopisująJ.
Popołudnie miało być przeznaczone na wypoczynek przed planowaną „nocną” wyprawą tym razem „krajobrazową”. Nic z tego, piękna słoneczna pogoda wyciąga nas na zewnątrz stacji z pełnym rynsztunkiem fotograficznym na plecach. Każdy szuka dla siebie jakiegoś tematu. Adam jak zwykle skupia się na krajobrazach, ale i odrobinie architektury (husowi) nie przepuści. Także rybitwy doczekały się zainteresowania z jego strony, co wyrażało się w półgodzinnym czołganiu i wyczekiwaniu na to jedno, jedyne ujęcie. Mateusz skupił się na polarnych krajobrazach a ja zacząłem w końcu fotografować moje ulubione makro – niesamowite kolory ma tundra widziana w kilkakrotnym powiększeniu.
Około 18.00 zmęczenie bierze górę. Wracamy do stacji i regenerujemy siły przy kolejnej kawie i zeszłorocznej prasie. Do zrobienia dzisiaj pozostało nam tylko pranie ciuchów nagromadzonych od początku wyprawy. Na szczęście temperatury panujące w agregatorni dają nadzieję na ich błyskawiczne wysuszenie.
Szybka kolacja robiona przez każdego we własnym zakresie miała zakończyć kolejny dzień wyprawy. Jednak w ciagu kilkunastu minut Spitsebrgen pokazał na co go stać. Za oknem rozpętała się prawdziwa zadymka śnieżna. Widoczność spadła do kilku metrów a wiatr znacznie przybrał na sile.

14.06.06 środa – 12 dzień wyprawy
Kolejny dzień wyprawy zaczął się tuż po północy. Mateusz zaproponował fotografowanie reniferów w śnieżycy. Szybkie przygotowania, okręcenie aparatów szalokominiarkami dla ochrony przed zacinającym śniegiem i kryształkami lodu i już możemy wychodzić. Do przejścia mamy nie więcej jak kilometr, jednak warunki atmosferyczne dają nam się mocno we znaki. Wiatr (dochodzący do 70 km/h) szarpie nami niemiłosiernie, oczy zmrużone dla ochrony przed śniegiem, nogi grzęzną w śliskiej, mokrej breji. W końcy docieramy do stadka reniferów. Są skupione na niewielkim spłachetku śniegu. W odróżnieniu od dnia, kiedy podchodzimy do nich na kilkanaście metrów, teraz są czujne i bardzo nieufne. Nasze podejście wprawia je w stan gotowości do natychmiastowej ucieczki. Mimo to udaje nam się zrobić po kilkanaście zdjęć tych zwierząt w śnieżnej scenerii. Przemoczeni i zmarznięci, ale zadowoleni z wyników zdjęciowych, wracamy na stacje już około 02.00. Utwierdzam się w przekonaniu że fotografia przyrodnicza nie jest dla normalnych ludziJ. Trzeba szybko spać, bo punktualnie o 08.00 rozlegnie się dźwięk dzwonka którym dyżurny wzywa wszystkich na śniadanie.
Po posiłku, wyruszamy przy pięknej słonecznej pogodzie, na dłuższą, około 12 km wędrówkę. Naszym celem są dzikie gęsi i liski północy – pieśce. Droga jest dość forsowna, prowadzi po części przez kamieniste wybrzeże, po części przez mokrą tundrę. Nasze starania zachowania w miarę suchego obuwia niweczy pierwsza spotkana przeszkoda wodna. W poprzek naszej trasy płynie szeroka na kilkanaście metrów rzeka wypływająca spod zalegających zbocza pól śniegowych. Ściąganie butów nie wchodzi w grę, z uwagi na zalegające dno luźne kamienie. Decyzja może być tylko jedna, wchodzimy w rzekę i forsujemy ją w pełnym „rynsztunku”. Nogi oczywiście mamy przemoczone, woda wycieka nam z butów przy kazdym kroku a jej temperatura jest typowo arktyczna. Po kolejnym kilometrze wszystko wraca do normy, stopy już nie drętwieją z zimna a wodna przeprawa wydaje się ciekawą atrakcją. Otwierające się przed nami widoki na kolejne części wylotu doliny Revdalen, pokazują całe arktyczne piękno tej części Spitsbergenu. Skaliste ściany wzgórz są poprzecinane grubymi płachtami porostów. U stóp zboczy zalega tundra, gruby korzuch mchów, porostów, i glonów tworzy miękki dywan. Jedyny mankament to duża ilość stojącej wody. Każdy krok niesie ryzyko zapadniecia się w zakrytych mchem dziurach wypełnionych lodowatą wodą.
W końcu dochodzimy do celu. Trzy godziny fotografujem drapieżne wydrzyki, gęsi, alczyki, pieśce i oczywiście krajobrazy, bez których żadna wyprawa, dla Adama, nie byłaby udana. Zbliżający się wał chmur mobilizuje nas do drogi powrotnej. Bez nadmiernego ociągania pokonujemy kolejne kilometry, ponownie forsujemy rzekę i wreszcie o 19.30 zjawiamy się na stacji. Niemal doskonałe wyczucie pogody, tuż przy stacji zaczyna padać deszcz ze śniegiem.
Cały dzień funkcjonowaliśmy tylko na śniadaniu i kilku czekoladowych batonach zabranych na drogę, toteż perspektywa spóźnionego obiadu dodaje nam energii do szybkiego zajęcia się plecakami ze sprzętem, przebrania i wizyty w kuchni. Dyżurny uprzedzony o naszym późnym powrocie zostawił nam wszystkie obiadowe specjały. Kuchenka mikrofalowa, palniki gazowe, talerze i już możemy sycić się wspaniałym obiadem. Jak niesamowitą przyprawą jest odrobina głoduJ.
Po późnym obiedzie, tym razem sam, wychodzę fotografować w okolicach stacji. Zacina deszczem i znowu wieje bardzo silny wiatr. Mam trochę szczęścia, już po chwili natykam się na siedzącego wydrzyka, któremu poświęcam pół godziny. W drodze powrotnej do stacji, dzięki Darkowi - stacyjnemu ornitologowi, udaje mi się znaleźć małego biegusa, który zbudował swoje gniazdko tuż przy uczęszczanej ścieżce prowadzącej do rozstawionych przyrządów pomiarowych. Zakładam obiektyw o najdłuższej posiadanej ogniskowej i robię mu kilka zdjęć ze znacznej odległości, tak aby nie stresować tego małego ptaszka. Bez dodatkowych przestojów docieram z powrotem do stacji.
Na resztę wieczoru zostały już typowo stacjonarne zajęcia, zgrywanie zdjęć na dyski do archiwizacji, korespondencja do sponsorów, lektura atlasów fauny i flory Arktyki i uzupełnianie notatek z kolejnego dnia wyprawy. I tak niepostrzeżenie mija kolejny dzień a zegar na ścianie wskazuje godzinę 01.30, już kolejnego dnia.

15.06.06 czwartek – 13 dzień wyprawy
Dzisiaj święto, więc pora śniadaniowa nie obowiązuje. Nadrabiamy zaległości i śpimy na zapas. O 10.00 jednak nie wytrzymuję i zbieram się do wyjścia w teren. Tym razem idę sam, Adam i Mateusz wybrali dalsze spanie. Planuję skupić się na makrofotografii. Bez potrzeby dalekich wędrówek, w okolicach stacji można znaleźć wystarczającą liczbę tematów. Przysiadam przy jednej ze skał i znajduję się w prawdziwym lesie, co prawda „drzewa mają zaledwie 2-3 cm wysokości, ale tworzą prawdziwe, gęste zagajniki wierzbowe. Niestety porywisty wiatr szarpie statywem i aparatem, co przy makro jest zwykle jednoznaczne ze złymi technicznie, poruszonymi zdjęciami. Jednak kilka zdjęć jest godnych zachowania. Prawie spóźniony, szybko wracam na stację. Obiad już się zaczął, ale talerz stoi i rosołu z makaronem i wołowiny w sosie z ryżem nie zabrakłoJ.
Po popołudniowej kawie robimy szybkie szkolenie strzeleckie dla Adama i przestrzelanie nowej broni. Dobrze to wyszło, już za drugim strzałem Adam rozstrzelał z 20 kroków zardzewiałą beczka służąca za cel. Pobraliśmy już na stałe uzbrojenie z magazynu. Mamy do dyspozycji dwie strzelby gładkolufowe i pistolet sygnalizacyjny, dzięki temu możemy nieco swobodniej poruszać się po terenie bez nadmiernych obaw przed spotkaniem z niedźwiedziami.
Popołudniowo-wieczorne godziny spędzam z Mateuszem na zboczu góry w towarzystwie stada alczyków. Nasyciliśmy się już ich ujęciami portretowymi. Teraz czas na zdjęcia akcji. Trzy godziny czatowania na zimnych kamieniach lub na mokrym mchu i kilka kolejnych zdjęć trafia do kolekcji. Zmarznięci wracamy do stacji, gdy po drodze zaatakowała nas para wydrzyków ostrosternych. Pikują z głośnym skrzekiem i zatrzymują się zaledwie metr nad naszymi głowami. Robi się trochę nerwowo. Wydrzyki są dość dużymi ptakami u kontakt z ich dziobem nie należy do przyjemności. Po chwili wszystko się wyjaśnia, 2 m od ścieżki założyły w mchach dwa gniazda i złożyły jaja. Ptaki po prostu przeganiały nas jako intruzów zagrażających ich lęgom. Bez robienia zdjęć szybkim krokiem wycofujemy się na około 20 m, ptaki uspakajają się i wracają do wysiadywania.
W stacji, jak co wieczór, selekcja zdjęć, robienia zapasowych kopi i chwila odpoczynku połączona z obfitą kolacją. Kończymy kolejny dzień wyprawy. Jednak od 20.00 objeliśmy dyżur stacyjny. Na naszej głowie jest przygotowanie posiłków w dniu jutrzejszym i utrzymanie porządku w kuchni. Dodatkowo musimy mieć pod nadzorem radiotelefon pracujący non-stop na kanale ratunkowym. Załoga stacji zawsze musi być gotowa do udzielenia pomocy na miarę swoich możliwości w razie wezwania.

16.06.06 piątek – 14 dzień wyprawy
Dzień mija nam pod znakiem kuchennego dyżuru. Już o 07.00 mamy pobudkę, tak żeby zdążyć z przygotowaniem śniadania dla 19 osób przebywających na stacji. Serwujemy zestaw konserw (mielonki i pasztety drobiowe) i dżem truskawkowy a do tego chleb własnego wypieku. Po śniadaniu szybkie sprzątanie kuchni i już o 10.00 jesteśmy po porannej robocie. Korzystając z ładnej pogody wychodzę na krótki spacer w okolice stacji. Kwitnąca tundra zachęca do zdjęć makro, żeby jeszcze wiatr trochę słabiej targał roslinkami. Fotografowanie makro w warunkach Spitsbergenu to ciągła walka z wiatrem szarpiącym tak aparatem jak i fotografowanymi obiektami.
Niestety, już o 12.00 musimy zabrać się za obiad. Mamy w planach zaserwować zupe pomidorową z makaronem a na drugie danie rybę smażoną ze szpinakiem i ryżem oraz nieodzowny kompot. Wspólnie zabieramy się za szykowanie potraw, szpinak powoli rozmraża się na patelni, wczorajszy rosół zabarwia się przecierem pomidorowym z puszki a ryby czekają na panierowanie. Samo smażenie pozostawiamy Mateuszowi. Korzystając z wolnej chwili znowu wychodzę w teren. Wspaniałe jest takie samotne włóczenie się po okolicznej tundrze bez nadmiernego bagażu, tylko ze sprzętem fotograficznym na plecach i pistoletem sygnalizacyjnym przy pasku (jako zabezpieczenie przed niedźwiedziami).
Na sam koniec dyżuru podejmujemy decyzję – PŁYNIEMY!!! W wolnych chwilach Mateusz pokleił stary stacyjny ponton i uruchomił nowosprowadzony silnik zaburtowy, więc sprzęt pływający mamy gotowy do użycia. Mamy ambitne plany dopłynąć do husa w TRESKELEN i tam założyć bazę noclegową na kolejne trzy doby. Do spenetrowania mamy okoliczne czoła lodowców, gęsto pływające góry lodowe i liczne zatoki fiordu. Pakowanie zajmuje nam niecałe dwie godziny i już o 20.00 wypływamy. Nasze wyposażenie, oprócz broni, sprzętu fotograficznego i ubrań, uzupełnione zostało o sprzęt łączności. W sumie zabraliśmy z bazy: dwa radiotelefony, telefon satelitarny, pistolet sygnalizacyjny z zapasem rakiet, dwie strzelby i oczywiście zapas jedzenia. Dodatkowo doszło do tego wyposażenie typowo biwakowe czyli spiwory, karimaty i nieodzowny worek z drewnem do palenia w piecyku w husie. Całość mieścimy w 4,5 metrowym pontonie.
W pierwszym etapie docieramy do husa, mijając góry, zatoki i lodowce o egzotycznie brzmiących nazwach: GNALL, CZYBYSZEW czy też HORNSUNDTIND. Po szybkim rozładunku i przeniesieniu wyposażenia do husa wypływamy na zwiedzanie najbliższej zatoki piękną panoramą gór.

17.06.06 sobota – 15 dzień wyprawy
Czas szybko nam mija na kolejnych postojach przy kamienistych morenach. Przybijamy do brzegu w miejscach umożliwiających zrobienie ciekawych ujęć krajobrazów. Czasami wymaga to niezłej gimnastyki, zwłaszcza przy nieco wyższej fali przybojowej. Niestety po kilku kolejnych godzinach spędzonych na wodzie zimno i związane z tym wychłodzenie organizmu zmusza nas do powrotu.
Pudełkowaty kształt husa obiecuje ciepło i dach nad głową. Najpierw czeka nas jednak wyciąganie pontonu poza zasięg fal przybojowych, potem musimy rozpalić w piecyku i wygnać całą wilgoć ze schronu. Maksymalne rozpalenie w piecu jest jedyną metodą osuszenia husa w panujących warunkach pogodowych. Niestety skutkiem ubocznym jest zbyt wysoka temperatura, której ofiarą padł Adam śpiący na górze piętrowego łóżka. W środku „nocy” musi wstać i otworzyć drzwi dla przewietrzenia i przechłodzenia husa. Metoda skuteczna, tyle że drzwi pozostają otwarte na oścież, gdy my wszyscy błogo śpimy. Szczęśliwie niedźwiedzie miały dzisiaj inne trasy spacerów i nas pozostawiły w spokoju. W końcu odespaliśmy trudy dnia poprzedniego i obudziliśmy się o 18.00.
Jednogłośnie stwierdziliśmy że zasłużyliśmy sobie na ciepły posiłek przed ponownym wypłynięciem i zabraliśmy się za gotowanie zupy grochowej z zabranego koncentratu. Po półgodzinnym gotowaniu zupa gotowa. Coś wspaniałego, nawet lekko niedogotowane kostki ziamniaków nie są w stanie zakłócić delektowania się gorącą grochówką. Na dnie garnka zostało jeszcze jakieś 0,5 litra gęstej zupy, ale to po rozcieńczeniu będzie na kolejny posiłek. Po śniadaniu (obiedzie? kolacji? – jak to nazwac?) odbywamy jeszcze krótką sesję zdjęciową dla jednego z naszych sponsorów, który wyposażył nas w doskonałe zestawy ubrań polarowych.
O godzinie 21.00 wypływamy. Zaliczamy pływanie tuż pod ścianą czoła lodowca. Jest to niesamowite przeżycie gdy nasz niewielki ponton powolutku przebija się wśród drobnego, pływającego gruzu lodowego. Lód lodowcowy cały czas „mówi”, skrzypi, trzaska a w wodzie syczy wydobywającymi się z niego pęcherzykami sprężonego powietrza.

18.06.06 niedziela – 16 dzień wyprawy
Niestety nie widać słońca skrytego za grubą warstwą chmur. Jest nam strasznie zimno a wilgotne „hanseny” nie zapewniają wymaganej izolacji termicznej. W końcu mocno wychłodzeni o godzinie 01.30 wracamy do naszego husa. Czujemy jakbyśmy wracali do prawdziwych apartamentów a to przecież tylko zwykła drewniana „buda” obita papą dla uszczelnienia. Ale przecież w niej jest ciepłodajny piecyk, miękkie karimaty, ciepłe śpiwory i co najważniejsze garnek grochówki pozostały z poprzedniego dnia. Pełnia szczęścia. Mija kolejna doba w „arktycznej dziczy”, kolejny dzień pływania wśród gór lodowych i kolejne dziesiątki zrobionych zdjęć. Jest pięknie, ciepło i syto.
Planujemy dzisiaj wcześnie położyć się spać, tak żebyśmy dali radę wstać wystarczająco wcześnie, kiedy masyw GNALA jest oświetlony najładniejszym światłem. Cóż fotografia żyje rytmem światła i trzeba sią temu podporządkować. Dzień kończymy już o 02.15, naczynia wstawione do naszej „zmywarki” w pobliskim potoku, a my po zjedzonej zupce wślizgujemy się w śpiwory i zapadamy w sen.
Pobudka już o 13.00. Niestety pogoda całkowicie się zepsuła. Nad wodą wisi ciężka mgła i pada mżawka przechodząca w drobny deszcz. O fotografowaniu w tych warunkach nie ma mowy. Szkoda narażać sprzęt, zwlaszcza że uzyskane zdjęcia byłyby wątpliwej jakości. Na dobre rozpoczęcie dnia wypijamy po kubeczku kawy i zabieramy się za wielkie pakowanie. Fala w fiordzie jest spora, więć na pewno będzie mocno chlapać i wszystko musi być szczelnie zawinięte w worki foliowe. Planujemy, o ile pogoda się nie poprawi, wracac bezpośrednio na stację polarną, zostawiając zwiedzania Gnala na kolejne wypłynięcie.
Niestety spełnia się „czarny scenariusz” pogoda psuje się coraz bardziej i zaczyna padać rzęsisty deszcz. W tej sytuacji jedyna możliwa decyzja to bezpośredni powrót na stację. Cały dobytek w foliowych worach pakujemy na ponton i dodatkowo staramy się zabezpieczyć plastikową płachtą. Już o 14.30 jesteśmy na wodzie. Nadkładamy nieco drogi żeby rzucić okiem na kolejne czoło lodowca i popatrzeć na wycieczkowiec który zapuścił się w głąb fiordu. Wieje wiatr, pada rzęsisty deszcz, w wilgotnych ciuchach jest zimno i mokro. Co my tu robimy, za jakie grzechy tak się katujemy? Cóż nikt nie mówił że jest to impreza dla normalnych ludzi, trzeba być nieco zwichrowanym żeby przeżywać te wszystkie niedogodności i … cieszyć się nimi!
Już o 17.00 docieramy do stacji i zaczyna się półgodzinna mordęga z wypakowywaniem bagaży, przenoszeniem silnika do hangaru i w końcu przeniesieniem i zabezpieczeniem samego pontonu. Wreszcie koniec, idziemy na stacje gdzie czeka na nas pozostawiony wspaniały obiad. I jak tu nie lubić polarników!
Niestety przy ściąganiu kolejnych warstw ubrań zaczyna coraz wyraźniej czuć trzydniowy brak możliwości umycia się połączony jednocześnie z wielogodzinnym przebywaniem w neoprenowej piance. Harmonogram działania jest prosty: gorący prysznic, nastawienie pralki z naszymi ciuchami i wreszcie gorący obiad. Miłym akcentem jest ciepła szarlotka upieczona na deser z okazji urodzin przez jednego z polarników. Już o 19.30 wszystko zostało zrobione i można spokojnie siąść przy kubku kawy i obejrzeć końcówkę meczu pomiędzy Australią a Brazylią. Siła przyzwyczajenia sprawia jednak że spać kładziemy się dopiero o 02.00.

19.06.06 poniedziałek – 17 dzień wyprawy
Dzisiaj mamy dzień ulgowy. Musimy dojść do siebie po ostatnim pływaniu po fiordzie. Rano budzi nas dzwonek na śniadanie. Cóż za ulga, nie trzeba wstawać w zimnym i wilgotnym husie, nie czeka nas rozpalanie w piecyku a gorące śniadanie czeka już na stole. Po porannych paróweczkach z żółtym serem i porannej kawie wyruszamy w teren. Ponieważ nie mamy na dzisiaj jakiejś konkretnej trasy „rozłazimy” się po tundrze przylegającej do stacji. To jest to, co lubie najbardziej, strzelba na ramieniu, kilka naboi w kieszeni i plecak fotograficzny ze sprzętem na plecach. Mogę tak się włóczyć całkiem samotnie długie godziny.
Wędrówke przerywa zbliżający się obiad, na 14.00 trzeba być na stacji w pełnej gotowości do posiłku. Dzisiaj dyżur ma Kasia, ornitolog badający życie alczyków. Od razu widać po potrawach wystawione na stole, że obiad robił fachowiec. Dwa rodzaje zup, gulasz, ryż, surówki – wszystko jak domowe to też i znika ze stołu w błyskawicznym tempie. Po obiedzie mała sensacja, w pobliże stacji zawitał niedźwiedź polarny. Niestety był w odległości około 100m i zanim zdążyliśmy do niego dobiec z aparatami zniknął nam z pola widzenia. Odpłynął morzem albo skrył się pomiędzy pobliskimi pagórkami moren polodowcowych.
Na kolejną już dzisiaj samotną wycieczkę wyposażam się już staranniej. Pistolet sygnałowy nabijam rakietą tuż po wyjściu z budynku a naboje do strzelby wkładam w kieszeń do której mam szybki i wygodny dostęp. Taka małe zabezpieczenie na wypadek spotkania z nieprzyjaźnie nastawionym misiem. Kilka godzin mija mi w terenie na fotografowaniu wydrzyków, rybitw i bujnie kwitnącej lokalnej flory. W końcu zmęczenie daje znać o sobie, w sumie przechodziłem dzisiaj w terenie jakieś 8 godzin z pełnym wyposażeniem na plecach.
Powrót do bazy, szybka kolacja połączona z nieodzowną kawą i… znowu o 22.30 wychodzę w teren. Tym razem idziemy z Adamem na półwysep Wilczka. Fotografujemy kępy skalnic ale coraz silniejszy deszcz skłania nas do powrotu do stacji i zakończenia na dzisiaj fotograficznej aktywności. Już o 00.30 jesteśmy z powrotem. Sprzęt fotograficzny się suszy, relacja z dzisiejszego dnia kończy się pisać, czyli można siąść przed telewizorem i na spokojnie zaplanować jutrzejszy dzień. Pogoda ma się poprawić, więc może uda się wypłynąć na 15 godzinne fotografowanie cmentarzyska wielorybów i historycznego husa w zatoce GASHAMNA.

20.06.06 wtorek – 18 dzień wyprawy
Tym razem odpuszczamy śniadanie, odsypiamy zaległości i wstajemy dopiero o 12.00, akurat na tyle wcześnie żeby po prysznicu i małych porządkach zdążyć na obiad o 14.00. Niestety, prognozy meteorologiczne w dlaszym ciągu są niekorzystne. Cały czas utrzymuje się zachmurzenie 7/8, czyli praktycznie brak słońca. Na szczęście wieje słaby wiaterek, co umożliwia nam wypłynięcia na otwarte wody morza Grenlandzkiego na naszym pontoniku. Mamy zamiar spenetrować okolice półwyspu PALFFYODDEN i zatokę GASHAMNA. Z mapy wynika iż jest tam zróżnicowana linia brzegowa, głęboko poprzecinana szkierami. W głębi lądu widać dwa, dość duże, jeziora i stary zabytkowy hus. W takim rejonie mamy nadzieję spotkać dużą ilość ptactwa i bogactwo roślinne tundry. Planujemy płynąć na brzeg znajdujący się pod bezpośrednim wpływem Golfstromu i stąd nasze nadzieje na obfitość lokalnej fauny i flory.
Już o 16.00 wypływamy. Pierwszy cel to stary hus na samym półwyspie PALFFYODDEN. Dobijamy tam po 1,5 godzinie forsowania długich martwych fal nadchodzących z morza Grenlandzkiego. Stary hus robi niesamowite wrażenie, jego niezwykła konstrukcja zewnętrzna dorównuje oryginalnością wnętrza. Hus wyposażony jest w autentyczne „umeblowanie” oraz zabytkowe piecyki do grzania. Jest dokładnie taki jaki był kilkadziesiąt lat temu, gdy opuszczał go ostatni spitsbergeński traper polujący na foki, niedźwiedzie i lisy. Fotografowanie husa i wędrówka po całym półwyspie zajmuje nam kilka godzin i dopiero około 24.00 ruszamy w dalszą drogę.
Niestety zawiedliśmy się w naszych nadziejach na dużą ilość występujących gatunków roslin i zwierząt. Ziemia z porostającą ją rachityczną tundrą była przesuszona i jałowa. Jeziorka okazały się zbiornikami wody zbieranej z topniejącego śniegu, jedynie kilka gęsi bernikli i parę kaczek lodówek było zainteresowanych tymi zbiornikami. Były jednak bardzo ostrożne i nie było mowy o zbliżeniu się na odległość umożliwiającą zrobienie zdjęć. Podsumowując przyrodnicza strona eskapady okazała się porażką ale strona etnograficzna wyrównała to z naddatkiem.

21.06.06 środa – 19 dzień wyprawy
Kolejny etap podróży to zatoka GASHAMNA, z resztkami pozostałymi po starej osadzie wielorybniczej. Teraz, ponad 150 lat po wprowadzeniu zakazu polowania na wieloryby na okolicznych wodach, arktyczna przyroda rozprawiła się niemal doszczętnie z wszelkimi oznakami działalności człowieka. Na terenie dawnej osady można zobaczyć jedynie resztki starych, zmurszałych kości wielorybów i pozostałości rozsypujących się ceglanych fundamentów. Widok ten robi niesamowite wrażenie i pokazuje jak wątłe są nasze konstrukcje w porównaniu z surową przyrodą północy. Po kolejnej godzinie fotografowania płyniemy do następnego husa stojącego w tej samej zatoce. Niestety, został on doszczętnie zniszczony przez niedźwiedzia, który ostatniej zimy wtargnął do środka przez dach i zdemolował całkowicie wnętrze i jedną ze ścian zewnętrznych.
Zmęczeni i nieco zziębnięci zaczynamy powoli wracać do stacji. Po drodze jednak skusiło nas do odwiedzin „kamienne miasto”, czyli zbiorowisko olbrzymich głazów skupionych na plaży. Robimy przy nich jedynie krótki postój. Zaczął się odpływ i z każdym kwadransem coraz trudniej jest wrócić na otwarte wody. Ciągnięcie wyładowanego sprzętem pontonu po śliskich kamieniach nie należy do przyjemności. Wreszcie opuściliśmy przybrzeżne płycizny i już bezpośrednio wracamy do bazy. Mija dokładnie 04.00 rano gdy dobijamy do brzegu koło nadbrzeżnego hangaru. Zaczynamy rutynowe przenoszenie bagaży, zabezpieczanie sprzętu pływającego, zabezpieczanie broni itd. Mocno wygłodniali staramy się jeszcze po cichutku zrobić coś do jedzenia i w końcu o 05.00 kładziemy się na zasłużony odpoczynek.
Oczywiście żadna siła nie jest w stanie ściągnąć nas z łóżek na śniadanie o 08.00. Wstajemy dopiero parę minut przed 14.00. Akurat tyle żeby szybko się umyć i zdążyć na serwowaną dzisiaj zupę grochową i spagetti.
Zmęczenie poprzednimi dniami zdaje się w nas kumulować. Coraz trudnie zebrać się do wyjścia w teren a i pokonywanie kolejnych kilometrów moren czy błotnistej tundry przychodzi z coraz większym wysiłkiem. Pogoda nieco się zmieniła. Wyszło długo oczekiwane słońce ale dla odmiany zerwał się silny wiatr. W tych warunkach fotografowanie staje się dość trudne. Niewielkie roslinki tundry szarpią i trzęsą się na wietrze a jednocześnie wiatr wzbudza wysokie strome fale, co w praktyce uniemożliwia wypłynięcie pontonem z naszym sprzętem fotograficznym. Rozchodzimy się samodzielnie po okolicach stacji. Ja w kierunku lodowca i następnie rundkę po tundrze w poszukiwaniu porostów a Adam z Mateuszem w kierunku „polanki” zajętej przez dwa wojowniczo nastawione wydrzyki.

22.06.06 czwartek – 20 dzień wyprawy
Dzisiaj zaczynamy dzień jak normalni ludzie. Wstajemy dopiero na śniadanie tuż przed 08.00. Szybki posiłek, z nieśmiertelnymi parówkami, gorąca kawa i już można ruszać w teren. Pomimo silnego, porywistego wiatru dochodzącego do 15 m/s, wybieram się na fotografowanie śnieguł, niewielkich ptaków zamieszkujących okoliczne skałki. Adam z Mateuszem wybrali trochę bardziej twórcze zajęcie i … wrócili do łóżek odsypiać zaległościJ. Po dwóch godzianch zasiadki mam co prawda kilka zdjęć śnieguł, ale ptaki te są na tyle ostrożne, że nie udaje się ich sfotografować z odległości mniejszej niż 3-4 metry, co uniemożliwia zrobienie pełnego portretu, pozostają jedynie zdjęcia środowiskowe.
Wracam do stacji nieco okrężną drogą. Odwiedzam płat tundry zajęty przez wydrzyki. Niestety siedzą już na gniazdach więc nadkładam drogi tak aby obejść je bez wzbudzania nadmiernego niepokoju. Na otwartych obszarach, co kilkanaście minut lądują pary bernikli. Gniazd w okolicy nie zakładają, pokarmu nie szukają, więc może to tylko krótkie odpoczynki w walce z porywistym wiatrem.
W końcu zbliżająca się pora obiadowa mobilizuje mnie do drogi powrotnej. Niestety wszystkie drogi do stacji od strony morza wiodą przez obszary opanowane przez rybitwy. Mają one tendencję do składania jajek w najmniej spodziewanych miejscach – przy gąsienicach pływających transporterów zaparkowanych na plaży, pod traktorem, na drodze prowadzącej do przystani itp. Moje wejście w obszar kontrolowany przez rybitwy wywołuje ich natychmiastową agresję. Pikują ostro, prosto na głowę, bez pardonu okładając dziobem i skrzydłami. Całe szczęście że wysunięty nad głowę statyw skupia na sobie ich uwagę i udaje mi się dojść do bazy bez żadnych uszkodzeń.
14.00 i główny punkt dnia, czyli obiad skupiający nas wszystkich w jadalni. Jak zwykle dyżurny staje na wysokości zadania i serwuje doskonały obiad. Dzisiaj mamy zupę grzybową i mieszankę makaronowo, mięsno, warzywno, ryżową. Trochę głodu i parę godzin w terenie dodaje jej niezwykłego smaku. Obiad szybko mija, czas na kawę i oczywiście późniejsze wyjście w teren.
Już o 15.00 udaje mi się wyciągnąć Mateusza na fotografowanie alczyków. Podchodzimy pod skalne rumowisko i zaskakuje nas dziwna cisza. Tutejsze stada alczyków zawsze dotąd rozbrzmiewały wesołym gwarem i specyficznym chichotem. Dzisiaj ponuje dziwna cisza. Mamy nadzieję że to tylko chwilowa nieobecność ptaków, żerujących na wodach fiordu i postanawiamy poczekać na ich powrót. Niestety mijają kolejne godziny, chłód daje się coraz bardziej we znaki a ptaków nie ma. W końcu rezygnujemy.
Schodząc ze zbocza trafiamy na stadko pasących się reniferów. Zawsze to jakaś atrakcja fotograficzna po nieudanym wyczekiwaniu na alczyki. Kluczymy za stadem pomiedzy pagórkami starając się podejść je z jak najbardziej fotogenicznej strony. Zabawa jest przednia i już po godzinie mamy po kilkadziesiąt kolejnych ujęć reniferów. Powoli wracamy do stacji brzegiem morza. Na jednej z mijanych skał znajdujemy pierwszy w tym roku egzemplarz maka polarnego. Jest to śliczny około 10 cm kwiatek. Niestety porywisty wiatr uniemożliwia jego sfotografowanie, pomimo dokładnego osłonięcia kiwa się na wietrze uciekając wręcz z kadru. Pozostawiamy go na lepszą pogodę i idziemy dalej wzdłuż kamienistej plaży. Droga jest dość uciążliwa, ale w nagrodę spotykamy dwa płatkonogi, niewielkie rdzawe ptaszki chętnie pozujące do zdjęć. Wreszcie docieramy do stacji, kończąć dzisiejszy pobyt w terenie.
Wieczór mija na przygotowywaniu pierwszej części relacji z wyprawy na naszą stronę wyprawową. Obrabianie i korekta tekstu, dobór zdjęć i ich przetwarzanie zajmuje nam czas do 01.30. Jeszcze tylko załadowanie wszystkiego na www, napisanie kilku maili na grupy dyskusyjne i możemy kłaść się spać.

23.06.06 piątek – 21 dzień wyprawy
Pogoda pod psem. Wieje silny wiatr, pada deszcz ze śniegiem, zachmurzenie pełne. Wychodzenie z bazy na zdjęcia jest całkowicie pozbawione sensu. Odpuszczamy śniadanie, uzupełniając braki snu. Z łóżek wyciąga nas przed 14.00 dźwięk dzwonka wzywającego na obiad – jest piątek, czyli tradycyjna ryba.
Po jedzeniu, uzupełniamy notatki, segregujemy zdjęcia, oglądamy TV i … czekamy na poprawę pogody. Analiza prognozy nie nastraja optymistycznie, opady deszczu ze śniegiem, silny wiatr i oczywiście zachmurzenie 8/8. Podejmujemy decyzję i bierzemy kolejny dyżur w kuchni. Skoro mamy zaliczyć te dyżury kuchenne, niech to chociaż będzie w złą, niezdjęciową pogodę.
O 20.00 zaczynamy swoje obowiązki. Szybkie sprzątanie kuchni po kolacji, przetarcie stołów i pozostaje nam już tylko dyżur przy radiostacji pracującej na kanale ratunkowym. Wpadam na pomysł zrobienia na śniadanie parówek zapiekanych z plasterkiem boczku i serem żółtym. Dla 17 osób na stacji jest z tym trochę dłubaniny, więc postanawiam przygotować wszystki już wieczorem tak żeby nie było potrzeby zabierania się za robotę zbyt wcześnie rano.

24.06.06 sobota – 22 dzień wyprawy
Już o 24.00 wszystko przygotowane, parówki z boczkiem zawinięte w folię czekają w lodówce na obsmażenie. Wykładamy nakrycia na stół i … zasiadamy w fotelach przed TV czekając na ranek. 07.00 zastaje nas przy patelni i czajnikach, punktualnie na 08.00 wszystko musi być gotowe do podania. Punktualnie walimy w dzwon i całe towarzystwo zwabione zapachem smażonego boczku zjawia się przy stole. Musiało być niezłe bo po 30 minutach wszystko znikło z talerzy, a nam pozostalo posprzątanie ze stołu i umycie naczyń. Już o 11.30 czas zabrać się za obiad - tu sprawa jest prosta. Rozmroziliśmy parę kilo mięsa z indyka i zaczynamy „czarować” jednodaniowe danie. Tym razem to moje zadanie. Mięso obsmażone na ostrym ogniu trafia do wielkiej brytfanny, do tego parę kilo posiekanej cebuli, kilka garści przypraw ziołowych, pomidory z puszki, ser żółty i pozostaje tylko czekać aż wszystko dojdzie na wolnym ogniu. Na 14.00 powinno być gotowe. Jako uzupełnienie Mateusz gotuje ciemny ryż a ja na patelni szykuję mieszankę warzywną. Wyszło nieźle, z misek załadowanych jedzeniem wymiotło wszystko, dzisiaj stacyjne pieski dostaną psie konserwy zamiast pozostałości obiadowych. Wielkie sprzątanie i zmywanie naczyń przez Adam kończy nasz kolejny dyżur.
Dzisiaj czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Dwóch kolegów obchodzi urodziny (jeden z nich 50-te) Oczywiście mamy małe przyjęcie z wydobytymi z głębokich zapasów bakaliami, ciastkami, czekoladą i niewielką ilością alkoholu. Na wspomnieniach i opowieściach polarnych (Janek ma na koncie 13 pobytów na Spitsbergenie) mija praktycznie cała noc.

25.06.06 niedziela – 23 dzień wyprawy
Zmęczeni dyżurem i imprezą urodzinową wybieramy się spać, gdy okazuje się że w pobliżu stacji przysiadło stadko gęsi bernikli. Szybka lustracja przez lornetkę wykazała żę jedna z par ma już młode! Oczywiście korzystamy z okazji i w alarmowym trybie wskakujemy w ciepły zestaw ubrań, zarzucamy broń na plecy i na zdjęcia. Jednakże bernikle nic nie straciły ze swojej czujności. Po długim podchodzeniu, kryciu się za występy skalne i wiaty stacyjne udaje nam się z Mateuszem zrobić w końcu po 2-3 akceptowalne technicznie zdjęcia. Adama niestety ominęły te „bezkrwawe łowy”, pół godziny wcześniej wyszedł na zdjęcia czoła lodowca Hansa.
Korzystając z okazji że wyrwaliśmy się w końcu z budynku, nie zważając na zacinający deszczyk idziemy sprawdzić stanowisko płatkonogów. Niestety, trwa przypływ i przybrzeżne skały, pomiędzy którymi uwijają się te śliczne ptaszki, są zalane wodą. Na osłodę idziemy sprawdzić jak przetrwał ostatnie wichury mak polarny przycupnięty w załomie skały. Jest i ma się dobrze, żeby nie kusić losu robię mu małą sesję zdjęciową. Wiatr wieje, mak się kołysze, a ja robię zdjęciaJ. Dzięki pomocy Mateusza i jego rozpostartego polara może uda się zrobić choć jedno nieporuszone ujęcie.
Po ciężkim dniu i nocy, w końcu kładziemy się spać o 05.30 nad ranem i śpimy do 14.00 rezygnując ze śniadanie i obiadu. Pomimo, że pogoda dalej jest dość wietrzna planujemy kolejne wypłynięcie. Zaczynamy powoli odczuwać nadchodzący koniec naszej arktycznej eskapady.
Pomimo zbliżającego się wieczoru, o 18.00 wybieramy się z Mateuszem na zwiedzanie doliny REVDALEN i skrytego w jej głębi niewielkiego jeziora REVVATNET, idziemy tylko w dwie osoby, Adam odsypia zaległości. Droga jest dość uciążliwa, szeroko rozlane wody wypływające spod lodowca ARIEBREEN nasączają całą tundrę zimną wodą. Idziemy jak po mokrej nasiąkniętej gąbce. Grząskie, błotniste obszary tundry tworzą trudne do przejścia zapory. Po 2 godzinach podchodzenia pod wysoko położony wylot doliny wreszcie jesteśmy u jej szeroko otwartego ujścia. Od razu spotyka nas miła niespodzianka, znajdujemy niewystępujące niżej gatunki roślin, zwłaszcza pięknie wybarwiony krwiście czerwony mech rosnący tuż przy niewielkich ciekach wodnych. W głębi doliny spotykamy niewielkie stadko, około 8-10 sztuk, reniferów. W sumie nic specjalnie ciekawego do czasu, gdy zorientowaliśmy się że stadko to 4 samice z młodymi urodzonymi dwa miesiące temu. Przerywamy wędrówkę i zaczyna się fotografowanie. Okazało się, że samice z młodymi są niezwykle czujne i nie pozwoliły na zbyt bliskie podejście. Musieliśmy się zadowolić fotografowaniem z odległości 30-40 metrów. Zadowoleni z kolejnych zrobionych zdjęć ruszyliśmy do celu naszej wędrówki, czyli lodowcowego jeziora. Po dotarciu na miejsce okazało się, że powierzchnia wody jest w dalszym ciągu zamarznięta. Zrobiliśmy krótki odpoczynek i ruszamy w drogę powrotną. Nieco zgrzani i zmęczeni już po 1,5 godzinie, około 23.00 dotarliśmy do stacji. Szybka kolacja, gorący prysznic i kończymy kolejny dzień wyprawy.

26.06.06 poniedziałek – 24 dzień wyprawy
Zgodnie z planami wstajemy dzisiaj na tyle wcześnie żeby zdążyć na śniadanie. Po posiłku i obowiązkowej kawie zaczynamy przygotowania do wypłynięcia. Płyniemy na fotografowanie ptaków w okolicach GNALA. Po wypłynięciu na otwarte wody fiordu okazało się, że nie jesteśmy odpowiednio przygotowani do panujących warunków pogodowych. Wiejący silny wiatr spowodował dużą i ostrą falę. Przebijanie się przez zwały wody zalewało nasze plecaki ze sprzętem fotograficznym. Ratując sprzęt, rozpaczliwie zaczeliśmy wyciągać osłony przeciwdeszczowe. Na małym, kołyszącym się i zalewanym wodą pontonie było to dość karkołomne zadanie.
Wreszcie po przeszło godzinie płynięcia docieramy do celu. Już z daleka słychać jazgot mew krążących wokół gniazd. Adam z Mateuszem wybierają się na skalną ścianę spróbować fotografować mewy trójpalczaste, ja zafascynowany nowo odkrytymi gatunkami roślin pozostaję w strefie brzegowej. Aż dziw bierze jak tak niewielka odległość wpływa na różnorodność gatunków zamieszkujących tundre i nadmorskie skały.
Pod Gnalem zwiedzamy niewielki stary hus. W sumie po obejrzeniu kilku poprzednich, nie robi na nas większego wrażenia. Ot hus jak hus, oczywiście robimy zdjęcia, ale bez większych emocji. O 16.00 podejmujemy decyzję o powrocie. Pomni doświadczeń, tym razem dokładnie zabezpieczamy nasz ekwipunek. Plecaki pozaciągane osłonami i wsadzone w grube worki foliowe, worki ze statywami i plecaczkami z ciuchami zawiązane a całość, łącznie z bronią w pokrowcach, mocno powiązana i przymocowana do pontonu. Nikt tego głośno nie mówi, ale liczymy się z możliwością wywrotki, zwłaszcza przy przybijania do brzegu. Droga powrotna mija jednak bez większych problemów.
Kłopoty zaczynają się tuż przy stacji, od lądu oddziela nas kilkumetrowy pas brył lodowych. Próbujemy przepłynąć, rozpychając lód pagajami. Nic z tego, wielkość brył uniemożliwia normalne przepłynięcie. Pozostała jedyna metoda, wskakuję z Mateuszem do wody, całe szczęście że jest tylko do pasa, i ciągniemy ponton starając się nie doznać kontuzji. Ryzyko zranienia jest realne, ciężar brył dochodzi do 300-400 kg i przy lekko falującej wodzie stanowią poważne zagrożenie zgniecenia lub połamania nóg. Szczęśliwie wszystko kończy się pomyślnie i przy pomocy kolegów pracujących w hangarze błyskawicznie wyciągamy ponton na specjalnie przygotowane miejsce.
Po całym dniu, wymęczeni i zziębnięci meldujemy się na stacji. Oczywiście, zgodnie z tradycją stacyjną, posiłek czeka na nas w oddzielnym garnku. Nic nie smakuje tak bardzo jak, ciepły obiad po całym dniu na wodzie w temperaturzenie nie przekraczającej 2-3 stopni.
Wieczorem mamy małe urozmaicenie życia stacyjnego. W odwiedziny przypłynął polski jacht „Panorama” którego załoga złożyła nam kurtuazyjną wizytę. W miłej atmosferze minęły dwie godziny, na żeglarskich opowieściach. Od kapitana otrzymaliśmy informację o rozległym paku lodowym rozciągającym się w pobliżu Hornsundu, na potwierdzenie zgłosiła się załoga francuskiego jachtu który poinformował nas, że nie jest w stanie dopłynąć do fiordu z powodu zalegającego lodu. Żegnamy żeglarzy ruszających w dalszą drogę i kończymy dzień przy TV oglądając mecz.

27.06.06 wtorek – 25 dzień wyprawy
Na dziś zaplanowaliśmy mały rekonesans paku lodowego. Zawsze jest możliwość że na lodzie zaplątały się grupy fok lub zabłąkane niedźwiedzie. Po śniadaniu staramy się wyruszyć, ale okazało się że całe wybrzeże zostało zablokowane wielkimi bryłami lodu. Nie ma szans przepchać pontonu między nimi. Próbujemy przeciągnąć ponton górą, po lodzie. Ta koncepcja okazała się słuszna, wspólnym wysiłkiem przeciągneliśmy ponton z całym naszym fotograficznym dobytkiem na otwarte wody. Blisko 3,5 godziny pływamy wzdłuż lodowego paku. Niestety nie znajdujemy ani fok ani niedźwiedzi, za to mieliśmy sporo zajęcia przy wyszukiwaniu wolnych kanałów wodnych pomiędzy wielkimi krami i górami lodu. Przygodę z pływaniem w lodzie kończymy tuż przed 14.00. akurat na czas aby po wyciagnięciu pontonu na brzeg zdążyć na obiad.
W międzyczasie otrzymaliśmy od Kasi (ornitologa) wiadomość, że nie może odszukać biegusa wysiadującego jajka a w monitorowanym gnieździe śnieguł pojawiły się już maleńkie śniegułki. Postanawiamy sprawdzić co się stało z biegusami. Nie wiemy czy wyprowadziły już lęgi czy też skończyły swój żywot w lisim pysku. O 16.00 całą trójką wyruszamy w drogę. Dość szybko odnajdujemy gniazdko biegusa. Najprawdopodobniej ze złożonych 4 jajek wykluły się 3 pisklaki i samica wyprowadziła je z gniazda pozostawiając jedno jajko.
Kolej na następną ptasią wizytę. Powoli zmierzamy w kierunku grupy skał zamieszkałych przez śnieguły. Te niewielkie ptaki mają ściśle wytyczoną granicę bezpieczeństwa wokół swojego, ukrytego w głębokiej skalnej szczelinie, gniazda. Siedząc spokojnie w odległości nie mniejszej niż 5 metrów, nie wzbudzamy ich zainteresowania czy też niepokoju. Obserwujemy te sympatyczne ptaszki jak uwijają się przy karmieniu nowowyklutych piskląt i próbujemy robić zdjęcia. Niestety zbyt duża odległość nie pozwala na zrobienie zdjęć innych niż zdjęcia - „ptak w swoim środowisku”. Mocno zziębnięci wracamy do bazy, gdzie czeka na nas gorąca kawa i wyszperane w zamrażarce zeszłoroczne lody waniliowe.
Pogoda za oknem zaczyna się powoli zmieniać. Chmury powoli znikają, jest już 6/8 zachmurzenia i zaczyna prześwietlać słońce. Jedynie wiatr zmieniając kierunek spowodował korkowanie się fiordu lodem. Mamy nadzieję, że mimo wszystko lód się rozejdzie i umożliwi planowe przypłynięcie statku z zaopatrzeniem, którym mamy popłynąć do Longyer, rozpoczynając kończącą wyprawę podróż do Polski.

28.06.06 środa – 26 dzień wyprawy
Ranek przywitał nas niestety bardzo złymi warunkami pogodowymi. Jest pełne zachmurzenie, dość silny wiatr i co gorsze, prawie cały fiord został zatkany lodem. W okolicach bazy jest co prawda nieco wolnej od lodu wody, ale wszystkie kierunki wylotowe z fiordu są zablokowane. Mamy nadzieję, że pak lodowy nie zablokuje „Horyzonta”, nasz zapas czasu w Longyer to tylko 16 godzin, jeśli opóźnienie będzie większe, samolot do Tromso odleci bez nas.
Po śniadaniu snujemy się po bazie bez konkretnych planów. Płynąć pontonem się nie da a dalsze wyjście pieszo ze względu na kiepską pogodę nie wchodzi w grę. Postanawiamy odrobić zaległości w spaniu oraz nieco zregenerować nadwątlone siły i idziemy spać do samego obiadu.
Po obiedzie dzielimy się bronią (wraz z napłynięciem lodu wzrasta ryzyko spotkania niedźwiedzi) i każdy z naszej trójki rusza w swoją stronę. Ja brzegiem morza powędrowałem w kierunku jeziorek z berniklami a następnie w kierunku masywu Fugla, fotografować alczyki. Mateusz nastawił się na fotografowanie rodzin bernikli i cały czas spędził nad jeziorkami. Adam ambitnie ruszył do wylotu doliny, pełen nadziei na choćby odrobinę światła pozwalającą wyczarować piękno górzystego krajobrazu.
W trakcie prawie czterogodzinnej wędrówki uśmiechnęło się do mnie szczęście. Zaraz po zejściu nad brzeg fiordu natknąłem się na parę płatkonogów. Oczywiście nastąpiła szybka sesja i po chwili ruszyłem w dalszą drogę bogatszy o kilka ujęć tych niewielkich ptaszków. Przy mijanych jeziorkach spotkałem dwie gęsie rodziny. Niestety, były zbyt płochliwe i poderwały się do lotu już w odległości 100 metrów. Niezrażony, ruszyłem do alczyków. Na te ptaki zawsze można liczyć, jeśli tylko wiatr nie jest dla nich zbyt silny. Wtedy ewakuują się na wody fiordu i otwartego morza. W drodze do alczykowej kolonii mijam ospałego samca renifera ze wspaniałym porożem. Jeszcze dwa, trzy tygodnie temu byłaby to wielka atrakcja, teraz robię mu jedno zdjęcie i rozstajemy się bez nadmiernego żalu. Podczas długiego i monotonnego podejścia do zbocza usłyszałem nietypowe jak na alczyki dźwięki. Okazało się, że wśród alczyków rozsiadło się stadko 10 sztuk gęsi bernikli które dały podejść do siebie na 20-30 metrów. Wykorzystuję sytuację i kolejne zdjęcia zapełniają kartę pamięci w aparacie. Wreszcie dochodzę do alczyków. Najważniejsza sprawa to znaleźć odpowiednie miejsce do „zasiadki”. Wystarczająco wygodne aby przesiedzieć bez ruchu minimum dwie godziny a jednocześnie odpowiednio dobrane pod względem fotograficznym. Tym razem nastawiłem się wyłącznie na zdjęcia akcji. Po trzech godzi

Relacja pisana dzień po dniu, na bieżąco oddająca emocje i wrażenia z wyprawy

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl