Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Wyprawa do AFRYKI ZACHODNIEJ 2011/2012 cz1 > MAROKO, SAHARA ZACHODNIA, MAURETANIA, MALI, BURKINA FASO, GHANA


EDI EDI relacje z podróży

Zdjęcie GHANA / TAMALE / przy drodze do Parku Mole / SiostryOpis wyprawy busem z Wrocławia do Zatoki Gwinejskiej

Witam.
Głównie znajomków (dla nich powstaje ten wątek-niech wiedzą gdzie szukać moich zwłok) ale i innych globtroterów serdecznie zapraszam.
Wątek rozpoczynam przed wyjazdem - bo i linka trzeba zapodać, no i ktoś nie daj Bóg pomyśli "wyjazd i chejka".
Nie ma tak dobrze - najpierw ok. tysiaka - szczepionki (w liczbie bliżej nieokreślonej ale duuuuużej), moskitiery, muggi, szpraje, Malarony ..... no i kilka flaszek trzeba postawić (a nuż nie wrócimy...., inny powód-profilaktycznie na malarię itd).
Wyprawa jest 2 edycją (trochę poszerzoną).Poporzednia edycja opisana jest również na Globtroterze:

tytul: Do i po Afryce Zachodniej. > MAURETANIA, MALI, BURKINA FASO
autor: piotr102

Ruszamy busem trochę przerobionym na potrzeby wyprawy w 9 osób jako wyprawa partnerska (każdy na własną odpowiedzialność-to nie biuro podróży), przed nami ok 23.000 km i ciekawe kraje:Maroko, Sahara Zach., Mali, Mauretania, Burkina Faso, Togo, Benin, Ghana,Gambia, Senegal i jeszcze cośtam po drodze(poza tą dużą piaskownicą).
A chcemy zobaczyć to:

http://maps.google.com/maps/ms?msid=214110226056599808439.0004b1536b4fb530d8014&msa=0&ll=7.874265,-0.933838&spn=6.60215,7.305908

Ruszamy 27.12 a szczęśliwy (mam nadzieję) powrót - po 7 tygodniach, ok 15 lutego. Postaramy się spisywać wrażenia podczas przejazdów, a co kilka dni poszukać kafejki internet. i uzupełnić wątek (na ile często-sprawdzimy realia afrykańkie).
Na razie pakowanie i .....Święta. A jeśli Boże Narodzenie - to i życzenia. Dla wszystkich Globtroterów spokojnych, zdrowych i radosnych Świąt. Obyście odwiedzili te miejsca o których marzycie (albo w realu, albo palcem na mapie)

27,28.29.12

Jedziemy sobie.Na razie na terenie Niemiec,Francji czy Hiszpani porwania nam nie groza.Dopiero w okolicach Malagi z nudy powoli ociepla sie, zaczynaja sie gaje oliwek, palmy-ogolnie cos sie dzieje.Po drodze pierwsza niespodzianka-Mauretania od kilku dni zmienila zasady przyznawania wiz.Koniec z wizami na granicach-teraz chca wczesniej wiedziec kto do nich jedzie, wiec tylko w ambasadach5tak jakby to europejczycy robili im wiece w stolicy).Paryz, Madryt czy Rabat? Decydujemy sie na Rabat- problem jest w tym ze bedziemy w Rabacie w piatek a wiza to dzien czekania.A ze sobota i niedziela-wypadnie 3 dni w Maroku no i Sylwester nie tam gdzie planowalismy.....Co bedzie to bedzie
Dojezdzamy do Alcesiras ok 13 szybciutko bilety na prom(nawet nie tak drogo-bus+ 9 osob 190 Euro, ale po targach kupujemy w 2 strony za 300 euro).Szybciutko bo prom o 14. Stajemy przed 14 w kolejke i.......ok16 prom przyplywa a o 17 nawet jestesmy w srodku.

Maroko

W Maroku jestesmy ok18 odprawa, wymiana kasy i gonimy jak najblizej Rabatu zeby zaraz z rana dobijac sie do ambasady Mauretani.Dojezdzamy ( z malymi nieoswietlonymi niespodziankami na autostradzie) do Kenitry.Nawet fajny camp, ceny niedrogie no i jest goracy prysznic!!!

30.12

6.30 pobudka, kawka na sniadanko i gonimy do Rabatu.O 8 stajemy grzecznie pod ambasada, a o 9 juz wiemy ze z naswych planow nici.Dzien czekania i koniec (dla nas to 3 dni).
Co robic-poszwendamy sie po Maroku.Na dzis Rabat a potem glosowanie ekipy co robimy do poniedz.Lazimy po twierdzy Sella, potem medyna (zestaw 7 rybek za 2,5 Euro) a wieczorkiem szukamy noclegu na dziko.No i wreszcie 25 st.C sloneczko grzeje i swiat jest piekny!
Szwendamy sie po Rabacie.Wieczorkiem uciekamy na dzika plaze a tu niespodzianka-zamiast dzikiej plazy budowa kompleksu hoteli,ale na koncu znajdujemy spokojny parking i.....po chwili podchodzi ......AMIGO.
Prawdziwego imienia trgo goscia nie daz sie zapamietac ale ze on co drugie slowo Amigo- no to jest Amigo.Podobno strozuje tutaj i za 30 DH mamy nocleg (na fajki mu braklo?)Cezar ma (mial) fajny bimber wiec Amigo po pierwszym kieliszku oczami zamrugal i FRIEND sie zmienilo w FAMILI, po 2 kolejce dal nam klucze od kanciapy do spania a po 3 kielichu zaprosil nas na kif

31.12

Trzeba te czekanie na wize jakos zagospodarowac wiec decydujemy sie na FES.Wiekszosc z nas juz go przerabiala wiec garbiarnie i farbiarnie sobie odpuszczamy - czyli standarcik-medyna i suk.Noc na campie i najpierw o 23 (bo w Polsce polnoc) a potem zgodnie z lokalnym zegarem mamy 2 sylwestry

01.01

SZCZESLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

Rano jako jedyny nadajacy sie za kierownice z przerazeniem slucham planow na dzis.Z planow na mapie wynika ze reszta ekipy chce w 1 dzien objechac cale Maroko.Ja tutaj mam podejrzanie sucho w gardle a tym sie na pielgrzymki zebralo...
Ruszamy-najpierw dokarmic makaki do Parku pod AZROU, potem towarzystwo decyduje sie na MEKNES-standartowy suk i medyna,a na koniec dochodza do wniosku ze na noc najlepiej nad Atlantyk do Amigos-a.Jedziemy-zapalki pod powieki i jade.
Amigos na nasz widok az sie poslinil ale klucze do kanciapki do spania dal.

02.01

Wiercimy sie z nudow na plazy do 13 bo i tak Maurowie wizy wydaja od 15.
Z nudow kupujemy od Amigosa rybke(jakies 2,5kg-podobno ZĘBACZ) i jeszcze nam ja przygotuje w tajin.
W koncu-dosc siedzenie-ruszamy do Rabatu po wizy.
Delegacja poszla do ambasady a ja klepie ten tekst wiec nie wiem co dalej......
CD
Mamy wizy !!! Krotka narada i decydujemy nadgonic stracony czas. Czyli rwiemy do Mauretani na strzal.Moze wreszcie schowamy te czapki i rekawiczki.Wieczorkiem mijamy Marakesz (troche zal ale moze da sie go zrobic w drodze powrotnej) i Agadir.Czas mamy tylko na zakupy na obrzezach Marakeszu (niestety - to co najwazniejsze jest juz zamkniete-co za cymbaly wymyslili supermarket do 23 a monopolowy do 20?).Ale nic - rwiemy z tym co nam zostalo, susza nam nie grozi.

03.01

Caly dzien mozna podsumowac
0-300km - jaka piekna pustynia...
300-600km - dalej ta pustynia?...
600-1000km - kiedy skonczy sie ta cholerna pustynia?...
1000-1500km - rzygam juz ta pustynia...

SAHARA ZACHODNIA

...a w miedzyczasie?- 2 kamienie po obu stronach drogi w TAH (podobno mijamy zwrotnik Raka czy jakistam), obiadek w LAAYOUNE-stolica Sahary Zachodniej (nawet dobry tadzin), no i zaczynaja sie przygody... Motocyklista zapatrzyl sie na nasze panie i ledwo - ledwo wyhamowal milimetry za autem.Smiejac sie do naszych pan pokazywal jak malo brakowalo po czym pyscil sprzeglo i ........ podnaszac sie i otrzepujac gestami pokazywal ze nic mu nie jest.No i zaczely sie fiszki. Wypelnianie ich jest mozolne i trwa wieki a potem 3 kontrole pod rzad i znowu dlugopisy do reki. Lepiej narobic 10 kpl na wszelki wypadek.
Ok.3.00 jestesmy na granicy Sahary Zach i Mauretani.Granica czynna od 8 ale na wszelki wypadek ustawiamy sie w kolejce.

PS Mala dygresja do moich znajomych z reala
Siedze na tej granicy i patrze w niebo i wokol siebie. Jest po prostu niebiansko cicho i spokojnie.Na niebie miliony gwiazd ze w Europie tego nie uswiadczysz a szum Atlantyku i potega pustyni robia wrazenie.
Tego duetu na pewno nie stworzyl czlowiek-jego pazernosc, chciwosc i pozostawianie po sobie wszystkiego co w jego mniemaniu jest odpadem swiadczy o tym.
Nie stworzyla tez tego Matka Natura- ona jest zbyt bezposrednia i drapiezna. Taki sielski obrazek u niej skutkuje oczekiwaniem na walke i dramatycze sceny....
No wiec kto?...
Czasami trzeba przejechac tysiace km zeby poczuc co mial na mysli Bog tworzac ten padol lez. Zabawne jest to ze trzeba uciec z krainy sanktuariow i swiatyn opatrznosci, czerni i purpury, koled i datkow, z kraju tysiecy budynkow ktore(podobno) maja nam Go przyblizac -zeby choc troche zrozumiec co nam dal.

04.01

Chyba brakuje mi takiego restaru jak komp.Cos czuje ze czas na zresetowanie mojego twardziela-cos tam wodki jeszcze zostalo i chyba Maurowie togo nie skasuja. Ale przyjemnosci zostawmy na wieczor.
Na razie wstajemy rankiem-granica od 8 wiec jak to w Afryce celnicy zjawiaja sie o 9.30 a odprawiac zaczna...INSZ ALLACH.
Na szczesie nie jest zle i po 10 kontrolach ok.12.30 wyskakujemy na pas ziemi niczyjej, i tu kolejna lamigmowka-pustynia a na niej 15 drog (z czego 13 nieprzejzdnych dla takiego auta jak nasze). Ot i mamy quiz w poludnie. Oczywiscie przewodnik za kase pomoze rozwiazac quiz ale ekipa decyduje sie na Zrob To Sam. No i po 10 min stoimy zakopani po oski bo kamienista droga zmienila sie w piaszczysta pulapke. Oczywiscie przy pulapce siedzi paru miejscowych i za 50 EURO pomoga nas wyciagnac, ale..... po godzince w 40 st C sami (no-nie do konca ale jednak za free) stoimy na kamiennej drodze. A przed nami..

MAURETANIA

Fiszki, fiszki i jeszcze raz fiszki.
Kontrola co chwile a fiszek coraz mniej.Dlugopisy do reki (na szczescie Piotr podrukowal tego tak z pol tony czystych drukow) i jedziemy...
Urozmaiceniem byla kontrola gdzie nie chcieli fiszek za to przez 20 min przewracali nam bagaze w poszukiwaniu alkocholu.Zabawa w cieplo-zimno.Jak byli blisko schowkow bylo nam naprawde cieplo, ale potem- zimno, zimno.Po 20 min dali spokoj i na szczescie mamy przy czym siedziec dzis wieczor.
A siedzimy w NOUAKCHOTT-stolicy Mauretani. Hotelik fajny(Auberge Sahara), ciepla woda znowu jest zimna, wodki nam nie znalezli wiec... dobranoc

05.01

Reset mozgu sie powiodl(te 60% bimberku Cezara robi swoje)
Z rana jedziemy do ambasady Mali zlozyc wnioski no i wymienic kolejna kase (tym razem UGIJE Mauretanskie).Wizy maja byc na 15 wiec ruszamy zwiedzac Nouakchott (Nawakszut).Niestety od rana wieje Harmatan-pustynny wiaterek ale wszystko jest jakby za mgla i straszna posucha w ustach.Mam wrazenie ze po wypiciu wody ten pyl i tak trzeszczy w ustach. Wszystko jest strasznie zapylone.Mam ubaw na targu-najpierw chce 4 kartony papierosow a gosciu ma tylko 2 wiec na migi pokazuje mi ze poleci a ja mam pilnowac kramu.No to przypominam sobie Franka Dolasa i wrzeszcze podobne glupoty. Jacys Niemcy robia nam zdjecia a ja nawet sprzedaje 2 papierosy na sztuki(?)Nawet nie znam nomonalu ktory dostalem, ale wlasciciel po powrocie jest zadowolony. Potem bardziej dla ciekawosci pytamy o stoj Mauryjski (25 000 Ugija-nie dam przeciez 80 Euro) mowie ze zostalo mi tylko 5000 i zapominam o sprawie. Ale gosciu nie-po pol godzinie dogania mnie po 2 stronie targu (jak ten skubaniec mnie znalazl-to pol km dalej!) i juz chce 6000.Po 10 min dogadujemy sie na 15 Euro(jakies 5400).Chcemy juz jechac do portu ale mamy kolejnego z zegarkami.... Mowie ze nie ma kasy ale mam pare komorek (serdeczne dzieki pani z PLUS-a za to ze pozwolila mi pogrzebac w salonie w pudle ze starymi komorkami).W koncu za 4 komorki (wszystkie popsute) mam 6 zegarkow i nowe okulary przeciwsloneczne.Zwiedzamy port rybacki-wszedzie zakaz fotografowania(nawet morza).Obserwuje nas policja.Smrod nie z tej ziemi.Kupujemy rybke na kolacje i jedziemy po wizy.Po drodze robimy xero fiszek-mamy juz dosc wypelniania.9 szt x 20 kopi wychodzi 2 zlote.Mamy dosc Harmatanu wiec uciekamy w strone Mali.Do wieczora pustynia, pustynia, pustynia.Boimy sie kontroli wiec szybciutko rozrabiamy spirytus z Ice Tea-bedzie na wieczor. Nocleg w miejscowosci ALEG w hostelu.

06.01

Wyruszamy z samego rana-ostatni dzien gdzie mamy polise na auto a do Mali jeszcze 700 km.Niestety od rana wieje.Droga fatalna-wiecej jedziemy po piachu niz po asfalcie.Dziura na dziurze na liczniku rzadko kiedy 30km/h.Do tego coraz mocniej wieje i sypie piaskiem.Czesc aut zatrzymuje sie sie w osadach i nie jedzie dalej -wiatr nawiewa piach na droge.Postanawiamy rwac dalej-boimy sie tylko o filtry powietrza i wszystkie elementy smarowane-ten pyl jest naprawde wredny.Za oknami busa pustynia ale nie taka z pocztowek czy filmow-tutaj wyglada to jak walka czerwonego z zielonym(wlasciwie szaro-blado-zielonym) Wszedzie czerwony, ceglasty piach i tysiace kepek zieleni. Widac na oko ze zielone przegrywa.Co pare km kontrola i fiszki-zaczynamy sie niepokoic czy nam ich wystarczy.Ok 19 na jednej z kontroli policja nakazuje nam zjechac i tu nocowac-dalej nas nie puszcza bo zapada zmrok.Mozemy sie rozlozyc kolo posterunku-bedzie bezpieczniej.Rozkladamy sie kolo nich robimy kolacje i...... poniewaz to muzulmanie i alkohol jest tu zabroniony to pijemy monopolowy krupniczek z kubkow (bimer Cezara za bardzo pachnie na odleglosc).Podpatruja nas ale ze kubki-no to nikt nic nie mowi.Na szczescie burza przechodzi i mozna pod gwiazdami przy stoliku z kubkiem w rece....pograc w Mafie.

07.01.

Skoro swit-sniadanko.Zegnamy policjantow i gonimy dalej (te gonimy to 25km/h)
Trzeba strasznie uwazac bo na drodze wiecej braku asfaltu niz asfaltu no i wylazi na droge wszystko co popadnie i kozy i wielblady(te chociaz reaguja na klakson) ale krowy,ludzie juz nie. A totalna ignorancja zagrozenia to osly- wjedwiesz mu w kufer a sie nie ruszy (nawet nie wiedzialem ze jest na swiecie stworzenie bardziej uparte od Maciarewicza)Brakuje nam juz fiszek bo kontrole sa non stop.Dajemy paszporty ale te spisywanie strasznie dlugo trwa no i chca kadu (prezent).Jeszcze tylko kapec i wizyta u miejscowego speca i ....granica

MALI

Nie do konca-jeszcze za szlabanem na ziemi niczyjej posterunek i ....fiszki
Juz na dzien dobry Mali nam sie podoba_celnik Malijski widzac nas idzie do lawki pelnej miescowych, glosne WON! (tak sobie przetlumaczylismy) bierze pusta lawke, zanosi do cienia i zaprasza nas zeby siadac. Ale klasa! Odprawa w Nioro szybko,wymieniamy euro na Cefa (frank afrykanski) i jedziemy dalej. Roznica z Mauretania - jakby przeskoczyc z Ukrainy do Polski. Duzo czysciej, domy juz nie pojedynczo ale zgrupowane w wioski, sa drogowskazy (!!!) no i ludzie usmiechnieci,wozki z osiolkami grzecznie jada poboczem-slowem luksus.Znikaja wielblady coraz wiecej bydla.
W Nioro szukamy radio-tam zalatwiamy nocleg.Odpalamy jeszcze busa na wypad na kolacje do miasta,a po powrocie idziemy 100m dalej na miejsowa dyskoteke.Nie wiem czy wieksze wrazenie zrobilby tranwesryta wchodzac do siedziby PiS-u... Ale jest fajnie.Wracamy na nocleg ale spac sie nie chce-27 st C niebo gwiazdziste nade mna ....

08.01

Ruszamy z rana bo mamy troche do Bamako a chcielibysmy jeszcze dzis zlozyc wnioski wizowe w ambasadach.Po drodze widzimy jak powoli zmienia sie teren-powoli pustynia przechodzi w sawanne (sahel).Podziwiamy bardzo soczyste koloru ubran tutejszych kobiet-bardzo intensywne kolortowe stroje no i obowiazkowo kosze lub garnki na glowach.Podtawowa forma trasportu tutaj.Usmiechaja sie ,machaja rekami-widac tu biede ale i szczerosc, radosc.Dokuczaja nam zwlaszcza na postojach stada much i stada dzieci.Jedne i drugie lataja za nami stadami, obłażą z kazdej strony i po odpedzeniu po 10 sekundach wracaja.Z tym ze muchy nie wyciagaja rak i nie chca Kadu...Za oknami zaczynaja sie baobaby i kopce termitow.Stajemy w wioskach-za zdjecia chca cukierkow,ciuchow.Czasem dajamy pluszaki.Ale zabieraja nam nawet smieci,puste plastikowe butelki czy papierki po czekoladzie.Do Bamako docieramy spoznieni-nic juz dzis nie zalatwimy.Jedziemy do Auberge Diamana (oberż Dżamaja).Logujemy sie w campie, prysznic i z przewodnikiem ruszamy w miasto szukac knajpek z muzyka afrykanska, no i zimnego piwa ktorego tak brakowalo w islamskiej Mauretani.Udaje sie to srednio ale i tak spac ladujemy ok.1 w nocy

9.01

Rano jedziemy do ambasady Burkina-Faso.Po drodze mamy konsulat Togo-wstepujemy spytac o tzw.multiwizy VET-niestety juz ich nie ma.W ambasadzie w cenniku odnajdujemy duzo tansza wize grupowa-ale urzedas twierdzi ze nie mamy papierka ze podrozujemy grupa (biuro podrozy albo potwierdzenie z Polskiej ambasady)-mamy kupowac 3x drozsze wizy indywidualne.Kombinujemy idziemy do innego urzedasa, a w miedzyczasie dziewczyny napotykaja dumnego pana w garniturku (cholera wie-ambasador? konsul?) i robią placzliwa mine. Gosciu schodzi do nas, opieprza urzedasa - i mozemy robic grupowke.Zamiast 95 Euro placimy po 35.Mamy wrocic ok 15
Zwiedzamy Bamako - wlasciwie jezdzimy od 1 targowiska do 2. Kazde z innym tematem-jedne odziez, duperele, metalowe,warzywniaki, drewniane-setki, setki targowisk.Scisk, kurz i wszedobylskie motorki.Jest nas 9 osob ale rzadko kiedy nasza grupa liczy ponizej 20-zawsze z nami 10-15 handlarzy kitu,szmelcu,pamiątek i jeszcze tam czegos. Jak sie jeden odczepi-na jego miejsce wskakuje 2 innych.Tempereatura ok 50st C.Po drodze setki busikow-wszyskie zielone, wszystkie stare merce i wszystkie rownie szalone i nieprzewidywalne-staja, ruszaja, zawracaja i obsluga strasznie wrzeszczy. Kapitalizm 15-17 latkow w najdrapiezniejszym wykonaniu
Zaraz o 15 odbieramy wizy i szybko uciekamy z Bamako.Obiad robimy za miastem.Jedziemy na wschod.Wieczorkiem szukamy wioski na spanie-takiej naturalnej.Odbijamy 5 km od drogi i mamy folklor.Zaraz przybiegaja dzieciaki-obowiazkowe Kadu. Dajemy widokowki z Polski,cukierki,dlugopisy. Tomek na kartce rysuje skad przyjezdzamy-po minach widac ze troche my UFO-ki, a troche swoje ala inne.
Spimy kolo wsi na pustyni

10.01

Rano na sniadanie mamy znowu gosci-tym razem przynosza kus-kus(pół na pół z piachem). Robimy zdjecia-tym razem my chcemy kadu-wskazujemy 1 dzieciaka (obiecalem Ewie malego murzynka) ale dzieciak sie boi ze to na serio.Ruszamy. Do 11 jest OK ale pomiedzy 11 a 17-tragedia. Sucho, goraco jak na patelni.Wszystkie poranne zalozenia juz w poludnie biora w leb.Szukamy gar-kuchni ale wszedzie byle-co.Od Segou piasek znowu zolty-jakas odmiana po czerwieni.Wszedzie gdzie nie staniemy-Kadu.W koncu jemy przy drodze ... cos i dalej.
Wszedzie po drodze "hopki"-przewaznie je zauwazamy ale czasem nie... i wtedy "na malysza"-ustalamy rekordy w dlugosci lotu i stylu ladowania.
Dojezdzamy do Djenne(Dżane)-najwiekszy i najstarszy meczet w Afryce Zach.Do samego Djenne nie wjezdzamy-wczesniej jest prom na ktory bus nie wejdzie-ekipa wskakuje na prom pieszo i po 2 stronie rzeki Bani (doplyw Nigru) bierze taryfe do Djenne.
Po zmroku ekipa wraca z gosciem-Dagon ktory chce nas poprowadzic po Kraju Dagonow. Mamy to w planie pojutrze. Siadamy do negocjacji-prowadzimy je "po polsku". Dagon alkochol lubi ale po paru minutach jedyne co nam odpowieda to"ENAF,ENAF" Dobijamy targu bo inaczej dobijemy Dogona i za 210 Euro mamy przewodnika na 2-dniowy trip. Umawiamy sie na campie w Bankass. W trakcie rozmowy oczywiscie mnostwo dzieciakow wokol nas, krzycza, wrzeszcza, bija sie o kazda pusta butelke po coli czy wodzie. Dagon krzyczy co chwile ale daje to cisze na 20 sek.
Tez mnie zmeczyly negocjacje z Dagonem-ide spac

11.01

Rano o 6 budzi nas walka o ...nasze smieci.Dzieciaki skoro swit rozdrapaly to co zostawilismy wieczorem.Ktokolwiek nie wystawi glowy z namiotu slyszy "hello mister" i tacka z koralikami czy innym badziewiem pod nos-moze rozespany cos kupi? O 8 ruszamy do MOPTI.Decydujemy na odpuszczenie sobie HOMBOR (slynna Reka Fatimy) i TOMBOUCTOU (niebezpiecznie-tam ostatnio porwali Francuzow, no i zaczyna sie Festiwal na pustyni wiec roznych dziwadel bedzie tam bez liku-tak mowil wczoraj Dagon). Zal mi zwlaszcza Reki Fatimy ale musimy nadgonic 1 dzien.W Mopti bardzo ciekawy port rzeczny no i duzy bazar.Jest to dawne centrum przeladunku soli. Ciagle lazimy w 20 osob. Oprocz naszej 9 zawsze kręci sie 10-12 sprzedajacych costam. Wyciagam pare komorek i po pol godziny mam tasaki,noze, koszulki reprez.Mali. Za porzadna maczete do komorki dodaje spodnie i t-shirt (i tak mialy zostac w afryce a mam mniej prania)
Goraco.Uciekamy na polwysep skalny-to juz kraina Dogonow.Obiadek w gar-kuchni w BANDIAGARA. Jeszcze uzupelnienie zapasow - woda,piwo i orzeszki coli (te ostatnie to obowiazkowy podarek za zdjecie lub zwiedzanie wioski Dogonow) i ruszamy do BANKASS.Znajdujemy camp NOMO nasz guajd juz czeka.Jest potwornie goraco-kazde wyjscie z auta to jak wejscie do pieca hutniczego. Na campie(wlasciwie to karawansjer) rozkladamy sie na dachu pod golym niebem.Czyste niebo, gwiazdy, lekki wietrzyk, 28st C. Idealna noc

12.01

Ruszamy o 7.30 na 2-dniowy trip.Wjezdzamy na skalny plaskowyz-potezne czerwone glazy (masy nawet nie jestem w stanie okreslic), czesc z nich stoi na czubku i wydaje sie ze w kazdej chwili runa w te czy w inna strone.Cala kraina DOGONOW lezy na skraju uskoku BANDIAGARA(Bandziagara). 250-m uskok ciagnie sie kilometrami.Uskok jest pionowy a co kilka kilometrow nawet dolem wyplukany-czyli stajemy pod poteznym nawisem skalnym-tu dawniej Dogoni mieszkali i dalej stoja ich zabytkowe osady. Suchy klimat doskonale to zakonserwowal.Pod historycznymi wioskami potezne rumowiska glazow a dopiero na wyplaszczeniu-dzisiejsze wioski.Fajne sa nazwy tych wiosek CHiGIBOMBO (czigibombo),KAMI KAMBOLA, ENDE i inne. Caly dzien z naszym guajdem zwiedzamy (cwaniak-po dojechaniu do wioski za pare groszy bierze podwykonawce i kiedy my chodzimy caly czas siedzi po barach)
Jak to w Mali-cale chmary dzieciakow-rzucaja sie doslownie na wszystko.Niedopalek papierosa zadeptany butem zostaje wyciagniety i triumfalnie pokazany kolegom.
Na noc ustalamy z guajdem ucieczke na pustynie-z dala od dzieciakow.Zna fajne miejsce.
Po drodze na to miejsce zakopujemy sie. I to totalnie-po same osie.Kolejne proby podkopania powoduja ze auto siedzi pol metra za nisko i trze podwoziem..
Ustalamy ze spimy tu (dziewczyny juz szukaja drzewa i robia ognisko)a guajd rano przyprowadzi autko 4x4.Juz po ciemku, ostatnimi silami udaje nam sie wyciagnac busika z dolka ale dalej stoimy na sypkim piachu i po nocy nie chcemy ryzykowac.Zwlaszcza ze pachna juz pieczone kielbaski.

13.01

Pobudka z rana i bierzemy sie za wypychanie busika.Po godzince busik stoi na twardym a my mamy przenoszenie calej masy rzeczy wypakowanych wczoraj zeby bus byl lzejszy.Przyjezdza guajd i ruszamy na drugi dzien tripu.Zaczynamy od treku 15 km-jestesmy ciekawi jak wejdziemy na ten klif.Okazuje sie ze niedaleko jest zleb i koryto rzeki. Wchodzimy na plaskowyz i ruszamy do wioski na gorze.Sa tu 2 wioski, ale druga jest Animistow. Dla nas niedostepna.Powrot guajd (oczywiscie powykonawca-nasz zostal na dole) pyta czy ta sama trasa czy chcemy trudniej.Wiadomo co wybieramy.Przecinamy koryta rzek w poprzek-gora, dol, gora, dol.2 duze rzeki i kilka mniejszych.Te kaniony maja po 40-50m ale od erozji powstaly "schody". Trzeba tylko uwazac bo czesc jest luzna.Na dole rzek-kamienie wypolerowane i śliskie - tez trzeba uwazac.Robi sie goraco-dlatego zaczelismy z rana. Schodzimy z klifu jaskinią (miejscowi mowia-tunel) i przepieknym kanionem(100-120m) wracamy do busa.
Troche jestesmy wypluci wiec z rozpedu robimy jeszcze jedna wioske ale mamy juz dosc dzieciarni i zamieszania.Postanawiamy wracac do karawansjeru, tyle ze po drodze zakopujemy sie jeszcze 2 razy.Po wczorajszym mamy juz wprawe-lopata i dywaniki gumowe pod kola i raz,raz - jedziemy dalej. Na campie o 15 i robimy sobie wolne. Cale popoludnie na pranie i odpoczynek

14.01

6rano-jeszcze ciemno ale spadamy-chcemy dzis przeskoczyc az do PO-czyli cale Burkina Faso.Zimno-polary na plecy a po drodze w Koro widzimy miejcowych w kurtach i kapturach. Widze nawet goscia w kombinezonie narciarskim.Ale o 9 jak dogrzeje-od razu upal.Szutrowka do granicy w Kiri.Przed granica troche wariactwa bo na 1 posterunku cos tam z polisy wyrywaja, a km dalej kolejna kontrola i o ten wyrwany kawalek pytaja.Tlumaczymy, wyjasniamy (na migi)-nic.Policjant pokazuje ten kawalek i czeka. Mamy dosc.Pokazujemy mu niech dzwoni na tamten posterunek i teraz my zakladamy rece i czekamy. Chyba mu sie znudzilo bo po 5 min macha "jechac". Wieje-mnostwo pylu,w zebach zgrzyta

BURKINA FASO

W poludnie wjezdzamy do B-Faso. Dalej szutrowka i straszna tarka.Obiad w OUAHIGOUYA-tu zaczyna sie asfalt.W Burkinie zauwazamy ze dzieci potrafia byc mile i nienatretne (odpukac)
Widac ze tu jest wiecej wody-na straganach pojawia sie marchew,papryka, pomidory.Stragany z dykty i blachy-spora roznica po glinianym budownictwie Mali. W gar-kuchni jemy....cos. Czesc z nas ma to "cos" z ryzem a czesc z makaronem.Na szczescie pierwszy raz nie musimy zmieniac kasy po granicy (Mali, B-Faso,Benin,Togo, Niger, Senegal i jeszcze tam ktos maja jedna walute).Zabawne jest to ze tutaj to nam robia zdjecia-teraz my wyciagamy rece i chcemy Kadu
Stolice B-Faso - OUAGADOUGOU (ŁAGADUGU) robimy na strzal - bedziemu tu w drodze powrotnej (mam nadzieje).Mijane budynki robia wrazenie-architektura jest przepiekna i roznorodna.Bardzo duzy kontrast z dziurawymi drogami,polowa nie ma asfaltu no i te wszedobylskie stragany.Tak jakby miasto nie umialo sie zdecydowac czy ma byc nowoczesne czy tradycyjne.Wieczorem dobijamy do PO.Logujemy sie na campie i idziemy w miasto cos zjesc i szukac internetu.

15.01

Rano spimy dluzej-taki bonus za wczorajsza gonitwe.O 9 ruszamy do TIEBELE-jednej z bardzo niewielu osad ANIMISTOW dostepnych dla turystow.Bierzemy guajda-najpierw seria nakazow i zakazow (jest tu bardzo wiele obostrzen-gdzieniegdzie nie wolno stanac a tam usiasc itd).
Niby wolno robic zdjecia ale zawsze guajd musi spytac no i nie ma rozchodzenia sie-cala grupa razem.Uprzedza ze tu nie ma ostrzezen- jeden blad i wypad. Wioseczka robi wrazenie.Szalenie ciekawa i intrygujaca.Nie jest na pokaz-tu naprawde mieszkaja ludzie w zgodzie z wielowiekowa tradycja.Ok 12 ruszamy do GHANY.Formalnosci wyjazdowych niewiele tylko targi z cinkciarzami na granicy sa burzliwe i krzykliwe.Az pogranicznicy uspokajaja ich (i nas tez).Bierzemy 2 CEDI za 1 Euro i na szczescie to juz koniec z nowymi pieniedzmi. Pozostale kraje w ktorych bedziemy to strefa CEFA i maja ta sama walute co Mali, Burkina.I bardzo dobrze bo w potfelu mamy juz maly kantor-Marokanskie dirhamy, Mauretanskie UGIJE, potem CEFA z Mali i reszty wspolnoty a teraz CEDI Ghanskie.Do tego Euro i dolary-uffff.Najgorsze jest nauczenie przeliczania wartosci towarow-po 2 dniach lapiesz co jest tanie co drogie,ale po 3 wyjezdzasz i nauka jest od nowa.I jeszcze tu 1000 a tu 5.Na dodatek nie mam dzis do tego glowy bo moj zołądek oglosil rewolucje.

GHANA

Houston - mamy problem.Odprawa osobista-5 minut, ale odprawa samochodu-nie da rady, nie mamy CPD (specjalne ubezpieczenie auta w PZMot-nigdzie nie pisalo ze jest w GHANIE obowiazkowe).Godzine gadamy najpierw z urzednikiem, potem z oficerem na koncu gadamy z szefem przejscia.CPD i koniec.Wychodza sie naradzic co z nami zrobic i po chwili decyzja-mamy czekac do jutra (dzis niedziela) i wykupic jutro jakies miejscowe ubezpieczenie.Zjawia sie nawet agent tej ubezpieczalni.Wkurzeni wracamy do busa i relacjonujemy reszcie co i jak.Agent idzie z nami i strasznie kreci-raz cena jest taka, raz inna, dodaje jakies prowizje-rozrzut od 100 do 300 euro.Po naradzie nasze dziewczyny ida pogadac "po swojemu".Ide z nimi prosto do szefa-a co !Szef powtarza uparcie dziewcznom jeszcze raz to samo i jeszcze raz, na poparcie otwiera internet aby nas przekonac. Czyta na glos, potem z uwaga po cichu. I SUPRISE !!! Z internetu wynika jak byk ze z Zielona Karta i naszym Brawn Police nie potrzebujemy CPD! A oni biora od europejczykow na zasadzie-zawsze tak bylo.Dyskutuja z oficerem i agentem a my uparcie Zielona Karta pod ich nosy- to jest to samo.Kilka pytan i o dziwo szef bierze nasza strone.Oficer sie stawia ale widzimy ze cos sie posuwa. W koncu decyzja-mozemy jechac bez CPD. Zawiedziony agent bierze tylko nasza Ziel.Karte do ksero.Xerowanie trwa z pol godziny a my z szefem gadamy o Polsce i z radosci dziewczyny zaprzaszaja go do nas.Wreszcie po 18 po 5,5h w kurzu, pyle i sloncu ruszamy do Ghany.Jestesmy padnieci wiec dojezdzamy tylko do NAVRONGO.Reklamy przy drodze wskazuja pierwszy-lepszy hotel ale cena zwala nas z nog, wiec po reklamach szukamy gast-hausu.Podobno wszystko jest.Potem sie okazuje ze swiming-pool jest-ale bez wody, klimatyzacja jest-ale nie dziala i ciepla woda jest-ale jest zimna. Czyli standartowe-WELCOME TO AFRICA!

16.01

Wstajemy o 6 i o dziwo jest juz jasno.W Mali czy Burkinie jasno robilo sie po 7 a tu od 5.30.
Noc mam nieciekawa.Zoladek funduje mi 3 alarmy i bieg w pelnym rysztunku-tego nie przerabialem od czasów wojska.No ale flore bakteryjna zmieniamy co 3-4 dni wiec nie ma sie co dziwic.Mauretania i Mali-to glownie owoce:mango,papaja,awocado i suche kus-kus i ryze(do tego z kozliną).Burkina i Ghana to juz pola upawne-bataty,maniok, warzywa i makarony,kasze. A ze korzystamy z tego co jest no to czasem ten czy tamten maja klopot.Jedziemy na TAMALE.Pierwsza kontrola na drodze - i znowu temat CPD.Wysylamy dziewczyny,pokazuja Zielona Karte i dla żartow polskie pieniadze-puszczaja, ale mamy coraz wiekszego stracha co bedzie dalej. W koncu trafimy na sluzbiste a wtedy...INSZ ALLACH.Za oknem juz typowa sawanna.Robimy kilka postoi.Na szczescie tutaj wiaterek chlodzi-wczesniej grzal.Co chwile hopki i policja-na szczescie bardziej ich interesuje pogadac niz sprawdzac papiery.W poludnie stajemy i zjadamy smażone...bataty?Kasawa?Jakby sie nie zwalo-jest OK(tylko zoladek po minucie przypomina ze jest odmiennego zdania)) 13 jestesmy w TAMALE.Zar sie leje z nieba.Wg ksiazki jest tu jakis meczet naj...Okazuje sie ze z tych naj to chyba najbardziej przecietny. Duzy i brzydki.Obiadek w miescie i ruszamy. Wsiadajac sprawdzamy temperature-48,6 na zewnatrz i ponad 60 w busie.Za miastem jest wiaterek i da sie wytrzymac ale w centrach miast-tragedia.Lubie saune w styczniu ale nie 10h dziennie.Jedziemy w strone Rezerwatu MOLE-dzis wjezdzac nie ma sensu ale kimniemy sie w LARABANGAi z samego rana ruszymy na dzikie lowy.Trasa do Larabanga-tragedia.Nie dosc ze szuter to w dodatku niesamowita tarka.Przy 30/h amortyzatory wpadaja w taki rezonans jakby chcialy same odjechac.Do tego potworne dziury.80 km robimy w 4,5h.Pyl niesamowity a jak przejedzie auto z przeciwka to jedziemy w jego kurzu przez 2-3 km.Umordowani i zakurzeni po sam spod slipek znajdujemy hostel juz po zmroku.

17.01

Rano ruszamy na safari.Rezerwat MOLE troche rozczarowuje.Antylopy,malpy i guzce ale my szukamy czegos wiekszego.Wreszcie przed samym wyjazdem mamy slonie.Przewodnik ze sztucerem wychodzi z busa (tak na wszelki wypadek) a my pstykamy fotki.Jedziemy w strone KINTAMPO ale inną drogą.Mamy dosc wczorajszej tarki i dziur.Miejscowy tlumaczy inną(lepszą) droge.Podobno tylko 1,5h i jestesmy na asfalcie tylko nie ma jej na mapie.Po drodze w jakiejs wiosce jemy obiadek-tutejszy specjal FUFU ( wielka kluska z manioku ubijana na miejscu przez kobiety w wyzlobionym w drzewie korytku-klucha zajmuje caly gleboki talerz z pikantnym sosem i śladami miesa).Po obiadku ruszamy....i jest coraz ciekawiej.Przewodnik nic nie mowil ze droga sie rozwidla i krzyzuje z innymi.Jedziemy na czuja.GPS pokazuje "brak trasy" ale droge asfaltową TAMALE-KUMASI mamy caraz blizej.I wtedy nasza szutrowa droga sie konczy.To znaczy jest jakas sciezka dalej ale nie na naszego busika.I znow- wioska, miejscowi, gadanie-kazdy pokazuje w inna strone.Wychodzi na to ze do KUMASI dojedziemy i w prawo, i w lewo, do gory, na dol....tylko nie tedy.Wybieramy na oko opinie najkumatszego.Cofamy sie 20 km i skrecamy wg wskazania.Po paru km pytamy innych-podobno dobrze.Niewiele widac bo droga wije sie przez busz,sciany zieleni po obu stronach, do tego dym bo caly czas wypalaja polacie buszu (pytalismy-robia kontrolowana pozary poszycia).Tam gdzie nie wypalone trawa na 3m.Kluczymy tymi "drogami" sciany zieleni powoduja ze nie ma przewiewu,termometr pokazuje 49,6(w busie to samo).A sloneczko coraz nizej,a my z coraz wiekszym strachem.Wreszcie ok 18 sloneczko zachodzi a my rownoczesnie wyjażdzamy na asfalt! W sam czas bo jezdzic po tych trasach po zmierzchu....Oczywiscie wszystkie plany wziely w leb.Do wodospadow w KINTAMPO nie zdazymy.Szukamy guest-housu(w poprzednich krajach byly to OBERŻE ale Ghana to byla kolonia brytyjska wiec sa gasthausy). Jak na zlosc nic nie ma przy trasie i na noc zajezdzamy aż do KINTAMPO.Padnieci bierzemy pierwszy-lepszy hotel (hotel LIVE-nawet fajny) i spac.

18.01

Rano zarzadzamy pobudke na 6.30 i bez sniadania ruszamy pod wodospady.Tam spokojniej i luzniej, robimy sniadanie. Wodospady-1 klasa (może poza faktem ze ten 70 metrowy ma ze 40m a ten 40-m - moze 25m, ale w afryce to norma).Nie robimy planow bo i tak wszystkie biora w leb.Chcemy tylko dotrzec do KUMASI.Na mapie to proste ale afryka nauczyla nas ze tu nic nie jest proste.Po drodze patrzymy na Ghane.Malo tu aut.Wszystko co zywe jezdzi na rowerach i motorkach.Ciekawostka-niedoceniany u nas TICO tutaj jest podtawowa taksowka.W Polsce to ledwie sie wloklo a tutaj 5 osob w srodku,ladunek i na dachu i w bagazniku że tylna klapa sie nie domyka- i gna to do przodu 2x szybciej niz my po dziurach i dolach zawieszeniem szorujac po drodze.Po drodze do KUMASI zmienia sie roslinnosc za szyba na rownikowa.Widac kokosy, bananowce i drzewa bambusowe, po obu stronach sciana dzungli, w powietrzu czuc wilgoc.Nie ma juz wypalarni wegla drzewnego.W KUMASI jestesmy o 15 znajdujemy nawet hotel ale miasto jest fatalne.Smrod, zaduch,goraco-postanawiamy odpuscic sobie i podjechac ile sie da na CAPE COAST.Kolo BEKWAI znajdujemy fajny gasthaus.Wlasciciel-mily starszy Ghanczyk, doktor, kilka lat pracowal na Ukrainie.Zapowiada sie ciekawy wieczor, ale.......Kiedy my we 3 negocjujemy nocleg, reszta ekiry siedzi w busie na poboczu i jest swiadkiem bardzo groznego wypadku kobiety na drodze.Nie wdaję sie w szczegoly-czesc z naszych ma to przed oczami a wyglada to drastycznie(5m od nas).Kobiete zabieraja do pick-upa i odjezdzaja,ale na miejscu pojawilo sie juz duzo gapiow i z braku lepszego obiektu gapia sie na nas i gadaja o nas.Nie mielismy z całą tą sytuacja nic wspolnego,ale zaczynaja sie pomruki, wskazywanie nas palcami.Zbiera sie ich coraz wiecej a najwiecej do powiedzenia maja ci co przyszli po fakcie.Robi sie naprawde nieprzyjemnie, wiec rezugnujemy z noclegu u milego doktora i jedziemy dalej.Brakuje nam tylko oskarzenia ze to czary bialych ludzi sa winne calej sytuacji.20km dalej znajdujemy inny gasthaus i w nienajlepszych nastrojach idziemy spac

19.01

O 7 jedziemy na CAPE COAST.Poludnie Ghany jest zamozniejsze-inne domy, mniej motorkow a wiecej aut.Pierwszy dzien od "nie pamietam" jest pochmurno.Niewiele to daje-jest potwornie parno choc jest tylko 33 st C. Leje sie z nas pot.Przed miastem-nie uwierzycie-radar! 64km/h zamiast 50.W kraju gdzie auta wygladaja jak....wszystko tylko nie auta, gdzie nie maja lusterek, szyb, lamp,gdzie kazdy jezdzi gdzie chce i jak chce-my za predkosc placimy 50 CEDI(25 Euro).Szkoda nam czasu wiec placimy.Pojawiaja sie plantacje ananasow,kokosow. Przypadkowy zjazd w boczną droge na przerwe-okazuje sie ze to zjazd na fabryke oleju palmowego.Przyjezdza wlasciciel i oprowadza nas po fabryczce.14 lat mieszkal w Niemczech i teraz tez tam bywa w interesach-calosc produkcji idzie do Niemiec.Dojezdzamy do CAPE COAST-fajne nadmorskioe miasteczko. Jestesmy najdalej na poludnie jak zakladala nasza trasa-teraz juz tylko w strone Europy.Najpierw na wschod(Togo, Benin), a potem juz praktycznie wracamy (okreznie bo przez Senegal i byc moze Gambie).Na liczniku-11 tys km.
Z CAPE COAST jedziemy do ELMINA-male portowe miasteczko obok.Oczywiscie obowiazkowa kapiel w oceanie(wlasciwie w Zatoce Gwinejskiej).Rybki, piwko.Nasz oklejony busik robi wrazenie-niestety nie wszedzie dobre.Jest troche zaczepek, ale w normie.Dzieciaki tylko sa tu wyjatkowo bezczelne i nachalne.Wieczorkiem dojezdzamy pod park KAKUM na nocleg

Zdjęcia

GHANA / TAMALE / przy drodze do Parku Mole / SiostryBURKINA FASO / Po / Tiebele / Tradycyjne malunki naścienne we wsi animistówGHANA / TAMALE / wieś niedaleko wjazdu do Parku Mole / Biały MeczetGHANA / TAMALE / droga do Parku Mole / cieżka droga nas czeka....GHANA / Kintampo / pod wodospadami Kintampo / daltonizm???

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl