Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

tytuł:

Albańskie klimaty > ALBANIA

autor:jedrzej
typ:relacje z podróży
Dodaj do: wykop.pl


Zdjęcie ALBANIA / Albania / Tirana / widok na Dajti
Pomysł odwiedzenia Albanii, najbardziej tajemniczego kraju Europy, zrodził się w 1995 roku. Pierwotnie wyjazd zaplanowaliśmy na wakacje 1996 roku. Niestety, upadek systemu oszczędnościowego tzw. piramid oraz związane z tym rozruchy społeczne, uniemożliwiły nasz plan. Dopiero w 2005 roku nasz pomysł doczekał się realizacji.


Magazyn Podrózniczy Inspiracje



Albańskie klimaty


Do Tirany przylecieliśmy samolotem austriackich linii lotniczych z Wiednia. Z lotniska Marii Teresy nie odjeżdżały żadne autobusy do miasta, zdanym się było wyłącznie na prywatne taksówki. Mieliśmy to szczęście, że spotkany wcześniej w samolocie Albańczyk, zaoferował nam transport do hotelu samochodem swojego brata. Już podczas przejazdu uwagę moją zwróciła niewiarygodnie duża ilość mercedesów poruszających się po ulicach. Wyglądało na to, że jedynym samochodem akceptowanym przez Albańczyków, jest kilkunastoletni lub starszy mercedes. Dotyczy to całego kraju.

Centrum Tirany jest zabudowane jednakowymi żółtymi domami, w których mieszczą się ministerstwa i urzędy centralne. Zostały one wybudowane przez Włochów w okresie drugiej wojny światowej. Punkt centralny miasta stanowi plac ze znajdującym się na nim pomnikiem Skanderbega, bohatera narodowego Albanii. Na północ od pomnika stoi Meczet Ethem Beja. Był jedynym czynnym meczetem w kraju w czasach Envera Hodży ale nie dla Albańczyków, mogli do niego wchodzić tylko obcokrajowcy. Tuż obok w XIX wieku postawiono wieżę zegarową, która dzisiaj jest wykorzystywana jako punkt widokowy. I to w zasadzie wszystkie zabytki Tirany. Nic więc dziwnego, że pierwszego dnia znaleźliśmy jeszcze czas aby odwiedzić dworzec kolejowy. I był to najciekawszy punkt programu. Na początku przez dłuższą chwilę nie mogliśmy znaleźć wejścia. Wyglądało na to, że cały teren jest ogrodzony drucianym płotem. Zza płotu było widać jeden peron osłonięty wiatą z kończącymi się po jego obydwu stronach torami. Na torach stały zdezelowane wagony. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że stojący po prawej stronie, kilkadziesiąt metrów dalej, budynek jest budynkiem dworcowym. Weszliśmy, w środku nie było nikogo, kasy były zamknięte. Z wiszącego na ścianie rozkładu zorientowaliśmy się, że pociąg do Vlory ma planowy odjazd o czternastej. Informacje te były zgodne z uzyskanymi wcześniej z Internetu. W ogóle ze stacji „Tirana Główna” w ciągu doby odjeżdżało kilka pociągów w trzech kierunkach: Vlory, Szkodry i Pogradecu. Wyszliśmy jeszcze na peron aby obejrzeć stojące wagony. Na pierwszy rzut oka wyglądały tak, jakby służyły do przewozu pseudo-kibiców: w połowie okien nie było szyb, przedziały były zdewastowane. Na drugi dzień, już jadąc, stwierdziłem, że również toalety nie nadawały się do użytku.

Wieczór spędziliśmy na tarasie kawiarni w Parku Młodzieży. Przysiedliśmy się do pary młodych Albańczyków i staraliśmy się dowiedzieć od nich jak najwięcej o życiu w ich kraju.

Przedpołudniem następnego dnia, kontynuowaliśmy zwiedzanie Tirany. Obejrzeliśmy gmach Uniwersytetu, piramidę-dawne mauzoleum Hodży, obecnie centrum wystawiennicze oraz odwiedziliśmy część bazarowo-handlową miasta. Oczywiście nie mogliśmy pominąć prywatnego domu Envera Hodży. W związku z czym wyniknęła zabawna sytuacja. Pytając Albańczyka o lokalizację obiektu spotkaliśmy się z zapytaniem, czy jesteśmy komunistami. Odpowiedzieliśmy, że pochodzimy z kraju, który jako pierwszy zburzył komunizm. Ponieważ rozmowa była prowadzona w języku włoskim, którego ani on ani my nie znaliśmy, zrozumiał, sądząc po jego zachowaniu, że chcemy zburzyć dom Hodży. W każdym razie takie odniosłem wrażenie. Nie kontynuując rozmowy, oddaliliśmy się szybkim krokiem. Następny zapytany przechodzień wskazał nam właściwą drogę.

Po obiedzie, wsiedliśmy w miejski autobus i pojechaliśmy na dworzec Aby dojechać do dworca, autobus musi okrążyć całe centrum. Była to może ostatnia szansa na zobaczenie komunistycznej Tirany. Całe sektory ulic są wyburzane. Tam gdzie uprzątnięto gruz, zaczynają powstawać nowe osiedla. Tylko gdzieniegdzie można jeszcze zobaczyć stare odrapane kamieniczki ze sklepikami czy warsztatami rzemieślniczymi.

Podróż do Vlory, położonej sto dwadzieścia kilometrów od Tirany, zajęła nam sześć godzin. Taka powolna jazda pozwalała na dokładną obserwację terenu. Dla cudzoziemca krajobrazy albańskie mogą być szczególnie atrakcyjne z uwagi na mnóstwo bunkrów pokrywających cały kraj. Znaleźć je można wszędzie: na polach, plażach, przy drogach nawet w wiejskich zagrodach. Najczęściej są małe jednoosobowe ale trafiają się i większe przeznaczone dla kilku żołnierzy. Jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłem uwagę. Jeden przedział był przeznaczony dla policji, przez całą podróż znajdowało się w nim kilku uzbrojonych funkcjonariuszy.

Kiedy w końcu dotarliśmy do Vlory było już ciemno. Po wyjściu z dworca znaleźliśmy się na pokrytym kałużami, nieoświetlonym placyku. O jakimkolwiek środku transportu nie było co marzyć. Zupełnie zdezorientowani, udaliśmy się w końcu za większością podróżnych. Po kilkuset metrach wyszliśmy na oświetloną ulicę gdzie złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu. Tego wieczoru wybraliśmy się jeszcze na spacer nad morze. Było bardzo nastrojowo: pusta plaża, fale uderzające leniwie o brzeg. Po wejściu na falochron wrzynający się w morze, w świetle latarki, zobaczyłem mnóstwo szczurów biegających po betonie. Wróciliśmy do hotelu.

Następnego dnia zaplanowaliśmy zwiedzenie Apollonii, starożytnego miasta z VI wieku p.n.e. Do Fier, w którym mieliśmy przesiadkę, dojechaliśmy autobusem jadącym do Durres. Wysiedliśmy na skrzyżowaniu po wschodniej stronie miasta, żeby złapać mikrobus jadący do miejscowości leżącej najbliżej Apollonii, musieliśmy przejść przez całe centrum. Albania jest krajem dla Albańczyków, w Apollonii obecnie już nikt nie mieszka. Nie ma więc powodu, żeby dla turystów utrzymywać połączenie. Tak więc indywidualny turysta musi ostatnie trzy kilometry przejść pieszo. Na miejscu można zwiedzić dwa kompleksy. Pierwszym z nich jest średniowieczny monastyr i cerkiew, otoczone krużgankami, w których są umieszczone greckie posągi i wazy wykopane w okolicy. Drugi, ruiny starożytnej Apollonii jest niezbyt przygotowany do zwiedzania i w związku z tym mniej interesujący.

Popołudnie spędziliśmy we Vlorze. Miasto jest znane z tego, że w 1912 roku, po kilkuset letniej tureckiej niewoli, zostało pierwszą stolicą niepodległej Albanii. Obecnie fakt ten przypomina pomnik Niepodległości stojący naprzeciw cmentarza wojskowego. Pochowani są tam żołnierze, którzy oddali swoje życie za ojczyznę w różnych okresach. Ostatnie groby pochodzą z 1996 roku.

Główna ulica miasta, szeroka obsadzona palmami aleja prowadzi do portu. Jest zabudowana nowymi budynkami, w których znajdują się między innymi, nowoczesne centra handlowe oraz restauracje z letnimi ogródkami. Część uzdrowiskowa jest położona na nadmorskich wzgórzach, tuż za miastem. Zabudowana hotelami, pensjonatami oraz domami prywatnymi prezentuje się dość atrakcyjnie. Generalnie Vlora, pomimo okolic dworca kolejowego, zrobiła na mnie wrażenie najbardziej europejskiego miasta z tych, które odwiedziłem w Albanii.

Rankiem następnego dnia wyjechaliśmy do Sarandy, znanego kurortu, położonego nad morzem Jońskim. Pierwszą część podróży odbyliśmy jak na warunki albańskie dobrą drogą tzn. dwa autobusy mogły się minąć swobodnie. Emocje zaczęły się dopiero wtedy gdy musieliśmy przejechać przez łańcuch górski, oddzielający wybrzeże od wnętrza kraju. Szosa zaczęła się wspinać serpentynami wzdłuż bardzo stromego zbocza. Stała się tak wąska, że podczas mijania drugiego pojazdu, koła naszego autobusu znajdowały się bez mała nad przepaścią. Przypomniała mi się od razu trasa Pokhara Chitwan w Nepalu, tylko tam droga była o trochę gorszej nawierzchni a w dole płynęła rzeka.

Saranda jest niewielkim miasteczkiem, położonym nad zatoką. Uwagę zwraca bardzo nowoczesna promenada nadmorska, ale plaże są wąskie i kamieniste. W centrum można odpocząć w mini parku, otaczającym fontannę. Wieczorem podświetlone strugi wody „tańczą” przy dźwiękach muzyki. Po zachodzie słońca gdy rybacy wracali z połowu można było na nabrzeżu kupić świeżą rybę.

Najbardziej znanym obiektem turystycznym, jest położone niedaleko Sarandy, starożytne miasto Butrinti. Według Tukidydesa zostało założone w XII wieku p.n.e. przez Hellenów z rodu Priama, uciekinierów spod Troi. Przez tysiąclecia rozwijało się prężnie, leżąc na jednym z najważniejszych szlaków handlowych starożytnego świata. Obecnie Butrinti znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Fakt ten pozwolił zaoszczędzić nam kilkanaście euro. Kupując bilety wstępu pokazaliśmy „Teacher Card”, na której jest umieszczony symbol UNESCO. Kasjerka obejrzawszy ją dokładnie stwierdziła: „o professore UNESCO” i wpuściła nas bez biletów. Obejrzenie całego kompleksu zajęło nam prawie cały dzień. Droga powrotna do Sarandy prowadziła wzdłuż jeziora Butrinti. Z góry były widoczne metalowe instalacje służące do połowu małży. Wieczór spędziliśmy spacerując po nadmorskiej promenadzie i delektując się grilowaną kukurydzą.

Nazajutrz z samego rana wyjechaliśmy do Gjirokaster, rodzinnego miasta Envera Hodży. Powtórny przejazd przez przełęcz Muzines nie dostarczył nam już tylu wrażeń (jechaliśmy od strony stoku). Gjirokaster, nazywane w Albanii miastem białych dachów, jest położone u stóp olbrzymiej twierdzy. Za czasów komunistycznych w cytadeli więziono przeciwników reżimu. Obecnie znajduje się tam Muzeum Broni, którego chlubą jest myśliwiec amerykański przejęty przez albańską armię w latach 50-tych.

Po opuszczeniu potężnych murów twierdzy zagłębiliśmy się w wąskie, strome uliczki pokryte kamiennymi łupkami. Po obu stronach, stały nieduże białe kamieniczki. Były bardzo malownicze, niestety większość z nich wymagała gruntownego remontu. Uwagę naszą zwrócił fakt, że wiele domów było niezamieszkałych. Gjirokaster, będąc miastem rodzinnym Hodży, otrzymało status Miasta Muzeum. Sprawiło to, że wiele obiektów sakralnych uniknęło tu zniszczenia w czasach gdy Albania była państwem laickim. Myślę, że dzięki temu obejrzeliśmy grobowiec derwisza, z dachem pokrytym kamiennymi łupkami, w stanie nienaruszonym. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Hodży. Obecnie znajduje się w nim Muzeum Etnograficzne. Wieczór spędziliśmy na tarasie kawiarni obserwując iluminowaną twierdzę. Podsumowując, w Gjirokaster turysta nie znajdzie zabytków klasy zero, ale samo zabytkowe centrum stwarza swoisty klimat. Dowodem niech będzie fakt, że w 2005 roku starówka została wpisana na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Następnym etapem naszej wyprawy był Berat, miasto położone u podnóża łańcucha górskiego Tomorri nad rzeką Osum, nazywane w Albanii miastem tysiąca okien. Podobnie jak w Gjirokaster, starówka jest położona na zboczu góry, której wierzchołek zajmuje rozległa twierdza. Jednak tutaj w obrębie murów znajduje się kilkanaście kościółków i cerkwi, dwa maczety oraz domy mieszkalne. Niestety tylko jeden, Świętej Marii, zachował swój bogaty wewnętrzny wystrój. Wynika to stąd, że umieszczono w nim Muzeum Onufrego, największego w historii Albanii malarza ikon. Pozostałe, w czasach Hodży, zostały zamienione w magazyny. Obecnie wnętrza wielu z nich, to puste pomieszczenia o ścianach pokrytych resztkami malowideł. Z twierdzy roztacza się wspaniała panorama miasta oraz sąsiednich wzgórz. Po zejściu na dół odwiedziliśmy „średniowieczne centrum”, w którym znajdował się meczet oraz osiemnastowieczne teqe.

Noc spędziliśmy w hotelu Tomori. Z okna naszego pokoju, znajdującego się na VI piętrze, mieliśmy widok na twierdzę oraz leżącą poniżej, starą muzułmańską dzielnicę, Mangalem, która była celem przedpołudniowej wycieczki w następnym dniu. Dość strome zbocze wzgórza zostało, w XVIII wieku, zabudowane małymi domkami o dużych oknach. Brukowane uliczki są tak wąskie, że stojąc pośrodku można rękoma dotknąć ścian domów stojących po jej obydwu stronach. Niektóre domy są ogrodzone dwumetrowym kamiennym murem z dużą, najczęściej drewnianą, bramą. Nastrój jest niesamowity.

Koło południa wyjechaliśmy do Golem gdzie mieliśmy wykupiony pobyt. Następne sześć dni spędziliśmy głównie na plaży. Okolice Durres słynął z szerokich piaszczystych plaż i łagodnego zejścia do wody. Ponieważ zarówno temperatura wody jak i powietrza była odpowiednia wypoczynek można uznać za udany. Jedynym mankamentem była duża ilość odpadków znajdujących się na plaży. W Albanii nie ma służb odpowiedzialnych za czystość plaż, również sami Albańczycy zostawiają po sobie śmieci. Opiekunowie leżaków hotelowych co prawda sprzątają ale polega to na tym, że po prostu odrzucają pozostawione śmieci poza ich teren. Tak, że po koniec sezonu te części plaży, które nie należały do hoteli były pokryte stosami różnego rodzaju opakowań i.t.p. Drugą rzeczą na którą zwróciłem uwagę, był sposób w jaki plażowe smażalnie ryb zaopatrywały się w surowiec. Po prostu kilku Albańczyków rozwijało sieć, tworząc półokrąg, którego średnicą był brzeg a następnie ściągali sieć, zagarniając w ten sposób zarówno ryby jak i nieuważnych pływaków. Pływając trzeba było zatem uważać aby nie wylądować na patelni. Dobrą stroną opisanej metody było to, że kupując smażone ryby miało się gwarancję ich świeżości.

W ciągu tych sześciu dni odbyliśmy tylko jedną półdniową wycieczkę do Durres. Z zabytków, które ma do zaoferowania Durres należy wyróżnić amfiteatr z czasów rzymskich, odkryty przypadkiem w 1966 roku oraz pozostałości forum-starożytnego rynku. W okolicach nadmorskiej promenady znajduje się wenecka baszta i resztki murów obronnych. Nie jest to dużo jak na miasto o ponad dwu i pół tysiącletniej historii. Również samo miasto nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ponieważ spotkaliśmy naszych znajomych z Butrinti, przedłużyliśmy pobyt i do hotelu wróciliśmy późnym popołudniem.

Ostatnim miastem, które zaplanowaliśmy odwiedzić była Kruja, pierwsza stolica Albanii, rodzinne miasto Skanderbega. Kruja jest usytuowana na zboczu masywu górskiego. Droga dojazdowa do miasta prowadzi serpentynami wśród oliwnych drzew. Po przybyciu zameldowaliśmy się w hotelu „Panorama”. Z tarasu przed naszym pokojem rozciągał się widok na wzgórze, ze znajdującą się na nim obronną twierdzą pośrodku, szczytu Skanderbeg po lewej oraz rozległej doliny po prawej stronie.

Do twierdzy prowadzi wąska, stylowa brukowana uliczka. Po obydwu jej stronach znajduje się mnóstwo sklepików z pamiątkami. W samej warowni znajdował się w średniowieczu zamek Skanderbega. Niestety nie dotrwał do naszych czasów. Obecnie w tym miejscu postawiono muzeum poświęcone temu narodowemu bohaterowi Albanii. Budynek muzeum został zaprojektowany przez córkę Hodży i podobno ma niewiele wspólnego z oryginałem. Spacer po terenie twierdzy dostarcza wielu niezapomnianych widoków na miasto i okoliczne góry.

Po obiedzie odwiedziliśmy miejskie targowisko. Z tej przechadzki zapamiętałem widok owcy przywiązanej do drzewa przed kramem rzeźnika, oczekującej na swoją kolej.

Przedostatni dzień pobytu w Albanii spędziliśmy na górskiej wycieczce. Postanowiliśmy zdobyć szczyt Skanderbega (około 1600 m.n.p.m.) i zwiedzić znajdujący się na nim grobowiec muzułmańskiego świętego. Grób ten jest miejscem licznych pielgrzymek. Wejście od strony zachodniej, po której leży Kruja, jest zbyt strome. Zdecydowaliśmy się więc okrążyć masyw od strony południowej.

Wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Po opuszczeniu miasta zaczęliśmy się wspinać dość stromo pod górę szeroką drogą. Z prawej strony mijaliśmy wapienne skały porośnięte wrzosem, z lewej roztaczały się piękne widoki na sąsiednie wzgórza. W oddali było widoczne morze. Po pewnym czasie skręciliśmy na północ i posuwaliśmy się wschodnim zboczem masywu. Krajobraz się zmienił. Obecnie po naszej lewej stronie znajdowała się głęboka dolina z widocznymi wioskami, drogami a nawet linią kolejową, zamknięta następnym masywem górskim. Wspinaliśmy się łagodnie pod górę szutrową drogą, biegnącą serpentynami wśród łąk porośniętych krzakami. Po osiągnięciu wierzchołka i zwiedzeniu sanktuarium, mogliśmy do woli rozkoszować się pięknymi widokami na Kruję i okolice. Do hotelu wróciliśmy tą samą drogą.

Popołudnie i wieczór spędziliśmy spacerując po twierdzy i po mieście. Rano taksówką pojechaliśmy na lotnisko. Ostatnim moim wspomnieniem z Albanii będzie widok drogi prowadzącej z bądź co bądź dużego miasta na międzynarodowe lotnisko. Była pełna dziur tak dużych, że nawet ciężarówki miały kłopot z przejazdem. Nawet jeśli kiedyś była pokryta asfaltem, to teraz było to tylko wspomnieniem. Obecnie tumany kurzu, wznoszące się po przejeździe każdego samochodu, nie pozwalały na swobodne oddychanie. Rośliny rosnące na poboczach były zupełnie szare. Nasz kierowca wydawał się nie zwracać na to zbytniej uwagi. Jego dwudziestokilkuletni mercedes spisywał się też dzielnie. Tak, że wkrótce byliśmy na lotnisku. Sumując, pobyt w Albanii można, w moim przekonaniu, uznać za udany a samą Albanię polecić tym wszystkim, którzy nie zwykli przywiązywać uwagi do drobiazgów. Piękne widoki, bardzo gościnni ludzie, urokliwe miasta, przyzwoity standard hoteli w pełni zrekompensują drobne niedogodności.


Zdjęcia:

ALBANIA / Albania / Tirana / widok na Dajti ALBANIA / Albania / Apollonia / fronton budynku Agonothetów ALBANIA / Albania / Saranda / port rybacki o zmierzchu ALBANIA / Albania / Girokaster / urokliwy zaułek ALBANIA / Albania / Berat / dzielnica Mangalem ALBANIA / Albania / Berat / w oczekiwaniu na klienta ALBANIA / Albania / Kruja / panorama Kruji

Przydatne adresy:

Brak adresów do wyświetlenia.


Inne materiały:

ALBANIA
artykuły / relacje: ALBANIA (29)
linki (6)
galeria zdjęć (612)
przewodnik: ALBANIA
ogłoszenia (28)
forum (64): ALBANIA

Komentarze:

Komentarze mogą być dodawane przez zarejestrowanych użytkowników.
Dodaj komentarz:
treść:
użytkownik: hasło:

Poprzednie komentarze:

    2007-07-04 14:59:31 - Al_addin
  • Super szkoda, że nie podajesz żadnych informacji praktycznych - gdzie szukać noclegu i co ważne jakie są orientacyjne ceny takiej eskapady.

Nowości
Przypominamy o możliwości pobrania obu numerów Magazynu z poziomu konta :-)
W Waszych skrzynkach mailowych czeka już świeżutki Magazyn Podróżniczy Globtroter.pl Inspiracje :-) Miłej lektury!
Ruda66: Widzę, że Bawaria nie rozpieszcza słońcem. Ale to nic nowego. I tak ją uwielbiam. :) ... (09-02 08:30)
NIEMCY / BAWARIA / STARNBERGER SEE / WIDOK NA  JEZIORO
Ruda66: Dziękuję Jabyrd. ... (09-02 08:23)
AUSTRIA / Tyrol / Tannheim / Wokół Vilsalpsee
jabyrd: Niezłe te kirgiskie fotografie... (09-02 04:32)
KIRGIZJA / brak / dolina Araszan / samopas
andi72: oj dmuchało ;) temperatura około zera ale warto było. ruszyliśmy po 6 rano a na przełęczy ... (09-02 01:55)
SłOWACJA / tatry wysokie / bystra ławka / widok z bystrej ławki
jabyrd: Ech, ta Rumunia ;-)... (09-02 01:10)
RUMUNIA / Transylwania / Zamek Bran / Na dziedzińcu w Bran
jabyrd: 5 to tylko 5 - piękne zdjęcie... (09-02 01:08)
AUSTRIA / Tyrol / Tannheim / Wokół Vilsalpsee
jabyrd: Nieźle chyba dmuchało; czy to jednodniowy wypad - pytam bo chcę jeszcze w tym tygodniu odw... (09-02 01:01)
SłOWACJA / tatry wysokie / bystra ławka / widok z bystrej ławki
X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies