Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

W stronę Gwatemali i Jukatanu > MEKSYK


Qudidas Qudidas relacje z podróży

Zdjęcie MEKSYK / brak / Playa del Carmen / Policjanci z Playa del CarmenTurystyczne szlaki ze stolicy Meksyku w głab kraju maja różne warianty i odcienie. Poniższa trasa wiedzie wielokrotnie przecieraną przez globtroterów trasą przez Villahermozę, Palenque, Yaxchilan, przez rzekę Usumacinta do Gwatemali i dalej przez Tikal, Chetumal na Riwierę Majów.
Po kilkudniowym lenistwie dalsza droga przez Chichen Itza do Meridy i przyległych centrów archeologicznych w Uxmal i Kabah.
Miłego wirtualnego urlopu!
Darek Strzelecki

1.
Widok z lotu ptaka na Popocatepetl i Iztaccihuatl, wulkany zwane potocznie Izta-Popo to prawdziwa uczta duchowa. Połacie śniegu na zboczach pięciotysięczników na wysokości samolotu do Villahermozy. Nosy w oknach. Zachwyt w milczeniu. Oto landszaft, na który wspinacze górscy „pracują” czasem kilka dni….

Wczesne popołudnie. Osiemset pięćdziesiąt kilometrów za nami. Prawie pusta płyta lotniska w stolicy stanu Tabasco, niczym rozgrzana patelnia. Tu zaczyna się kolejny etap wędrówki. Najpierw jednak trzeba zabezpieczyć bagaże na dachu furgonetki.

Trasa na południe do Palenque w stanie Chiapas. Villahermosę - „Piękne Miasto”, opuszczamy szybko i obojętnie. Zmierzch rzeczywiście nie jest najlepszą porą do oglądania ruin Majów, czy otaczającej je dzikiej przyrody. Dzienny plan musimy efektywnie zrealizować. Trzeba także nieco odpocząć. Nazajutrz, niestety, pobudka, przed otwarciem hotelowej restauracji.

W Palenque przed zakwaterowaniem się w hotelu, wizyta w ruinach Majów. Bagaże pozostają na dachu pojazdu. Zachmurzone niebo. Ponoć najwięcej opadów w Meksyku jest właśnie na tym terenie. Optymalna pogoda do penetracji archeologicznego centrum. Oto pozostałości jednego z największych centrów cywilizacji Majów w pełnej krasie….
Niedobitki zwiedzających. Ci, którzy dziś mieli tu być, prawdopodobnie siedzą już w hotelowych basenach, czy przebierają w sklepowych suwenirach. Jakby bardziej słyszalne pohukiwania małp, odgłosy ptaków. Powoli do wieczornego życia budzi się bezkresny zwrotnikowy las okolicznych wzgórz Tumbala. Plac ze starannie skoszoną trawą zabudowany szarymi obiektami o pierwszorzędnym znaczeniu w historii kultur mezoamerykańskich. Ten najbardziej uznany w Palenque obiekt – Świątynia Inskrypcji, cały w rusztowaniach. A więc „nici” z wejścia do krypty, gdzie w 1946 roku znaleziono około półtora metra pod ziemią w „doskonałym stanie” (cokolwiek miałoby to oznaczać) sarkofag ze szkieletem jednego z najważniejszych władców. Grobowiec Pakala Wielkiego z drugiej połowy wieku VII. Tego, który według teorii von Dänikena miał być kosmitą. Wraz z nim kości innych ludzi, być może niewolników poświęconych bogom podczas pogrzebu herszta, być może służby, jakieś ozdoby z jadeitu, naczynia i dary ofiarne. W krypcie ponoć dominuje kolor czerwony na ścianach, jedna z trzynastu barw używanych przez tę grupę Indian. Kolor mający magiczne znaczenie – nieśmiertelność.

Towarzysząca nam od lotniska lokalna przewodniczka zwraca uwagę na płaskorzeźby przy wejściu - gipsowe hieroglify, od których pochodzi nazwa szesnastometrowej piramidy. Szyfr niosący określone znaczenie. Niczym łamigłówka, czy rebus, stanowiący całe myśli o życiu królów i wydarzenia. Około ośmiuset hieroglifów, o których całościową wiedzę posiadają tradycyjnie w swoim czasie kapłani i postawieni wysoko w hierarchii Majów, „urzędnicy”. Podobne reliefy zdobią ponoć również ściany sarkofagu Pacala. Tego jednak organoleptycznie nie badamy.

Bez większych emocji podążamy dalej, aby wspiąć się schodami na dziesięciometrową platformę, położoną na środku placu, gdzie zabudowania z korytarzami, salami, dziedzińcami i charakterystyczną wieżą – być może stanowiącą w VII wieku obserwatorium astronomiczne. Z pewnością niegdyś wspaniały kompleks pałacowy, dziś -„zakonserwowane” ruiny.

Większe wrażenie na przybyszach zdaje się robić powstała w końcu VII wieku Piramida Słońca, której zdobycie każdy uważa za punkt honoru. Na szczycie tego najwyższego w Palenque obiektu, zdjęcia i odpoczynek. Z dala od teraźniejszości i cywilizacji jeszcze donośniej brzmi głos dżungli, głos natury, głos wolności. Gdzieś w oddali, piramida Ulistnionego Krzyża, z charakterystycznymi otworami wejściowymi i oknami, niczym „mega dziurki” na klucze przy drzwiowych zamkach. Widoczne piramidy Krzyża, czy Hrabiego zbudowane podobnie jak Piramida Słońca przez poddanych, po okresie panowania Pacala Wielkiego. W tej ostatniej zamieszkiwał podobno w latach trzydziestych XIX wieku Jean-Frederic Waldeck - dziwak, rysownik tworzący obrazy Palenque, samozwańczy hrabia, z wyboru uciekinier od życia.
W gąszczu roślinności odkryć można jeszcze niejeden obiekt, dający wyobrażenie jak wyglądało miasto przed swoim odnalezieniem. W tym kontekście głośno o pracach z 2001 roku, kiedy naukowcy i studenci pod kierunkiem Eda Barnharta prowadzący badania okolicznej dżungli, natrafili na pozostałości około tysiąca nieznanych wcześniej budowli – prawdopodobnie dzielnicy mieszkalnej, licznych kamiennych akweduktów, czy kanałów łączących miasto z rzeką Otolum. Obiekty poddawane stopniowej inwentaryzacji często w fachowych materiałach, określone zostają numerycznie, jako „świątynia I”, czy „struktura grupy C”.

Nadciągający zmierzch nakazuje odwrót do hotelu. Zejście wąską ścieżką ze wzgórza, z archeologicznego stanowiska wzdłuż strumieni, wodnych kaskad przez wiszący most. Można rzec: ucywilizowana dżungla. Trochę jak ogród botaniczny, trochę jak piesze safari….

Osiem kilometrów od archeologicznej strefy jeden z hoteli. Czterogwiazdkowy „Hotel Plaza Palenque”. Sześćdziesiąt trzy dolary USA za dwuosobowy pokój. A jaka kolacja!. Prawdziwa meksykańska kuchnia. Przy okazji dawka geografii dzięki wyeksponowanej na stojaku mapie Meksyku. Dobra chwila, aby przy kawie usystematyzować ogólną wiedzę o kraju, przebytej trasie i dalszych planach. Jeszcze basen, jeszcze jakieś pamiątki w pobliskim sklepiku, widokówki do znajomych. Czy dotrą do adresatów, wrzucone do skrzynki pocztowej na skraju zwrotnikowego lasu?


2.
Szósta rano. Prowincjonalny spokój. Dziś śniadanie w torebkach. Omijają nas przyjemności szwedzkiego stołu i kawa w restauracji „Las Guacamayas”. Droga wzywa. Kierunek Yaxchilan przy granicy z Gwatemalą.
Sto trzydzieści kilometrów do przeprawy na rzece Usumacinta. Słońce zagląda przez szyby naszego pojazdu. Coraz więcej uczniów w mundurkach podąża poboczem do pobliskiej wsi. Zbliża się ósma.

1 stycznia 1994 roku Otwarta zostaje strefa wolnego rynku między Kanadą, Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem. Słowo „Meksyk” w mediach pojawia się jednak w innym kontekście. Głośno mówi się o najbiedniejszym stanie kraju – Chiapas, Subcomandante Marcosie i powstaniu Zapatystów. Walce o uznanie praw Indian i ich autonomii. Reakcją rządu są zapowiedzi korzystnych zmian. Zawieszenie broni. Względna cierpliwość Indian z Marcosem trwa do dziś, mimo że, jak stwierdzają mniej lub bardziej oficjalnie źródła ze współczesnego ruchu Zapatystów, niewiele w sprawie zostało zdziałane.

Na rozprostowanie kości wybieramy mało urokliwe miejsce w jednej z wsi. Tak, czy inaczej, lepiej tam gdzie ludzie. Zewsząd ostrzeżenia dla turystów, aby na uwadze mieć niepokoje, które w Chiapas, od czasu do czasu, uaktywniają się. Nie chcemy stanowić okupu, nie chcemy zostać potraktowani instrumentalnie. Rząd meksykański walczy z przemocą, „oferując” amnestię dla posiadaczy nielegalnej broni bądź nagradzając każdego skruszonego komputerem. Niewiele to zmienia.
Pracujący nieopodal drogi drwale coś karczują. Okazja do zagajenia rozmowy. Kontakt oparty głównie na migowych gestykulacjach, skutkuje zakupem używanego przez indiańskiego wieśniaka, tasaka. Prawdopodobnie zarabia na tym więcej, niż przez cały dzień fizycznej pracy. Niestety, rączka tasaka to sztuczne tworzywo. Trzeba będzie przerobić. Dające się we znaki stada gryzących muszek, skutecznie wymuszają szybki powrót do furgonetki.

Graniczne formalności wyjazdowe w Echevarria, znanego również pod nazwą Corozal, załatwiamy zaraz po śniadaniu na wolnym powietrzu. Wyjazdowa opłata po dziesięć dolarów USA. Mętna, szeroka rzeka bez mostu stanowi tu przejście dla łodzi motorowych. Usumacinta, ze źródłami gdzieś w lasach Sierra de Santa Cruz w Gwatemali. Rzeka, której bieg kończy basen Zatoki Meksykańskiej. Rzeka - ostatnia przeszkoda na drodze uciekinierów via Meksyk, do Stanów Zjednoczonych, stanowiąca naturalną linię oddzielającą półwysep Jukatan.
Kurs doYaxchilan, jeszcze na terenie Meksyku. Miejsca niedostępnego drogą lądową. Ostatniego w Chiapas. Potem już na drugą stronę.
Niekoniecznie po utwardzonym chodniku, dalej schodami, przenosimy swój dobytek, do przycumowanych na brzegu łodzi pasażerskich, zwanych „lancha”.
W dół rzeki. Z obu stron tylko las i błotniste brzegi. Gdzieś na gwatemalskiej stronie dżungli Lacandon, marabuty. Jakieś pół godziny do celu.
Sternik nie jest rozmowny. Niespodziewanie skręca łódź w kierunku meksykańskiego brzegu. Wycisza silnik i usiłuje nam coś pokazać. Małpy. „Pewnie uwiązane i eksponowane dla publiczności!”- żartujemy. Zachowanie nasze usprawiedliwia jedynie niecodzienne dla nas spotkanie oko w oko z naturą. Podobne reakcje, gdy widzimy wygrzewające się na brzegu, krokodyle.

Skrawek ucywilizowanej, wykarczowanej dla turystów dżungli. Świat Majów. Świat bogów obrazowany postaciami zwierząt. Rzeczywistość, gdzie wysoki poziom wiedzy stanowią astronomia, inżynieria, matematyka. Gdzie cywilizacja, w której ludzie posługują się kalendarzami, z których jeden dzieli czas na 18 miesięcy po 20 dni, plus 5 dni „nieszczęśliwych”, drugi - „religijny”, zawiera 260 dni nazwanych i oznaczonych liczbami. Yaxchilan. Odizolowane miasto, którego zagłada przychodzi w początkowych latach wieku IX n.e. Miasto znane badaczom kultur ze względu na dużą liczbę skomplikowanych reliefów i dobrze zachowanych budowli oraz steli, czyli pionowo ustawionych, rzeźbionych płyt nagrobnych.
„Budowla 33”. Piramida zwieńczona ażurową świątynią, czasem określaną jako „gołębnik”. Największa w Yaxchilan. Gnamy na najwyższe stopnie, skąd widok ponad drzewami na bezkresny las. Gdzie z pewnością nie każdy w okresie istnienia miasta mógł lub miał ochotę wchodzić. I szkoda, że nie udaje się dorobku i wiedzy Majów kontynuować, że przepada to wszystko, co szczególnie dwaj wielcy władcy Indian z Yaxchilan – „Jaguar Tarcza” i jego syn „Ptak Jaguar”, zdołali wnieść dla rozwoju cywilizacji w tym zapomnianym zakątku świata.


3.
Godzinna jazda łodzią z powrotem, w górę rzeki, daje się we znaki. Zmęczenie i głód. Ze środka Usumacinty obojętnie mijamy nasze przejście graniczne po meksykańskiej stronie. Formalności graniczne na szczęście za nami. Cierpliwie, bez emocji, wyczekujemy zejścia na ląd gdzieś na wykarczowanym skrawku brzegu rzeki, po stronie Gwatemali.

Nowy przewodnik i kierowca czekają na nas podobno od rana. Na mokrym piasku gromada półnagich dzieci chętnie chwyta za ciężkie bagaże i sprawnie przenosi do zaparkowanego na zboczu, autokaru. Nikt nie protestuje, choć to nieludzkie. „Zrzutka” na naszych meksykańskich przyjaciół i żegnamy „na chwilę” Meksyk. I tylko trochę smutno, gdy przewodnicy z Villahermozy odpływają i znikają za zakrętem….

Dzieci otrzymują również należną zapłatę, chociaż domagają się, jak to zwykle bywa, więcej. Dopiero stanowcza postawa naszego ciemnoskórego opiekuna, daje możliwość spokojnego odjazdu. Ten brzeg rzeczywiście jest granicą pomiędzy innymi światami. Przekraczamy jakąś barierę. Wstępujemy na ląd bardziej tajemniczy, mniej ucywilizowany, inny od tego, z którym stykamy się codziennie. Nie ma nawet pograniczników. Przynajmniej tu, gdzie, jak wydaje się, być powinni. Autokar wiezie nas szutrową drogą do najbliższej wsi.

Bethel. Wioska, gdzie załatwiamy wizy we wspólnym posterunku imigracyjno - celnym. Niczym w wiejskim sklepiku z okresu socjalizmu. Niski, odrapany budynek, „olejnica” na ścianach, niedbale wypisana nazwa instytucji. Wewnątrz jeden pokoik, może dziesięć, może piętnaście metrów kwadratowych, wysłużony blat oddzielający petentów od urzędnika. Na ścianach jakieś listy gończe, ostrzeżenia, wyciągi z przepisów prawa dotyczące przekraczania granicy, czy ochrony ginących gatunków fauny i flory. Dwóch pracowników, bez mundurów, wypisuje pokwitowania o poborze opłaty za wizy. Dziesięć amerykańskich dolarów per capita, albo po sto dwadzieścia meksykańskich pesos. Kwezalami - miejscową walutą, jeszcze nie dysponujemy.

Wyboista trasa pokryta warstwą pyłu wulkanicznego skutkuje problemami u osoby z soczewkami. Łzawienie i nerwowość. Pewną ulgę sprawia zamiana tylnych foteli na te z przodu. Za jedną z miejscowości postój na życzenie przy barwnym skrawku ziemi. Wiejski cmentarz. Groby przystrojone jakby baldachimami z kolorowych wstążek, firanek, blaszanych taśm z dziurkami w środku. Chwila zadumy, chwila wypełniona śpiewem natury w promieniach zachodzącego słońca gdzieś na krańcu świata, gdzieś w tajemniczym stanie El Peten.

Hotel „Maya Internacional” na półwyspie jeziora El Peten w czternastotysięcznym Flores nie przypomina typowej budowli znanej z folderów. Skromna, choć solidna budowla, wykończona dekoracyjnym, słomianym pokryciem dachowym. Pomieszczenie recepcyjno – restauracyjne oddzielone od właściwej części mieszkalnej mostkiem nad fragmentem wód jeziora, na otwartej przestrzeni.

Egzotyczny insekt w jednym z pokoi skutkuje odkażaniem pomieszczenia. Konieczny przegląd wszystkich przyznanych lokali. Ostatecznie lepsza pobudka z bólem głowy po resztkach dymu, niż bezsenna noc.


4.
Świt. Wczesnoporanne godziny na jeziorem. Pora na spacer, obserwację polującego w wodzie brodzącego ptaka. Płytka woda. Gdzieś dalej jednak wody Peten Itza o powierzchni 120 km2, nie są już tak dostępne i schodzą na głębokość do 160 metrów. Cisza przerywana odgłosami dżungli i hukiem lądującego samolotu. Zmiana kolorystyki pejzażu. Wstaje słońce.

Tikal jest pierwszym z celów dzisiejszej eskapady. Nieco ponad 60 kilometrów asfaltowej drogi. Drogi do środka Parku Narodowego o kształcie kwadratu, o boku 24 kilometrów. Mokra nawierzchnia po przelotnym deszczu. Płoszone przez autokar indyki cętkowane znikają gdzieś w otchłani bezkresnego lasu. Na drodze mrowie pająków - olbrzymów. Wygrzewają się? Ktoś cierpiący na fobie podziękuje potem za to, że nie został obudzony w czasie jazdy….

Historia odkrycia budowli Majów w Tikal sięga I połowy XIX wieku, kiedy w 1839 roku pasjonat cywilizacji indiańskich John Lloyd Stephens i rysownik Frederick Catherwood wędrując przez leśne gęstwiny, natrafiają na zarośnięte budowle, jednego z miast dawnej kultury. Chcąc zgłębić ich tajemnice, Stephens kupuje cały teren, należący wówczas do niejakiego don Jose Marii. Wielkie, opuszczone miasto staje się od tego momentu przedmiotem cennych, szczegółowych opisów i szkiców.
Świat zewnętrzny dowiaduje się o Tikal, a właściwie Yax Mutal, bo tak miała brzmieć pierwotna nazwa, dopiero w 1848 roku, kiedy dwóch przedstawicieli gwatemalskiej ekspedycji rządowej Modesto Mendez i Ambrusio Tut, wchodzą na teren należący do Stephensa. Początek kolejnych badań archeologicznych, skutkujących dzisiaj między innymi określeniem etapów rozwoju i ewolucji miasta – lat pomiędzy 300 p.n.e., a 900 n.e.

Główny plac dawnego Tikal. Ot, taki odpowiednik współczesnego rynku. Miejsce dawnych publicznych zgromadzeń i ceremonii, otoczone od wschodu i zachodu schodkowymi piramidami, od północy i południa twierdzami – akropolami Centralnym i Północnym, gdzie zlokalizowano świątynie i pałace a także stele i miejsca pochówków dla klas wyższych indiańskiego społeczeństwa. A wszystko wśród naturalnego, zadbanego niczym piłkarska murawa, trawnika. Najbardziej znane, piramidy Tikal, znajdują się właśnie w tym miejscu. Jest, więc, charakterystyczna, czterdziestopięciometrowa Piramida I, zwieńczona Świątynią Jaguara, kryjąca grób wodza Jasawa Chana Kawiila. Jest Piramida II, ze Świątynią Masek u szczytu. Tuż za nią, poza Wielkim Placem, stoi Piramida III, z bogatymi zdobieniami wejść i nadproży w drewnie, z sączyńca właściwego, czyli sapodilli, drzewa wykorzystywanego między innymi do produkcji gumy do żucia.

Najwyższą budowlą w Tikal jest niewidoczna stąd, Piramida IV o wysokości 72 metrów, zbudowana prawdopodobnie w 720 roku, zwieńczona Świątynią Dwugłowego Smoka. Prowadzi do niej dobrze oznaczona droga Tozzera. Obiekt jest częścią odrębnego kompleksu, zwanego ”Mundo Perdido”, czyli „Zaginiony Świat”. Ze szczytu „Czwórki” rozciąga się widok na wiecznie zielony las, którego granice stanowi linia horyzontu przecięta zwieńczeniami najwyższych budowli parku.
Długo można wyliczać obiekty, które oznaczono dla ułatwienia liczbami, w kolejności dokonywania na nich prac.

Gdy opowiadamy sobie o otoczeniu, kilkuosobowa grupa stojąca obok, jak okazuje się, studentów z Warszawy, prosi o możliwość przysłuchiwania się i wspólnego zwiedzania. Szczęśliwie o tej porze mamy jeszcze ochotę chłonąć wiedzę, pokonywać mimowolnie często trudną do przełamania barierę niedowiarstwa w to, że kiedyś wszystko, co widzimy, żyło.
Przewodnik oprowadzający inną, stojącą opodal wycieczkę, klaszcze w dłonie, zwracając mimowolnie na siebie uwagę. Sprawdza idealną akustykę Wielkiego Placu….
Objeżdżający terenowym autem strażnik parku zatrzymuje przy nas swój pojazd. Zabiera nam panią poruszającą się o kulach na objazd. Ot, tak sobie.

Główne trakty w rezerwacie archeologicznym noszą imiona ludzi, którzy w istotny sposób przyczynili się do wydarcia obiektów oszalałej w tej części świata przyrodzie. Droga Tozzera, Mendeza, Maudslaya, Malera, to te najważniejsze. Boczne, wśród roślinnej gęstwiny wiodą ku innym atrakcjom. Z dala od ludzi, trudno nie spotkać ostronosa, szczekające małpy, czy tukana. Może trudniej kwezala herbowego – ptaka uwielbiającego awokado, stanowiącego godło Gwatemali i widniejącego w nazwie krajowej waluty. Ptaka, który symbolizuje wolność. Umierającego, gdy zostanie zamknięty w klatce…. Nam, z tym ostatnim, nie dane jest jednak spotkanie. Może, gdybyśmy zostali po zamknięciu parku dla publiczności?
Przed wyjściem, jeszcze posiłek w restauracji na wolnym powietrzu pod słomianym dachem. Jakieś widokówki, studium makiety obejrzanego centrum archeologicznego i… w drogę.


5.
Na przystanek wymuszony przez fizjologię, wybieramy parking ze straganami, gdzie miejscowi zarabiają na wystruganych w egzotycznym drewnie wyrobach. Do granicy jeszcze daleko. Szczęśliwie, mamy asfaltową drogę. To pierwszy w stanie El Peten szlak z bitą nawierzchnią. Z lat osiemdziesiątych XX wieku.

Wieś Melchor de Mentos na granicy z Belize kończy się wielkim placem i budynkiem straży granicznej. Koniec przygód w największym gwatemalskim regionie, zaludnianym po 1960 roku. 25 dolarów USA per capita, to kwota, jaką rząd oferował za osiedlenie się w tym zakątku kraju, skąd pierwotnie odległość 500 km pokonywało się całą dobę….

Murowany, parterowy budynek, przez który trzeba przejść, z wielką dwujęzyczną tablicą pełną zakazów, ostrzeżeń. W pasie granicznym jakieś boisko. Miejscowi grają w piłkę.
Na wypełniane przez nas wnioski wizowe należy nakleić zdjęcia. Musimy czekać. Nasz przewodnik po Gwatemali ma sprowadzić fotografa. Dwie osoby naklejają zdjęcia swoich krewnych. Pasują formatem….

Sprzęt, którym dysponuje miejscowy rzemieślnik fotografii analogowej, przypomina te z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Długo trwa ustawianie twarzy. Za zdjęcia i oczekującą taksówkę i tak zapłaci grupa. Zabawa trwa do czasu finansowych rozliczeń. Cenę, jaką podaje fotograf, wzbudza ogólną konsternację. Ów zgrzyt, to ostatni rzut miejscowych na taśmę, aby egzotycznych przybyszów wyssać do końca. Nasz przewodnik nie protestuje. Przeciwnie, zaognia nieprzyjemną sytuację, ostrzegając przed kolegami taksówkarza, którzy mieliby wyegzekwować niezapłacone „należności” w Belize. Nie ryzykujemy. Dawny Brytyjski Honduras jest rzeczywiście bezstresowym miejscem dla rzezimieszków, skorumpowanych urzędników i funkcjonariuszy państwowych oraz wielką pralnią światowych „brudnych” pieniędzy.
Oficerowie nie porównują zdjęć z wniosków wizowych do osób. A więc niektórym udaje się. Wjeżdżamy do najmniej zaludnionego na amerykańskich kontynentach państwa, jedynego w Ameryce Łacińskiej kraju z urzędowym językiem angielskim. „Tylko 25 dolarów USA”, mówi urzędnik imigracyjny, wbijając stempel w paszporty.

Elegancki autokar z Meksyku i nowy opiekun z Meridy. Przed nami 52 km asfaltowej drogi w kierunku trzynastotysięcznego Belmopan – stolicy kraju, przeniesionej w 1970 roku ze zniszczonego po tajfunie „Hattie” Belize City. Belmopan, miasto, którego nazwa, to językowa zbitka wyrazów: „Belize” i „Mopan” – rzeki płynącej przez miasteczko.
Zmierzch. „Autostrada Zachodnia”, w kierunku Belize City, i dalej na północ do Orange Walk i Corozal. Zdezelowane, niczym ze starego Londynu autobusy, odległości w milach, to tylko niektóre pamiątki po stacjonujących do 1981 roku Brytyjczykach. Na przekór byłym kolonistom, ruch drogowy zmieniono jednak na prawostronny.

Godzina 22.30. Przejście graniczne Santa Elena – Chetumal. Wszystkie bagaże musimy wynieść z autokaru. Zimny prysznic dla zaspanego organizmu. Znowu płacimy. Niekoniecznie dolarami belizyjskimi. Tym razem po 14 dolarów USA opłaty wyjazdowej. Ociągamy się wlokąc ciężkie bagaże do budynku pograniczników. Kobieta - strażniczka, potomek afrykańskich niewolników, jeszcze po drodze ostrzega, że mamy pięć minut do zamknięcia na noc odpraw. Aby nie koczować pod chmurką, uiszczamy, co się należy, żegnając raczej mało gościnne Belize.

Szczęśliwie, władze imigracyjne Meksyku są dla nas bardziej wyrozumiałe. Jesteśmy zwolnieni z opłaty wizowej, dzięki pieczęciom jeszcze z lotniska w stolicy. Procedura celna nie jest jednak tak miła. Indywidualnie przechodzimy wzdłuż rampy, gdzie każdy zobligowany jest do wciśnięcia guzika sygnalizatora świetlnego. Jeśli zapali się zielone, delikwent wchodzi bez dodatkowych pytań na terytorium Meksyku, jeśli czerwone – dokładna rewizja bagażu. Losowa ocena przechodzących i ich dobytku przez bezduszną maszynę….
Przed autokarem czekamy na tych, co mieli pecha. Tego wieczoru o kolacji i basenie w hotelu „Marlon” i tak musimy zapomnieć. A więc 55 dolarów USA w cenie „dwójki” nie zostanie w pełni wykorzystane. Zbyt późno.


6.
Poranek w stolicy stanu Quintana Roo – Chetumal, bardziej pogodny, niż oczekiwalibyśmy. Jest wiadomość o odnalezionym przez linię lotniczą bagażu. Lepiej późno, niż wcale. Walizka czeka w pokoju hotelowym w Playa del Carmen. „Szczęśliwy pechowiec”stawia wszystkim po butelce „Negra Modelo” w przydrożnej kafejce nad laguną de Bacalar. I tak wśród palm przy piwie, rozkoszujemy się kąpielą w wodach Cenote Azul, do którego wejście schodkami wychodzącymi bezpośrednio z kawiarenki. Kryształ wód z widocznym dnem, obniżającym się do 60 metrów. Jakby zaprzeczenie definicji laguny, gdzie mowa, o „zazwyczaj płytkich wodach”.

W miejscowości Tulum zjeżdżamy z drogi nr 307 do dawnego grodu Majów, położonego na klifie z widokiem na Morze Karaibskie. Zama, czyli „brzask”. Tak miał nazywać się gród indiański, którego dzieje przypadają na lata od początku wieku XIII do przybycia konkwistadorów.
Rozważamy geniusz Indian. Tych, którzy mimo braku wiedzy o hodowli bydła, zwierząt domowych i pociągowych, nieznajomości koła, wozu i pługa, potrafili tworzyć trwałe budowle, uprawiać rolę, obrabiać metale szlachetne i miedź. Tu, w Tulum dodatkowo trudnić się rybołówstwem i morską, przybrzeżną wymianą handlową.
Pełne morskiego aerozolu powietrze. Rzadkie wśród budowli Indian miejskie mury….

Największą atrakcją Tulum, jest oczywiście położenie miasta: wysoki klif morski, na którym dominuje El Castillo – „Zamek”, ze świątynią „Zstępującego Boga”. Punkt orientacyjny dla żeglarzy. Miejsce, które w latach świetności miasta, znajdowało się naprzeciw bezpiecznego wejścia z morza do brzegu pełnego mielizn czy raf.
Plaża stanowi dopełnienie spaceru między licznymi ruinami indiańskich obiektów, wśród których, jak w innych osadach Majów, Wielki Pałac, ceremonialna platforma, świątynie.

Trzysta jedenaście kilometrów od Chetumal, cel dzisiejszej podróży: Playa del Carmen, takie meksykańskie Międzyzdroje. Wieczorny gwar, tłumy turystów ze świata, rozświetlona promenada. Nie dojeżdżamy autokarem do nadmorskiego hotelu. Podobno istnieje zakaz wjazdu nawet dla ich gości. Wiadomość przyjmujemy z niedowierzaniem. Kierowca o napiwku może zapomnieć. Dwie przecznice ciągniemy za sobą bagaże. Szczęście w nieszczęściu, że nasza koleżanka idąca o kulach, ma go już podobno w hotelu….
Calle 8, to znaczy „Ulica 8”. Kameralny hotel „Albatros Royale” przy nadmorskiej plaży wciśnięty między te bardziej luksusowe wydaje się idealnym miejscem do kilkudniowego odpoczynku. Nie tylko ze względu na cenę 68 dolarów za pokój dla dwojga. Jakoś mało tu innych turystów, którzy być może preferują chęć pokazania się wśród tych z dużą zawartością portfela, być może paradować w kąpielowych strojach z oddalonych od plaży pięciogwiazdkowych obiektów….
Z patio, upiększonego tropikalną roślinnością, wchodzi się pokoi, których część znajduje się na piętrze. Niektóre nawet z widokiem na Morze Karaibskie. W jednym z nich oczekuje odnaleziony bagaż, choć lżejszy o dwie butelki whisky.
Znawcy jukatańskiej kuchni prowadzą do restauracji gdzieś na reprezentacyjnej promenadzie. Wybór trudny. Albo zbyt dużo klientów, albo muzyka nie taka. Ostatecznie któryś z „naganiaczy” przekonuje nas do wydania pieniędzy, „darmowym drinkiem dla każdego”….

Żołądki niepełne, drink przeciętny, a do należności za posiłek, kelner dolicza podatek i… napiwek. Cena z karty powiększona o 30 procent! Zostajemy „nabici” w przysłowiową butelkę.


7.
Naturalna pobudka, niestety, o czwartej nad ranem. Organizm w dalszym ciągu nie „akceptuje” różnicy czasowej. Cóż robić? Godziny do „cywilizowanego” poranka wypełnia spacer plażą, daleko od hoteli, w nieco dzikie tereny….

Pamiątki z Meksyku wzbogacone zostają o znalezioną przy brzegu muszlę – olbrzyma. Teraz można w dobrym nastroju zjeść poranny posiłek.
Śniadanie w lokalu wynajmowanym przez hotel, przypomina czasy stołówkowych obiadów w szkole. Olejnica, cerata, metalowe nóżki mebli…. W tym kontekście trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że meksykańska kuchnia syci i smakuje najlepiej, poza rodzimym krajem….

Wolny dzień większość osób spędza leniwie na plaży, popijając „Coronę” z kawałkiem limonki w butelce. Panowie preferują plażowe wędrówki wśród leżakujących gości licznych nadbrzeżnych hoteli. Magnes stanowią liczne panie w toplezie i stringach. I chyba tylko nie robią wrażenia na tych, co na plaży zarabiają na życie, sprzątając….
Warta uwagi jest przystań szybkiego promu na Cozumel, wyspę, której obecność gdzieś na horyzoncie, potwierdza łuna wieczornego światła. Z przystani statki dowożą też pasażerów do gigantycznych promów oceanicznych. Tych, co od czasu do czasu przepływają wzdłuż Riwiery Majów. Przejście uczestników na morski krążownik obywa się wówczas na pełnym morzu. I tylko szkoda, że z odległości kilku kilometrów widać jedynie łupinę stateczku przy burcie kolosa.

Zbiegowisko na plaży. Zlatują pelikany, starzy bywalcy miejscowego wybrzeża, które niczym praptaki, lądują prawie przy nogach gapiów. Oto z zacumowanej, motorowej łodzi rybackiej, dwóch osiłków wyciąga rybę – gigant i przenosi przez plażę do nadmorskiej restauracji….


8.
Od hotelowego recepcjonisty otrzymuję wizytówkę miejscowego medyka. Publicznego ośrodka w Playa del Carmen nie ma, albo nikt nie chce go ujawniać. Nie od dziś wiadomo, że podesłanie klienta to najprostsza forma dodatkowego zarobku. Opuchlizna na nogach po ukąszeniach muszek z Chiapas ciemnieje i powiększa się na tyle, że współtowarzysze podróży nalegają by odwiedzić jednak lekarski gabinet. Tylko, czy tu w ogóle ktoś przejmie się jakąś polisą ubezpieczeniową, papierem z egzotycznego kraju?
I rzeczywiście nie robi na konowale wrażenia. Spłaty należności z takich miejsc jak Polska docierają tu podobno po roku. Cóż. Nakaz od grupy należy wykonać. Diagnoza: ukąszenie przez nieokreślonego insekta albo pająka. Konieczna powtórna wizyta za trzy dni, o ile nie nastąpi poprawa. Lekarz nie żąda pieniędzy ani dokumentu ubezpieczenia za konsultację.

Większość towarzystwa opala się na plaży. Ktoś, kto wybrał się w rejs do Cancun i w morze by zobaczyć spoczywający na dnie samolot pasażerski i wraki statków nie zdąży na posiłek z grupą. A dziś obiad w rodzinnej knajpce naprzeciw hotelu. Wypatrzonej przez czujnego obserwatora miejsca i przetestowanej na sobie. Domowe dania kuchni meksykańskiej. Tanio i blisko.
Pikantna zupa, potem udekorowana kawałkami cytryny ryba w pikantnym sosie pomidorowym z tortillami, fasolą i papryką, na koniec aromatyczna cafe de olla.

Syn krzątającej się wokół węglowego pieca gospodyni zwraca uwagę na moją opuchliznę widoczną z pod sandałów. Daje do zrozumienia, że zna się na tym. Z przyniesionej tubki wyciska maść prosząc, ku zdumieniu ogółu, o odsunięcie się od stolika. Masaż stopy i podudzia….


9.
Snorkling. Rafy koralowe, maska z fajką i płetwy….
Motorowa łódź z trwałym zadaszeniem podpływa do naszego skrawka plaży. 25 dolarów na człowieka i dwa różne miejsca na morzu w nieograniczonym czasie. Przymierzamy maski i płetwy. Częstujemy się wystawionym dla nas zimnym piwem….

Kilkaset metrów od brzegowej linii, w miejscu skąd nie widać już naszego hotelu, sternik rzuca kotwicę i skacze do wody, by pokazać najbardziej atrakcyjne ogrody morza….
Koralowce, stada barwnych, często dziwacznych ryb i tworów natury. Szkoda, że nie można nurkować głębiej, niż na długość rury w masce….

Do drugiego miejsca płyniemy siedząc na dachu łajby. Do znajomej plaży i wielkiego napisu Faro na morskiej latarni. 200-300 metrów od znajomej plaży. Tu woda jednak bardziej chłodna, a rafy koralowe dużo głębiej. Kilkanaście minut walki z falami i słabością. Bez żalu decydujemy o zakończeniu rajskiej przygody w morzu. Czas na zasłużone lenistwo. Czas na odpoczynek w wiszącym przed wejściem do pokoju hamaku, bądź perfekcyjnie zasłanym łóżku. Jak co dnia ozdobionym kompozycjami z hotelowych ręczników.

Popołudnie. Okazja do włóczęgi bez celu wśród kramów, sklepików, kafejek. Do miejsc oddalonych kilka kilometrów od plażowej strefy, gdzie mimo święta, czynne niektóre sklepy. Butiki zachęcają do wejścia napisami w rodzaju: „We don’t speak Russian, Iranian, Mongolian, Indonesian, Scotch&Soda but our prices speak for themselves”, albo „Broken English spoken perfectly”. Niektóre ze sklepików przyciągają dodatkowo uwagę przywiązanymi przed wejściem żywymi iguanami….

Dwie panie z grupy wypatrują adapter, umożliwiający użycie europejskiej suszarki do włosów. Przetwornik, w cenie ponad 200 pesos, nie ma niestety konkurentów na sklepowych półkach. Duży za to wybór przy stoisku z piwem. Nie ma ludzi. Całość otoczona niedbale, czerwoną taśmą….

Przebieranie wśród butelek z piwem okazuje się stratą czasu. W niedziele po godzinie 15, nie sprzedaje się w żadnym sklepie alkoholu. Kasjerka jest bezlitosna.
W drodze do hotelu odwiedzamy miejscowe kościoły. Katolicki i anglikański Nuestra Senora del Carmen. W tym drugim, szeroko otwarte drzwi i jakby na zamówienie, nabożeństwo ze śpiewami, ze wzniesionymi w górę rękoma wiernych.

Szachownica ulic. Nazwy żywcem skopiowane z Nowego Jorku: Aleja Trzydziesta, Dwudziesta i tak w kierunku wybrzeża, do głównego, handlowo - rozrywkowego deptaku – Piątej Alei. Te prostopadłe do alei, prowadzące do wybrzeża, w większości również są ponumerowane, z tą różnicą, że w opisie noszą określenie „Ulica”, nie „Aleja”.

Podłączenie suszarki przez adapter do prądu o napięciu 110 Voltów, kończy „żywot” obu urządzeń. Moc suszarki, to za dużo dla adapteru, z którego sypnęły iskry i uniósł się dym. Dobrze, że ogień nie zajął kobiecych włosów. A trzeba było po prostu kupić miejscową suszarkę….


10.

Poranek. Opaleni i wypoczęci lokujemy się w autokarze, który dziś parkuje przed hotelem. Ma jednorazowe zezwolenie lokalnych władz dla grupy niezadowolonej z dojazdu do miejsca pobytu w Playa del Carmen. Dziś wszyscy mają być radośni. I rzeczywiście cieszymy się my i miejscowi. My, bo autokar pod hotelem, bo odnalazł się bagaż, bo goi się po ukąszeniach owadów noga. Miejscowi, bo 20 listopada – Święto Rewolucji….

Na uzupełnienie paliwa i posiłek zatrzymujemy się w Valladolid, na stacji „Pemexu”. Połowa drogi za nami. Korzystamy z godzinnego postoju, by zobaczyć życie zwykłego miasteczka. Zwykłych ludzi, dziś mających dzień wolny.

Chichen Itza. Dawne centrum Majów i Tolteków pełne turystów. Tłumy z potrzebą wrażeń okupują piramidy i wyczekują w długiej kolejce do wnętrza El Castillo, dwudziestoczterometrowej, największej w Chichen Itza budowli, poświęconej Kukulcanowi.
Dziewięciotarasowy El Castillo, czyli „Zamek”. Zewsząd odniesienia do astronomicznych obserwacji, czy kalendarza. Choćby w liczbie schodów, których jest 91 z każdej strony, plus dodatkowy do wnętrza świątyni na szczycie. 365 stopni - ilość dni roku słonecznego.
Zwrócone na północ, południe, wschód i zachód ściany piramidy przyciągają entuzjastów efektów optycznych podczas zrównania dnia z nocą, gdy słońce rzuca cień na północną stronę i kiedy obserwatorom wydaje się, że po schodach pełzną węże. Dwa cienie pochodzące od kamiennych węży znajdujących się u podstawy północnych schodów. Węży, uważanych za symbol boga Kukulcana. Rozsądek podpowiada, że więcej w tym emocji, niż efektów, jak często bywa tam, gdzie do uatrakcyjnienia miejsca potrzebna jest podbudowa w postaci zaobserwowanych zjawisk, albo legenda. Czar pryska, gdy w dniu przesilenia jest pochmurno….

Rozdzielamy się. Część grupy pragnie doświadczyć uczucia klaustrofobii i duchoty w ciasnym, ślepym, wspinającym się stromo do góry korytarzu, wnętrza piramidy. We wnętrzu, gdzie łatwość omdlenia, gdzie konieczność przeciskania się, aby minąć tych schodzących do wyjścia. Ktoś ogranicza się do pokonania ścian El Castillo od zewnątrz, inni wędrują do Świątyni Wojowników, czy Świętej Studni. Są też tacy, którzy jedynie z dala podziwiają stawiane od VI wieku naszej ery budowle. Dzieła Majów i Tolteków, którzy przenieśli tu nawet swoją stolicę z Tuli.
Chi – ujście, chen – źródło lub studnia. Miejsce, które dzięki wodzie wydobywanej ze skał wapiennych i irygacji, umożliwiało czasowo plemieniu Itza, należącym do Majów, uprawę fasoli, papryki, chili, awokado, pomidorów, kukurydzy, czy kakaowca. I wyrób pulpy kakaowej, dziś znanej pod nazwą czekolada. Do czasu całkowitego wyjałowienia ziemi.

Do największej studni w Chichen wije się trzystumetrowa ścieżka zwana „Sacbe”. Czeluść w ziemi, o średnicy kilkudziesięciu metrów. I woda, schodząca pod taflę na kolejne dwadzieścia metrów. Cenotaf. Symboliczny grobowiec ofiar poświęcanych bogu deszczu Chaca. Cmentarzysko nie tylko wrogów, ale również własnych dzieci, kobiet i starców, którzy nie byli w stanie długo utrzymać się na powierzchni wody. Miejsce, które z drugiej strony pomagało „szczęściarzom”, tym fizycznie najsilniejszym, zająć wyższe miejsce w indiańskiej hierarchii. Osoby, którym jakoś udało się przeżyć określoną liczbę godzin w wodzie, wydobywano i traktowano ze czcią, gdyż uważano, że miały kontakt z bogami. Zaczynały nowe życie.

Templo de los Guerreros, czyli Świątynię Wojowników, nietrudno rozpoznać. Wchodzi się na nią przez posttoltecką kolumnadę, której onegdaj tysiąc filarów rzeźbionych na kształt wojowników i Pierzastych Węży, podtrzymywały dach. Dziś po dachu nie ma śladu, kolumnada pozostała.
Obok zdobień, fresków i rzeźb bogów Chaca i Kukulcana, uwagę zwraca wpół leżący posąg zwany „chac-mool” z charakterystyczną tacą lub misą na brzuchu, przeznaczoną na dary dla bogów: serca, wyrywane żywcem z ludzkich ciał….
Największe na szlaku Majów boisko do gry w pelotę, czyli tlachtli. Ponad 11 tysięcy metrów kwadratowych, ograniczonych z boku ścianami o wysokości 8 metrów. Miejsce rytualnych gier o życie. Miejsce, w którym pokonanych skazywano na śmierć na tak zwanej „Półce Czaszek”, „zdobionej” płaskorzeźbami ludzkich głów na palach.

Pelota. Brutalna, kontaktowa gra, w której zwycięzcą była drużyna, której udało się przerzucić ciężką piłkę z twardej gumy za pomocą biodra, łokcia lub kolan, przez jedną z kamiennych lub żelaznych obręczy, zawieszonych podobnie jak w dzisiejszej koszykówce, z tym, że pionowo, na wysokości 4 metrów na każdej z bocznych ścian. Przerzucenie piłki zdarzało się niezwykle rzadko, dlatego traktowane było jako wielki wyczyn i od razu wskazywało „ocalonych” i ofiary. Jak w każdej walce o życie zadbać należało o swoje bezpieczeństwo w boju, dlatego stroje zawodników stanowiły solidne, kamienne, drewniane, bądź skórzane ochraniacze.

Niezwykła jest akustyka boiska. Szept słyszalny jest tu podobno w odległości ponad czterdziestu metrów. Trudno jednak wśród turystów, sprawdzić czy własny głos rzeczywiście słyszalny jest tak dobrze, jak głosi informacja.

Zupełnie z drugiej strony miasta, w nieco mniej wyeksponowanej części, jeszcze jeden obiekt. „El Caracol”, czyli „Ślimak”. Dwunastometrowa, okrągła wieża, z otworami ściennymi odpowiadającymi położeniu określonych planet w dniach znaczących dla Indian. Obserwatorium astronomiczne. Jak te w Palenque….

Wszelkie czynności, jakie przedsiębrali Majowie, związane były z określoną konfiguracją planet. Dzięki obserwacji ciał niebieskich, Majowie radzili sobie z przewidywaniem zaćmień, faz księżyca, przesileń. Mimo to, podobnie jak później u Azteków, bogobojność nakazywała poświęcać w ofierze ludzi. Różnica polegała jedynie na składaniu istnień ludzkich bogom deszczu, nie zaś po to by karmić Słońce, jak to czynili Aztekowie.
Obok astronomii, rozwinięto liczenie. Rachunki oparte na dwudziestkowym systemie, nie do końca poprawnie, prawdopodobnie przyjęte zostało z praktycznego punktu widzenia: człowiek posiada dwadzieścia palców, które, można przecież w każdej chwili wykorzystać. Indianie używali cyfr, wyrażanych umownymi figurami. „0”, na przykład, przedstawiano jako owal podobny do oka. Pozostałe liczby stanowiła kombinacja kropek (jedności) i kresek (piątki). Właśnie wtedy, gdy ilość jednostek, to jest kropek wynosiła 5, zastępowano je poziomą kreską, jeśli ilość piątek wynosiła 4, patyczki zastępowano muszlą, a do następnej liczby dodawano kropkę, i tak dalej….

Obiekt opuszczamy bez emocji. Obok „Domu Mniszek”, czyli pałacu władcy, opuszczamy słynne Chichen.


11.
Popołudniowy posiłek w przydrożnej, wyeksponowanej restauracji. Miejsce, które jeszcze w wieku XIX było typową hacjendą. Samowystarczalnym, ziemskim majątkiem, wyspecjalizowanym w hodowli, albo uprawie określonych gatunków roślin jadalnych.
W otoczeniu wysokich murów i stylowej bramy wjazdowej, smakujemy atmosferę tamtych dni przy specjałach jukatańskiej kuchni. W klimacie czasu, gdy miejsce to stanowiło jakby państwo w państwie, a feudalizm osiągał szczyt definicyjnych możliwości. Cicha ludowa muzyka meksykańska, nieco zagłusza echa rządów Porfirio Diaza. Czasu rozkwitu koncernów ze Stanów Zjednoczonych i majątków potomków przybyszów z Hiszpanii. Okresu wielkiego ubóstwa chłopstwa indiańskiego i metyskiego.
Dziś po świetności hacjendy pozostaje wspomnienie i nadzieja właścicieli restauracji, że dadzą radę utrzymać się z serwowanych turystom posiłków i kilku wynajmowanych pokoi.

Wieczorny spokój centrum siedemsetpięćdziesięciotysięcznego miasta. Hotel „Dolores Alba”, przy ulicy 63, w Meridzie. Dawna rezydencja kolonialna arystokratów, wydająca się rajem dla przybywających. Obszerny hol recepcyjny z ekspozycją mebli, obrazów, bibelotów, tego, co zachowało się po dawnych zarządcach upraw sizalu, czy właścicielach manufaktur produkujących z niego liny. Wyludniony krużgankowy dziedziniec z palmami i wodą w basenie pośrodku. I tylko 440 pesos za dwie osoby w pokoju….
Czar szybko pryska, gdy stwierdzamy zimną wodę w łazienkach, nieprzygotowane pokoje na nasz przyjazd i resztki potytoniowych wyziewów….


12.
Słoneczny poranek. Za drzwiami hotelowych drzwi szara rzeczywistość dużego miasta. Dziesiątki kabli telefonicznych zawieszonych chaotycznie wzdłuż i w poprzek ulicy, huk pojazdów, spaliny. Oczekujący na miejski autobus ludzie. Trudna do ominięcia przeszkoda na nierównym chodniku.

Kilkaset metrów od pokojów hotelowych. Plaza Grande. Plac z parkiem w środku, wokół którego władze kolonialne z Francisco de Montejo na czele, wznoszą na zgliszczach indiańskiej osady T’ho, budowle stanowiące najważniejsze obiekty miasta.

Katedra św. Ildefonsa. Obiekt z drugiej połowy wieku XVI, z kamieni pozostałych po świątyni Majów. Budowla znana dzięki epizodowi o „Chrystusie w Pęcherzach” - niepozornemu krucyfiksowi, który podczas pożaru jednego z kościołów w miejscowości Ichmul, osmalił się i pokrył bąblami niczym pęcherze. Dzięki wspomnianemu epizodowi inny krucyfiks, ten z głównego ołtarza mimo swoich siedmiu metrów, jakby w cieniu tego pierwszego.
Szkoda, że nie trafiamy dzień 27 września i coroczną procesję ku czci „Cristo de las Ampollas”.

Krążąc po placu, mijamy budynki Palacio Municipal, czyli ratusza, Palacio de Gobierno – siedziby władz stanu Jukatan oraz pałacu Casa de Montejo, pierwszego obiektu wzniesionego dla gubernatorów w roku 1542. Pod jednym z ośmiu łuków pozostawionych przez kolonizatorów - Arco de San Juan, przemierzamy miasto siatką ulic. Nietrudno tu zmylić drogę marszu. Z kierunku północnego na południe, ulice prostopadłe do marszruty otrzymały numeracje nieparzyste, począwszy od ulicy 1, zaś ze wschodu na zachód, wzrasta numeracja parzysta.
Wyjątkiem jest Paseo Montejo, reprezentacyjna aleja z dziewiętnastowiecznymi willami i rezydencjami najbogatszych mieszkańców i ich zstępnych oraz obeliskiem „Altar a la Patria”, dziełem kolumbijskiego rzeźbiarza Romulo Rozo, z płonącym wewnątrz ogniem.
Plaza Grande, centralne miejsce miasta, ograniczona jest ulicami 61 i 63 oraz 60 i 62. Jeśli turysta skieruje źle swoje kroki, pójdzie zupełnie w inną stronę. Gdy zapamięta adres i opanuje podstawy oznaczenia ulic, trafia do właściwego miejsca bez konieczności szukania rady u miejscowych. Odległości pomiędzy przecznicami wynoszą po kilkadziesiąt metrów, dlatego lepiej się nie gubić. Szczęśliwie do hotelu na posiłek trafiamy bez pomocy taksówkarzy.


13.
Autokar opuszcza Meridę wśród parkowych terenów miasta, które okazują się… komunalnym cmentarzem. Do tego ze skrzyżowaniami sterowanymi sygnalizacją świetlną. Żartujemy, że pewnie kondukty żałobne w tych miejscach też zatrzymują się na świetle czerwonym.
Obok portu lotniczego opuszczamy stolicę stanu Jukatan. Siedemdziesiąt osiem kilometrów do Uxmal. Szlak „Puuc”, od nazwy pagórkowatego terenu, stanowiącego urozmaicenie monotonnej niziny. Ostatnia podróż do indiańskich ruin.

Park archeologiczny w Uxmal. Wejście za 35 pesos. Miejsce, gdzie na zielonych terenach ekspozycja ceremonialnych budowli kolejnego miasta Majów: Piramida „Wróżbity”, „Czworokąt Mniszek”, Pałac Namiestnika, Wielka Piramida, Dom „Pod Żółwiami”, czy „Gołębnik”.
Tą reprezentacyjną jest z pewnością masywna, trzydziestopięciometrowa Piramida Wróżbity, zwana inaczej Piramidą Czarownika, która w przeciwieństwie do wcześniej oglądanych, ma owalną podstawę. Jej nazwa nawiązuje do legend i osoby karłowatego i zgarbionego czarownika Itzamna, który miał wznieść budowlę w ciągu jednej nocy. Zewnętrzne ściany niczym wielki płaszcz obudowują wcześniej powstałe cztery świątynie, zgodnie z zasadami kalendarza. Od VI do X wieku powstało zatem pięć świątyń, jedna na drugiej.

Woda pitna wokół Uxmal zalegała głęboko, dlatego Indianie budowali pod dziedzińcami, czy placami, specjalne zbiorniki – cysterny, aby móc żyć i uprawiać żyzne, okoliczne ziemie, a bóg deszczu Chaca miał tym przedsięwzięciom patronować. Dlatego zdobienia większości obiektów stanowią wyobrażenia właśnie boga deszczu, z dużymi prostokątnymi oczami.
Dziś Majów, czy obecnych tu nieco później Tolteków, traktuje się jak mało realny świat. Ich miasta niczym otwarte muzea etnograficzne traktowane są przez turystów bezreflesyjnie. Tłumy wspinają się ku wyjątkowo stromym szczytom piramid bez większego przejęcia przeszłością. Zapomnienie i obojętność utrwalają współczesne osiągnięcia i wynalazki, w tym najprostsze zabezpieczenia na budowlach - łańcuchy.
Bogate zdobienia, szczególnie wyjątkowe są na ścianach Czworokąta Mniszek, zwanego też Domem Kapłanek - zespole budowli na planie kwadratu, z trawiastym dziedzińcem. Precyzyjnie obrobione skalne rzeźby, okrywające z zewnątrz mury, z daleka niczym mozaiki. Wygrzewające się w słonecznych promieniach iguany, dopełniają obraz egzotyki. Wieczorem, jak w większości podobnych miejsc znowu cywilizacja podda się na chwilę dominującej wokół naturze….

Ostatni punkt planowego programu. Miejscowość Kabah. Drugi najważniejszy ośrodek Indian na szlaku Puuc. Osiemnaście kilometrów na południe względem Uxmal i niecałe sto od Meridy. Uczestnicy zdają się być już mniej zainteresowani zabytkami tak zwanych czasów prekolumbijskich. Rozprężenie, może ulga. Jak długo można oglądać kamienne bloki, piramidy, setki mniejszych budowli i fascynować się nimi? Znużenie widoczne właśnie w Kabah.
Ograniczamy się do zapoznania się z bogatym w kamienne wyobrażenia boga deszczu Chaca - Pałacem Masek i z położonym po drugiej stronie drogi nr 261 łukiem wzniesionym jakby na wzór rzymskich bram tryumfalnych, pod którym dawny wjazd do miasta jukatańskich Majów.
Podobizny Chaca na Pałacu Masek, znanym roboczo także pod nazwą Codz Poop, są o tyle charakterystyczne, iż każda z nich jest względem siebie przesunięta do tyłu, bądź w przód, i posiada jedyny w swoim rodzaju haczykowaty, wystający nos. I chyba jedynie ten element będzie w przyszłości znakiem rozpoznawczym dla Kabah. No może jeszcze sacbe – kamienna, procesyjna ścieżka indiańska, łącząca niegdyś Kabah z Uxmal, która idealnie w dzisiejszych czasach nadaje się do przystosowania dla rowerów. Jak uczy doświadczenie wiele z oglądanych budowli przepadnie gdzieś w niedoskonałej ludzkiej pamięci. Uchwycić należy, więc, różniące odwiedzane miejsca, szczegóły.


Epilog

22 listopada. Z pokładu samolotu należącego do linii „Mexicana” widać nitkę drogi. Szlak do Uxmal i Kabah. Gdy samolot wlatuje nad wody Zatoki Meksykańskiej, niknie z oczu gdzieś w otchłani leśnego bezmiaru, w nieprzejrzystym dziś powietrzu i promieniach zachodzącego Słońca.


Wspominał
Darek Strzelecki


Kilkanaście dni to niewiele by zobaczyc cały piękny Meksyk, ale dużo, by nasycić się klimatem, architekturą, przyrodą, ludźmi, atmosferą. Dużo by móc powiedzieć sobie: "Tak, tutaj trzeba wrócić". Zachęcam do zobaczenia bogactwa kulturalnego Meksyku, odwiedzenia ojczyzny zaginionych cywilizacji, kulturowej mieszanki, odkrycia w ojczyźnie Olmeków, Majów i Azteków, tego, czego trudno w Europie doświadczyć.
Darek Strzelecki

Zdjęcia

MEKSYK / brak / Playa del Carmen / Policjanci z Playa del CarmenMEKSYK / brak / Palenque / Palenque - fragmentMEKSYK / brak / Granica państwowa Meksyk - Gwatemala / Na rzece UsumacintaMEKSYK / brak / Yaxchilan / Yaxchilan - fragmentGWATEMALA / brak / Granica między Meksykiem i Gwatemalą / Brzeg rzeki UsumacintaGWATEMALA / brak / El Peten /Gwatemala/ / Na cmentarzu w GwatemaliGWATEMALA / El Peten / Gwatemala / Na jeziorem PetenGWATEMALA / brak / Tikal /Gwatemala/ / Tikal - fragmentGWATEMALA / brak / Tikal /Gwatemala/ / Tikal - widok ogólnyGWATEMALA / brak / Tikal /Gwatemala/ / Tikal - z lokalnym przewodnikiemGWATEMALA / brak / Granica państwowa Gwatemala - Belize / Fotograf z GwatemaliGWATEMALA / brak / Gwatemala/Belize / Na granicy Gwatemali i BelizeMEKSYK / brak / Tulum / Tulum - fragmentMEKSYK / brak / Playa del Carmen / Playa del Carmen - fragment miastaMEKSYK / brak / Playa del Carmen / Playa del Carmen - fragment miastaMEKSYK / Quintana Roo / Playa del Carmen / Nad Morzem KaraibskimMEKSYK / brak / Playa del Carmen / Maskotka przed sklepem w Playa del CarmenMEKSYK / brak / Chichen Itza / Chichen Itza - fragmentMEKSYK / brak / Chichen Itza / Cenotaf w Chichen ItzaMEKSYK / brak / Chichen Itza / Boisko do gry w pelotę w Chichen ItzaMEKSYK / brak / Merida / Świątynia Wojowników w Chichen ItzaMEKSYK / brak / Chichen Itza / Indiańskie obserwatorium w Chichen ItzaMEKSYK / brak / Merida / Merida - fragment miastaMEKSYK / brak / Merida / Merida - katedra św. IldefonsaMEKSYK / brak / Uxmal / Autor w UxmalMEKSYK / brak / Kabah / Kabah - fragmentMEKSYK / brak / Merida / Sprzedawca drobiu na bazarze w Meridzie

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl