Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Osiem dni w południowej Francji… > FRANCJA


Qudidas Qudidas relacje z podróży

Zdjęcie ANDORA / brak / W kierunku granic Andory, Hiszpanii i Francji / Na pirenejskim szlaku w AndorzeAlbi - Tuluza - Carcassonne - Andora - wybrzeże Morza Śródziemnego i Atlantyku, Pireneje i prehistoryczne malowidła w grotach, Katarzy i Katalonia. To i jeszcze więcej przeczytają Państwo w poniższym itinerarium. Subiektywizm w ocenie miejsc niech będzie pretekstem do dialogu, dyskusji, motywacją do odkrywania swojego świata, gdzieś, gdzie lśni horyzont....

Dzień I

Za Bernem w kierunku Genewy zaczyna się łańcuch drogowych tuneli. Dobrze, że w aucie nie ma napędu gazowego. Oficjalnie niedopuszczalne. Komfortowa jazda drogą, o której można pomarzyć w Europie Wschodniej. Oznaczenie kolejnego zjazdu. Zamiast tablicy z napisem „Ausfahrt” – „Sortie”. Strefa francuskojęzyczna Szwajcarii. Po prawej ręce wody jeziora Neuchatel, po lewej, gdzieś na horyzoncie Alpy Berneńskie. Widoczność coraz gorsza. Za Lozanną mgła niesiona znad Lemanu. Genewa i granica z Unią. Jak w domu!

Trasa do Lyonu, to jeden z najpiękniejszych widokowo odcinków autostradowych. Góry, przepaście, tunele, wiadukty i mosty. Jedna z kilkusetmetrowych estakad kończy się zakrętem i czeluścią w skale - wjazdem do jeszcze dłuższego tunelu jednego ze szczytów pasma Jura.
Gdzieś za Lyonem, na sto pięćdziesiątym kilometrze wyjazd z autostrady „Paryż-Ren-Rodan”. Rachunek – ponad czternaście euro. Zapowiadają się opłaty dużo wyższe niż na drogach Szwajcarii. Tam, co prawda, czterdzieści franków, ale do końca roku i na wszystkie odcinki autostradowe.

Do St. Etienne droga wiedzie wzdłuż Regionalnego Parku Natury Du Pilat. Malownicze miasteczko Le Puy–En Velay, to początek Masywu Centralnego, daleko od głównych traktów komunikacyjnych, blisko od źródeł najdłuższej rzeki Francji – Loary.
Miasto mijamy nieobojętnie. Uwagę tych, co w drodze, przyciągają zbudowane na szczytach trzech wulkanicznych stożków, romańska katedra z X wieku - średniowieczny przystanek pielgrzymów do Santiago de Compostella, kaplica św. Michała, czy widoczna z kilkunastu kilometrów, niczym Chrystus w Rio, statua Matki Boskiej – Pani Francji. Podobno sama figura Madonny odlana z dwustu trzynastu armat zdobytych w 1855 roku pod Sewastopolem, waży sto dziesięć ton. Dobra francuska szkoła budowy pomników. Francuskie korzenie mają przecież Statua Wolności w Nowym Jorku, czy wspomniany Chrystus na Corcovado….
Krajobrazy przedgórza Sewennów, pozostawiają następne, pozytywne wrażenia.

Albi nad rzeką Tarn. XII wiek naszej ery. Miejscowa ludność sprzeciwia się praktykom ówczesnego kościoła katolickiego, szczególnie hierarchii kościelnej i feudalnej. Asceza i ubóstwo, nie na pokaz, drażnią otoczenie dworu papieża. Klątwa i ekskomunika. Prześladowania, zabójstwa, tortury, podstęp, z czasem całkowita zagłada przez zbrojne najazdy….
W centrum miasta albigensów (regionalne określenie katarów; przez teologów utożsamiane z awanturnictwem, czy sektą), stoi gigantyczna katedra. Odpowiedź na naruszenie zasady nieomylności papieża i kościoła, zadośćuczynienie za rzekome znieważenie i profanację świętej wiary. Budynek widoczny z dużej odległości, niczym oceaniczny prom dominuje na skarpie, nad rzeką. Pomnik, do dziś wyzwalający niepokój, odczucie triumfu nietolerancji i zaślepienia.
Przejście gotyckim mostem do stóp świątyni wydaje się być kanonem. Wieczorny spokój pięćdziesięciotysięcznego miasta. Ludzie uwięzieni w pubach, czy domach. Ciasne uliczki, zaułki z suszącym się praniem, porzucone, jakby niczyje, rowery….
Na niewielkim rynku przygniatająca swym kunsztem i ogromem wspomniana katedra św. Cecylii. Budzące respekt arcydzieło sztuki gotyckiej. Jedna z największych ceglanych budowli świata. Dwa wieki budowy. Wrażenie fortecy potęguje połączenie z obronnym pałacem arcybiskupa. Witraże, malowidła ścienne, z dominującą „Ostatnią Wieczerzą”, nie pamiętają już ostatnich buntowników z Albi. Ostatecznie koronują zwycięstwo nad niepokornymi….
Jeszcze rzut okiem do wnętrza byłego pałacu arcybiskupa, gdzie dziś eksponaty związane z osobą urodzonego w Albi malarza i grafika Henriego Toulouse-Lautreca. Niedomknięte drzwi muzeum poświęcone duszy bohemy dziewiętnastowiecznego Paryża, choć kasa nieczynna. Sprzątająca kobieta łamaną angielszczyzną, mimo wszystko, zachęca do odwiedzin kafejki, należącej do kogoś z jej znajomych….

Stara stolica Wizygotów, pogromców Grecji i Rzymu w V wieku – Tuluza, jak przystało na szanujące się miasto regionu Midi-Pirenees (Pireneje Środkowe), tonie w wieczornym morzu światła. Autostradowa obwodnica największej aglomeracji południowej Francji, pełna pojazdów. Spotykają się i rozjeżdżają we wszystkich kierunkach. Tylko trzy i pół godziny nad Atlantyk, do Andory, Hiszpanii, czy do Bordeaux, nieco ponad dwie do Morza Śródziemnego i w Pireneje. Dobre miejsce wypadowe. Sama Tuluza również przyciąga swoją historią. Rzymskie budowle, największy kościół Francji w stylu romańskim - benedyktyńskie opactwo św. Saturnina (St.-Sernin), stanowiący kolejny przystanek pielgrzymkowy do Santiago de Compostella - to głośne przykłady dawnej świetności miasta. Również kościół św. Jakuba, często niepoprawnie zwany „Jakobinów”, ściśle związany z postacią założyciela zakonu dominikanów, wyznacza ważne miejsce w historii Tuluzy. Tu gromadzą się czciciele relikwi św. Tomasza z Akwinu. Jakby w cieniu wymienionych - katedra St.-Etienne (św. Stefana), pałace, czy ratusz, zwany „Capitole”. W Polsce budowla w stylu romańskim, czy gotyckim, stanowi coś wyjątkowego. Francja, ojczyzna obu kierunków, posiada świątynie z przed ośmiuset, czy dziewięciuset lat, praktycznie w każdym znaczącym mieście. Tym bardziej zabytkowe obiekty „różowego”miasta nad Garonną, skutecznie przesłania współczesność: centrum badań lotniczych i kosmicznych, Instytut Badań Przestrzeni, park kosmiczny Cite de l’Espace widoczny z autostrady, czy koncern Airbus. Stąd autor „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupery wyrusza z pocztą jako pilot wojskowy w loty do Casablanki, Dakaru czy Buenos Aires. Tu swój początek mają statki powietrzne „Caravelle”, „Concorde”, największy pasażerski samolot „Airbus A380” i promy kosmiczne „Ariane”.

Spóźniony obiad. Przystawka, posiłek główny, wielka taca serów, jakiś deser, dwie butelki wina, karafka wody. Zupa, bo przecież tutejsze określenie kolacji, jako „souper” mówi jednoznacznie, co stanowi jego nieodłączną część. Zielona sałata, z pomidorami, rzodkiewką, ziołami i sosem winegret, to kolejny obrazek na stole. Po daniu głównym, niestety nie gęsi tuluskiej (z ich wątroby ponoć najlepsze pasztety), sery, popijane winem, białym, potem czerwonym, mocniejszym, bardziej aromatycznym. A może ślimaki? Podobno już sama ich obróbka stanowi coś szczególnego, niezwykłego. Choćby ślimacza, dziesięciodniowa głodówka, po to by każdego osobnika oczyścić z resztek pokarmowych, na przykład trujących dla człowieka liści….


Dzień II

Ramonville, na przedmieściach Tuluzy. Zanim wyjedziemy, tankowanie paliwa na lokalnej stacji. Dużo taniej, niż w trasie, czy centrum. Do Carcasonne jedziemy „nacjonalką”. Bardziej interesująco, niż autostradą, do tego bez opłat. Wzdłuż malowniczej, zacienionej wiekowymi platanami drogi, wody Kanału Południowego. Siedemnastowieczny, ponad dwustuczterdziestokilometrowy Canal du Midi z rzeką Garonną, do dziś stanowi ważną arterię wodną południowej Francji, między Atlantykiem, a Morzem Śródziemnym. Liczne, śluzy, mosty, czy tunele, każą uznać całość za cud techniki i znaleźć należne miejsce na liście światowego dziedzictwa. Potężne platany nad wodami kanału są dziś jedynymi świadkami geniuszu jego twórców….

Trudno w Carcassonne znaleźć wolne miejsca na parkingu centralnym, przy bastionie Calvary, nawet po letnim sezonie. Wydaje się, że stąd należy zacząć marszrutę w kierunku słynnego wzgórza Cite. Najpierw jednak wizyta w katedrze św. Michała. Chłód i półmrok dziewiętnastowiecznego stulecia daje chwilę wytchnienia po podróży. Delikatna muzyka organowa z głośników na stałe wpisana jest w atmosferę francuskich kościołów.
Spacer wąskimi uliczkami miasta. Ratusz, gdzieś w oddali charakterystyczna, ośmiokątna wieża, gotyckiego kościoła św. Wincentego, i jego czterdzieści siedem dzwonów, bastion Montmorency.
Z zabytkowego mostu Pont Vieux nad rzeką Aude, rzut oka na odległy kościół pod wezwaniem świętego Gimera, nieznanego w Polsce biskupa, z dziesiątego stulecia. To jeden z trzech obiektów zaprojektowanych przez Eugene Viollet-le-Duc’a, wybitnego konserwatora zabytkowych budowli świata. I tylko pytaniem jest, co nadaje świątyni Gimera uniwersalny charakter, że znajduje się w wykazie obiektów chronionych przez UNESCO.
Paczków, na Śląsku Opolskim (niektórzy twierdzą, że również Chełmno nad Wisłą), zwany jest przesadnie „polskim Carcassonne”. Do tego właściwego dzieli go jednak nie tylko przepaść odległości. Właściwe Carcassonne ponoć założył mitologiczny Eneasz, wódz trojański i protoplasta starożytnych Rzymian. Tak prawdziwie, to jednak Rzymianie w I wieku n.e. tworzą kolonię Carcaso. Potem miastem rządzą Wizygoci, Arabowie….
Historia właściwego Carcassonne, znanego dziś, to stulecia od XI do XIII, kiedy grodem zarządza rodzina Trencavel, a po ich zgładzeniu jako heretyków, Simon de Montfort, kierujący krucjatą w XIII wieku (Carcassonne obok Albi to drugie centrum ruchu religijnego – albigensów, krwawo wytępionych, podobnie jak później hugenoci, przez zwolenników katolicyzmu). Pozostaje po nich tylko historia i Cite.

Kolejne fortyfikacje powstają głównie po to, aby strzec przez zemstą rodu Trencavel. Poddane ostatecznie królowi Ludwikowi IX, potem Filipowi III, miasto zyskuje kolejne wały obronne.
Carcassonne podupada od połowy XVII wieku. W wieku XIX jest już ruiną i zapada decyzja o jego rozbiórce. I tylko wpływowym kręgom naukowym tego okresu, zawdzięcza się to, że dziś oglądać można jedno z największych i najpiękniejszych miast obronnych wszechczasów, wpisanych na listę UNESCO (głównym konserwatorem jest wspomniany Viollet-le-Duc).
Pięćdziesiąt dwie wieże, dwa pierścienie murów obronnych o długości trzech kilometrów z bramami i barbakanami, musi budzić podziw i uznanie dla twórców i historii. A najważniejsze, że Carcassonne to nie muzeum. Miasto żyje. Ma dziś swoich stu dwudziestu mieszkańców – restauratorów, kupców i rzemieślników, a na jego teren można wejść bez jakichkolwiek opłat. Trudno wyobrażalne jest miasto w pełni sezonu. Jak magnes tysiące turystów, niczym pielgrzymi wędrują na wzgórze, gdzie obok cmentarza, wielki parking, i…lunapark. Port Narbonnaise (Brama Narbońska) stanowi najważniejsze wejście od strony, tak zwanego „nowego Carcassonne” (miasto dolne), o ironio, zbudowanego w XIII wieku. Brama pierwsza, potem fosa z mostem zwodzonym, druga brama przez ciasne gotyckie wieże fortecy i brukowana uliczka ze sklepikami, czy informacją turystyczną, skąd wyruszyć można na zorganizowaną wędrówkę po grodzie. Uciekamy od mało zainteresowanych zwiedzaniem, bogatych przybyszów i rozstawionych stolików jakiejś restauracji, aby poczuć pozytywny klimat Carcassonne, w ciasnych zaułkach. Na placu przed bazyliką św. Nazariusza, wtopionej w część wewnętrznych fortyfikacji, mały odpoczynek. Bezpłatna, czysta toaleta ułatwia dalszą peregrynację.
Chłód wiekowej, rozbudowywanej od dwunastego stulecia, świątyni. Romański portal i część naw, gotyckie elementy transeptu, rozety, okna, wśród których witraże z „drzewem Jessego”, czy „drzewem życia”. Bazylika – niechcący świadek barbarzyńskich działań przeciw religijnej konkurencji (konkretnymi świadkami są narzędzia i maszyny tortur zgromadzone w pobliskim Muzeum Inkwizycji). Źródła pisane na ten temat zgodnie milczą. Może lepiej nie przywoływać upiorów przeszłości. Carcassonne, to bowiem miejsce kaźni setek mieszkańców, w opinii panów średniowiecza - buntowników, niepokornych, wywrotowców. Ich ciała przyjmuje okoliczna ziemia, lub ogień, a pamięć o tych wydarzeniach, zawodzi. Przypomina się zatem tych, którzy wierni do końca, przysługują się „słusznej” religii, choćby pochowanych w bazylice biskupów: Razoulsa, czy de Rocheforta.
Nie sposób ominąć okatgonalną Wielką Studnię, pełną legend i tajemnic, czy zamek Comtal. I nie można na tym poprzestać. Między murem wewnętrznym i zewnętrznym jest przecież szeroka, ślepa dla dorożek, promenada, którą piesi powinni obejść twierdzę. Pół dnia mamy „z głowy”.

Rok 1208. Papież Innocenty III oferuje każdemu, kto chwyci za broń przeciw katarom, boskie zbawienie, ziemie z majątkami heretyków oraz ich sprzymierzeńców oraz prolongaty spłat ewentualnych długów, czy podatków ustanowionych przez kościół w związku z krucjatą. Jednocześnie poucza, iż osoby utrzymujące jakiekolwiek stosunki z wyklętymi, na przykład przyjmowanie w domu, czy kontakty handlowe, objęte zostają ekskomuniką lub anatemą, bez możliwości odwołania się do praw świeckich. Nie można za taką osobę odprawić mszy, bądź pochować zmarłego na chrześcijańskim cmentarzu. Zaplanowana akcja obejmuje również stronę propagandową. Szydzi się z określenia „katar”, utożsamiając jego znaczenie z niemieckim słowem „Kater”, sugerującemu oddawanie kultu kotom…. Tymczasem wiarygodne źródła historyczne potwierdzają genezę słowa od greckiego wyrazu „katharsis” – „oczyszczenie”.

Jednym z pierwszych celów krucjaty jest Minerve, niewielka, zapomniana wieś na północny wschód względem Carcassonne.
Rok 1210. Oblężenie miasteczka przez katolicką armię, pod wodzą zdobywcy Carcassonne, Simona de Montforda. Obrona sprawowana przez dwustu mężczyzn z niewielkimi szansami, wobec liczebnej przewagi agresorów i ich czterech katapult, z największą „Malevoisine”. Najpierw pada obiekt strategiczny: ujęcie wody - studnia świętego Rustiquea. Broniącą się społeczność katarów, wspiera jedynie podwójny mur i naturalne ukształtowanie terenu – głęboki wąwóz rzek Cesse i Brian. Mieszkańcy żyjący do tej pory spokojnie, w ładzie i dobrobycie, muszą oddać wszystko, co najcenniejsze. Nie tylko dobra materialne: winnice, sady, domy, młyny. Życie. Odrzucenie sakramentów, kościoła i kapłanów, bogactwa i pychy kleru, są wystarczającym argumentem dla wojsk Innocentego III, aby stu czterdziestu katarów, czasem i tu określanych, jako albigensów, spłonęło na stosie. Pochodzący z roku 1231 roku nakaz papieski zaleca stosy, jako formę kary. Pod względem technicznym ma to pozwalać uniknięcie rozpryskiwania się krwi. Haniebna era zachłannych papieży dopiero się zaczyna. „Zabijajcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna!”, ponoć nawołuje jeden z opatów. Jeśli włodarze i panowie tych dni, nie płoną na stosach piekielnych, jak niegdyś ich ofiary, to cud. Pamięć pozostaje w słowach pieśni rozpowszechnianych od tego czasu przez trubadurów.
Niczym pielgrzymi „postmanichejscy”, wkraczamy pieszo przez most nad Cesse w granice Minerve. Krucjata niewiele pozostawia dzisiejszym „pątnikom”. Chyba tylko „candela”, smukła, ośmioboczna wieża górująca nad wsią, czy zamknięty kościółek, przypominają o świetności społeczeństwa Minerve z dwunastego i zarania trzynastego stulecia.
Niezwykłe położenie dawnej twierdzy katarów, daje niezapomniane wrażenie. Za zabudową osady, niczym Wielki Kanion, strome i głębokie ściany nad rzeką Brian. Gra światła słonecznego potęguje ich piękno. Wody nie widać. Zbyt głęboko. Spokojne miejsce do pożegnania z życiem, czasem przypadkowo. Z drugiej strony skalnej wyspy, gołoborze nad wąwozem. Gdzieś w dole dawny dom dla trędowatych i wyżłobiony w miękkiej skale osadowej przez rzekę, naturalny most….

Z pewnością miasteczko Mazamet, Góry Czarne, czy Park Natury Górnej Langwedocji nie jest magnesem turystyki plażowo – stacjonarnej. Rejon, gdzie między pogarbionym terenem, drzewka oliwne, pinie, a przede wszystkim plantacje winnej latorośli. Specyfika szlachetnej ziemi. Tu, gdzie inne uprawy nie przynoszą żadnych plonów, bo brak w glebie minerałów, winorośl daje wino doskonałe. Taka jest Langwedocja – Roussillon, ostoja języka prowansalskiego, zwanego też oksytańskim („langue d’oc”), gdzie na słowo „tak” zamiast „oui”, mówi się „oc”, bynajmniej nie z angielskiego.


Dzień III

Wysoko, wśród pirenejskich wzgórz po stronie francuskiej, daleko od komunikacyjnych traktów, zapomniane ruiny zamku Montsegur. Kręta, wąska droga pnie się w górę w stronę ośnieżonych szczytów. Z niedowierzaniem przeglądamy polskojęzyczne, książkowe przewodniki turystyczne, gdzie, jak na lekarstwo informacji o słynnym „Szlaku Katarów”.
Od zaparkowanego pojazdu jeszcze półgodzinna wędrówka na wysokość 1207 metrów. Po drodze obelisk upamiętniający martyrologię katarów, w miejscu gdzie płonął stos. „En ce lieu le 16 mars 1244 plus de 200 personnes ont ete brulees. Elles n’avaient pas voulu renier leur foi”, głosi napis. Ludzie przynoszą kwiaty w barwach miejscowości Foix, Tuluzy i Aragonii – czerwone i żółte.
Początek XIII wieku. Wspólnota katarska przejmuje po rodzinie Pereille zamek. W sile do sześciuset osób, uciekinierów z innych miejsc przed nadchodzącą krucjatą, skutecznie opiera się uporczywym atakom egzekutorów gniewu papieża. Wieść gminna niesie, iż katarzy z Montsegur są powiernikami świętego Graala, kielicha z krwią Chrystusa, zebranej przez Józefa z Arymatei. To tłumaczy ich siłę oporu, bo znakomita część mieszkańców, to kobiety.
Kapitulacja Montsegur następuje po dziesięciomiesięcznym oblężeniu i ciężkiej zimie, w maju 1244. Obrońcy otrzymują ultimatum: potępienie swojej wiary, albo ogień. Dwustu dwudziestu pięciu wybiera drugi wariant, reszta wypiera się religii, za co jedynie (?) areszt i grzywna. Odtąd królewską fortecą zarządza rodzina Levis, która w XVI wieku opuszcza na zawsze miejsce ludobójstwa. Koniec Monsegur, to początek końca katarów. Na zawsze.
W lesie, przy stromym podejściu kasa biletowa. Każda z osób lżejsza o cztery euro. Do zamku pozostaje dziesięć minut marszu.
Pozostałości po fortecy, przywracanej „do życia” od XIX stulecia, być może u niektórych znawców budowli warownych nadal budzą zachwyt. Dla laika – rozległe mury wkomponowane w skalny fundament. Szczyt, na którym oddech zapiera wiatr, przestrzeń, zaśnieżone szczyty Pirenejów, czy duch ludzkich tragedii.

Puilaurens. Dwunastowieczna twierdza zamkowa, opustoszała po letnim sezonie. A może tylko mżawka nieco ostudza zapędy poznawcze potencjalnych turystów? Z leśnej ścieżki za informacją turystyczną, nie widać ruin. Pojawiają się za ścianą lasu, gdzie ostatnie kroki kieruje się na zygzakowate podejście. Szczyt, na którym jedna z najmniej obleganych warowni katarów, ze względu na przynależność do długo nie objętego krucjatą, Królestwa Aragonii (dziś autonomiczna kraina w Hiszpanii). Trzy lata przed przesunięciem granicy na południe, na szczyty pirenejskie (1258), w zamku nie ma już wyznawców dualizmu. Zamek staje się jedną z pięciu granicznych fortec między Francją, a Hiszpanią i przechodzi w kolejnych dziesięcioleciach z rąk do rąk. W XVI wieku na długo staje się schronieniem dla pasterzy, lub zbiegów. Wieża Białej Damy, zbiornik na wodę pitną, czy „tubowy” system przekazywania informacji między piętrami, dowodzą wyjątkowego geniuszu dawnych budowniczych.
Ze wzgórza zamkowego droga wiedzie pod imponującym wiaduktem Lapradelle. Do następnych budowli na szlaku katarów, kilkadziesiąt kilometrów. To dobrze. Jest szansa na poprawę pogody.

Ponad godzinna jazda owocuje wreszcie widokiem na najwyższy szczyt nizinnej okolicy. Niczym gotycka sterczyna - wysoka wieża zamku Queribus, niedaleko miejscowości Cucugnan.
Z szutrowego parkingu na przełęczy Grau de Maury, zapierający dech, widok na okolicę. Do właściwego zamczyska, kilkaset metrów pod górę. Szeroka ścieżka, niczym na Śnieżkę od strony Małej Kopy. Na siedemset trzydziestym metrze nad poziomem morza, mury średniowiecznej budowli. Tej, która, jako bastion katarów poddaje się najpóźniej. W 1255 roku. Mieszkańcy prawie w całości wymykają się agresorom, chroniąc się w pobliskiej Aragonii, dzięki czemu zamek nie doznaje zniszczeń, jak inne warownie. Nawet rola strażnika granic Francji przed atakiem wojsk aragońskich, nie wyrządza tyle zniszczeń, co upływ czasu i brak właściciela, od połowy XVII wieku.
W Queribus zwracają uwagę rozmieszczone na kilku poziomach pomieszczenia, szczególnie pokój filarowy, gdzie sufit wspiera się niczym w świątyni gotyckiej na kolumnie. Przeciskamy się niskimi korytarzami, wchodzimy do ślepej piwnicy - może aresztu, wspinamy się spiralnymi schodami na szczyt donżonu, skąd widok przynajmniej na kilkadziesiąt kilometrów…. Równiny Corbieres i Roussillon, kolejny zamek katarów Peyrepertuse, szczyty Pirenejów, czy wody Morza Śródziemnego, to obrazki z platformy widokowej na wieży zamku.

Tylko parę kilometrów dalej, słabo oznakowany zjazd z lokalnej drogi, na węższą, krętą, prowadzącą do kolejnego obiektu na „Le pays Cathare”. Wokół pola winnej latorośli, pojedyncze pinie. Jest po godzinie osiemnastej. Kasa do zamku Peyrepertuse (z języka prowansalskiego, którym posługiwali się katarzy – „przebita skała”), zamknięta. Szczęśliwie szlaku i wejścia do ruin nie zamyka się. Pięć euro per capita zostaje w kieszeni.
Leśna ścieżka. Skalisty szczyt zabudowany murami obronnymi, wyłania się niespodziewanie. W blasku chylącego się ku zachodowi słońca, znowu powala swym pięknem. Jedenastowieczne zamczysko, a właściwie dwa – zamek górny i dolny, stanowiące jedną całość, znowu inne, niż wcześniej obejrzane. Zamek dolny, jak dziób dryfującej łodzi między pofalowanymi szczytami, dochodzącymi do ośmiuset metrów ponad poziom morza. Rozpoznawalne pozostałości po świątyni, czy rezydencji dla króla Aragonii. W przeciwieństwie do innych warowni katarów, budowla nie jest obiektem zainteresowań najeźdźców, choć ostatecznie po krucjacie przechodzi w ręce Francuzów, w 1240 roku. Król Ludwik IX, uznany potem przez papieża za świętego, docenia wartość obronną zamku i dobudowuje zamek górny, ochrzczony imieniem św. Grzegorza z kaplicą i donżonem na dalszej, stromej części szczytu. Budowla dołącza tym samym do tak zwanych „pięciu synów Carcassonne”, zamków – strażników granicy Francji i Aragonii. Tu administracja królewska trwa aż do wybuchu Rewolucji Francuskiej.

Zmęczeni historią katarów, zadumą o eksterminacji miliona istnień ludzkich, przemieszczamy się dalej wąskimi drogami. Na szczęście jest jeszcze widno, Słońce nie zaszło.
Kilkanaście kilometrów od Peyrepertuse na lokalnym odcinku drogi D7, między St. Paul de Fenouillet, a Cubieres, turystyczne drogowskazy kierują do miejsca „Gorges de Galamus”, informując jednocześnie o zakazie wjazdu pojazdom o wysokości powyżej 2,7 i szerokości powyżej 2 metrów, czy samochodom z przyczepami. Trasa rzeczywiście zwęża się do rozmiaru jednego auta i wiedzie półkami skalnymi wykutymi w 1884 roku, w połowie wysokości łańcucha gór, nad czeluścią kanionu rzeki Agly. Dopuszczalna prędkość do 30 km/h i absolutny zakaz zatrzymywania się. Nie ma tu świetlnej regulacji, więc jeśli trafi się na pojazd jadący z naprzeciwka, trzeba wycofać się do najbliższej wysepki, lokalizowanych na licznych serpentynach. Poziom adrenaliny powyżej średniej i ciarki na plecach, gdy spojrzeć za okno. Z jednej strony otchłań i pionowa ściana w dół, z drugiej strony i nad autem, skalne nawisy, nasączone spływającą wodą. Zatrzymujemy się na widocznym z daleka szerokim łuku, wbrew przepisom. Jest po dwudziestej. Ruch po sezonie letnim niewielki. Podmuchy zimnego wiatru i szum wodospadów, czy rzeki. Poza tym cisza. I tylko czasem da się słyszeć charakterystyczny śpiew kruka. Gdzieś poniżej pustelnia św. Antoniego. Jedno z piękniejszych miejsc Francji.


Dzień IV

Na stole ze śniadaniem croissanty, słodkie bułeczki, bagietki, masło, dżem, miseczki pełne jogurtu, torebki z płatkami, czy mussli, dzbanek kawy, mleko. I jeszcze puste czarki. Gospodyni prosi o nalewanie kawy. Konsternacja, bo filiżanek nie podano…. Ku naszemu zdumieniu kawę pija się z półlitrowej czarki bez ucha, trzymając naczynie oburącz.

Autostrada do Biarritz, Bayonne i San Sebastian umożliwia najszybsze dotarcie z regionu Midi – Pyrenees do Akwitanii i nad Zatokę Biskajską, część Atlantyku. Monotonię turystyki samochodowej przerywamy zjazdem w kierunku Pirenejów – do Lourdes.
W miasteczku, przypominającym momentami dużą miejską aglomerację, trudno znaleźć wolne miejsca parkingowe nawet po sezonie. Tu trwa on cały rok. Tłumy pielgrzymów i zwiedzających. Przeciskamy się na drugą stronę rzeki Gave de Pau, w kierunku bazyliki. Z daleka widoczna wieża, przed którą skupieni wokół ołtarza, na dolnym placu, ludzie. Głos prowadzącego nabożeństwo słyszany w promieniu kilkuset metrów. Bocznym wejściem udaje się dotrzeć do dolnego, potem górnej części dziewiętnastowiecznego kościoła. Zainteresowanie przybyszów wzbudza przede wszystkim znajdująca się u stóp świątyni skalna grota Massabielle.
7 stycznia 1844 roku. W domu ubogiego młynarza rodzi się pierwsze z sześciorga dzieci, Bernadetta Soubirous. Dziecko chorowite, przez współczesnych uważane za naiwne, prostoduszne, wrażliwe. W roku 1858, kiedy ma czternaście lat, niedaleko groty podobno kilkanaście razy widuje Matkę Boską, która udzielać ma wskazówek i rad. Wielokrotnie przesłuchiwana przez oficjeli kościoła i rządu francuskiego, konsekwentnie utrzymuje swoją opowieść, a Lourdes staje się „samorodnym” miejscem pielgrzymkowym.
Ustawiamy się w kolejce do groty. Jeszcze nie jest źle. Ogonek wydłuży się do kilkuset metrów po nabożeństwie. W skupieniu wraz z pielgrzymami, ludźmi starszymi, kalekimi i schorowanymi, często o kulach lub na wózkach, posuwamy się wzdłuż skały, trzymając według zwyczaju ścianę, po której, od czasu, do czasu spływają krople wody….
Wracając do centrum, wlewamy na pamiątkę do butelki ponoć cudowną źródlaną wodę, prowadzoną przez ujęcia z kurków. Mijamy imponującą statuę Madonny, z daleka podziwiamy gotycki zamek, widoczny na przeciwległym wzgórzu. Tłum rozrzedza się. Kumulacja następuje znowu na wąskich uliczkach. Teraz każdy musi przecież kupić coś na pamiątkę. Statuetki Matki Boskiej, czy uznanej w 1933 roku za świętą, Bernadetty, ozdabiają wszystko. Szczytem tandety wydają się być butelki na wodę, z odkręcaną głową Madonny.

Biarritz, kąpielisko oceaniczne miasta Bayonne (po polsku podobno mówi się Bajonna) nie wydaje się być najlepszym miejscem do odpoczynku w spokoju. Tłumy ludzi o każdej porze, ruch uliczny, każą poszukać bardziej ustronnego skrawka plaży. Mapa sugeruje przemieścić się nieco na północ. Miejscowość Capbreton wygląda „sensownie”.
Centrum miasteczka Capbreton, naprzeciwko kościoła, prawie puste. Domy – dacze często z zamkniętymi okiennicami. Spacer do plaży łagodzi niewygody podróży.
Szeroka, żółta plaża prawie pusta. Gdzieś na horyzoncie chylące się ku zatoce pasmo Pirenejów. Kilku „dziwolągów” uzmysławia nam inność tego miejsca. Pierwszy napotkany człowiek czegoś szuka w piasku. Słuchawki na uszach, w rękach urządzenie w rodzaju stosowanych do poszukiwań metalu, czy min (?). Kawałek dalej kilku serfingowców balansuje na falach. Na wydmie dwóch lotniarzy….
Kąpiel i kilkugodzinny spacer owocuje różnorodnością atlantyckich muszli i piasku. Naturalne, darmowe suweniry.


Dzień V

Wczesny, mglisty ranek w miejscu, skąd codziennie wyruszamy w drogę, nie nastraja do delektowania się urokami wojaży. Mimo wszystko z nadzieją wpatrujemy się w zachmurzone niebo. Na ten dzień francuskie związki zawodowe zapowiadają strajk generalny, mający objąć również transport. Szczęście, że na dziś zaplanowana jest wizyta poza terytorium państwa objętego protestem – w Księstwie Andory.
Strajki mają w sobie coś pozytywnego. Oto dziś autostradą jedziemy bezpłatne. Niestety, szybka jazda kończy się kilkadziesiąt kilometrów przed celem naszej eskapady. Istotnie, Francja nie jest zainteresowana budową drogi ekspresowej do państwa, które gospodarczo „jątrzy” i stanowi pod każdym względem niewygodnego partnera.
Wskazówki miejscowych potwierdzają się. Do Andory najlepiej wybrać się w dzień powszedni, wczesnym rankiem. Koniec tygodnia i godziny popołudniowe rezerwują sobie Francuzi i Hiszpanie na zakupy. Wtedy ruch potęguje się.
Oficjalnie do księstwa wjechać można dwoma drogami. Od północy prowadzi tu „nacjonalka” z Tuluzy, do której przed granicą dołącza inna, z Perpignan, Barcelony, czy hiszpańskiej enklawy na terytorium Francji – miasteczka Llivia. Od południa droga wiedzie z wnętrza Hiszpanii. Samochody często posuwają się, zarówno z jednej, jak i drugiej strony, jak na przysłowiowej „Zakopiance”.
Z położonego na 720 metrach ponad poziom wody morskiej, podgórskiego kurortu Aux-les-Thermes, gdzie buchające opary cieplic widoczne nawet z samochodu poruszającego się tranzytem, szosa wspina się na wysokość 2407 metrów. Niedobrze, gdy przed sobą mamy ciężarówkę. Możliwość wyprzedzenia na serpentynach prawie zerowa. Przed granicą z Andorą część jadących skraca drogę, kierując się do płatnego tunelu, ale nawet podczas niepogody, szkoda tracić górskie widoki.
Za granicą miasteczko marketów, sklepów i stacji benzynowych. Droga wiedzie się jeszcze kilkaset metrów po górach. Przełęcz Port d’Envalira i parking. Prawdopodobnie najwyżej położone miejsce w Europie, gdzie odbywa się regularny ruch samochodowy. Morze gór pokrytych śniegiem. Droga wijąca się jak rzeka z jednej i drugiej strony tego niezwykłego miejsca. I tylko szpetna stacja benzynowa, przypomina, o istniejącej tu cywilizacji.
Trzydziestokilometrowy zjazd w stronę stolicy od pewnego momentu stanowi strumień brudnej wody. Ciemnożółta maź spływająca z topniejącym śniegiem jakby z placu budowy. Rzeczywiście Andora naprawdę stanowi ogromną budowę. Hotele, pensjonaty, to obok handlu i bankowości, podstawa gospodarki księstwa. Ogromne ciężarówki z betonem, czy żwirem stanowią dopełnienie do lasu dźwigów gęsto rozsianych na zboczach doliny.
Soldeu, Canillo, Encap i Andora la Vella, na poziomie 1029 metrów. Główna ulica dwudziestotrzytysięcznej stolicy jest trasą tranzytową, gdzie prędkość skutecznie wytłumiają sygnalizacje świetlne i robiący zakupy. Trudno się dziwić. Sprawdzić należy ceny przynajmniej w dziesięciu różnych sklepach, bo taki sam artykuł może mieć różnicę w cenie do kilkudziesięciu euro, o czym potem przekonujemy się poszukując konkretny model aparatu cyfrowego.
Ubłocone auto zostawiamy w bocznej ulicy, niedaleko Caldea Spa, największego w Europie centrum wypoczynku termalnego, którego szklany budynek zwieńcza osiemdziesięciometrowa wieża.
Szybka analiza cen: paliwo: 0,90 - 0,92 euro za litr, spirytus 98%: 2,99 euro za litr, tyle samo whisky „VAT 69”, czy „Absynth”. „Średnio” tani wydaje się produkt z Łańcuta – „Wódka Wyborowa”. Alkohol ten jest w naszym odczuciu nieco „podejrzany”, bo wiadomo, że już od dawna jedynie „Poznań” ma wyłączność na tę markę…. Cóż. „Brniemy” dalej. Elektronika, artykuły fotograficzne, optyczne, spożywcze…. Cały kraj o powierzchni mniejszej od Warszawy objęty strefą wolnocłową i zwolnieniem od podatku dochodowego. Rzeczywiście, jesteśmy pod „cenowym” wrażeniem niektórych artykułów.
Ulicami centrum przejeżdża pojazd wydający dźwięki krowy i reklamujący jakąś mleczarnię, czy nabiał. Na dachu volkswagena transportera idealnie wkomponowany olbrzymi odlew krowy z tworzywa sztucznego, z przelewającymi się poza zabudowę samochodu wymionami i odnóżami zwierzęcia…. Śpieszymy się, bo o trzynastej rozpoczyna się sjesta i sklepy zostają zamknięte.

Odkrywcy ścieżek trudno oprzeć się wyjścia w góry. Tym bardziej w tak „egzotycznym” kraju, jakim jest Księstwo Andory, gdzie głowę państwa jednocześnie sprawują współksiążęta: prezydent Francji i biskup hiszpańskiego miasteczka Seo de Urgel, a administracyjnie terytorium podzielone jest na…siedem parafii. Z dużym wyczuciem znajdujemy poza centrum szlak prowadzący w kierunku szczytu Pic de Perafita i granic trzech państw. Trzeba się „sprężać”. Są już popołudniowe godziny, a trasa wydaje się raczej trudna. Pusty szlak kusi. Przed nami perspektywa odnalezienia pozostałości starożytnych, wysokogórskich osad rolniczych, wpisanych do listy światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO - Madriu-Perafita-Claror. Oznaczeń jednak do tych miejsc nie ma.
Dwie i pół godziny leśną ścieżką stale pod górę, owocuje rozległą polaną i widokiem na pirenejskie trzytysięczniki. Żywego ducha. Pot na ciele szybko wywołuje odczucie zimna w kilkustopniowej temperaturze. Mijamy pasterski, kamienny szałas, czyli cabanę, z dachem obłożonym darniną, gdzie po przeciśnięciu się przez szczelinę można przenocować na deskowanej podłodze. Kawałek dalej puste schronisko Perafita: trzy dwupiętrowe prycze, z kocami, kominek, stół, część gospodarcza, łopata, siekiera, przygotowane do kominka drewno. Wszystko dostępne bez jakichkolwiek zobowiązań. Nieopodal metalowy kontener na odpadki, spięty linami do wywiezienia przez śmigłowiec. Szumi strumień. 2200 metrów nad poziomem morza, o czym informuje tabliczka nad wejściem do Refugio de Perafita.

Wieczór przy pełni księżyca do niezły pomysł, aby jeszcze raz zatrzymać samochód na wysokości Rysów, na przełęczy Port d’Envalira i popatrzeć na góry. Landschaft piękniejszy niż na obrazach. Prawdziwy.

Francuscy pogranicznicy w Pas de la Casa z ciekawością oglądają nasz pojazd na polskich numerach rejestracyjnych. Tradycyjne pytanie celnika o wwożone do Unii towary. Zjeżdżamy samotnie ze zboczy pirenejskich. Ci, którzy mieli zrobić zakupy w Andorze są już prawdopodobnie w domach. Nasze towary w bagażniku, w razie czego, przykryte zabłoconymi butami górskimi.
Aux-les-Thermes - u podnóża Pirenejów, godzina 22.00. Pusta szosa przecinająca kurort. W świetle ulicznych lamp, kilkadziesiąt metrów przed samochodem pojawia się człowiek z lizakiem i świetlną tablicą… „Douane”.

Na wielkim placu, gdzie jak na dłoni widoczne światła zjeżdżających z granicy samochodów - rewizje. Rzeczywiście buty i przepocone koszule robią niesmaczne wrażenie na służbie celnej. Odstępuje od wgłębiania się w szczegóły zawartości bagażnika. Pytanie o ilości wwożonego alkoholu. Nie wymieniamy z nazwy „Absyntu”. Władze na tę znaną od XVII, a popularną w XIX wieku nalewkę spirytusową, są szczególnie wyczulone. Zawarty w niej piołun wywołuje ponoć u człowieka reakcje halucynogenne. Produkowana jest po sąsiedzku, w Hiszpanii, tu zaś zakazana pod pretekstem szkodliwości olejków eterycznych piołunu. Szczęśliwie o nazwę produktu, nikt nie pyta….



Dzień VI

W czasie krucjaty przeciw katarom na początku XIII stulecia ważną role pełni opactwo Fontfroide, niedaleko miejscowości Narbonne. Gotyckie mury, z których najstarsze fragmenty sięgają lat 1080 – 1095 goszczą pierwotnie benedyktynów, a od połowy XII wieku ich odłamu - cystersów. Odizolowani od świata, gdzieś w dolinie wśród zalesionych, wapiennych wzgórz Cobieres, Fontfroide staje się wyspą wśród heretyków. To daje wbrew cysterskiej regule zakonnej prostoty i ubóstwa, olbrzymie subwencje, a w rezultacie, kto wie, czy klasztor nie staje się najbogatszym opactwem średniowiecza. Kiedy z rąk miejscowych w 1208 roku ginie jeden z braci zakonnych, papież Innocenty III, ma gotowy pretekst do zbrojnego wystąpienia przeciw niewiernym. Lojalność wobec głowy kościoła, dobre wino robione przez braci i gest wysyłania go od 1309 roku na dwór papieski do Awinionu, opłacają się. Nagrodą jest choćby awans jednego z braci, najpierw na biskupa miasta Pamiers, potem na papieża w 1334 roku (Benedykt XII). Ponadto zakon ma prawo nadawania tytułu opata, bez konieczności bycia mnichem, co w efekcie zmienia opactwo na bogaty zamek, pełen marmurów, kominków…. Kara za pychę nie omija Fontfroide. Opactwo podupada na znaczeniu od końca XIV wieku, a kończy istnienie podczas Rewolucji Francuskiej. W 1908 roku ruiny wykupuje lokalna rodzina, która cenniejsze rzeczy wywozi do Stanów Zjednoczonych. Pozostawione nieruchomości stopniowo są naprawiane, czasem bez smaku i wyczucia.
Do dziś osoby prywatne opiekują się budynkami dawnego imperium cystersów, pilnie strzegąc widoku (wysoki płot) oraz dostępu na dziedziniec i wnętrz, bez biletu i przewodnika. Rozczarowuje nas reklamowane w informatorach, ponoć wyjątkowe rosarium. Niedosyt rekompensuje otaczająca nas śródziemnomorska roślinność i spacer pustymi ścieżkami po wzgórzu wokół klasztoru. „Historia tego miejsca jest w nas, gdy smakuje się wina opactwa”, mówi miejscowa sentencja.

Osoby preferujące typ turystyki stacjonarnej, mogą kojarzyć nazwę Narbonne (w języku polskim – Narbona) z pięknym, znanym miejscem wypoczynku nad Morzem Śródziemnym – Narbonne Plage. Narbonne i Narbonne Plage nie są jednak tymi samymi miejscami. Co prawda obie miejscowości leżą w odległości kilkunastu kilometrów od siebie, lecz poza nazwą nie mają dziś nic ze sobą wspólnego. Przed wiekami Narbonne pełni rolę portu morskiego, ale zamulenie powoduje odcięcie miasta od wód i tylko dzięki Kanałowi de la Robine, dziś istnieje połączenie z wodnymi szlakami komunikacyjnymi.

Narbonne to najstarsze miasto południowo - wschodniej Francji, sięgające korzeniami 118 roku przed Chrystusem, znane jako Narbo Martius, później stolica Galii Narbonnensis, rozciągającej się od Tuluzy po dzisiejszą Genewę. Narbonne - ostatni bastion Arabów na dzisiejszych ziemiach Francji, to gotowy scenariusz filmu historyczno – przygodowego.
Rok 1244. W Narbonne odbywa się spotkanie biskupów całego kościoła w celu ustanowienia praw i uregulowania spraw doktryny wiary i moralności. Sobór w Narbonne precyzuje i daje wskazówki postępowania wykonawcom „gniewu papieża” w czasie inkwizycji. Uściśla przepis, iż przy skazywaniu jednej osoby z rodziny, należy tę samą karą objąć pozostałych domowników, bez względu na chorobę, czy podeszły wiek, a całość poprzedzić chłostą.
Sobór pozostawia po sobie również plan budowy gotyckiej katedry, który jest wdrażany w życie kilkadziesiąt lat później. Po siedemdziesięciu pięciu latach budowy gigantycznej świątyni, w 1347 roku, historyczny proces sądowy, związany między innymi z koniecznością rozbiórki części murów miejskich dla kontynuacji rozbudowy jednej z naw, wstrzymuje nad nią prace. Rada miasta oburzona jest pomysłem niszczenia starych, użytecznych obwarowań miejskich. Pozostaje uparta i konsekwentna wobec pomysłów i poczynań władzy kościelnej i…tak zostaje do dziś. Niedokończona budowla sakralna, to rzadkość z ponurego średniowiecza. Kościoły, w przeciwieństwie do innych budowli, są tymi obiektami, na które nie szczędzi się wysiłku, pieniędzy, życia ludzi i które finalizuje się. Doskonale zabezpieczony i wyeksponowany budynek pod wezwaniem St.-Just-et-St.-Sauver, jest trzecią najwyższą budowlą gotycką we Francji, choć spotyka się nieuzasadnione opinie, iż jest to po katedrze w Ulm drugi najwyższy gotycki obiekt sakralny świata. Faktem jest, że chór umieszczony na wysokości około 40 metrów, stanowi architektoniczny wyczyn. Świątynia – natchnienie cesarza Karola V przy przebudowie katedry św. Wita na Hradczanach w Pradze, często zamknięta dla publiczności, warta obejrzenia, choćby z zewnątrz.

W bliskiej odległości plac de l’Hotel de Ville (w czasach rzymskich Via Domitia – droga z Cesarstwa do Hiszpanii), z Pałacem Arcybiskupim, Starym i Nowym, gdzie dziś siedziba mera, apartamenty Ludwika XVI, mozaiki rzymskie, czy obrazy słynnych mistrzów pędzla. Dawka wiedzy zawarta w tych miejscach, jest zbyt duża, aby móc bez odpoczynku chłonąć dalsze historie związane z narbońską bazyliką St-Paul-Serge, stojącej na cmentarzysku z IV wieku, czy Roman Horrerum – pierwotnie spichlerzem, dziś labiryntem podziemnych przejść.

Na wąskich, jednokierunkowych uliczkach śródmieścia Perpignan, lub jak wolą miejscowi - Perpinya, nie sposób zaparkować. Kluczymy posuwając się ku wzgórzu, wzdłuż masywnego, ceglanego muru zamku. Przed wejściem w jego obrzeża, do rezydencji dawnych królów Majorki – parking. Kilka aut stojących poprzecznie na miejscu dla autokarów upewnia nas, że jest to dozwolone. Tylko tu są wolne miejsca.

Trzynastowieczna cytadela - perła średniowiecznej architektury militarnej, wchłania nas wiodąc pod górę szerokim, kamiennym traktem i krętymi korytarzami. Przyjemny chłód kończy się w strefie szerokiego pasa zieleni z fosą, oddzielających mury od właściwego pałacu i kaplic królewskich. Podwórze z loggią i krużgankami, to początek płatnej części, do dawnych pomieszczeń władców Majorki i Aragonii, którzy tu w Perpignan szukają wytchnienia. Nas urzeka najbardziej widok na Pic du Canigou, pirenejski trzytysięcznik, dobrze wyeksponowany z zewnętrznych umocnień budowli.

Brudne chodniki - efekty beztroski nie tylko miejscowych zwierząt domowych, dwujęzyczne napisy na tabliczkach z nazwami ulic, czy przystankach, katalońskie flagi – pasy czerwone i żółte, ciepłe powietrze południa, to klimaty Perpignan. Jakby w innym państwie, innej kulturze. Tu w 1415 roku Zawisza Czarny towarzysząc królowi Zygmuntowi Luksemburskiemu pokonuje w turnieju mistrza włóczni Jana z Aragonii, wysadzając go z siodła jednym uderzeniem kopii. Tutaj 31 października 1838 roku Fryderyk Chopin spotyka się z George Sand. Stąd 9 października 1958 roku w podróż dookoła świata wyrusza Citroen 2CV z załogą złożoną z Jacquesa Seguela i Jeana Claudea Baudot, którym po 25 tysiącach przejechanych kilometrów, na pustyni Atacama w Chile, przytrafia się komentowana później przygoda: „Motor pojazdu na skutek braku oleju odmawia posłuszeństwa. Jedynym ratunkiem są…banany otrzymane od miejscowego Indianina, którymi wypełniają komorę silnika, i przejeżdżają „na nich” 300 km, do najbliższego warsztatu, a rajd kończą po stu tysiącach…”.
Miasto festiwali fotografii reportażowej i…dworca kolejowego, uznanego przez surrealistę Salvadora Dalego, za środek świata (przypomina o tym strumień światła laserowego bijący przed budynkiem stacyjnym w wieczorne niebo i jedno z płócien mistrza - „Tajemnica dworca w Perpignan”). Miejsce, gdzie w swoim czasie Francuzi, nieufni wobec mieszkańców, tworzą na wałach obronnych strzelnice usytuowane po...wewnętrznej stronie murów. „Straszaki” dla „dyscyplinowania” Katalończyków. Ich ocalały fragment to Le Castillet Nostra Dona („Zameczek Nasza Pani”).
Jeszcze serce Perpignan, na czele z gotycką katedrą St-Jean (św. Jana) i jej wyjątkowym, ażurowym hełmem z metalu oraz zlewającą się z nią romańską świątynią St-Jean-le-Vieux (św. Jana Starego), w której od 1890 roku niejaki Bartissol, ówczesny odpowiednik dzisiejszego dewelopera, produkuje prąd dla okolicznych, stawianych przez swoją firmę domów. Obok - Campo Santo (Święte Pole), średniowieczny cmentarz krużgankowy, na planie kwadratu o boku 54 metrów.
Nie sposób nie usiąść w kafejce na wolnym powietrzu przy Placu de la Loge i nie odpocząć, spoglądając na mury budynków obok ratusza, gdzie urzędują rajcy i mer, gdzie Giełda Kupców zwana „Morskim Konsulatem” lub „Kajutą” i Pałac Poselski. By popatrzeć spokojnie, na przechodzących Katalończyków, ludzi, którzy jakby nie u siebie, jakby bez swojego państwa. By przypomnieć znaną we Francji milczącą, Wielkopiątkową procesję i przebranych niczym kaci, czy Ku-Klux-Klan uczestników, którzy w charakterystycznych czerwonych uniformach i kapturach, jak niegdyś lokalnym skazańcom, dziś symbolicznie towarzyszą idącemu na śmierć Chrystusowi.
Parking przy Pałacu królów Majorki, okazuje się dla nas wyjątkowo drogi. Mandat za szybą mówi, iż istotnie, nie wolno parkować pojazdów osobowych na miejscu dla autokarów.

U zarania XX stulecia, w miejscu zejścia Pirenejów w wody Zatoki Lwiej Morza Śródziemnego, nazwanym Cote Vermeille (Wybrzeże Cynobrowe), bohema tworzy miejsce spotkań i narodzin nowego kierunku w malarstwie. Andre Derain, Georges Braque, Henri Matisse, czy Pablo Picasso być może zauroczeni królewskim zamkiem w Collioure, ulicami miasteczka, w tym dawną latarnią morską - kościołem Notre-Dame-des-Anges, a może licznymi zatoczkami, uprzedzającymi wybrzeże Costa Brava, kreują nową wizję rzeczywistości. Powstają dzieła, później określane jako przykłady malarstwa związanego z fowizmem, czy wczesne dzieła klasyków kubizmu. Tu w latach hiszpańskiej wojny domowej, schronienie znajduje poeta Antonio Machado.
Współczesny obraz nadmorskiego pogranicza od Collioure, przez Cerbere, do Portbou, na terenie Hiszpanii, to niewielkie wyspy piaszczystych plaż. Skały i klify. Bajeczne, rajskie widoki, gdzie górska droga z widokiem na morze. Pasmo Alberes wieńczące na wschodzie ponad czterystukilometrowy łańcuch Pirenejów, oddzielający kontynent od Półwyspu Iberyjskiego w zderzeniu z falami, daje w słońcu niepowtarzalną grę światła i barw. Specjalne miejsca widokowe na wysokich wzniesieniach ułatwiają chłonięcie piękna, delektowanie się urokiem miejsc. Granicę państwową wyznacza unijna tablica informacyjna na stromym podjeździe. Na przełęczy pierwszy obiekt hiszpańskiej cywilizacji – stacja paliw. Taniej niż we Francji.
Aby w przyszłości przywołać wspomnienia z tego zakątka Europy, jakaś pamiątka…. Rozsądnym znowu wydaje się pozbieranie muszli i trochę piasku morskiego na szerokich plażach na północ od Collioure lub na Costa Brava w Hiszpanii, gdzie nie ma już gór.


Dzień VII

Zamknięta kasa przed skalną czeluścią w Niaux, mobilizują do wyjścia jeszcze raz na pirenejski szlak. Spóźniamy się 10 minut na jeden z porannych seansów w miejscu, które obok Lascaux, stanowi archeologiczną osobliwość. Następne wejście dopiero za półtorej godziny. Przegląd mapy i decyzja: góry.
Kilka kilometrów na południe, przez osadę Gesties prowadzi transpirenejski szlak pieszy GR10. Przypadkowy wybór marszruty i konieczność powrotu do Niaux na określoną godzinę, motywują do szybkiego wyjścia ponad granicę lasu, około dwa tysiące metrów ponad poziom morza. Łąki usiane liliowymi zimowitami (bo „witają” zimę), stanowią idealny pretekst do spędzenia reszty czasu na biernym wypoczynku w słońcu i chłonięciu widoków na dolinę rzeki Vicdessos oraz zaśnieżone szczyty ciągnące się po horyzont, gdzieś w kierunku Andory….

Okolica miejscowości Tarascon-sur-Ariege znanej z Parku Sztuki Prehistorycznej, przyciąga nie tylko koneserów speleologii, czy podziemnych wspinaczek. Pełno tu miejsc, gdzie odpłatnie wchodzi się w drążone przez wodę, pieczary. Nie ma sztucznego oświetlenia, a podłoże przez wieki takie same: mokre, śliskie, nierówne. Między słynnymi jaskiniami Mas d’Azil i Niaux, do zwiedzania wybieramy tę wcześniej zamkniętą. Z latarkami, w kaskach górniczych przeciskamy się z przewodnikiem wapiennymi korytarzami jaskini. Ściany pełne napisów, podpisów, liczb, tworzonych jakby węglem. Ciekawość wzbudzają przede wszystkim daty, gdzie dominują lata wieków XVII i XVIII. W rzeczywistości naskalne pamiątki, wydające się rezultatem wandalizmu, okazują się starannie chronioną, cenną częścią historii regionu. Już ponad czterysta lat temu, głębokie „dziury” w skałach, były przedmiotem zainteresowań ludzi. Dlatego prawie w ogóle nie zachowują się nieodłączne atrybuty jaskiniowe - stalaktyty i stalagmity, skutecznie niszczone przez „dzikich” eksploratorów. Dopiero rok 1906 stanowi przełom. Niejaki Molar, odkrywa w „Salonie Czarnym” jaskini Niaux, nieznane wcześniej, naskalne, czarne i czerwone rysunki bizonów, kozic i koziorożców. Początek wielkich odkryć malowideł okresu magdaleńskiego, stworzonych pomiędzy latami 11500, a 10500 przed naszą erą. Nie zdołano zniszczyć prehistorii, a ciemność i stała temperatura nie przewyższająca 12 stopni Celsjusza, trwale konserwują rysunki z późnego paleolitu, wykonane techniką kropek i kresek (podobno symbolizują odpowiednio, cechy żeńskie i męskie). Dla publiczności wyeksponowano w Niaux jedynie (?) ośmiusetmetrową trasę. A więc nie wszystko można zobaczyć. Lokalny przewodnik uzmysławia nam kunszt i abstrakcyjne myślenie twórców malowideł. Odpowiednie skierowanie światła latarek na ściany ukazuje nie tylko proste rysunki naskalne, lecz również obrazy tworzone techniką stosowaną jeszcze niedawno przez kubistów, sztukę narodzoną w świetle ognisk i lamp łojowych.

Gdy wjeżdżamy do dziesięciotysięcznego miasteczka Foix, jest już późne popołudnie. Na spływ fragmentem najdłuższej w Europie, podziemnej rzeki w leżącym nieopodal Labouiche, dziś już nie zdążymy. Pozostaje zadowolić się tym, co stwarza w ciągu wieków człowiek.
Stolica departamentu Ariege, do roku 1605 siedziba hrabiów, przyciąga przede wszystkim fanatyków, tudzież znawców zamków obronnych. Wzrok turysty absorbuje obiekt zamkowy widoczny z autostrady Tuluza - Andora, przypominający te znane z tranzytowych przejazdów przez Czechy, czy Południowy Tyrol. Zamek Foix stoi na szczycie pojedynczego wzgórza, u stóp którego siedemnastowieczna, szachulcowa zabudowa starówki z widłami rzek Ariege i Arget. Ceglane mury, trzy strzeliste wieże - jedno z nielicznych miejsc, gdzie feudalni zarządcy ziemscy w opozycji wobec królów Francji czynnie wspomagają heretycką ludność katarską, skutecznie opierając się czterokrotnym atakom papieskiego rycerza Simona de Montforta w XIII wieku. Krętymi, wąskimi uliczkami, obok monumentalnego, jedenastowiecznego kościoła poświęconego arcybiskupowi Tours z V wieku - St-Volusieu, wspinamy się do podnóża zamkowego placu. Gdzieś w zaułkach kamieniczek krzyki dzieci kopiących piłkę. Rudy kocur wygrzewający się w ostatnich promieniach słońca na masce auta…. Czuć powoli upływający czas, senność, spokój prowincji. Brama o tej porze oczywiście zamknięta, więc pozostaje spacer wokół podnóża gotyckich fortyfikacji i smak wieczornej ciszy miasteczka.


Dzień VIII

Pomysł jazdy do miejscowości Millau lokalnymi drogami nie wydaje się rozwiązaniem idealnym. Wąskie i kręte, niejednokrotnie przypominające te z Polski, prowadzące przez środek wsi, stanowią przymusową alternatywę wobec dłuższej, płatnej sieci autostrad. Szosa monotonna, widoki za oknem nie zmuszają do wytężonej percepcji. Kiedy ostatecznie zbliżamy się do osławionej z mediów, niekoniecznie z produkcji skórzanych rękawiczek, dwudziestotysięcznej miejscowości, ożywiamy się, wypatrując najwyższego w świecie wiaduktu drogowego. Daleko przed Millau kontury dzieła Michela Virlogeuxa i słynnej brytyjskiej pracowni architektonicznej Forstera i Partnerów. Siedem pustych w środku filarów dzieli dolinę rzeki Tarn. Ich wysokości do asfaltowej nawierzchni autostrady E 75 – z Paryża nad Morze Śródziemne, wynoszą od 77,56 do 244,96 metrów. Ponad dwupasmowymi nitkami jezdni jeszcze pylony, sterczące w górę na następne 97 metrów. Najwyższa podpora ma więc w całości 342 metry, to jest więcej niż Wieża Eiffla z anteną. Stojąc pod wiaduktem nie sposób oczami niewtajemniczonego, ogarnąć kunsztu inżynierskiego. Gdyby nie widok przejeżdżających nim miniaturowych ciężarówek, których hałas skutecznie tłumi przestrzeń, wydawać mogłoby się, iż budowla, jak każda inna. Może trochę więcej aluminium i szkła, wyznaczających nowe trendy we współczesnej architekturze. Użyteczność wiaduktu z pewnością najbardziej doceniają spragnieni ciepła mieszkańcy Clermont-Ferrand, czy stolicy Francji, skracający w sezonie wakacyjną podróż o dwie, trzy godziny jazdy. Mimo opłat, opłaca się.

U podnóża wiaduktu, przy lokalnej drodze kilka parkingów, w różnych od siebie odległościach. Punkty widokowe. Najbliższy od konstrukcji parking, stanowi quasi-centrum turystyczne: wirtualna podróż i seanse związane z historią budowy, sklepiki z pamiątkami, informacja z bezpłatnymi broszurami, wystawka pojedynczych segmentów budowli, toalety. Viaduc de Millau, zdaje się być wzorcowym przykładem wpływu walorów antropogenicznych na rozwój przemysłu turystycznego. Gołym okiem widać, jak wyrasta nowa infrastruktura, mająca na celu zaspokojenie potrzeb poznawczych człowieka.

Nasyceni obrazem doliny i zasłanianym przez wędrujące chmury widokiem wiaduktu, cofamy się kilkanaście kilometrów, aby móc wjechać na autostradę w kierunku Paryża. Aby dopełnić nasz zachwyt zwalniamy nieco, starając się jak najdłużej przemierzać mierzącą 2460 metrów długości przeprawę. Chcemy jak najdłużej rozkoszować się geniuszem twórców otwartego 14 grudnia 2004 wiaduktu, który pozostawia daleko w tyle, słynny Europabruecke, między Innsbruckiem, a alpejską przełęczą Brenner. I tylko szkoda, że jadący nie mogą podziwiać panoramy doliny, celowo przesłoniętej metalowymi modułami konstrukcji.

Tekst i zdjęcia: Darek Strzelecki



Południowa Francja. Mało znana, mało odkryta. Tu nie ma niemieckich, włoskich, skandynawskich, brytyjskich, czy polskich rejestracji samochodowych. Jesli już, to pojawiają sie autokary i to w tak zwanych turystycznych magnesach, jak Lourdes, czy Carcassonne. Warto przyjrzeć sie tej części Europy, skąd dobre wino, gdzie niegdyś burzliwa średniowieczna historia....
Darek Strzelecki

Zdjęcia

ANDORA / brak / W kierunku granic Andory, Hiszpanii i Francji / Na pirenejskim szlaku w AndorzeANDORA / brak / Południowa Francja / Piereneje na granicy Andory i FrancjiFRANCJA / brak / Francja / Albi - fragment katedryFRANCJA / brak / Francja / Albi - katedraFRANCJA / brak / Francja / Albi - północna ściana katedryFRANCJA / brak / Francja / Autor nad Canal du MidiFRANCJA / brak / Francja / Carcassonne - na murachFRANCJA / brak / Francja / Carcassonne - spacerkiem wokół obwarowańFRANCJA / brak / Francja / Carcassonne - wewnątrz obwarowańFRANCJA / brak / Francja / Carcassonne - widok na miasto z murówFRANCJA / brak / Francja / Carcassonne...FRANCJA / brak / Południowa Francja / Foix - zamekFRANCJA / brak / Francja / Fragment drogi w PirenejachFRANCJA / brak / Południowa Francja / Gdzie Pireneje wchodzą w Morze ŚródziemneFRANCJA / brak / Południowa Francja / Gorges du GalamusFRANCJA / brak / Południowa Francja / Lourdes - bazylikaFRANCJA / brak / Południowa Francja / Lourdes - przed grotąFRANCJA / brak / Południowa Francja / Lourdes - widok z placu przed bazylikąFRANCJA / brak / Francja / Minerve - fragment miastaFRANCJA / brak / Francja / Minerve - most nad rzekąFRANCJA / brak / Francja / Minerve - spacer uliczkąFRANCJA / brak / Francja / Minerve - widok ogólnyFRANCJA / brak / Francja / Minerve - widok z murówFRANCJA / brak / Francja / Montsegur - zamek KatarówFRANCJA / brak / Południowa Francja / Narbonne - fragment katedryFRANCJA / brak / Południowa Francja / Narbonne - katedra (fragment)FRANCJA / brak / Południowa Francja / Narbonne - w środku miastaFRANCJA / brak / Południowa Francja / Perpignan - fragment centrumFRANCJA / Katalonia / Południowa Francja / Perpignan - katedra św. JanaFRANCJA / Katalonia / Południowa Francja / Peyrepertuse - zamek KatarówFRANCJA / Katalonia / Południowa Francja / PirenejeFRANCJA / brak / Francja / Puilaurens - zamek KatarówFRANCJA / brak / Francja / Queribus - zamek KatarówFRANCJA / brak / Katalonia / U zejścia Pirenejów do Morza ŚródziemnegoFRANCJA / brak / Katalonia / Uliczka w PerpignanFRANCJA / brak / Południowa Francja / Widok z groty w Niaux

Dodane komentarze

Sindar dołączył
31.07.2008

Sindar 2008-07-31 12:53:32

Jak tam pojechać?? Wycieczka wygląda na interesującą ?? Jakiś organizowany wyjazd?? dziękuję z góry za wszelkie informacje

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl