Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Annapurna Circuit 2017 > NEPAL


el_gato el_gato Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NEPAL / Manang / Ice Lake / Ice LakeOpis całej trasy Annapurna Circuit od Bhulbule aż do Naya Pul wraz z informacjami praktycznymi.

Kathmandu. Pobudka o 5 rano, przed hostelem czeka taksówka. Biorę ją, bo nie chcę ryzykować po ciemku z całym dobytkiem, że zabłądzę na Thamelu, nie czuję się tu jeszcze pewnie w nocy. Tzw. dworzec dla autobusów turystycznych, czyli po prostu szeroka ulica, jest relatywnie niedaleko, stoi ich pełno, a żaden nie jest opisany. Cena do Dumre taka sama jak do Pokhary - 600 NPR. Droga jest całkiem niezła, choć jak wiadomo, często prowadzi nad urwiskiem. Raz zrobiło się gorąco, gdy zza niewidocznego zakrętu wyskoczyła wyprzedzająca na naszym pasie ciężarówka Road King. Poza tym czas płynął na tyle leniwie, że w Dumre o mnie zapomnieli, wysadzili parę kilometrów za i z buta w upale trzeba było wracać tą ruchliwą drogą. Ponieważ nie było jeszcze sezonu i local bus do Besisahar właśnie mi uciekł, dałem się namówić na odrobinę luksusu, czyli przejazd autem. Dałem 2700 NPR, wydaje się że to rozsądna cena. W Besisahar złapałem lokalny autobus i już wiedziałem, że podjąłem dobrą decyzję. Załadowany co prawda na full, w przejściu koło zapasowe i duża butla z gazem, bagaże na dachu, które wkłada pomocnik kierowcy, wskakując na górę w japonkach w pół sekundy. Uwaga - nie warto kupować biletu w okienku (ja się dałem namówić), cena w autobusie jest 2 razy niższa.

Na drodze straszny kurz, więc przejście do Bhulbule przez ok. 4h pozostaje w zasadzie dla fanatyków turystyki pieszej (autobus jedzie 1,5h). Co ciekawe, w od podłogi do sufitu jest tylko 170cm, a biorąc pod uwagę to, że strasznie trzęsie, wyższe osoby całą trasę pokonują na ugiętych nogach dodatkowo trzymając się półek dwoma rękami. Droga prowadzi nad urwiskiem, w dole płynie rzeka. W zasadzie nadaje się ona tylko dla samochodów terenowych, ale jakoś mieści się na niej na styk mój autobus w wersji De Luxe ;-). Z powodu nierówności zaczyna się mocno chwiać, balansuję ciałem żeby dociążyć stronę dalej od przepaści. HORROR. To jest ocieranie się o śmierć, które na miejscowych nie robi wrażenia. Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego mijaliśmy kilkoro turystów idących pieszo.



Rozpoczynam moją wędrówkę, idę szybkim krokiem. Daję radę dojść prawie do Bahundanda, gdy ściemnia się, widzę kilka zabudowań i padam po prostu po 2h marszu i całym długim dniu. Biorę pokój, nie ma nikogo oprócz mnie. Prysznic to buda z blachy, z lewej strony dziura w ziemi (=kibel), z prawej na górze kurek jak do węża ogrodowego. O ciepłej wodzie nawet nie myślę, zimna mi wystarczy. Zrobiło się całkiem ciemno, czekam na dal bhat. Miska ryżu, trochę zielonych warzyw, ziemniaków w żółtym sosie i miseczka zupy z soczewicy. Gospodarz tłumaczy, że dal bhat oznacza możliwość dokładek bez ograniczeń. Gdy idę po dokładkę warzyw- nie ma! Wszystko już zjedli, dostaję zupę. Dziękuję z uśmiechem, oni jedzą to samo co ja. W pokoju zastaję wielkiego pająka na prześcieradle, ucieka mi. Okazuje się, że dach jest z prostokątnej blachy, a pod nią dziury, gdzie hula wiatr, bo mury mają kształt trapezu :-)

Śpi mi się dobrze, noc jest rześka. Zaspałem na śniadanie, prosiłem na 7:30. Dostaję dwa sztywne placki z mąki, a pomiędzy nimi mały omlet. Ruszam w drogę ok. 8:30, jest ciepło, słońce pali mimo, że to przełom zimy i wiosny. Trasa prowadzi raz w górę, raz w dół. Za Syange naprawdę opadam z sił, doczłapuję z trudem do miejscowości Jagat i wchodzę do pierwszej lodgy, kusi mnie napis Wi-Fi :-). Jest 12:40. Jagat jest na tej samej wysokości co Buhandanda, z której przybyłem. Ok. 14 zaczyna lać jak z cebra aż do wieczora. Na obiadokolację tradycyjnie dal bhat, najlepsza opcja dla głodnych. Ceny piwa, zaczynające się na Annapurna Cuircut od 300 a kończące się na 700 rupii za butelkę skutecznie odstraszają, pozostaje więc uzdatniona woda doprawiona do smaku pluszszem.

Budzę się sam o 6:30, pędem do toalety, pakowanie i o 7 jestem na jadalni. Z łakomstwa zamawiam owsiankę i 10 pierożków momo z ziemniakami, nie daję rady zjeść i pakuję do pojemnika na później. Idzie mi się dobrze, nie czuję zmęczenia w nogach, tylko trochę plecy bolą (mimo minimalizmu plecak waży ponad 20kg). Trasa staje się coraz bardziej malownicza, w dole płynie niebieska rzeka, co pewien czas spotyka się małe wodospady. Zrobiłem sobie postój przy mostku, gdy nagle z góry drogą w zasadzie dla jeepów zjeżdża ciężarówka i utyka na zakręcie. Droga śmierci, idąca w połowie góry.



Droga jest błogosławieństwem i przekleństwem. W razie potrzeby miejscowi mogą szybciej dotrzeć do lekarza czy szkoły, ale z drugiej strony wędrowanie po betonowej nawierzchni to wątpliwa przyjemność. Obecnie trwają prace na wielu odcinkach i tylko kwestią czasu jest, kiedy hordy leniwych i bogatych będą chciały szybko dostać się do Manang. Mniejszym miejscowościom grozi jednak brak turystów i tym samym utrata źródła utrzymania, podobnie jak stało się to po wybudowaniu drogi do Jomson.

Tempo mam niezłe, już o 12:30 docieram do Dharapani, biorę pokój i postanawiam przejść się po wsi. Jest dość rozległa, gdybym wiedział, poszedłbym jeszcze kawałek. Widzę młodzież grającą w jakąś grę na stole, której nie znam. Schodzę w dół w stronę rzeki (drogowskaz na wieś Kart). Koło mostu próbuję zejść po stromym zboczu nad samą rzekę. Udaje się, ale wracając wpadam w zielsko, co parzy mocniej niż pokrzywa. Zaczyna lać, chowam się do pokoju, robię pranie, które nie może wyschnąć. Ok. 18 wołają mnie na kolację, 3 porcje dal bhat. Do bani z takim gościem, pewnie sobie pomyśleli, bo nocleg mam gratis w zamian za kupno jedzenia. Nawet herbaty nie kupiłem, droga jest. W zasadzie na całej trasie wokół Annapurny nie płaciłem za nocleg (przed sezonem), wyjątkiem był TBC, oraz miejscowości począwszy od Ghasy (symboliczne 100-200 rupii za noc).

Pobudka 6:30, o 7 śniadanie (makaron z małym dodatkiem zieleniny) i w drogę. Podejście do Timang było masakryczne, strome, dużo schodów kamiennych. Opadłem z sił. Mimo że później droga nie była zbyt ciężka, ledwo człapałem. Gdy zobaczyłem wioskę, byłem przekonany, że to Chame, a później okazało się, że Koto (jeszcze 30 min powinienem iść dalej zgodnie z moim planem). Zamówiłem pierożki momo i small pot herbaty, bo jest bardzo zimno. Przeszedłem się chwilę przez wieś, ale znowu zaczęło padać. Wieczorem zaprosili mnie do sali, gdzie była rozpalona koza, a na niej gotował się wielki czajnik. Wygrzałem się godzinę w towarzystwie Nepalczyków. Wziąłem na górę termos z wrzątkiem, żeby mieć herbatę w nocy. A na dworze leje.

Była to jak dotąd najzimniejsza noc. Spałem z kapturem na głowie, rano para leciała z ust. Wychodzę z pokoju, a tam wspaniały widok na szczyt oświetlony promieniami wschodzącego słońca. Czułem, że mam więcej energii i że dziś będzie dobry dzień. Zjadłem owsiankę i ruszyłem w trasę. W końcu zrezygnowałem z jednego kijka na rzecz aparatu- co chwilę pojawiał się super widok. Ten odcinek śmiało można uznać za jeden z najładniejszych.



Do Upper Pisang dotarłem ok. 13. Przekąsiłem naleśniki z warzywami, odpocząłem i udałem się na samą górę miejscowości, gdzie znajdowała się świątynia. Wszedłem bez butów do środka, posiedziałem chwilę w ciszy, a potem przeniosłem się na schody i podziwiałem Annapurnę II. Słońce świeciło tak mocno, że okulary lodowcowe były za słabe. Schodząc oglądałem miejscowe budynki, buduje się je bez zaprawy kładąc drewno na kilka warstw kamieni. W hotelu nie ma co robić, kupuję dzbanek herbaty, siedzę i rozmyślam. Czym jest podróżowanie? Odkrywaniem nowych miejsc i kultur, aby wzbogacić swoje życie, poszerzyć horyzonty? Docenić, że się ma ciepłą wodę i prąd, że dzieci mogą się kształcić, a rodzice mają dla nich czas, a nie tylko walczą o przeżycie? Podróż ma słodko -gorzki smak, wiąże się z wieloma wyrzeczeniami, a nawet ryzykiem. Tęskni się za bliskimi, a z drugiej strony fascynuje możliwość zobaczenia innego świata i przekazania dzieciom, jak ich życie mogłoby wyglądać. Podróżowanie wymaga otwartości i szacunku dla innych.

Rozpalili kozę, dosiadłem się w końcu, przy niej jakaś parka, Kanadyjka z Francuzką i Francuz. Chwila small talk, oni potem po francusku. A teraz 3 trzyma smartfony, jedna kindla, a Nepalczycy gapi się w telewizor. Zamówiłem dziś coś innego- pieczony ziemniak z jajkiem. Kiedyś ludzie bardziej zwracali na siebie uwagę, teraz każdy robi selfie zamiast poprosić drugiego o zrobienie zdjęcia. Z drugiej strony, gdy poprosi się Nepalczyków – zawsze mam obcięte nogi albo kadr jest do dupy. Nie umieją robić zdjęć.
Na ścianie w sali jadalnej na długości kilku metrów wiszą rodzinne zdjęcia. To tutaj typowe, każdy czuje się mocno związany z rodziną, ona jest najważniejsza. Ma to czasem minusy np. nie można się ożenić z kim się chce- w tradycyjnej rodzinie to rodzice decydują. Dzieci od maleńkości pomagają rodzicom. Wczoraj widziałem, jak ok. 8 letnia dziewczynka próbowała nalać wody z wielkiego baniaka do olbrzymiego czajnika (większego nie widziałem w życiu), a dziś 6 letni chłopiec przynosi dania w restauracji i zbiera zamówienia.

Leci jakiś film z Bollywood, ale jazda! Ci aktorzy przerysowani aż do karykatur, ta sceneria, muzyka. To wszystko tak odległe od miejsca, w którym ci ludzie żyją. Limuzyny, faceci z wąsem w ciemnych okularach, laski, baseny. Jak tańczą na plaży to wygląda to jak nasze disco polo sprzed 20 lat :-)

Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie, że aż tak. Z Upper Pisang do Ghyaru jest przewyższenie 400m, ale później ścieżka pnie się dalej do góry na mniej więcej 3.800m. Brakowało mi tchu, robiłem kroki wielkości mojej stopy. MASAKRA. Do tego ścieżka zaczęła iść nad przepaścią. Starałem się patrzeć tylko pod nogi, bo od widoków kręciło się w głowie. Trasa ta całkowicie pozbawiła mnie sił. Gdy na postoju sprawdziłem czas, okazało się, że idę już 5h! A do celu jeszcze bardzo daleko. Droga zaczęła prowadzić mocno w dół, co też nie było łatwe. W rozpadających się butach pewnej firmy na M, z obtartymi nogami, stawiający małe kroki wyglądałem jak obraz nędzy i rozpaczy. Doczłapałem do jakiejś małej wioski, chciałem iść na skróty przez pole, ale zauważyłem punkt z wodą. Z kranu nic nie leci. Podchodzę do chaty obok, pytam się o wodę. Kobieta pyta - jedną? A ja ze śmiechem wskazuję na wąż ogrodowy. Pytam się o ser z mleka jaka, jest po 200 NPR za 100g. Biorę pół kilo. Przy okazji pokazuję mój rozwalony but. Okazuje się, że we wsi mieszka szewc! Przychodzi, ogląda, a moja pozycja negocjacyjna jest warta zero. Płacę 800 rupii i czekam ok. 2h (mówił że będzie za 10-20min. Wolę poczekać i mieć zszyte porządnie. Do wioski Braga mam jeszcze 20 min. Znajduję hotel New Yak, jak na miejscowe standardy całkiem porządny, ciepła woda pod prysznicem, który jest cały w (starych) płytkach. Działa internet, więc mogę pogadać z moją partnerką. Manager jest mega sympatyczny, a w dodatku jego ojciec codziennie piecze ciasto, pycha. W jadalni grupa Niemców nie pozwala mi się dosiąść. Niezbyt uprzejmi. No i czy po to wędruje się na 3.500m., żeby rozmawiać o polityce?



Obudziłem się z bólem łydek po wczorajszym dniu. Gdy jadłem tradycyjną owsiankę, manager objaśniał sąsiadce, jak dojść do jaskini Milarepy. Zapytałem go o szczegóły, powiedział że lepiej iść razem bo na szlaku jest jeszcze trochę śniegu. Ja mimo to poszedłem sam, ubierając po raz pierwszy ciężkie zimowe buty, w plecaku znalazły się też raki. Po przejściu mostku nad rzeką chodziłem w tą i z powrotem wzdłuż wzgórza, ale nie mogłem znaleźć szlaku prowadzącego na górę. Po pół godzinie dołączyła do mnie Rosjanka, spytaliśmy pasterza i znaleźliśmy drogę. Szliśmy bardzo powolnym tempem, wysokość dawała się we znaki. Na górze w jaskini mieszkał prawie 1000 lat temu słynny jogin, poeta i filozof, od którego jaskinia wzięła swą nazwę. Podeszliśmy jeszcze w górę bez szlaku, ja na wysokość ok. 4.150, a ona jeszcze wyżej, chociaż ostrzegałem ją przed możliwą lawiną (na szczycie zgromadził się ogromny nawis śnieżny). Po godzinie aklimatyzacji zaczęliśmy powrót, tym razem żwawo. Na górce zobaczyłem dwa kuraki himalajskie, takie same jak u nas w zoo. Po zjedzeniu obiadu (puree z tartym serem i zupa czosnkowa) przeszedłem się spacerkiem do Manang. Sympatyczne nieduże miasteczko (wieś?), nawet mają kino :-)



Kupiłem rękawiczki, bo moje puchowe zgubiłem niestety na postoju, kosztowały w przeliczeniu... 12 zł. Późnym popołudniem po powrocie do Bragi wybrałem się na wzgórze zobaczyć 500 letnią świątynię. Drzwi wejściowe oraz bogowie po lewej i prawej robią wrażenie. Szkoda, że widać całkowity brak pieniędzy na odrestaurowanie zabytku. Czekałem tam 45min, bo podobno miał się pojawić ktoś kto ma klucz do środka, ale tylko zmarzłem i się nie doczekałem. W międzyczasie wpadł mi do głowy pomysł, że po dobrej aklimatyzacji mógłbym się pokusić o odwiedzenie Tilicho Lake.

Wstałem przed 6, do latryny, umyć się i znów na chwilę do śpiwora. Po owsiance ruszam jako pierwszy na szlak do Kicho Tal (Ice Lake). Idę powoli, żeby nie dostać zadyszki. Zdarza się, że robi mi się niedobrze, a czoło między oczami napina się, nie mam jednak bólu głowy. Droga jest mozolna, w pyle, ciągle do góry, wyżej dochodzi lodowaty wiatr, a nie mam z sobą chusty na twarz. Po 3,5h jestem przy jeziorze, albo w zasadzie przy ślizgawce, bo jak sama nazwa wskazuje, jezioro jest zamarznięte. Wchodzę jeszcze kilkadziesiąt metrów do góry, podziwiam widoki i robię zdjęcia.



Po godzinie czas wracać, widzę, że zmienia się pogoda, wiatr robi się coraz silniejszy, straszny pył na szlaku. Wcale łatwo się nie schodzi, gubię drogę i próbuję ześlizgiwać się po piaszczystym zboczu. Na szczęście odnajduję szlak do Bragi. Od razu po 2h powrocie biorę gorący prysznic, ostatnia okazja! Na obiad pieczone ziemniaki z warzywami. Po sjeście idę do Manang spytać o trasę do Tilicho Lake. Pytam też strażnika, czy może mi skopiować zdjęcia na pen drivea. Rozmawiamy pół godziny o Polsce i o Nepalu. Po wyjściu sprawdzam aparat, okazało się że wyciął zdjęcia z karty i wkleił na pendrivea... Czyli nadal nie mam back upu. Idę do kina na film Hilamaya o przepędzaniu jaków przez Himalaje. W kinie dają nawet herbatę i popcorn. Drewniane ławki, na każdej koc, stoi nawet grzejnik elektryczny. Gdy wychodzę robi się już ciemno, pędem lecę drogą do Bragi. Po spakowaniu się idę jeszcze na ciasto marchewkowe i herbatę, odrobina luksusu. Wieczorem udaje się jeszcze porozmawiać z moją kochaną :-) Polecam zostać w Bradze 3 noce, jest to świetna baza wypadowa i można się dobrze zaaklimatyzować.

Jeszcze w nocy krążą mi różne myśli. Nie poczytałem, jak wygląda ścieżka do Tilicho Lake. Jedynym zagrożeniem, o którym wiem, jest landslide area. Przypomina mi się film na youtube: crazy hike to Tilicho Lake. Ruszam, jak na razie idzie mi się świetnie. Sprawy komplikują się za Shri Kharka. Ścieżka jest wąska, często na skraju przepaści. Apogeum następuje po przejściu mostu linowego. 70cm w których muszę się zmieścić, z lewej przepaść, z prawej skały, ostro do góry. Na ścieżce śliskie błoto i lód. Trzeba patrzeć tylko pod nogi i nie myśleć o niczym innym. Landslide area okazuje się być trudniejszy niż myślałem. Jest sporo osuwisk świeżych, czyli nie jest bezpiecznie. W dodatku ścieżka czasem kręci ostro w dół i ostro w górę. Można sobie wyobrazić różne scenariusze. Lawina małych kamyków, dużych kamyków, zawalenie się głazu i spłaszczenie na placek. Nagrodą za ryzyko są niesamowite widoki różnych form skalnych - po prostu obłędne. Zaleca się przechodzenie tego odcinka przed południem, bo właśnie słońce i temperatura mogą wywołać lawiny kamienne.





Po przejściu osuwisk staje się bezpieczniej, z daleka widać niebieskie dachy Base Camp. Po lewej stronie jest nowy budynek o wysokim standardzie. Dostaję pokój z ubikacją w cenie zwykłej dwójki (500 NPR). Dla tych, co nie jedzą posiłków - 2.500. Pokój jest super, nowe dziurawe okna, ściany i sufit wyłożone sklejką. Ubikacja za ładnymi drzwiami jednak w starej technologii: kamienie z błotem, na suficie gałęzie, a na nich blacha. Czysto, mam wiadro z wodą i kubek do spłukiwania. Na całym terenie nie ma łazienki, tylko buda z blachy z kombinacją węży, piecyka gazowego, a na środku stoi plastikowe krzesło, na którym siadasz i się polewasz. Świetna opcja w mroźny dzień :-) Spotykam Kanadyjkę i Francuzkę, z którymi rozmawiałem w Upper Pisang, jemy razem obiad. Postanawiam korzystać z dnia i idę sprawdzić ścieżkę w kierunku jeziora. Gdy napotykam lód i śnieg - zawracam. Wieczorem towarzystwo siada wokół kozy, nie ma Wi Fi, więc rozmowa się kręci. Wcześniej gramy w karty, a późnym wieczorem idziemy oglądać drogę mleczną.

Budzą mnie kroki. To moje znajome idą już nad jezioro. Zrywam się szybko, jem owsiankę. Trasa jest stroma, skupiam się na właściwym stawianiu kroków i oddychaniu. Nie ma na niej właściwie specjalnie niebezpiecznych momentów, oprócz jednego osuwiska (z dość dużymi kamieniami). Na górze spotykamy się całą ekipą. Ciężko jest robić zdjęcia, jest bardzo mroźno (co najmniej -20 stopni) i wieje silny wiatr. Po 3 minutach zamarzają palce. Zostaję jeszcze chwilę sam, reszta zaczyna powrót (byli wcześniej). Żartuję, że zostaję, żeby zrobić przerębel i się wykąpać (to w nawiązaniu do rekordu Polaków, którzy tu nurkowali w 2007 roku). Po kilku minutach też się zbieram, pomyślałem, że zostanie samemu na wysokości prawie 5km nie jest bezpieczne. Droga powrotna mija mi na oglądaniu widoków i robieniu zdjęć. Docieram do schroniska po 5h od wymarszu. Nagle za oknem słyszę helikopter. Niemożliwe - myślę. Zrobiły to! Kanadyjka i Francuzka bały się wracać pieszo i udawały chorobę wysokościową, żeby ubezpieczyciel pokrył im przelot (4-5 tys. USD). Żartujemy na sali, że nie wiadomo, co jest bardziej niebezpieczne - przelot, wędrówka czy jazda konna (właśnie Nepalczyk wyjechał konno w trasę, którą trudno jest przejść pieszo). Wieczór przy kozie, jak zwykle fajna atmosfera. Okazuje się, że mój sąsiad na krześle to Wojtek z Wrocławia, informatyk. Dostał 8 tygodni urlopu! Pogadaliśmy do późna, żegnamy się tradycyjnymi słowami: zobaczymy się na szlaku.



Większą część nocy znowu nie śpię. Ciągle mam w głowie trudny odcinek do przejścia koło mostu linowego, obmyślam plan. Najlepiej, gdy człowiek nie jest do końca świadomy zagrożeń. Rano w świetnej kondycji psychicznej i fizycznej ruszam na szlak. Osuwisko biorę na zimno, ostrożnie stawiam kroki w świeżych kupach kamieni na ścieżce. Trudne są wąskie podejścia pod górę. Udaje się! Przede mną jeszcze bardzo trudne zejście przed mostem podwieszanym. Pomyliłem szlak i poszedłem alternatywną dolną ścieżką, tym razem upiekło mi się. Na dole przejście strumienia też nie było łatwe, kamienie po nocy pokryte były gładkim lodem, po którym płynie woda. Po zejściu na dół czekało mnie ostre podejście pod górę. Wyszedłem dokładnie koło latryny wiszącej nad urwiskiem koło hotelu Blue Sheep i zrobiłem sobie przerwę na snickersa. Niestety, do mojego nosa dotarł smród palonego plastiku. Niezbyt fajnie. Z tego względu polecam wyłącznie uzdatnianie wody, a nie kupowanie jej w butelkach.



Dalej ruszyłem seasonal route idącą wyżej przez wzgórze. Z jego szczytu widać było całą dolinę, w której położone są Manang i Braga. Ścieżka prowadziła cały czas wzdłuż doliny rzeki. Niestety, musiałem zejść na sam dół, przejść most podwieszany i ponownie zdobyć wysokość, aby wejść na szlak do Yak Kharka. Po dotarciu na miejsce sprawdziłem czas: 6h, w tym 15 min przerwy, nieźle.

Noc była w miarę, jem małą owsiankę. Ruszam w trasę, czuję się słabo. Idę bardzo powoli, widoki na trasie takie sobie, pruszy lekki śnieg. Docieram jakoś do Thorung Pedi Base Camp, piję kawę z mlekiem i jem świeżą drożdżówkę. Zaszalałem :-) Później jeszcze godzina bardzo mozolnego marszu i jestem w High Camp. Idę do sali ogrzać się. Spotykam wielu fajnych ludzi m.in. parę Hiszpanów. Dużo rozmawiamy. Zajmują się terapią, są socjologami. Wszyscy siedzący wokół kozy w jakimś stopniu śmierdzimy, a w kozie palimy kupami jaka. Gdy ktoś z Nepalczyków przynosi kawałek drewna, dostaje owację :-) Bardzo ciekawe towarzystwo. Australijczyk w starych adidasach z odpadającymi podeszwami, bo w Kathmandu nie było rozmiaru 47, młodzi Japończycy, którzy wtargali na górę atlas ptaków w formacie A4, Niemka ze skurczem łydki, Koreańczyk w wieku 69 lat, nadal wędrujący po górach, grupa Francuzów. Wszyscy wokół kozy, a na dworze cały czas sypie śnieg.

Pobudka o 5, do 6 trwa narada, czy atakować przełęcz, bo cały czas mocno sypie śnieg (w nocy dosypało co najmniej 30 cm). Ruszamy! Warunki trudne, zimowe wysokogórskie, słaba widoczność i ok. -25 stopni. Grupa się rozdzieliła, na czele przewodnik, młody Koreańczyk, ja oraz Niemiec, reszta daleko z tyłu. Wraz ze wzrostem wysokości mam kłopoty z oddychaniem, czasem mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Co 5 kroków robię postój i biorę 20 oddechów. Gdy docieram na przełęcz, nie mam nawet siły robić zdjęć. Spotykam dwóch Japończyków, którzy wtargali tu swoje rowery - szacun za wytrwałość!



Po 10 min wszyscy zaczynają uciekać w dół, za duże ryzyko z powodu niestabilnej pogody. Idzie chmura śnieżna. Zahaczam rakiem o kamień, upadam uderzając kolanem i twarzą o skałę, łamię palec w prawej ręce. Podnosi mnie kilku Nepalczyków. Kilkugodzinne zejście w dół staje się koszmarem, śnieg się topi i staje się śliski. Boję się kolejnego upadku (zdjąłem raki), wszyscy schodzący już mnie wyprzedzili. Pojawiają się pierwsze zabudowania, spotykam przy nich parę z Hiszpanii. Razem motywacja rośnie, dajemy radę dojść jeszcze godzinę do Muktinath. Trafiamy do fajnego hotelu, Path of Dreams. Całe popołudnie liżę rany na stołówce, gadam z Niemcami i Hiszpanami. Odkrywamy w menu tanie lokalne wino Raxi, kupuję 4 szklanki. Noc jest chłodna, ale w pokoju są ładne, czyste koce.
Budzę się wcześnie, patrzę w kalendarz, że to już 4 marca, sobota. Jem śniadanie, żegnam się ze wszystkimi, którzy opuszczają hotel. Wybieram się do sanktuarium na wzgórzu. Ludzie, którzy tu przychodzą, niosą dary w koszyczkach – kokos, wstążeczki itp. Ze 108 zwierzęcych głów leci woda. Kto chce się obmyć z grzechu, musi przejść pod wszystkimi, a na końcu zanurzyć się w dwóch basenach. Ładny widok ze wzgórza, przypominający znany mi ze zdjęć Mustang.



Wracam, idę przejść się po miejscowości, targuję się twardo przy różnych straganach. W hotelu zamawiam obiad i stwierdzam, że bez sensu dłużej tu siedzieć. Dowiaduję się, że o 15:30 jest autobus do Jomson. Pakuję się, a w międzyczasie pomagam właścicielowi zainstalować pralkę automatyczną. Instrukcja montażu ich przerosła, więc pralka stała nieużywana, a moje ciuchy wyprali w wiadrze. W podziękowaniu gospodyni robi mi kawę. Idę wcześniej na plac, skąd odjeżdżają jeepy, autobusy i koniki. Cena dla obcokrajowców 710, dla localsów 280. Do jeepa ma ponoć wejść 12 osób, nie mam pojęcia jak. Zebrała się większa grupa, więc jedzie autobus trup. Serpentyny takie, że nie mogę patrzeć przez okno, autobus podskakuje na kamieniach. W Kagbeni wsiada znajoma para z Niemiec, rano poszli pieszo tą fatalną drogą, aż zmarzli i postanowili podjechać. Odradzam wędrówkę pieszo do Kagbeni. Podobno fajne miejsce, ale po wczorajszych przygodach na Thorung La odpuszczam sobie. W Jomson szukamy razem hotelu, ceny z kosmosu, w końcu udaje się znaleźć za 500 rupii. Idę jeszcze w stronę lotniska, poczta niestety zamknięta, ale udaje mi się wymienić pieniądze. W małym sklepiku dostaję miejscowe wino nalewane z kanistra do starej butelki po wodzie. Z Niemcami oraz nepalskim lekarzem rozmawiamy do wieczora w sali jadalnej. Okazuje się, że lekarze pracują głównie w dużych miastach i zarabiają jedynie 250-300 USD.

Rano ruszam w kierunku Marphy, ale nie głównym szlakiem. Idę wzdłuż lewego brzegu rzeki między zabudowaniami, aż rozpoczyna się częściowo wybrukowana ścieżka wśród drzew. Pięknie! Do czasu, okazuje się, że ta droga prowadzi do jakiejś posiadłości otoczonej kamiennym murem. Omijam ją z prawej strony. Dochodzę do doliny jakiejś rzeki, która wpada do Kali Gandaki (sprawdzam, że to Thini Khola). Same kamienie. Idę na skróty, przekraczam rzekę i dochodzę do drogi.



Później trafiam na czerwony szlak. Miało być bezpieczniej niż autobusem, ale nie jest. Szlak jest dość wąski i prowadzi nad przepaścią. A ja z ciężkim plecakiem. Po zejściu niżej robię przerwę, sprawdzam mapę i postanawiam przejść mostem na drugą stronę rzeki i pójść dalej w kurzu drogą. Zrywa się silny wiatr, myślę że na szlaku byłoby niebezpiecznie. Co chwila napotykam objawy wiosny, młode listki na drzewach, kwitnące drzewa owocowe, trwające prace w polu.



Nogi mam zmęczone, robię postój na obiad w knajpce Pit Stop Danish Bakery w Tukuche. Chłopak patrzył z otwartą gębą, jak się rozsiadam w restauracji. Myślę, że przeżył szok - pierwszy turysta od paru dni :-) Mała porcja ziemniaków za 500 rupii i rogalik za 150... Przegięcie. Ruszam z trudem dalej, o 15:40 docieram do początku wioski Larjung. Pytam w pensjonacie: WiFi jest? Tak, jest – odpowiada z uśmiechem dziewczyna. Rozgaszczam się w skromnym pokoju, padam ze zmęczenia na łóżko. Po godzinie ruszam się i idę zamówić dal bhaat. WiFi jest? – pytam. Nie, nie ma. No co za..... A zresztą i tak nie miałem siły szukać dalej noclegu. Nigdzie nie ma, bo niby jak ma być, skoro prądu też nie ma? Jestem sam w wielkim hotelu, jest wolnych kilkanaście pokoi. Płacę tylko za jedzenie, które jest tu tanie. Z czego ci ludzie mają żyć? Wybudowana droga stała się przekleństwem – wiele osób nie ma czasu wędrować całą trasę i po przejściu przełęczy Thorung La korzysta z różnych środków transportu, żeby jak najszybciej dotrzeć do Pokhary. Przejazd jeepem z Jomson do Tatopani to 1200 rupii za osobę. Przez cały dzień spotkałem 4 osoby na szlaku, 3 idące w tą samą stronę co ja oraz Amerykankę idącą do Tukuche. Za cały pobyt zapłacę mniej niż 10 USD. Witryny w restauracji pełne towaru którego nikt nie kupi. I co tu k... robić? Piję lokalne wino raxi, ładuję komórkę ale znowu wyłączają prąd. Telepatycznie chcę przekazać mojej kochanej, że wszystko OK. Za oknem pada deszcz.

Budzę się późno, przed 8. Po śniadaniu postanawiam iść na skróty korytem rzeki. Początek jest całkiem obiecujący, udaje mi się ujść spory kawałek. Przekraczam kilka niewielkich strumieni, skaczę po kamieniach, buty tylko lekko zamoczone. Środkiem koryta pędzi autobus, kiwa się na boki. Zaczynają się (w cudzysłowie) schody. Z lewej płynie główny nurt, z prawej nagle pojawia się strumień, którego wcześniej nie widziałem. Zakładam, że skoro rzeka skręca w lewo, to jej koryto zbliży się do prawej strony i nie będę mógł przejść między nim a skarpą. Decyduję się na odwrót, który wcale nie jest prosty. Aby dojść do drogi, muszę pokonać kilka strumieni. Niektóre są wąskie, ale szybkie i głębokie, nie dam rady przeskoczyć z plecakiem. Wrzucam duży kamień na środek, w ten sposób pokonuję jeden strumień. Muszę się wycofać, jakoś docieram do drogi. Poświęciłem godzinę na zdobycie doświadczenia, bo za daleko nie zaszedłem.



Ruszam zakurzoną kamienistą drogą, wcale nie jest lekko. Decyduję się na wejście na szlak. Na początku jest fajnie, idę przez pachnący las. Później szlak zanika. Napotykam płoty z kamienia, głębokie jary, kolczaste krzaki. Chciałem przygody, to ją mam. Z trudem przedzieram się naprzód. Droga, do której w końcu docieram, byłaby na pewno szybsza, ale czy ciekawsza? Ruszam więc dalej. Po minięciu miejscowości robi się szeroko, piaszczyście i sympatycznie. Przez chwilę przychodzi mi na myśl wskoczenie do jeepa czy autobusu. Chwila, to nie jest dobry pomysł. Zaraz pojawiają się skrajnie niebezpieczne przepaści. Jest mega wąsko, zakręty, most, podjazd pod górę. Zatrzymuje się jeep, kierowca zaprasza. Dziękuję uprzejmie. Wmawiam sobie, że to już nie daleko. Odciski dają o sobie znać. W końcu docieram do Ghasy, mała wioska. Widziałem reklamę hotelu Eagles Nest. Widzę ładny budynek, włażę na górę koło wodospadu, to jednak nie to. Właściciel chce 500 rupii za nocleg, a nie ma nawet ciepłej wody. Z trudem człapię dalej. Docieram do punktu przeznaczenia, zamawiam dal bhaat, idę wziąć ciepły (!) prysznic, łazienka w kafelkach, luksus! Zmyłem kilkudniowy kurz. Idę zjeść obiad, chwilę odpoczywam. Wychodzę na patio z ogródkiem, poznaję się z dwoma Niemkami, matką i córką (Elisabeth i Julia). Rozmawiamy aż do wieczora, jest bardzo sympatycznie. One mają przewodnika i tragarza. Oprócz nas nie ma tu nikogo. Przez cały dzień nie spotkałem ani jednej osoby na szlaku. Właściciel hotelu jest sam, ubrany na biało. Niemki uświadamiają mi, że to z powodu żałoby. Smutno, nie ma dzieci, może żona umarła? Normalnie w Nepalu każdy ma pełno osób do pomocy, tu nie ma nikogo. Postanawiam zaszaleć, kupuję dwa piwa, niech chociaż coś zarobi. Pozwala mi wysłać SMS ze swojej komórki do mojej kochanej, ja nie mam zasięgu. Pada deszcz, może od rana się rozpogodzi, gdy ruszę do Tatopani. Podobno szlak nie jest niebezpieczny, więc pójdę nim zamiast drogą. Kochanie, myślę o Tobie, mam w ręku długopis z Twoim imieniem. Dziękuję, że mogłem pojechać, żeby się tu pomęczyć. To nie są wakacje, to jest przygoda, o której jeszcze wiele lat będziemy opowiadać dzieciom. Mam nadzieję, że one też będą ze mnie dumne, że nauczy ich to odwagi, pokonywania trudności i wiary w siebie.

Dzisiejszy odcinek do Tatopani pokonuję w 3,5h, szybko. Przewodnik mówił o 4h, a na mapie jest 6 (ale to chyba pod górę). Krajobraz jest z reguły dość monotonny, ale czasem trafiają się momenty, dla których warto iść pieszo: obserwacja codziennego życia mieszkańców, nadchodząca wiosna. Docieram do Tatopani, idę w poszukiwaniu hotelu. Po lewej widzę betonowy basen – gorące źródła, po prawej kamienne schody prowadzące ostro do góry do hotelu Trekkers fun. Całkiem ładny z ogrodem i osobną jadalnią. Jest WiFi?- pytam. Yyyy tak, jest- odpowiada niepewnie właściciel. Nauczony doświadczeniem zostawiam plecak w pokoju i sprawdzam na smartfonie. Nie można się połączyć. Wkurzony mówię sobie- nie dam się drugi raz tak zrobić. Zabieram plecak i idę do Himalaya Hotel, o którym mówiły Niemki. Pokój nora 4m2, najtańszy, ale internet działa i mogę wreszcie dać znak życia. Siedzę na patio na zewnątrz, nade mną rosną małe pomarańcze. Zamawiam dal bhaat, a potem przebieram w kąpielówki i idę na termy. Woda faktycznie cieplutka, moczę się ponad godzinę. Obok tablica nakazująca umyć ciało mydłem przed wejściem do basenu: jeżeli uprawiałeś trekking, umyj się dwa razy! :D Jakiś gość namawia mnie na masaż w kabinie zbudowanej z pustaków, przykrytej blachą. Zastanawiam się i negocjuję, ale stwierdzam, że po prostu zmarznę, na dworze jest może 17 stopni. Dobra decyzja, zaczynają zbierać się czarne chmury. Gdy do tego dochodzi porywisty wiatr, szybko się ewakuuję do hotelu. Spadają pierwsze krople, a w hotelu od wiatru pomarańcze z drzewa. Nie ma prądu i neta, idę z czołówką do restauracji, tam świeci się jedna żarówka. Zamawiam lasagne, w tym czasie zagaduje mnie starszy człowiek (64 lata) z Australii. W Nepalu jest już 6 raz i zawsze bierze tego samego przewodnika, z którym się zaprzyjaźnił. Po chwili dosiada się Libańczyk Joseph. Rozmawiamy o wielu różnych sprawach, o polityce światowej, uchodźcach, o Libanie i o Polsce. Joseph całkiem dobrze orientuje się w naszym kraju, planował kiedyś podróż. Jest inżynierem po studiach, chrześcijaninem (świadczy tez o tym jego imię). Australijczyk twierdzi, że jego kraj jest strasznie rasistowski, podaje wiele dramatycznych przykładów o uchodźcach z Afganistanu i Sri Lanki, którzy do końca życia nie będą mieli prawa pobytu i tym samym połączenia z rodziną, a gdyby wrócili do swoich krajów, groziłaby im śmierć. Pod koniec życia postanowił za swoje oszczędności zrobić coś dobrego. Nie potrzebuję porsche, mówi. Stworzył za 60 tys. USD szkołę dla 40 dzieci w Birmie, gdzie tylko ¼ dzieci ma możliwość edukacji. Obecnie poszukuje osób, które sfinansują bieżące koszty działania szkoły. Przed 9 żegnamy się, każdy wraca do swojego pokoju. Czytam jeszcze e-booka i idę spać.

Moje nogi są w fatalnym stanie. Bardzo ciężko mi się idzie, tylko małe kroki, a droga bardzo pod górę. Albo zapylona droga, albo kamienne schody. Od miejscowych kupuję pomarańcze i malutkie banany, wreszcie trochę witamin. Idzie się jak w tropikach, pot spływa z czoła, pali słońce. Wokół kwitną rododendrony, rosną krzewy bambusowe i bananowce. Na stokach widać wiele upraw tarasowych.



Docieram do wioski Shikha, ale postanawiam pokonać jeszcze kilkadziesiąt stopni, bo z daleka widać duży hotel. Niestety, nieczynny! Inne, ładnie wyglądające lodge również. Pytam w sklepiku, dostaję pokój w szopce, ale mam drewniane okienko (okiennicę) na zewnątrz. Wyjątkowo spartańskie warunki. Idę wziąć zimny prysznic, muszę obmyć moje chore nogi. Przy mnie właścicielka czyści kibel, widocznie nie spodziewała się gości. Nawala mi znowu komórka, co za pech, nawet nie poczytam sobie wieczorem, bo pytać o internet to jakby pytać o szampana rocznik 1987. Kładę się do śpiwora, lekko przysypiam. Gdy budzę się, kończy się właśnie deszcz i burza. Dwóch potencjalnych gości się jednak ewakuowało. Zostałem sam, nie ma z kim pogadać. Nie mam siły już teraz schodzić niżej do lepszej lodgy, trudno, ponudzę się trochę do jutra. Miejscowi się nie nudzą, zawsze mają walkę o przetrwanie. Albo praca w ogródku, przy zwierzętach, przy domu, wszystko samemu. Pada ciągle z przerwami, dolina. W pokoju nie ma co siedzieć, ciemna nora, a jadalnia jest pod dachem, ale na powietrzu, zimno. Na szczęście pod wieczór się wypogadza. Zamawiam raxi. Gospodyni pyta się: hard? a ja na to że tak. Po chwili dostaję szklankę ze spodeczkiem na górze: hot! Może to i dobrze, rozgrzeje mnie. Zapomniałem, że przecież wszedłem znowu na 1800m. Trzeba tutaj poddać się naturze, temu co nas spotyka. Jaka radość że włączyli znowu prąd! Że mogę powoli delektować się naturą, widokiem w oparach krowiego łajna. Ale jak ci ludzie mają tu wychować dzieci? Nie ma lekarza, do szkoły często daleko, ciągle zimno i brak jakichkolwiek perspektyw. Jedyną szansą jest wykształcenie i wyjazd do miasta, ale stanowiska państwowe rozdzielane są centralnie, a biznesy w większości rodzinne.

Czego uczy taka podróż? Przede wszystkim bycia bezproblemowym człowiekiem. Jeżeli gospodyni pyta mnie, kiedy zjem kolację, gdy tłuszcz jej się grzeje na patelni, mówię: wtedy, kiedy będzie gotowa. Warunki są takie jakie są i ci ludzie starają się w nich żyć. Nigdy na oczy nie widzieli autostrad i dróg takich, na które my narzekamy w Polsce. Podróż do innego kraju jest dla nich taką samą abstrakcją jak dla nas wyprawa na Marsa. One more please, mówię do gospodyni. Nalewa mi z niewielkiego kanistra raxi. Siedzę na stołku na dworze, chłonę zapach, wiatr, zapadają ciemności. W tle słychać modlitwy, płacz dziecka, ryk krów. Para leci z ust, robi się zimno. Ktoś odcharkuje i pluje, to taka miejscowa tradycja.

Obudziło mnie krzątanie się gospodyni. Przez szpary w ścianach zauważyłem, że już świta. Dałem się skusić na owsiankę z łyżką miodu oraz na pan cake z łyżką masła orzechowego. Droga przyjemność. Ruszam w trasę, a towarzyszy mi nieduży psiak. Wczoraj go pogłaskałem, najwyraźniej potrzebował bliskości. Idzie ze mną przez dwie godziny, myślę, co z nim potem zrobić. Nie mam smyczy, tu w sklepach nie ma karmy, no i jak z dalszym transportem? W jednej z wiosek znika, może zagapił się i stracił mnie z oczu? Pojawiają się piękne kwitnące rododendrony, właściwie las rododendronów. Mój pomysł, aby iść dzisiaj w sandałach był genialny. Wreszcie odpoczęły mi stopy! Droga nie jest łatwa, 1000m w górę, często po schodach, ale daję radę. Już po 11 jestem w Gorepani, szedłem pewnie ze 3,5h.



Zatrzymuję się w hotelu Snow View, bardzo ładny jak na miejscowe standardy. Za szopę płaciłem 150 rupii, a tu za pokój 200. Biorę gorący (!) prysznic, wreszcie nie jest mi zimno. Ale nawet w takim hotelu widać nepalską bylejakość, lub delikatniej mówiąc: brak przywiązywania wagi do szczegółów. Ktoś malował okno na brązowo, ściekła farba po ścianie- nie ma problemu. Tak samo z cegłami. Zachlapane? Nic się nie stało.

Pobudka o 4:30. Słyszę już za oknem kroki Rosjan, pewnie chcą być pierwsi na Poon Hill. Zbieram się szybko, przed 6 jestem na szczycie. Na wieży widokowej już gotuje się kociołek, gra muzyka. Rosjanie mają jednak styl! Jesteśmy w śnieżnej chmurze, nic nie widać. Po chwili dociera reszta ludzi spragnionych widoków – na nic. Gdy świta, decyduję się wracać. O 7 jem śniadanie, ruszam w długą drogę. Jak zwykle mapa podaje zły czas dojścia – idę ponad 7h, a na mapie jest 4,5. Najpierw pada śnieg, potem leje deszcz. Mimo goretexu jestem cały przemoczony. Czuję, że to finisz i motywuje mnie to do dalszego marszu. W Nayapul jestem po 14. Ponoć jest strajk, więc biorę taxi za 1200 rupii. Stary Suzuki Maruti. Droga jest kamienista i pełna błota, w końcu auto staje i nie może podjechać. Proponuję, że popcham pod górę. Docieramy do drogi głównej pełnej wyrw i zasypani osuwiskami. Po dłuższej jeździe docieramy do Pokhary. Kierowca nie może znaleźć hostelu, błądzi w deszczu. W końcu po wykonaniu telefonu znajduje drogę i podjeżdża pod sam hostel. Dostaję pokój z trzema Chińczykami, ściągam mokre ciuchy. Idę przejść się na miasto, gdy wracam jest już ciemno. Jakoś znajduję hostel, czas oblać Annapurna Circuit!




Polecam pokonanie Annapurna Cuircut krótko przed sezonem. Pogoda może być mniej stabilna, ale jest zdecydowanie spokojniej na szlaku. Budowana droga do Manang zdecydowanie zmniejszy atrakcyjność trekkingu, więc należy się pospieszyć.

Zdjęcia

NEPAL / Manang / Ice Lake / Ice LakeNEPAL / Annapurna Conservation Area / Muktinath / A Mustang za wzgórzami...NEPAL / Annapurna Conservation Area / Bhulbule / De Luxe :-)NEPAL / Annapurna Conservation Area / Thorung La / Japońska wytrwałość...NEPAL / Annapurna Conservation Area / Tal - Dharapani / Kto prowadzi? ;-)NEPAL / Tukuche / Tukuche / Nadchodzi wiosna!NEPAL / Manang / Szlak do Tilicho Lake / Nagła zmiana pogodyNEPAL / Ghorepani / Ghorepani / Rododendrony w śnieguNEPAL / Annapurna Conservation Area / Chame / Rzeka MarsyangdiNEPAL / Annapurna Conservation Area / Ghyaru / Szlak do Bragi z GhyaruNEPAL / Annapurna Conservation Area / Landslide area / Szlak do Tilicho Base CampNEPAL / Annapurna Conservation Area / Jomson / Szlak z Jomson do MarphaNEPAL / Manang / Landslide area - szlak do TBC / Ścieżka do Tilicho Lake - widok w dółNEPAL / Annapurna Conservation Area / Tilicho lake / Tilicho lakeNEPAL / Manang / Manang / Kino w Manang ;-)NEPAL / Annapurna Conservation Area / Larjung / Koryto rzeki Kali GandakiNEPAL / Annapurna Conservation Area / Gorepani / Na szlaku z Shikha do GorepaniNEPAL / Annapurna Conservation Area / Shikha / Na szlaku z Tatopani do Shikha

Dodane komentarze

iguan007 dołączył
02.01.2012

iguan007 2017-07-21 10:07:02

O, tez tam bylem z rowerem :)

baobab-ka dołączył
02.10.2015

baobab-ka 2017-07-20 11:41:39

To chyba w październiku 2014 była tam ta potworna śnieżyca...

el_gato dołączył
20.03.2012

el_gato 2017-07-19 19:41:28

Oj była wyrypa... Thorung La w śniegu to masakra. Dwa dni po moim przejściu było spodziewane dalsze załamanie pogody, jeden z przewodników mówił potem, że takiego przejścia przełęczy nie pamięta od 17 lat.

baobab-ka dołączył
02.10.2015

baobab-ka 2017-07-19 19:22:39

Oj, przypomniałeś mi to cholerne zimno i znaczenie słowa "wyrypa" na kamiennych stopniach. Mam bardzo podobne notatki z moich obydwu himalajskich treków, choć do samych BC nie dotarłam, ale zrobiłam część AC i EC. To była naprawdę walka z samą sobą oraz nauka pokory! I dzięki za to wspaniałe zdanie: "Podróżowanie wymaga otwartości i szacunku dla innych." :)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

08-10
Rowerem przez Skandynawię

Ogromne przestrzenie, spanie na dziko, mix pogodowy, słowem wspaniała przygoda!

08-11
Lofoty

Jedno z piękniejszych miejsc w Europie dla tych co cenią majestatyczne górskie krajobrazy i dziką przyrodę.

08-14
TOP5 miejsc na Riwierze Albańskie...
08-12
Jak ubezpieczyć samochód na wakac...
07-17
Jak zdobyć Wieczne Miasto Rzym...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2017 Globtroter.pl