Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Trekking i noc w dżungli w hotelu multigwiazdkowym > INDONEZJA


Margolencja Margolencja Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie INDONEZJA / Sumatra / Bukit Lawang / OrangutanyJak tam jest w tej sumatrzańskiej dżungli?
Trochę inaczej niż sobie to wyobrażałam, np. nie było świergoczących kolorowych ptaszków dookoła bujnego kwiecia ;), ale mrocznie też nie było, słońce docierało przez te ściany zieleni, przez olbrzymie drzewa porosłe lianami i wszelkimi możliwymi pnączami, przez prehistoryczne paprocie wielkości drzew. Wiedziałam, że będzie parno, wilgotno, ale że aż tak? Obiektyw aparatu zaparował i mając oczy wszędzie dookoła, by niczego nie przegapić, nie przyszło mi do głowy, by spojrzeć w podgląd ekranu, toteż jakość większości zdjęć jest marna. Słyszałam, że głośno, ale żeby cykady brzmiały, jak petardy, no może trochę przesadziłam, raczej jak pociąg wjeżdżający z piskiem hamulców na stację albo jak kilkadziesiąt gwizdków od czajników z gotującą się wodą, może dlatego tak parno było;)

W sumie w tropikalnym lesie jest bardzo ciekawie, pięknie, klimatycznie, ale swoje trzeba było przejść, by spotkać się z orangutanami, co było naszym celem głównym, a już opisałam to spotkanie na blogu (link na dole). Teren jest często górzysty i stromy, posuwaliśmy się wówczas uczepieni lian po śliskiej, gliniastej, pięknie pomarańczowej ziemi i trzeba było uważać na to, czego się łapać. Niektóre liany- jak ratan- są bardzo ostre, mają kolce, a na niektórych mogą przesiadywać mało sympatyczne owady, o czym później.



Już na skraju dżungli czuliśmy się jak w saunie, ale też zaraz na wstępie mogliśmy się ochłodzić, bo przewodnicy zorganizowali nam śniadanie nad rzeczką. Wykąpani, rześcy, nakarmieni ruszyliśmy niespiesznie w drogę, co rusz się pochylając nad jakimiś roślinami: mimozami, które po dotknięciu zwijały liście, ziołami, których zastosowanie objaśniał przewodnik, a objaśniał szczegółowo i również w odniesieniu do użytku, jaki robią z nich orangutany, np.: pręciki tych pomarańczowych kwiatów to lekarstwo na oczy, mama orangutan przeciera tym oczy swego dziecka w razie infekcji:) One tu mają wszystko i po co nam było schodzić z drzewa te ileś lat temu? A na jednym z takich gigantycznych wiekowych drzew mieliśmy również okazję zobaczyć Thomas monkey - przesympatyczne, bardzo przyjazne, a z wyglądu wręcz kosmiczne dziwolągi z irokezami. Pochylaliśmy się nad fantastycznymi jaskrawofioletowymi grzybami, które w niczym grzybów nie przypominały, nad umykającymi kameleonami, a gdy musiałam się pochylić za potrzebą, zarejestrowałam krew na mojej koszuli, potem na skórze powyżej pępka, ale nie czułam żadnego skaleczenia, więc krzyknęłam nieco wystraszona w stronę ekipy, że brzuch mi krwawi, a oni - ku mojemu zdziwieniu - momentalnie zaczęli się śmiać, mówiąc, że to nic takiego, to tylko pijawki, to na zdrowie. Obejrzałam się dokładnie, ale nic przyssanego nie znalazłam, pijawki mnie chyba nie lubią, może i są dla mnie zdrowe, ale ja dla nich nie, skosztowały i momentalnie zwiały.



Za to Arturowi nie było do śmiechu, bo w tym samym czasie zobaczył swoje zakrwawione nogi i musiał odrywać krwiopijców, a krew nie chciała się zatamować, toteż mieliśmy okazję przekonać się o skuteczności tutejszej medycyny naturalnej, bo nasi przewodnicy znaleźli liście, które po przyłożeniu zaraz pomogły. Więcej nie mieliśmy do czynienia z pijawkami, bo w wyższych partiach lasu ich nie ma. A to, czego najbardziej obawiałam się w tropikach, to spotkania z pająkiem, mimo że w Indonezji nie są one mocno jadowite, ale bywają olbrzymie, czego na szczęście naocznie nie musiałam stwierdzać, choć okazje ku temu były.

Udało się, ani razu podczas ponad miesięcznego pobytu na Sumatrze nie widziałam żadnego z tych potworów, choć byłam dwa razy o krok od bliskiego spotkania. Za pierwszym razem, chwytając się liany, moja ręka znalazła się ponoć niebezpiecznie blisko dużego pająka, o czym, już po fakcie, poinformował mnie idący za mną Artur, któremu aż dech zaparło, zdawał sobie sprawę, że mój wrzask mógłby go ogłuszyć i strącić z gałęzi jeszcze niejedne paskudztwo. Tak, przyznaję mam malutką arachnofobię i to od niedawna, od jakichś 15 lat, postępującą, bo co dziwne, to w dzieciństwie nawet hodowałam w domu pająka, w słoiku, takiego zwyczajnego małego czarnego, a to z braku zgody rodziców na inne, bardziej oswojone stworzonko. A że nie reagował na imię, zwróciłam go naturze. Jeszcze pierwszego dnia pobytu w naszym obozowisku w dżungli miałam drugą okazję do zobaczenia takiego większego od tarantuli osobnika, ale łaskawie darowano mi ten widok. Przyczaił się na foliowym zadaszeniu naszej wiaty, pod którą mieliśmy spać, szczęściem po stronie zewnętrznej. Było już na tyle ciemno, że chłopaki musieli podejść z latarką, by stwierdzić, co takiego się tam czai. Przegonili poczwarę, ale w sposób bardzo taktowny, gdyż byłam nieopodal. Podczas oględzin tego nieproszonego gościa szybko wyłączyli latarkę i zaczęli mówić szeptem, toteż domyśliłam się, że nie chodzi tu wcale o nietoperza i pół nocy nie mogłam zasnąć, pociłam się w zapiętym aż pod brodę śpiworze, nie wystawiając z niego ani na chwilę żadnej ręki.
FULL SERVICE



W sumie to nas tam rozpieszczano, turyści podczas trekkingu w dżungli mają zapewniony all inclusive. Po dwóch godzinach wędrówki zaserwowano nam w lesie bardzo dobry obiad, przewodnicy przynieśli ze sobą już gotowe dania, a podane one były elegancko: na liściach bananowca przyozdobionych kwiatami, na deser ciasto i przeróżne owoce. Skoro mowa o jedzeniu, to takiej kolacji, jak nam zgotowano po dotarciu do bazy, się nie spodziewaliśmy, no świąteczna wigilia. Byliśmy zbyt głodni, by uwiecznić ją w całości na zdjęciu:) Byliśmy umorusani błotem, zmęczeni, mokrzy, bo na sam koniec wędrówki zaczęło kropić, więc zjeżdżaliśmy uczepieni lian jak na ślizgawce i nie było łatwo, za to jaka radość, gdy na skraju deszczowego lasu owiały nas obiecujące zapachy, bo okazało się, że ześlizgujemy się prosto do stojących na ogniu kociołków z parującym jedzeniem. Kucharz już tam czekał. Jednak najpierw musieliśmy pójść do rzeki się wyszorować. Odebraliśmy od przewodników nasze bagaże podręczne, bo bezdyskusyjnie zabrali je nam na ostatnim trudnym odcinku trasy, a mieliśmy też bagaże nadane wcześniej: śpiwory, poduszki, suche ubrania, ręczniki itp. i te czekały już na naszych posłaniach pd drewnianym zadaszeniem. Tutaj również miłe zaskoczenie, bo w tej głębokiej dżungli spodziewaliśmy się raczej karimat, a przytaszczono dla nas materace. Zanim zdążyliśmy się wybrać do rzecznego bathroomu, zjawił się nasz kucharz, by odebrać zamówienie na napoje. Gdy tylko się wykąpałam, na brzegu rzeki czekała taca z kawą. Wzięłam parę łyków i poszłam jeszcze zrobić małe pranie, ale podczas powrotu znad rzeki ręce miałam zbyt zajęte ciuchami, by zabrać do obozowiska swą kawę. Doszłam do naszej wiaty, a kawa z tacą już tam była. O rzesz ty, wędrująca kawa!? Aż zastanawiałam się, czy wypada mi teraz pójść w krzaczki za potrzebą, bo może zaraz zjawić się tam ta moja kawa. Nie zdążyłam się do końca wysuszyć, gdy kucharz już zapraszał do zastawionej rozmaitymi potrawami maty.




Na tym nie koniec tego full serwisu. Po wybornej kolacji przy blasku ognia chłopaki mieli dla nas program rozrywkowy. Jako że w dżungli obowiązuje cisza i nie mogli pośpiewać, wyjęli jakieś gry planszowe. Jednak powiedziałam, by się nie wygłupiali, nie będziemy teraz grać w chińczyka, gdy jest tyle ciekawych tematów. Na to jeden z nich z radością oznajmił, że ma dla nas parę zagadek. No nie, sadyści - o tej porze, w tym stanie obżarstwa i zmęczenia chcą nas jeszcze zmusić do jakichś skomplikowanych operacji mózgowych! Jednak Artur, umysł ścisły, podjął się wyzwania, tj. postanowił wyświadczyć im tę uprzejmość i zaangażował się w jakąś matematyczną układankę z zapałek. Długo cichutko w skupieniu siedział sobie i się biedził, ku radości lokalesów. A tymczasem oni zaczęli się raczyć fajką pokoju, a kucharz zrobił ginger tea, bym też mogła się czymś raczyć. W końcu Art nie wytrzymał i dla animuszu oraz większej bystrości umysłu, jak optymistycznie mniemał, dał się na mówić chłopakom na jojnta, a on nie pali, nawet papierosów. Toteż efekt był ciekawy, wizji sobie co prawda nie rozjaśnił, zapałki nie zapłonęły, ale za to po jednym machu zupełnie stracił dla tych układanek zainteresowanie na rzecz gorącej konwersacji z naszym przewodnikiem Remim. A po kolejnych sztachnięciach konwersacja ta zaczęła wkraczać na coraz to wyższe metafizyczne poziomy, aż w końcu osiągnęli szczyt tak głębokiego porozumienia, że nie potrzeba było zbyt wielu słów: siedzieli rozanieleni i w niejakiej zadumie (a nad czym, tego nie wiedział nikt) kiwali do siebie przytakująco głowami i tylko z rzadka, za to z dużym przekonaniem, któryś z nich wypowiadał jakieś krótkie słowo, głównie sakramenckie: \\\"tak\\\", w rodzaju:
- O Yes!
- Yes.
- Of course! Tak.
- Ya la! Yes... Przy tej jakże błyskotliwej rozmowie, z nieokreślonym tematem głównym i wieloma niewypowiedzianymi wątkami pobocznymi, do której tłumacza nie było potrzeba, nie mogłam się nudzić. W końcu opuściliśmy nasze towarzystwo wzajemnej adoracji i udaliśmy się na spoczynek do ekskluzywnej wiaty z widokiem na rzekę, która niestety z powodu ulewy w ciągu nocy zmieniła kolor z turkusowego na capucino. Spanie w dżungli jedynie pod otwartym zadaszeniem chroniącym od deszczu, to jak spanie pod namiotem tlenowym, toteż obudziliśmy się wcześnie z własnej nieprzymuszonej woli zupełnie wypoczęci. Wyczołgałam się ze śpiwora, czyli mej szczelnej osłony antypająkowej, z zamiarem jak najszybszego wskoczenia do rzeki na toaletę poranną, ale nasz kucharz już tam był i kawa też:) Pięknie podane śniadanko składało się z tostów z jajkiem, serem i warzywami; chciano nas mile zaskoczyć europejskim stylem, a my smętnie rozglądaliśmy się za azjatyckim jedzeniem, dla nas najlepszym, jakie znamy. No i tym razem chłopaki przesadzili.



Mieliśmy dobrą pogodę również drugiego dnia na powrót, zresztą obiecaną. A wracaliśmy już rzeką - spływając na wielkich gumowych dętkach powiązanych sznurkami - tradycyjny lokalny rafting: tzw. taxi bush. Niezła frajda. Słońce wyjrzało, woda przyjemnie chłodziła, czasem nurt się piętrzył i podskakiwaliśmy, jak na wyrzutni, ale wszystko było pod kontrolą. Podczas tego raftingu jest bezpiecznie, kamizelki są, krokodyli brak, jedynie małego uciekającego kajmany można czasem zobaczyć. Widoki rajskie: przepływaliśmy przez wąwozy koło jaskiń....resztę wrażeń i porady praktyczne zamieściłam na moim blogu: http://remjungle.blogspot.com/2017/07/trekking-i-noc-w-dzungli-w-hotelu.html

Przeżycia, wspomnienia niezapomniane, warte tej długiej drogi. A ile kosztuje taki trekking, o tym na blogu: http://remjungle.blogspot.com/2017/07/trekking-i-noc-w-dzungli-w-hotelu.html

Zdjęcia

INDONEZJA / Sumatra / Bukit Lawang / OrangutanyINDONEZJA / Sumatra / Bukit Lawang / Kolacja w dżungliINDONEZJA / Sumatra / Bukit Lawang / Remi jungle spiritINDONEZJA / Sumatra / Bukit Lawang / SumaINDONEZJA / Sumatra / Dżungla / Thomas monkeyINDONEZJA / Sumatra / dżungla / Thomas monkey

Dodane komentarze

Iwona Niedopytalska dołączył
20.03.2017

Iwona Niedopytalska 2017-08-01 22:21:46

"Widać, że masz niezwykłą lekkość w dobieraniu słów, no i poczucie humoru. Dzięki temu czyta się z wielką przyjemnością i zainteresowaniem. Ciekawa relacja. Pozdrawiam :)"

aaandrzejp dołączył
25.09.2014

aaandrzejp 2017-07-17 08:49:14

Bardzo fajna relacja :)

Margolencja dołączył
08.07.2017

Margolencja 2017-07-17 02:12:20

"Dziękuję:)! Chyba się jednak nie zdecyduję już na hodowanie pajączka;)"

baobab-ka dołączył
02.10.2015

baobab-ka 2017-07-17 00:17:45

Fajna, z humorem napisana relacja. Stosunek do pająków wszelkich rozumiem aż nadto. A mówią, że hodowanie w słoiku ma odczynić fobię. Hm... ;)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

08-10
Rowerem przez Skandynawię

Ogromne przestrzenie, spanie na dziko, mix pogodowy, słowem wspaniała przygoda!

08-11
Lofoty

Jedno z piękniejszych miejsc w Europie dla tych co cenią majestatyczne górskie krajobrazy i dziką przyrodę.

08-14
TOP5 miejsc na Riwierze Albańskie...
08-12
Jak ubezpieczyć samochód na wakac...
07-17
Jak zdobyć Wieczne Miasto Rzym...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2017 Globtroter.pl