Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Relacja z wyprawy do Peru 2008 > PERU


eemmii eemmii relacje z podróży

Zdjęcie PERU / Manu / Manu / Malpka:>>Praktyczny opis wyprawy do Peru. Zawiera wszystkie niezbedne informacje, lacznie z cenami, nazwami hosteli i innymi potrzebnymi do zwiedzenia tego niesamowietgo kraju. Zapraszam do czytania.

16.07.2008

Wylot z Reykjawiku do Kopenhagi, później przesiadka na samolot do Warszawy. W stolicy jestem po południu, teraz musze poszukać schroniska na ul. Smolnej. Znajduje się ono w naprawdę dobrej lokalizacji. Późne popołudnie spędzam na spacerku ulicą Nowy Świat w kierunku do centrum.
Rano pobudka i ruszam na lotnisko, tam bez problemu odprawa i lecę do Pragi. W stolicy Czech ląduje punktualnie i 50 min, które mam na przesiadkę wystarcza idealnie. Samolot linii Czech Airline lecący do New York jest bardzo stary, poza tym wszystko ok.

W New York ląduje o czasie i mam 9 h czasu do następnego lotu, więc jadę do centrum na małe zakupy. Jest super, przypominam sobie czas spędzony w USA podczas studiów. Oczywiście jak prawdziwa kobieta tracę sporo pieniędzy:>> (ach te przeceny:>>). Wracam na lotnisko trochę za wcześnie, po sprawnej odprawie zostaje mi 3,5 h do odlotu. Ze zmęczenia zasypiam czekając na samolot, w końcu wylatujemy. Lot minął bardzo szybko i miło. Lądowanie w Limie i odebranie bagażu przebiega bardzo sprawnie, czekam 15 min na taxi z hotelu, w którym mam rezerwację..

18.07.2008 dzień 1 Lima

Podróż z lotniska do hotelu jest pełna wrażeń. Pierwsze spostrzeżenia - straszna bieda i brud.
Hotel España, tak jak czytałam jest z atmosferą i swoim urokiem, jednak pokój nie wygląda rewelacyjnie.
No cóż jestem w Peru:>> Idę na śniadanie. Za 5 soli jem 2 bułki z dżemem i jajko plus kawa. Po śniadanku 2 godzinki drzemki na odespanie długiego lotu. O 12 idę do centrum. Pomimo, że chodzę sama jest bardzo bezpiecznie. Jem obiad tzn. sałatkę i ryż z kurczakiem oraz sok i galaretka na deser za 5,5 sola. Jedzenie jest całkiem dobre i knajpka fajna. Wracam do hotelu, sprawdzam pocztę (1 h Internetu kosztuje 2 sole) i idę wcześniej spać, padam ze zmęczenia.

19.07.2008 dzień 2 Lima

Pobudka o 6.22, nie mogę spać. Głowa mi pęka, może z powodu aklimatyzacji, może za długo odsypiałam lot. Na śniadanie idę z Iwoną, która doleciała rano. Jemy je przy Placu de Armas. Płacimy po 4,5 sola za obfity posiłek razem z kawą (bez porównania z tym w hotelu: tamto małe i w ogóle...).
O 11 spotkamy się z Markiem z instytutu Ojca Szeligi i 2 lekarzami na konsultację. Mamy wyniki badań na podstawie których ułożone zostaną dla nas kuracje ziołowe, choć co prawda ich cena delikatnie mówiąc mnie zaskoczyła!!.
Zobaczymy rezultaty po jej zakończeniu.
Korzystając z okazji rozmowy z człowiekiem, który jest w Peru do 15 lat pytamy się o dżunglę.
Marek doradza nam podróż do tzw. dżungli środkowej 6 h drogi z Limy. Bardzo chciałam lecieć do dżungli koło Iquitos, jednak ceny biletów sprowadzają mnie na ziemię:<< (do Iquitos można dostać się tylko drogą lotniczą, lub wodną - zbyt długo jak dla nas). Po powrocie z instytutu spacer po centrum, szukamy najtańszych połączeń na jutro do Paracas.
Obiad jemy w tej samej knajpce, co śniadanie znowu za 5,5 sola.
Kupujemy w biurze przy Placu de Armas bilety autobusowe firmy Cruz Del Sur za cenę 56 soli od osoby. Bardzo polecam tą firmę, świetne autobusy i co najważniejsze - bezpiecznie.
Później zamawiamy w hotelu taksówkę na rano, ma kosztować od 7 do 10 soli. ( Jak się później okazuje ma …).
Adres biura, w którym kupiłyśmy bilety: Jr. Huallga 160 Lima. Chodzimy dookoła hotelu po wszystkich uliczkach, zwiedzamy także kościół, który jest nieopodal. Pozostałe zabytki Limy do zwiedzenia zostawiamy na ostatni dzień pobytu w Peru. Wszyscy nas ostrzegają, żebyśmy nie chodziły poza centrum zwłaszcza wieczorem, gdyż jest bardzo niebezpiecznie.
O godzinie 19 jesteśmy w łóżkach, natomiast ciemno jest już o 18. Marzę o spaniu, ale trąbiące samochody chyba długo nie pozwolą mi zasnąć.
W ciągu dnia dostaje dosłownie szału. Jak jeden zacznie to wszystkie mu wtórują. Ich stan techniczny odbiega mocno od standardów, ale klaksony mają naprawdę dobre. Ten hałas plus mój ból głowy to jednym słowem coś strasznego.


20.07.2008 dzień 3 Lima - Paracas

Pobudka o 5.45, taksówkę mamy zamówioną w hotelu España na 6.20. Schodzimy na dół, taksówkarz już na nas czeka. Jedziemy na terminal autobusowy a tam pierwsza próba oszukania podczas naszego pobytu w Peru. W hotelu na pytanie o cenę za taki kurs, usłyszałam odpowiedź 7-10 soli. Taksówkarz oczywiście chciał zarobić więcej i powiedział 16 soli, po 8 od osoby. Od razu zezłościłam się i powiedziałam nie, skończyło się tym, że dałyśmy oszustowi 10 soli. Taksówkarze próbują oszukiwać bardzo często, w Peru płaci się za samochód, a nie od osoby. Jeśli mówią cenę to jest to całość za kurs!! Później już sprawna odprawa do autobusu, bagaże są podpisywane i wyjeżdżamy do Paracas.
Autobus bardzo komfortowy, chwilę po opuszczeniu terminalu autobusowego pani podaje skromne śniadanie i kawę z cukrem. Później przychodzi kolej na oznaki choroby wysokościowej siostry (silny ból głowy i wymioty). Na szczęście na koniec podróży zasypia i jest już dobrze. Z doświadczenia polecam mieć ze sobą woreczki zapinane, bardzo przydatne :))).
W Paracas wysiadłyśmy w siedzibie firmy przewozowej, stamtąd miałyśmy 20 min pieszo do centrum.
Po rozmowie z parą holendrów, decydujemy się iść razem.
Kwestia hoteli: Wzięłyśmy pokój 2 - osobowy w hotelu Ballestas (z łazienka i TV- taki nam zaproponowali) za 30 soli.
W innym hotelu pokój był bardzo podobny z tym, że bez okna.
Generalnie warunki dużo lepsze niż w hotelu España w Limie. Byłyśmy też oglądać inne hotele i np.: hotel Amino, polecany przez Lonely Planet - bardzo drogi, chcieli 120 soli za 2 osoby.
Później zamówiłyśmy wycieczkę na wyspy Ballestas za 30 soli od osoby.
Korzystając z pięknej choć wietrznej pogody wybieramy się do rezerwatu De Caracas. Jedziemy tam taksówka za 60 soli - 4 osoby plus 5 soli za wstęp do rezerwatu.
Wyszło taniej niż wycieczki oferowane w biurach. Najtaniej znalazłyśmy po 20 soli od osoby plus 5 wstęp.
Wycieczka na wyspy jest bardzo dobrze dopasowana czasem, ponieważ po powrocie od razu możemy jechać do Ica. Bilet kosztuje 21 soli od osoby plus na wieczór bilet z Ica do Arequipa po 124 sole.
Z Paracas do Ica jedziemy godzinę, z Ica wyjazd jest o godzinie 22, natomiast przyjazd do Arequipa o 8 rano.
Paracas jest małą, ładną i bardzo bezpieczną mieściną. Za obiad dałyśmy po 10 soli (to jest tanio, ceny maja bardzo wysokie), mają też mini market.
Dookoła Paracas zobaczyć można jedną wielką pustynię. Najbardziej cieszy mnie teraz to, że za oknem słyszę szczekające psy a nie trąbiące samochody. Tymi drugimi jestem najprościej mówiąc znudzona i zmęczona.

21.07.2008 dzień 4 Ica

Wstajemy rano, pakowanie i o 7.30 jesteśmy już gotowe. Chwilkę czekamy w hotelu, aż zbierze się cała grupa i jedziemy do przystani. Niestety jesteśmy ostatnią odprawianą grupą. Na wyspach widzimy różne ptaki i ssaki, w tym: pelikany, pingwiny, kormorany, lwy morskie a w drodze powrotnej delfiny. Wracamy o 10.20, szybko do hotelu po plecaki i idziemy na autobus. Jedziemy autobusem firmy Cruz del Sur za 21 soli do Ica. Na miejscu dzień wcześniej poznani Holendrzy oznajmiają nam, że pomimo umowy z nami na wspólne zwiedzanie wydm jadą z kim innym. Płakała nie będę. Bierzemy osobno taxi i jedziemy zwiedzać. Za 32 sole (początkowo było 50) oglądamy wydmy, 2 winiarnie, sanktuarium, do którego chodziły pielgrzymki. Niestety zostało ono dość mocno zniszczone po zeszłorocznym trzęsieniu ziemi. Nie możemy wejść do środka:<<. Winiarnie witają nas wspaniałym klimatem i historią produkcji win. W obu podają nam próbki do degustacji. Najmocniejsze z nich ma 43 % alkoholu, siostra po tej lekkiej degustacji ma już tzw. lotyJ. Cała wycieczka zajęła nam 3,5 h.
Wracając wysiadamy w centrum i idziemy sprawdzić pocztę, zjeść coś i pospacerować (Internet 1h kosztuje 1 sola).
Później idziemy na dworzec autobusowy i czekamy na wyjazd do Arequipy. Z małym opóźnieniem wyjeżdżamy o 23.30. Autobus jest ponownie bardzo komfortowy, obsługa miła, i oczywiście dostajemy śniadanie.

22.07.2008 dzień 5 Arequipa

Na miejscu jesteśmy o 10 rano. Z dworca jedziemy taxi do hotelu za 4 sole. Decydujemy się na hotel Regis. Za pokój 2 osobowy bez okna z łazienką na korytarzu płacimy 35 soli. Całkiem miły tylko, ze obsługa nie mówi po angielsku.
Później idziemy do centrum i kupujemy wycieczki na resztę naszego pobytu w Peru. Za treking na 3 dni do kanionu Colca płacimy 120 soli od osoby. Za autobus z Arequipy do Puno i 2 dni na wyspach jeziora Tititaca z noclegiem u tubylców płacimy 145 soli od osoby.
W biurze Acolca Tours kupujemy wycieczkę na Machu Picchu (3 dni, 2 noclegi płacimy 220$) i 4 dniową wycieczkę do dżungli w Manu 280$ (więcej nie można się targować, ceny kształtują się na poziomie 300 -350$) wszystko jest wliczone w cenę. W innym biurze kupujemy bilet na autobus powrotny z Cuzco do Limy za 151 soli (Cruz del Sur, czas przejazdu ok 20 h).
Później idziemy na targ, gdzie można kupić prawie wszystko. Jemy tam obiad z tubylcami za 3 sole - 2 dania. Na deser sok ze świeżych owoców, za 2 szklanki płacimy 2,5 sola a na koniec kupujemy owoce. Do hostelu powrót ok 18, o 21 musimy już spać.

23.07.2008 dzień 6 Arequipa

Wstajemy o 4.50, czterdzieści minut później czeka już na nas (jak zwykle jest wcześniej) taksówkarz i jedziemy na dworzec autobusowy skąd autobusem lokalnym do Kanionu Colca. Przed wyjazdem oddajemy niepotrzebne rzeczy do przechowalni w hostelu. Dojazd do Cobanaconde zajmuje nam 6 godzin, po drodze zatrzymujemy się w Chivay (gdzie mamy 5 min przerwy na rozprostowanie nóg).
W Cobanaconde jemy lunch, chwilkę odpoczywamy i ruszamy na dół. Jesteśmy w grupie 6 osobowej plus przewodniczka. Zejście jest bardzo strome i męczące. Zajmuje nam ono tylko 4 h, ponieważ idziemy bardzo szybko.
Na miejsce docieramy padnięci przed 18. Podsumowując ledwo żyjemy.
Marzymy o prysznicu, ale nie jest to takie łatwe, musimy zejść trochę w dół. Woda pod prysznicem jest lodowata, ale niedaleko jest termalny basen i tam już jest ok.
Teraz powrót do obozu, i tutaj musimy pokonać strome schody, bardzo przydają się latarki. Jemy kolacje i o 20 15 padnięci zasypiamy jak dzieci. Gwiazdy są niesamowicie duże i sprawiają wrażenie jakby były bardzo nisko, dodatkowo ich liczba jest ogromnie większa niż normalnie można zobaczyć.

24.07.2008 dzień 7 Canion Colca

Pobudka o 6.20 prawie o godzinę później niż planowaliśmy. Jemy śniadanie- całkiem dobre 2 placki z dżemem (przypominają trochę omlet a trochę ciasto biszkoptowe).
O godzinie 7.30 ruszamy. Przejście wyznaczone trasy zajmuje nam 6 godzin, wliczając szybkie tempo i mała ilość przerw. Delikatnie mówiąc jesteśmy skonani!!!
Na początek idziemy 2 godziny pod górę, trasa jest bardzo ciężka. Słońce całe szczęście jeszcze nie praży, gdyż jest schowane za górą na którą wchodzimy.
Następnie ok 2 godziny idziemy po płaskim terenie i następne 2 schodzimy na dół. Zarówno podejście jak i zejście jest bardzo ciężkie. W porze deszczowej ten treking jest zdecydowanie bardzo niebezpieczny. Bólu nóg nie da się opisać, coś strasznego nie możemy zrobić kroku. Już sobie powiedziałam nigdy więcej trekking do Canionu Colca. Nie tylko my jesteśmy padnięte, ale cała grupa nie może się ruszyć. Poza zmęczeniem jesteśmy bardzo źli na biuro turystyczne, które to zorganizowało (Escandinacvia Travel & Adventures). Po pierwsze: podali nam zupełnie inną trasę niż tą którą idziemy, po drugie: przewodnik miał mówić po angielsku, a nasza przewodniczka nie umie policzyć do 10 w innym języku niż hiszpański.
Wszyscy mamy odciski, pomimo wygodnych butów. W grupie mamy dziewczynę z Francji, ona ma największe problemy, jak dotrzemy na górę będzie musiała mieć zdjęty cały paznokieć. Buuu wygląda to strasznie.
Taki trekking może być ok, ale biuro musi zaznaczyć, że trasa nie jest bardzo ciężka. Dla nich jest to normalne, jeśli tam się wychowali. Wyjście do góry to ta sama trasa do pokonania za każdym razem. Dobrze, koniec narzekania. Po dojściu do obozu dostajemy pokój 4 - osobowy w chatce z bambusa razem z dwiema sympatycznymi Amerykankami. Padnięci kładziemy się na łóżka, nie mamy sił się ruszyć. Normalnie nigdy bym nie pomyślała żeby będąc tak brudnym nie umyć się, teraz nawet o tym nie myślimy, tylko o bólu.
Iwona zasypia od razu, ja po odpoczynku idę pod prysznic (woda lodowata), Amerykanki do basenu ale tam też woda jest bardzo zimna.
Godzinkę czekamy i lunch jest już gotowy. Dostajemy zupę jarzynową z kaszą jęczmienną, a na drugie danie ryż i warzywa smażone z jajkiem. Natomiast na poprawę humoru deser, jest to całkiem dobry kisiel. Później mamy czas wolny na leżenie i opłakiwanie stanu naszych nóg i mięśni.
Międzyczasie umawiamy się na jutro, że osiołki wywiozą nas do góry, co prawda cena za nie jest dość wysoka w porównaniu z tym, jaka była początkowo (40 soli i chcieliśmy się targować, wykorzystują to, że pomimo chęci nie jesteśmy w stanie wyjść do góry o własnych siłach) 50 soli od osoby.
O 19 jemy kolację. Tak jak zawsze - zupa jarzynowa i dla odmiany spaghetti.

25.07.2008 dzień 8 Canion Colca - Arequipa

Pobudka o 3 rano. Po 3 dniach morderczego marszu nie jesteśmy w stanie iść, ból niesamowity. Wszyscy decydujemy się jechać na górę na osłach. Wychodzimy o 3.30, musimy chwilkę podejść do góry tzn. wyjść z oazy co nie jest łatwym zadaniem w naszym stanie.
Osiołki już na nas czekają, są całkiem duże. Przewodnik pomaga nam wsiąść na nie. Ze względu na ból mięśni nie jesteśmy w stanie tego zrobić sami.
Ruszamy w składzie 6 osiołków z nami na grzbietach, nasza przewodniczka i przewodnik zwierząt, oczywiście nie można zapomnieć o psie. Idziemy pod górę 2,5 h. Jest bardzo stromo, duże ilości kurzu, piachu i dużych ostrych kamieni. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że jedziemy na osiołkach, sami nie bylibyśmy w stanie podejść nawet w 7 h, a początkowo planowany czas na wyjście piesze to było 3 h. Jesteśmy pełni podziwu dla tych zwierząt. Nie są prowadzone, znają trasę na pamięć, idą same. Przewodnik idzie z tylu i czasami je pogania. Moje siedzenie było trochę za luźno przywiązane i w czasie marszu się przechyliło. Całe szczęście przewodnik to sam zobaczył, zatrzymał całą karawanę i poprawił moje siedlisko. Czym jesteśmy wyżej tym jest zimnej, aż u góry jest bardzo zimno. Woda na powierzchni jest zamarznięta. Dobrze, że się ciepło ubrałyśmy:>>. Po dotarciu na górę jemy śniadanie (2 bułki, trochę dżemu i jajko) i jedziemy oglądać kondory. Zimno powoduje, że są one nam ciut obojętne. Udało się nam zobaczyć kilka ptaków i jedziemy dalej do Chivay, gdzie zmieniamy autobus (musimy czekać 1,45 h). W Arequipa jesteśmy o 15.40, bierzemy z dworca autobusowego taksówkę za 4 sole do centrum. Idziemy coś zjeść, sprawdzić pocztę i odebrać plecaki z hotelu. Niestety nie ma żadnych wolnych pokoi żebyśmy mogły zostać kilka godzin i odpocząć. W związku z powyższym kąpiemy się i idziemy do centrum. Taksówka odbiera nas z hotelu znowu wcześniej i jedziemy na terminal autobusowy. Odebrał nas z hotelu sam właściciel firmy, w której kupiłyśmy trekking do canionu i wyjazd do Puno. Jest tak miły i uprzejmy, że aż zastanawia nas to. Podróż mija bez problemów. W Puno czeka na nas jakiś pośrednik i wiezie gdzieś gdzie mamy poczekać do 8 rano.
Okazuje się, że jest to hostel, za który mamy zapłacić po 15 soli od osoby (ze zniżką) za 2,5 h spania. O niczym takim nie było mowy jak kupowałyśmy wycieczkę na wyspy jeziora Tititaca. Inna firma proponowała nam uczciwie przespanie tego czasu w hostelu za darmo. Próbuje interweniować w tej sprawie, ale to nic nie daje facet jest nieuprzejmy i wrrrrrrr.... Jesteśmy zmęczone i nie mamy dużego wyboru bierzemy ten pokój bo jest bardzo zimno.

26.07.2008 dzień 9 Jezioro Tititaca

O 8 rano odbiera nas bus i jedziemy do przystani, gdzie przesiadamy się na łódkę. Płyniemy 30 min do wyspy Uros, zbudowanej z trzciny. Następnie 3 h płyniemy do wyspy Amantani, gdzie mamy nocleg. Trafiłyśmy do starszych aczkolwiek bardzo miłych ludzi. Na lunch dostajemy zupę z jakimś zbożem i gotowane w łupinkach ziemniaki, marchewkę, coś przypominające pietruszkę i jajko.
Napełniamy zgłodniałe brzuchy i idziemy do centrum wyspy oraz zobaczyć piękny zachód słońca. Po powrocie odwiedzamy naszych gospodarzy w kuchni. Wygląda to jak w Polsce na wsi u najbiedniejszych rodzin kilkadziesiąt lat temu (może, ktoś coś takiego widział). Piec wypalony z gliny, babcia pali w nim suchymi liśćmi i obiera jakieś warzywka. Pomieszczenie jest tak niskie, że nie można się wyprostować. Budynki są zbudowane z glinianej cegły. O 19 mamy kolację, standardowo to samo tzn. zupa i ryż z ziemniakami i warzywami. Po posiłku idziemy spać, rezygnujemy z tańców z lokalną społecznością.
Teraz kilka słów o różnego typu robaczkach:>> Przez całą drogę do Cuzco widziałyśmy może 2 komary i dosłownie kilka much.

27.07.2008 dzień 10 Jezioro Tititaca - Puno

Noc nie była aż tak strasznie zimna. Wstajemy o 6.30 zwijamy śpiwory i pakujemy się. O 7 dziadek przynosi śniadanie, dostajemy 5 placków z mąki smażonych na oleju – coś jak racuchy. Niestety jeden z moich placków ląduje na podłodze - zostają 4, wszystkie jem. O 8 mamy spotkanie w porcie, 25 minut później wypływamy na wyspę Teqiule. Po 3 h jesteśmy na miejscu, musimy jeszcze 40 min dojść do Plaza de Armas. Docieramy na miejsce bardzo zdyszani, jest to akurat dzień w którym obchodzą święto patrona wyspy. Przyglądamy się tam tańcom tubylców. Później idziemy na obiad zorganizowany przez przewodnika, rozbój w biały dzień - 15 soli od osoby.
Jemy rybę oczywiście z frytkami i ryżem. Chwilka odpoczynku i marsz do portu, płyniemy 3 h i jesteśmy już w Puno.
Odbieramy bilety do Cusco i idziemy na dobrą i tanią pizze. O godzinie 20 jesteśmy na terminalu, godzinkę później z małym opóźnieniem autobus wyrusza do Cusco.
Autobus jest firmy San Martin, jedzie w nim tylko kilku turystów, pozostali to tubylcy. Takiej gorączki w autobusie to jeszcze nie przeżyłam, coś okropnego nie dało się oddychać, a tubylcy spali w puchowych kurtkach. Najgorszy przejazd autobusem, przede wszystkim ze względu na niesamowite ciepło, dodatkowo nie działało światło w WC!!.


28.07.2008 dzień 11 Cusco

Dojeżdżamy na miejsce z mocnym opóźnieniem. Na terminalu czeka już na nas kobieta z biura, w którym wykupiłyśmy wycieczkę na Machu Picchu i do dżungli w Manu.
Zawozi nas do hotelu, dostajemy pokój 8 osobowy z jakimś dziadkiem. Jestem już zła, bo była mowa o pokoju 2- osobowym, ale wściekła się robię w momencie jak nas informują o przeprowadzce do pokoju 12 - osobowego. Wchodzimy do tego pokoju, a tu uderza nas odór alkoholu!!! W taki sposób firma Acolca Tours zarezerwowała nam hostel. W recepcji teoretycznie nic zrobić nie mogą, bo pośrednik zapłacił za taki pokój. Już mam wszystkiego dość szkoda czasu na nerwy. Jemy śniadanie bardzo skromne (2 bułki i dosłownie kapka dżemu) i idziemy do centrum zadzwonić do biura, które nam zamówiło ten hostel. Polecam samemu zawsze sobie takie sprawy załatwiać, jak się decydujesz na takie warunki to przynajmniej świadomie.
Powoli zaczynam wpadać w okropną złość, po kilku telefonach, straconych na nie pieniądzach i czasie dostajemy informacje, że zwrócą nam pieniądze za 2 następne noce, ale mamy sobie same poszukać hostel. Początkowo firma nam wszystko gwarantowała i było to wliczone w cenę.
Ruszamy na poszukiwania nowego miejsca do spania, po kilku odwiedzonych decydujemy się na Balcon Colonial (pokój 2 osobowy, po 15 soli od osoby). Hostel polecają inni turyści rezerwujemy go na następną noc. Hosteli w tej cenie można znaleźć co najmniej kilka. Obok Balcon Colonial jest następny za tą samą cenę, z łazienką w pokoju, ale bez okna. W poprzednim hotelu cena za pokój 12 osobowy była 22,5 soli od osoby!!!
Później jemy obiad w restauracji peruwiańsko - chińskiej za 7,5 sola (2 dania). Siedzimy w restauracji, jemy obiad i patrzymy na ulice Cusco a tu nagle niespodzianka. Zaczyna padać deszcz z gradem, ale jakiej wielkości!! Pogoda nagle się zmieniła, widać już różnice w klimacie w porównaniu z częścią Peru zwiedzaną przez nas wcześniej. Chcemy wrócić do hostelu, ale nie możemy go znaleźć. Okazuje się, że są 4 hostele o tej samej nazwie w mieście, tylko nikt nas o tym nie poinformował i dostałyśmy zły adres.
Po 2 godzinach błądzenia odnajdujemy właściwy. (nazwa hostelu Priwa - odradzam i nie polecam!!!).
W hostelu następne problemy. Chcemy zmienić pokój na inny, w tym jest 6 Anglików, którzy od 14 dni są pijani, oczywiście nikt nie chce się zgodzić na zmianę miejsc. Obsługa hostelu bardzo nieprzyjemna i nieuprzejma. Jest to najgorszy hostel w moim życiu. O 20 idziemy spać.

29.07.2008 dzień 12 Cusco - Machu Picchu

Wstajemy i jemy szybkie śniadanie. Tym razem tylko bułka z masłem, bo zabrakło dżemu (mamy już dość tych śniadań!!).
Kobieta z biura na nas czeka, ale znowu problem, mamy zapłacić za przechowalnie bagażu po 4 sole od osoby za dzień!! Nigdy z czymś takim się nie spotkałyśmy, wszystkie przechowalnie bagażu w Peru są bezpłatne, wliczone w cenę wynajmowanego wcześniej pokoju. Oczywiście nie godzimy się i płaci za nas kobieta z biura, które za tą sytuacje odpowiada (Acolca Tours). Około 9 ruszamy autobusem z zorganizowaną grupą w stronę Machu Picchu. Po drodze zwiedzamy w dwóch miejscach inkaskie mury. Musimy kupić bilet wstępu. Normalny kosztuje 135 soli i obejmuje kilkanaście zabytków dookoła Cusco, można kupić ulgowy z karta ISIC za 70 soli. Niestety nie da się obejść kupna tego biletu. Kilka lat temu kosztował on kilkanaście soli teraz aż tyle.
Przerwę na lunch mamy w restauracji, gdzie serwują bufet. Cena jest dość wysoka - 20 soli, oczywiście nie decydujemy się. Mamy swoje jedzenie pyszne pomidorki, bułki, herbatę w termosie i inne smakołyki, siadamy na trawie i chcemy jeść. Jednak właściciel restauracji nie tak szybko rezygnuje z możliwości zarobienia dodatkowych soli. Proponuje nam ulgę studencką za 10 soli (legitymacji nie sprawdza), nie zastanawiamy się długo. Ruszamy i idziemy jeść. Po raz pierwszy od przyjazdu do Peru jemy coś dobrego. Turyści ruszają po dokładkę, nasza koleżanka z Limy patrzy ciut podejrzanie, w ich kulturze bufet nie oznacza kilku wycieczek do stołu i dokładek. Ale co tam zapłacone nikt nie dba o to, co wypada a co nie, turyście wszystko wypada. W końcu nawet Peruwianka się przekonuje i idzie po dodatkowy deser.
Na koniec dnia jedziemy 1,5 h pociągiem z Ollantaytambo (koszt przejazdu to 30$ - bilet mamy wliczony w cenę) do Aquas Calientes. Na miejscu czeka na nas już ktoś z hotelu, tym razem nie ma niespodzianki. Hotel jest bardzo czysty a obsługa miła.

30.07.2008 dzień 13 Machu Picchu

Pobudka o 4.40, szybkie śniadanie - dosłownie kilka minut i idziemy na Plaza de Armas. Z całą grupą czekamy w długiej kolejce do autobusu. Deszcz pada bardzo mocno i dodatkowo jest zimno. Razem z nami czeka bardzo dużo ludzi, ale odjazdy autobusów idą bardzo sprawnie. Zaczyna padać coraz mocniej, wjeżdżamy na górę, gdzie dzielą nas na 2 grupy: hiszpańską i angielską. Po czym wchodzimy na teren Machu Picchu. Jedzenia wnosić nie wolno, teoretycznie sprawdzają plecaki, ale nie nam.
Zwiedzanie z przewodnikiem trwa ok. 2h, momentami jest taka mgła, że nic nie widać. O 9 pogoda pozwala na robienie zdjęć, mgła trochę ustępuje. Chodzimy jeszcze trochę same, ale jesteśmy tak zmarznięte, że rezygnujemy i wracamy autobusem do hotelu (przejazd trwa 25 min). Na mnie Machu Picchu nie robi dużego wrażenia, jest po prostu przereklamowane.
Idziemy wypić kawę i do hotelu zjeść bułki, o 12 w południe zmarznięte i przemęczone idziemy spać. Jazda nocnymi autobusami, zmiana klimatu i wysokości dają o sobie mocno znać.
O 17 wstajemy i ok. godziny 18 wychodzimy do centrum kupić coś do jedzenia ( bułki i warzywka). Ceny w restauracjach są bardzo, bardzo wysokie, jest to najdroższe miejsce w Peru. Nam Aquas Calientes kojarzy się z małym Zakopanym z tym, że główna ulica jest gorsza od Krupówek.
Postanawiamy zaszaleć:>> Pijemy jedno piwo i lampkę wina, co kosztuje nas 18 soli!!! Wracamy do hotelu i idziemy spać.

31.07.2008 dzień 14 Aquas Calientes - Cusco


Pobudka o 4.30, pociąg odjeżdża o 5.35. Idziemy na stacje, jest tutaj kilka osób, ale nie ma tłumów. Hmmm wygląda to podejrzanie, w końcu to ten pociąg, który jeździ na Machu Picchu, więc gdzie się wszyscy podziali?
Pytamy się kogoś i niespodzianek w Peru ciąg dalszy. Jeśli wyjeżdżasz to stacja jest w innym miejscu niż dla przyjazdów. Szybciutko idziemy we wskazanym kierunku i 10 minut przed planowanym odjazdem siedzimy w pociągu. Około 8 docieramy z opóźnieniem do Ollantaytambo. Wysiadamy z pociągu i chcemy szukać autobusu do Cusco, ale zaczepia nas taksówkarz. Proponuje przejazd do Cusco za 15 soli, coś za tanio, ale ok. (biorąc pod uwagę, że weźmie razem z nami dodatkowe osoby cena wydaje się ok.). Ja się jeszcze pytam czy to jest cena za 2 osoby i targuje do 10 soli, pokazuje też na palcach. Kierowca zgadza się, wsiadamy do samochodu. Jednak Peruwiańczyk się namyśla, że 10 soli to za tanio i chce 15, ok. wiem, że to jest ok 1 h jazdy, zgadzamy się. Ruszamy i po chwili łapiemy gumę, kierowca zmienia koło a ja załamuje się stanem technicznym samochodu. Wszystkie koła są inne i z jednej opony wystają druty. Koszmar, już się modle żebyśmy dojechały całe. Ruszamy w trasę, podsumowując mogę napisać - kierowca wariat, samochód w stanie technicznym porównywalnym do złomu, wszystkie koła inne a on jedzie 105 km/ h w terenie zabudowanym. Po godzinie pełnej wrażeń wariackiej jazdy jesteśmy na miejscu. Czeka nas następna niespodzianka, chce mu płacić 15 soli a on nie chce 50!!! Twierdzi, że 10 soli od osoby!! To my mamy płacić za miejsca puste i za to, na, którym on siedział??? W Peru płaci się za samochód a nie od osoby (nie wiem może gdzieś na Świecie jest inaczej). Ciśnienie mi się podnosi niesamowicie do góry. Wiem, że 15 soli nie jest dużo za taką trasę, ale nie dam się jawnie oszukać. Dla świętego spokoju chce mu dać 20 soli, bo szkoda mi czasu i nerwów. On się nie zgadza, chce nas zaprowadzić do policjanta, ok. ja mogę iść.
Stróż prawa oczywiście nie mówi po angielsku, ale dogadujemy się, o co chodzi. Tłumaczę mu, że pokazywałam na palcach 10 soli za dwie osoby, później ustaliliśmy 15 soli, ale nie 50. Nasz hiszpański nie jest rewelacyjny, ale tyle umiemy się dogadać. Mówię, jeśli nie jest pewien czy rozumie turystów powinien cenę pisać na kartce jak robią inni, a nie oszukiwać. Policjant proponuje żebyśmy zapłaciły po 15 soli os osoby, czyli 30 razem. Ja się nie zgadzam, mogę maksymalnie dać 25 soli a to tylko dlatego że nie chce mi się kłócić a tak naprawdę to nie są jakieś ogromne pieniądze.
Dla samej zasady nie dać się oszukać w tak prosty sposób. Funkcjonariusz "opiernicza" taksówkarza, że po co się zgodził, to jest jego wina i proponuje policję turystyczną. Nam nie jest to na rękę, szkoda czasu, minimum godzinę tam stracimy, ale nie zapłacę 50 soli.
Wsiadamy ponownie do samochodu, mówię kierowcy, że oni na pewno będą mówili po angielsku więc dokładnie wytłumaczę o co chodzi. Podobną sytuację miałyśmy w Limie - kierowca chciał od osoby, a nie za samochód. Nasz taksówkarz traci pewność siebie. Wie, że miałby kłopoty z policją turystyczną. Nagminne jest oszukiwanie turystów, gdzie się tylko da. Kończy się tym, że płacimy mu 25 soli i się rozchodzimy.
Podsumowując jesteśmy w Cusco szybciej i możliwe ciut taniej niż autobusem.
Odbieramy bagaże z najgorszego hostelu i przenosimy się do Balcon Colonial. Dostajemy pokój z łazienką, TV i balkonem za 30 soli (całość).
Początkowo kobieta chce 40, twierdzi, że to jest lepszy pokój niż zamawiałyśmy, ale to już nie moja wina i płacimy 30 soli. Hostel wydaje się być przyjazny, mamy darmowy Internet i czystą kuchnię. Jemy śniadanie i idziemy zwiedzać. Na początek odwiedzamy muzeum Inków (wstęp 10 soli), później standardowo na targ kupić pamiątki i coś zjeść.
Udaje nam się znaleźć tanią knajpkę: zupa, bufet z sałatkami, 1/4 kurczaka i frytki za 6,5 sola. Wracamy do hotelu, po drodze odbierając pranie (3 sole za kilogram).
Później spotykamy się z przewodnikiem z dżungli. Razem jedziemy kupić kalosze (ich cena jest już wliczona w cenę wycieczki - 280 $ za 4 dni).
Uzgadniamy szczegóły odnośnie wyjazdu, przy okazji zmieniamy trasę i idziemy spać o 21.

1.08.2008 dzień 15 Cuzco - Manu (dżungla)

Pobudka o 6.40, pakowanie, szybkie śniadanie i o 8 wychodzimy.
Nasz opiekun pyta o śniadanie, idziemy na targ po owoce, a może mamy chęć na świeże soki? Widać, że się stara. Jedziemy do dżungli, jesteśmy tylko my dwie i przewodnik.
O 8.30 ruszamy minibusem. Na dach i do wszystkich innych zakamarków są chowane tobołki i inne skarby tubylców. Tylko my dwie jesteśmy turystkami, reszta to tubylcy. Podróż zajmuje nam 10 godzin. Po 8 godzinach zmieniamy busa na jeszcze gorszego, ale w zamian dostajemy miejsca koło kierowcy możemy wszystko obserwować. Przez pierwsze 6 godzin krajobraz to same przepaści, sucha trawa, góry i ogromne ilości kurzu. Droga jest żwirowa, zakręty i przepaści mrożą krew w żyłach. Po 6 godzinach widoki nagle się zmieniają. Jesteśmy już blisko dżungli, świadczy o tym duża ilość drzew i innej bujnej roślinności. Czym zjeżdżamy niżej tym jest jej więcej. Nocujemy w jakiejś wiosce. Mamy do dyspozycji pokój z łazienką, oczywiście tylko zimna woda.

2.08.2008 dzień 16 Dżungla - Manu

Pobudka o 5.40. Zastanawiamy się, co tak wcześnie? Niestety czeka nas kolejna przejażdżka autobusem. Do minusów tego wyjazdu można zaliczyć fakt, że nasz przewodnik bardzo słabo mówi po angielsku i ciężko jest nam się czasami dogadać. Na miejscu jesteśmy koło 9. Chwila przerwy i wsiadamy na łódkę, płyniemy około 20 min. Chwilę po wypłynięciu musimy zawrócić, Omar (nasz przewodnik) zapomniał o namiotach. Ostatecznie docieramy na właściwy brzeg. Wysiadamy z łódki i ruszamy do dżungli starając się zabrać ze sobą jak najwięcej. Wszystko musimy wnieść: namioty, garnki, śpiwory, butle z gazem i inne.
Po ok. 30 minutach docieramy do miejsca gdzie mamy obóz, Omar rozkłada nam namiot. Natomiast my zmęczone zamiast iść się wykąpać do pobliskiego wodospadu idziemy spać:>>. (Omar wraca po resztę rzeczy, które zostały na brzegu rzeki. W związku z czym zostajemy same i możemy sobie pływać), Śpimy 2 h, w międzyczasie przewodnik robi nam lunch. Przy pomocy małej butli gazowej gotuje nam dobrą zupę na podstawie zupek chińskich. Na drugie danie dostajemy fasole, albo coś, co ją przypomina:>>
Posileni ruszamy na spacer do dżungli. Omar pokazuje nam różne drzewa, grzyby i inną roślinność. Myśli on o wszystkim, zapakował nam na drogę po soczku i pomarańczy. Wracamy do obozu i kąpiemy się w rzece, później czas na popcorn i kolacje. Planujemy wyjście do dżungli na 2 h w nocy, ponieważ dopiero jak jest ciemno widać prawdziwe życie w lesie. Zmrok już zapadł, pięknie widać świetliki, raz w tym miejscu raz w innym. Niestety nasza radość nie trwa zbyt długo, zaczyna padać. Ulewny deszcz przegonił nas do namiotów. Pada od 19 do 24!! Z nocnego wyjścia nici. Wstajemy rano, namioty są podmoczone jak i wszystko, co w nich było. Mamy dwa namioty my jeden i przewodnik drugi.

3.08.2008 dzień 17 dżungla - Manu


Kolejny dzień naszych wakacji zaczynamy standardowo od śniadania. Jemy naleśniki z serem i dżemem, przygotowane przez przewodnika:>> Chwilka na odpoczynek i ruszamy do dżungli. Idziemy w składzie cztero-osobowym. Dołączył do nas Julio (czyt. Hulio), drugi przewodnik. Jest on bardzo sympatyczny, uśmiech z buzi mu nie znika. Nagrał dla Discovery program o ptakach w dżungli amazońskiej, ma on niesamowitą wiedze o zwierzętach, ale nie tylko. Umie naśladować odgłosy wszystkich ptaków. Po 2,5 h marszu dochodzimy do "Mirador" celu naszej wędrówki. Z tego miejsca mamy przepiękny widok na Andy i dżungle. My podziwiamy piękną panoramę, a tutaj nagle zaczyna padać ulewny deszcz. Oczywiście nie wzięliśmy z sobą kurtek przeciwdeszczowych, bo jak wychodziliśmy rano była piękna pogoda... Tak, niestety była. Nie ma na co czekać, wracamy do obozu. Dochodzimy dosłownie przemoczeni (Iwona zamoczyła paszport i pieniądze, a dałam jej woreczek zapinany:>> polecam małe woreczki i w nich pakować najważniejsze rzeczy).
W trakcie marszu spotykamy stado dzikich świń, jest ich naprawdę dużo i dziką małpę skaczącą wysoko po drzewach. Zwierzęta te wypatrzył dla nas oczywiście Julio.
Po powrocie do obozu przestaje padać, przewodnicy przygotowują lunch a my się przebieramy i zwijamy obóz, łącznie ze wszystkimi przemoczonymi ciuchami!!!
Nie ma sensu zostać tutaj na kolejną noc, jeśli wszystko jest przemoczone a pogoda zmienia się co godzinę. Wcześniej Omar zapewniał nas, że podczas naszego pobytu w dżungli nie będzie padało...:>. Posileni bierzemy, co możemy ze sobą i wychodzimy z obozu. Idziemy jeszcze zobaczyć rzekę "Petro oil". Nazwa jest adekwatna do tego co widzimy, otóż wydobywa się z niej na powierzchnię ropa. Później bardzo ciężki spacer (z całym ekwipunkiem) i jesteśmy na plaży przy gorących źródłach. Jednak nikomu nie chce się kąpać. Czekamy na łódź, która nas zabierze do wioski. W której czekamy ok. 2 h na autobus do Salvacion, gdzie mamy nocleg. Między czasie Iwonę coś pogryzło po nogach, ma małe ślady z krwią. Podróż autobusem jest bardzo męcząca, a mianowicie są to 2h spędzone razem z kurami i płaczącym dzieckiem w autobusie. Idziemy na kolację, ale ja nie jem. Zaczynam padać ze zmęczenia i źle się czuję. Niestety mój stan pogarsza się, musiałam się czymś zatruć. Tylko zastanawiam się, czym? Wszyscy jedli to samo, a tylko ja wymiotuję.


4.08.2008 dzień 18 wyjazd z Manu


Noc mija bardzo powoli, dla mnie strasznie. Rano nie czuję się nic lepiej, a o nocy szkoda wspominać. Na śniadanie nie idę, nie jestem w stanie się ruszyć z łóżka. Omar chce mnie zabrać do lekarza, ale ja jestem szczęśliwa, że mogę leżeć. Wracają ze śniadania i przynoszą mi jakieś leki ze szpitala. Nawet na takim odludziu mają lekarza. Dostaję antybiotyk na wirusy i zatrucia, a Iwona tabletki na swoje pogryzienia (swędzi ją to bardzo mocno). O 12 wyjeżdżamy do następnej wioski, z której już tylko ok. 10 h do Cusco, podroż trwa ok 2,5 h. W końcu zaczyna się przejaśniać, padało cały czas od 5 rano do południa. W wiosce idziemy jeść, ja piję tylko herbatę, którą i tak mój żołądek uznaje za wroga.
Mamy do odjazdu kilka godzin, więc wybieramy się na spacer, pogoda się trochę poprawia. Odwiedzamy odpowiednik polskiego gospodarstwa agroturystycznego. Mają tutaj różne zwierzęta: papugi, małego krokodyla, żółwie, dziki i małpy. Te ostatnie zeskakują z ogromnego drzewa i się z nami bawią. Chodzą nam po głowach, przytulają się, oplatają ogonkiem nasze nadgarstki i prowadzą nas za sobą. Są przesympatyczne i bardzo mądre. Później odwiedzamy kafe Internet i oczywiście z opóźnieniem ok 19.30 ruszamy lokalnym autobusem do Cusco. Niestety bardzo dużo czasu pochłania pakowanie tobołków tubylców. Droga jest straszna, same kamienie, ostre zakręty, ale nasz rozklekotany autobus powolutku jedzie. Około godziny pierwszej w nocy zatrzymuje nas policja i zaczyna się kontrola. Funkcjonariusze wiedzą, czego szukają i znajdują nad naszymi głowami. W czarnym worku z ubraniami jest schowany jeszcze jeden worek z czystą kokainą!!! Jest tego naprawdę dużo, przypuszczalnie kilka kilogramów.
Chwila zamieszania, płacz jakiejś kobiety i ruszamy dalej. Podczas całej trasy mijamy tylko jedną małą wioskę, a tak to same niezamieszkałe tereny. Zastanawiam się nad sensem wyjazdu do dżungli w Manu. Z jednej strony fajnie, ale jest też dużo minusów. Na 4 dni wycieczki 2 spędziłyśmy w okropnych autobusach, a koszt całości to 280$.


5.08.2008 Dzień 19 Cusco


Do Cusco docieramy okropnie zmęczone ok 5 rano. Autobus był pełen ludzi, którzy siedzieli na każdym możliwym skrawku podłogi. Oprócz nas było jeszcze 3 Francuzów, reszta to tubylcy.
Żegnamy się z Omarem i jedziemy do hostelu. Na miejscu czeka nas kolejna niespodzianka. Pomimo, że miałyśmy rezerwację nie mają dla nas miejsc. Próbuję rozwiązać jakoś tą sytuację, ale oczywiście kobieta nagle przestaje mówić po angielsku. Najlepsza wersja kłamstwa, powiedzieć że się nie rozumie.
Całość kończy się tym, że recepcjonistka dzwoni do innego hotelu i tam mamy mieć pokój za tą samą cenę.
Wsiadamy do taksówki i jedziemy, ale nie do hotelu tylko do szpitala. Iwony pogryzione nogi, bardzo mocno spuchły, z bólu już nie może wytrzymać. Ciąg dalszy pobytu w Ameryce Południowej, pan w szpitalu nie mówi po angielsku. Cała wizyta zajmuje nam ok 1 h, lekarz umie powiedzieć kilka zdań po angielsku. Dają jej 2 zastrzyki na opuchliznę i jakieś leki. Wszystko z wizytą kosztuje 100 soli. Oni tam nawet nie mają strzykawek na wyposażeniu szpitala, musimy je kupić.
Wychodzimy ze szpitala, jest godzina 7, nie ma sensu jechać do hotelu, ponieważ o 10 jest check out. Idziemy na śniadanie, w restauracji jesteśmy do 8.30, czyli czasu, kiedy otwierają biura turystyczne. Mamy na godzinę 14 bilet autobusowy do Limy, ale jesteśmy po prostu skonane i nie chce nam się spędzić następnych 20 h w autobusie. W związku z powyższym kupujemy w biurze linii Star Peru bilet na kolejny dzień do Limy. Koszt jednego to 142 $. Jedziemy do hotelu gdzie są nasze bagaże (rano nie zabrałyśmy ich ze sobą) i się pytamy czy mają pokój na następną noc. W związku z zamianą autobusu na samolot zostajemy jeszcze jedną noc w Cusco. Kobieta chce 50 soli, a my wcześniej płaciłyśmy 30, chyba oszalała!! Odbieramy bagaże i idziemy szukać noclegu. Ok 100 metrów od hostelu Balcon Colonial znajdujemy pokój z łazienką za 30 soli. Za czysto delikatnie mówiąc tutaj nie jest, ale nie przeszkadza nam to, bo padamy ze zmęczenia i idziemy spać. Wstajemy o 17 i idziemy do centrum coś zjeść. Jemy w chińskiej restauracji za 7,5 sola i pijemy herbatkę z liści koki. Wracamy do hotelu - pakowanie, kąpanie i spać. Rano lecimy do Limy. Nasze organizmy są przemęczone ciągłą zmianą klimatu. Również jazda nocnymi autobusami mocno dała nam się we znaki.


6.08.2008 dzień 20 Lima


Pobudka, mamy tylko czas na szybką herbatkę i jedziemy na lotnisko. Przed wylotem musimy zapłacić podatek, za loty krajowe 4,25$ a za międzynarodowe 16$. Ten sam podatek w Limie jest dużo droższy, zależy od miasta wylotu.
Po godzinie lądujemy na miejscu. Szukamy taksówki i za 27 soli jedziemy do centrum. Hotelu nie mamy zarezerwowanego, ale nie ma z tym żadnego problemu. Decydujemy się na pokój 2-osobowy w hotelu Europa, znajduje się on na tej samej ulicy co hotel España, a jest dużo tańszy. Dla porównania za pokój płacimy 25 soli, a w España 40, warunki są identyczne. Zostawiamy bagaże i idziemy do centrum. Planujemy pozwiedzać trochę zabytków, ale cały dzień mija nam na zakupach. O godzinie 17 spotykamy się z Panem Markiem i odbieramy zioła z instytutu Ojca Szeligi.
Dzisiaj bijemy nasz rekord, wracamy do hotelu o 22.30. Szybko prysznic i spać.

7.08.2008 dzień 21, Lima - wylot do Polski

Wstajemy późno, bo o 9. Szybciutko bierzemy prysznic i ruszamy spędzić ostatni dzień w Limie. Idziemy na śniadanie amerykańskie za 5,5 sola. Następnie z planów zwiedzania znowu nic nie wychodzi:>> Jak to na kobiety przystało cały dzień mija nam na zakupach. Kupujemy po 3 pary butów ze skóry (jedna para średnio ok 80 soli) i inne ciuchy, które są tańsze niż w Polsce.
Na obiad jemy tradycyjnie kurczaka z frytkami, ale już nie możemy patrzeć na to jedzenie:<<< Chcemy jeszcze wywołać jakieś zdjęcia, co kończy się tym, że na lotnisko musimy się bardzo spieszyć. Biegniemy do hotelu po bagaże, szybciutko upychamy w plecakach zdobycze dnia dzisiejszego i idziemy szukać taksówki. Zatrzymujemy pierwszą przed hotelem, kierowca za kurs na lotnisko chce 20 soli. Bez targowania zgadzamy się, widocznie to jest normalna cena za ten kurs. (Pierwszego dnia za taksówkę zamówioną w hotelu dałyśmy 30 soli). Teraz dopiero znamy prawdziwą cenę, a na dodatek kierowca jest bardzo przystojny, co nam umila dojazd na lotnisko.
Bardzo dużo czasu tracimy na odprawę. Osobno musimy oddać bagaże, później podatek, paszporty i jeszcze jakieś inne kolejki.
Na lotnisku jest bardzo drogo, nie polecam kupowania czegokolwiek, ceny jak z kosmosu.


Kilka faktów z wyjazdu do Peru

Bezpieczeństwo - jeśli jesteś ostrożny i nie prowokujesz żadnych sytuacji nie powinno się nic stać

Komunikacja - jeździ dużo autobusów, na niektórych odcinkach kolej i samoloty

Jedzenie - generalnie w Peru mieszają ryż z ziemniakami i makaron z ryżem. Kiedyś dostałyśmy na lunch zupę - coś w rodzaju polskiego rosołu z grubymi rurkami makaronu i dużymi kawałkami ziemniaków. Lepiej smakowało mi jedzenie podczas zeszłorocznych wakacji w Tajlandii - było różnorodne, lepiej przyprawione i kolorowe. W Peru w większych miastach mają całkiem dobrze zaopatrzone markety.

pieniądze - 1$ = 2,78 sola, 1€ = 4,33 sola

śpiwór - miałyśmy swoje małe kompresowane, nie są konieczne ale przydały się, nigdzie nie zmarzłyśmy.

malaria - przed wyjazdem lekarz nastraszył Iwonę, że jak nie weźmie leków to wróci w skrzyni. Jednak nikt tam nie słyszał o malarii, co za bzdura

komary - moskity- spotkałyśmy je dopiero w dżungli

moskitiera - po zeszłorocznym wyjedzie do Azji nie wiedziałyśmy czego się spodziewać i zabrałyśmy moskitierę - zupełnie niepotrzebnie

deszcz - prawdziwa ulewa spotkała nas w dżungli oraz na Machu Picchu, w pozostałej części piękna pogoda

Tak dobiegła końca nasza wyprawa do Peru, wracamy do rzeczywistości.
Teraz z perspektywy czasu patrzę na nią inaczej. Podsumowując warto jechać i zobaczyć to na własne oczy, bieda jest niewyobrażalna. Jeśli chodzi o koszty, najdroższa jest dżungla i Machu Picchu. Z bezpieczeństwem nie miałyśmy żadnych problemów.
Warto odwiedzić ten kraj, jednak trzeba uzbroić się w cierpliwość i stalowe nerwy.

Emilia Kniter

Zdjęcia

PERU / Manu / Manu / Malpka:>>PERU / brak / W drodze do dzungli - Manu / OsiolekPERU / brak / Cuzco / Pani z lamaPERU / Paracas / Rezerwat w okolicach Paracas / PeruPERU / Jezioro Tititaca / wyspa Tequile / TubylcyPERU / Canion Colca / Canion Colca / Zejscie do Canionu ColcaPERU / brak / Canion Colca / Canion ColcaPERU / Cuzco / Cuzco / CuzcoPERU / brak / Machu Pichu / Machu Pichu

Dodane komentarze

bungy dołączył
02.07.2009

bungy 2009-07-05 11:39:07

Fajna relacja- planujemy coś podobnego - proszę podać wszelkie poniesione koszty? mój email sokol2@interia.eu - pozdrawiam Andrzej

marcinmmz dołączył
30.07.2008

marcinmmz 2008-12-29 12:26:22

wszystko fajnie tylko w 3 tygodnie nie da się zwiedzić Peru, choć wycieczka fajna, pzdr

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl