Artykuły i relacje z podróży Globtroterów Dodaj do: wykop.pl

Wprawa rowerowa do Andory > HISZPANIA, ANDORA, FRANCJA


ireq ireq relacje z podróży

Zdjęcie ANDORA / brak / miasto Andora de vella / panorama Andora de VellaWyprawa z pełnymi sakwami Girona - Andora - Girona


Trasa wyprawy : Girona (Hiszpania) – Olot – Ripoll – La Molina – Andora de Vella (Andora) – Paz de la Casa – Puigcerda – Ripoll – Olot - Girona

Rodzaj wyprawy: rowerowa z pełnym wyposażeniem: namioty, sprzęt do gotowania

Długość trasy: 550 km

Czas wyprawy : 10 dni

Cele do osiągnięcia: przełęcze na wysokościach kolejno: 1064 m, 1900 m i 2400 m.

Uczestnicy wyprawy: ja lat 49 i mój syn lat 17.

Doświadczenie członków wyprawy: w górach niewielkie: wcześniej dwie wycieczki w Karkonosze

Założenia wyprawy: przekraczanie granic głownie wewnętrznych : wytrzymałości, możliwości fizycznych, woli. Granice państw do przekroczenia były trzy: Hiszpania - Andora ; Andora - Francja, Francja - Hiszpania


Logistycznie nie mieliśmy ścisłego planu. Miejsce biwakowania oznaczyłem na mapie jako prawdopodobne, wyżywienie we własnym zakresie. Takie założenia wymagały jednak wożenia ze sobą całego ekwipunku: W sakwach znajdowało się: ubranie (kurtka przeciwdeszczowa o wodoodporności 15000 i takiej samej oddychalności – okazało się że warto było dać za nią 400 zł; polar 100 z polartecu; para dodatkowych spodni oprócz spodenek typowo rowerowych z tzw. pieluchą, ciepły golf z szetlandu, i dwie koszulki rowerowe czyli obcisłe. Ponadto skarpetki i bielizna w bardzo skromnych ilościach. To wypełniało sakwę górną. Boczne natomiast namiot, śpiwór, materac tzw. samopompujący się, z którego znacznie trudniej wypuścić powietrze niż go ten materac sam nabiera. Reszta to rzeczy użyteczne drobne: lampka czołówka, ładowarka do komórki, pokrowiec na sakwy jakby trzeba było jechać w deszczu, menażki, palnik i to chyba wszystko. Razem 15 kg. W sakwie przedniej (przed kierownicą) aparat lustrzanka, dokumenty i …suszone owoce na wypadek dopadnięcia głodu.
Całe przedsięwzięcie miało przesłanie dość klarowne: dotrzeć do Andory będąc otwartym na wszelkie przygody i niespodzianki.
Wylądowaliśmy w Gironie i zaczęliśmy składać rowery. A było co składać: wyciągnięta kierownica zwisała jedynie na linkach; hamulce poluzowane, łańcuch „spadnięty”. Gdy rowery zaczęły znowu działać w punkcie informacyjnym zapytałem o drogę do pierwszego prawdopodobnego miejsca biwakowania – campingu blisko Girony. Taki miałem wyraźnie oznaczony na mapie regionu 1:50.000. Jednak pani, zaznaczam z punktu informacyjnego, z uporem maniaka starała się skierować mnie do hotelu. Na wskazany trójkącik (oznaczający zawsze i wszędzie camping) stwierdziła że to musi być nad morzem, czyli ponad 40 kilometrów dalej.. Koniec końców zaufałem mapie. I miałem rację.
Camping Can Toni Manescal tel: 972476117 w istocie istniał i miał się całkiem dobrze tam gdzie go wskazywała mapa:
Okazał się przyjazny, można powiedzieć rodzinny i…drogi. Niestety musieliśmy wyłożyć 20 EURO za jedną noc za dwie osoby i dwa malutkie namioty. Może policzyli sobie też za muzykę poważną która całą noc leciała w łazienkach… A na pewno za basen, z którego nie skorzystaliśmy.
Następnego dnia rozpoczęliśmy prawdziwą jazdę…niestety w deszczu. Część trasy prowadziła ścieżką rowerową, reszta szosą. Jako że co chwilę to padało do mżyło do kropiło na pierwszy posiłek szukaliśmy miejsca osłoniętego od deszczu. I takie znaleźliśmy…na cmentarzu pod daszkiem przy stole na którym prawdopodobnie poświęca się skremowanych zmarłych. Było dość upiornie mając na uwadze strzelające w oddali pioruny i wiszące nad nami ciężkie chmury. Nie mniej pomidorowa, mam nadzieję że nie na kościach, smakowała wybornie. Pożywieni ruszyliśmy dalej..
Do miejscowości Olot dotarliśmy ok. 20.00. Według mapy do campingu pozostał czterokilometrowy odcinek. I tu niespodzianka – droga pięła się stromą serpentyną w górę. Przewyższenie wyniosło ok. 200 m a na końcu drogi znaleźliśmy jedynie … kościółek z cmentarzem. Jako, że cmentarz już jeden zaliczyliśmy w tym dniu wściekli zjechaliśmy do Olot. Niestety w tym przypadku oznaczenie campingu było mocno nieścisłe. Odnalazł się … prawie w centrum, gdzie byliśmy dwie godziny wcześniej. Wskazał nam go dość niedbale ubrany człowiek, który podszedł zaciekawiony masą bagaży na naszych rowerach, gdy wychodziliśmy z supermarketu. Po chwili rozmowy przedstawił się jako przewodnik po Pirenejach i zaproponował doprowadzenie do campingu. Po chwili dalszej rozmowy wiedziałem już bardzo wiele o Katalonii: od zarobków po mentalność przeciętnego mieszkańca tego regionu.
Sprzedawczyni w sklepie zarabia ok. 800 euro, sekretarka ok. 1200, księgowy albo nauczyciel 1300, lekarz 2000 i więcej. Jest to o jakieś 20 % więcej niż na przykład na południu kraju, czyli w Andaluzji.
Katalończycy są mocno zbulwersowani, że dają do wspólnej kasy państwa 8 na 10 części a wraca do nich jedna tylko. Chcieliby, żeby dwie albo trzy wracały. A tak wszystko co wypracują idzie na Madryt i całą ścianę południową.
Katalończycy mówią a wręcz głoszą, że chcą się oddzielić od Hiszpanii ale każdy rozsądnie myślący człowiek nie wierzy w powodzenie takiego przedsięwzięcia.
Katalończycy są dumni ze swej kultury, silnej gospodarki, a przede wszystkim z języka. A dążenia separatystyczne mają bardziej na celu ochronę języka niż cokolwiek innego. No bo hiszpański zawsze będzie językiem powszechnym (prawie pół świata nim mówi) a kataloński jakby nie był uznany za urzędowy to by po kilku latach był jedynie zanikającym dialektem.
Katalończycy nie patrzą z wyższością na inne nacje swego kraju. Widzą w nich jedynie inaczej myślących, nie żeby leniwych raczej szczęśliwych nic niezrobieniem.
Taką właśnie pogawędkę uciąłem sobie z niedbale wyglądającym a w istocie bardzo inteligentnymi i życzliwym człowiekiem.
W czasie rozmowy Camping został zamknięty ale „przedarliśmy” się obok szlabanu. Był on jak się okazało dnia następnego był prawie całkowicie pusty i nieco specyficzny. O jego specyfice dowiedzieliśmy się w drodze powrotnej po raz kolejny na nim biwakując. Z recepcji wytoczyła się z wówczas pani o słusznej wadze, a za nią córka w wieku lat może 12 , która już wyraźne w tym kierunku przejawiała tendencje. Starałem się ją przekonać, że mamy mało pieniążków i poprosiłem o ulgowe potraktowanie. Udało się wytargować… 4 euro. Zapłaciliśmy 15. Jako fakturę, potwierdzenie wpłaty czy jak kto chce to nazywać otrzymałem kartkę papieru na której musiałem sam nazwisko napisać a pani na kolanie przybiła pieczątkę. Camping był typowy dla tubylców, którzy niewielkim kosztem z rodzinami od lat spędzali tam czas wolny. Podstawowym lokum była przyczepa z przyłączonym do niej namiotem. To wszystko stacjonarne a nawet bardzo stacjonarne, bo jakby taką przyczepę, przewieźć kilka metrów to by się rozsypała. Takie „domy” wczasowe były nawciskane najgęściej jak się tylko dało. Jedne niemal dotykały drugich. A wczasowicze wyborni byli: co jeden potężniejszy od drugiego. Po godzinie udało mi się ustalić pewną hierarchię: ten dwie przyczepy obok naszych namiotów musiał być szefem: capo di tutti capi. Człowiek o wadze ok. 150 kilo zajmował dwa krzesła przed stołem, na którym jego kobieta tylko wymieniała talerze z potrawami. Jako, że wszyscy mu oddawali należną cześć witając się z dostojeństwem to on musiał tam rządzić. Jakoś nie pasowaliśmy do tego krajobrazu. Nie mniej i mnie zdarzyło się doznać łaski najpotężniejszego. Poprosiłem go mianowicie o krem na oparzenia, których doznałem od słońca. Dostałem i to na całą noc.

Drugiego dnia pokonałem pierwszy „tysiącznik”. Radość ogromna. Polecam wszystkim, którzy pragną przekraczać kolejne granice. Nigdy wcześniej nie byłem na takiej wysokości rowerem. I teraz to mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem: ten pierwszy podjazd ucieszył bardziej niż kolejne na 1900 i 2400 m. Było w tym coś prawdziwie dziecięcego, jak radość dziecka z wygranego meczu.
Obiad zjedliśmy w czymś w rodzaju gospodarstwa agroturystycznego ( z trzema kortami tenisowymi nota bene). Co godne odnotowania – do tej pory nie spotkaliśmy nikogo kto uprawiałby taką formę turystyki. Owszem mijało nas wielu - w typowych strojach rowerzystów – na swych maszynach z kołami cienkimi jak kartka papieru i … jedną sakwą a właściwie sakieweczką na zestaw kluczy. W miejscowości Ripoll zatrzymaliśmy się na zakupy: wydawaliśmy dziennie ok. 30 EURO na pieczywo, owoce, wędliny, obiad w postaci makaronu z sosem lub paluszków rybnych i coś słodkiego.
Wdałem się w pogawędkę ze sprzedawcą w sklepie mięsnym. Słysząc jak starsze panie robiące zakupy na odchodne mówią „merci” zapytałem dlaczego w Hiszpani mówią po francusku. Otóż to nie był francuski tylko kataloński, którym to językiem mówią wszyscy mieszkańcy regionu. Stąd więc merci co znaczy po katalońsku, a przynajmniej w tej części Kataloni - dziękuję.
Wyruszyliśmy na podbój następnych wzniesień. Podobne nachylenie, podobna długość podjazdu. Po drodze w malowniczej wiosce Gombren dostrzegłem dziewczynę z plecakiem. Po kilku grzecznościowych słowach przywitania po hiszpańsku zorientowaliśmy się, że wszyscy mówimy po polsku.
Marysia, bo tak miała na imię dziewczyna okazała się bardzo odważna. Samotnie wędrowała szosą zbaczając w ścieżki prowadzące w góry. Odcinki szosowe pokonywała albo stopem albo na nogach, górskie jedynie na nogach. Szacunek Marysiu za śmiałość i ciekawość świata. To znamienne dla polskiej nacji. Ani wcześniej ani później nie spotkałem nikogo wędrującego po górach z plecakiem.
Dnia drugiego udało się nam rozbić jeszcze przed zmrokiem.

Trzeciego dnia rano od człowieka z recepcji naszego campingu uzyskaliśmy informację , że do tunelu Cadi bardzo skracającego drogę do Andory, czyli celu naszej podróży, wjechać rowerami nie można. I pan pokazał nam na naszej dokładnej mapie najcieńszą za to najbardziej pokręconą drogę jako jedyną w kierunku Andory. Już wiedzieliśmy co to oznacza. Pozostało szukać jedynie poziomic które należy przeciąć. Najwyżej położona widniała na wysokości 1900 metrów. Przewyższenie wynosiło dokładnie tysiąc metrów na odcinku 20 km. Nachylenie 6 – 8 %. No to nici z lekkiego podjazdu w tunelu. Z drugiej jednak strony po co tu przyjechaliśmy - zdobywać góry, przełamywać słabości, sprawdzać siebie. To co przeżyłem na drodze z La Pobla de Lillet , gdzie biwakowaliśmy do La Molina to było oranie pod górę i pod wiatr w spiekocie sięgającej 50 stopni w słońcu, na które byliśmy wystawienie praktycznie cały podjazd. Tak więc mijając malownicze Castellar de n’Hug (nazwa nie do wymówienia) wdzieraliśmy się na ciągle oddalający się czubek łagodnie wyglądającej, ale bardzo wysokiej góry. Przypominała z wyglądu polskie Czerwone Wierchy w Tatrach i takie miała też nachylenie. Po czterech godzinach w towarzyszącym nam chórze dzwonków pasących się krów wjechaliśmy wreszcie na przełęcz.
Po sesji zdjęciowej przy tabliczce z napisem Coll de la Crueta 1880 ubraliśmy kurtki mimo temperatury ok. 30 stopni i zaczęliśmy zjeżdżać. Każdy kto próbował osiągnąć prędkość 50 km /godz. na jednośladzie będzie wiedział dlaczego kurtki. Odczuwalna temperatura spada o połowę co najmniej. W La Molina z racji zdobycia przełęczy pozwoliliśmy sobie na obiad w barze.
Jak zwykle wdałem się w rozmowę z kelnerem prosząc o wytłumaczenie jak oni wszyscy mogą władać dwoma językami: katalońskim i hiszpańskim. No bo jeśli jeden tylko jest powszechnie stosowany to po co się drugiego uczyć. No to w odpowiedzi usłyszałem że to tak trochę musi być bo do nich w szkole po hiszpańsku mówią. Ale między sobą to i tak po swojemu rozmawiają.
Skasował nas na 16 Euro za dwie pizze, napoje i pogawędkę i pojechaliśmy dalej. Tego dnia biwakowaliśmy na campingu w Bellver de Cardenaya. Ostatni etap w Hiszpanii

Wjazd do Andory mimo, że we księstwo jest we wspólnej Europie zaskoczył nas. Budynki straży granicznej nie były opuszczone, wręcz panował tam wzmożony ruch celny. Ostrożne przesunęliśmy się obok rzędu innych pojazdów czekających do kontroli i po pobłażliwym kiwnięciu ręką celnika wjechaliśmy na Carretera de Espana, czyli drogę hiszpańską. Ciągnęła się ona malowniczo między wzgórzami otaczającymi rozległą dolinę prowadzącą aż do samej stolicy Andora de Vella. Odległość od granicy hiszpańskiej do stolicy to …12 km. Pokonaliśmy je w ciągu niespełna godziny.
Pierwsze wrażenia z tego malutkiego państwa to ciągnące się wzdłuż drogi ciągi centrów handlowych. Na odcinku paru kilometrów spotkaliśmy ich ze cztery co najmniej. Każde złożone z kilku wielopiętrowych budynków. Druga impresja to wyraźnie dominujące wśród innych budynków …banki. Taki mały kraj a banków jak w Szwajcarii. No i trzecia najmniej przyjemna: ruch samochodowy jak w Rzymie. Z tą różnicą że tutaj nikt nie trąbił a turysta rowerowy jest traktowany jak każdy inny użytkownik ruchu. Niemniej hałas i smród spalin nie uprzyjemniał drogi.
Na miejscu byliśmy ok. 13.00 Tego dnia nasza trasa była bardzo wypoczynkowa – 58 km z przewyższeniem jedynie. 400 m. Zupełny drobiazg w porównaniu ze wspinaczką dnia poprzedniego na 1900 m z poziomu ok. 900 mm.
Znalezienie campingu nie przysporzyło nam żadnych trudności. Znajduje się przy głównej drodze i nie sposób nie zauważyć znaku go wskazującego. Camping ma układ tarasowy (jak to w górach). Jest strefa dla kamperów, dla aut a przyczepami, dla aut z namiotami i samych namiotów. Koszt jednej doby dla dwóch osób z namiotem to 18 EURO. W recepcji była informacja, że znajduje się ona… w sklepiku obok. Sprzedawca w kasie kazał nam stanąć w kolejce i tak jak innym sprzedawał produkty spożywcze tak nas skasował za pobyt. Po prostu dwa w jednym, skoro nie musi ciągle obsługiwać turystów na recepcji wykonuje jednocześnie inne zajęcie czyli kasowanie klientów w sklepiku na campingu.
Na obiad tego dnia zaszaleliśmy: na własnym sprzęcie sporządziliśmy łososia na oleju z ryżem. Niestety olej w ilości jednego litra musieliśmy wozić ze sobą już wszędzie. Mniejszych pojemników w sklepach nie mają. Za to obiad był super pyszny. Dopełniliśmy go owocami i wyruszyliśmy w miasto.
Andora to wielki bazar Europy. Setki sklepów nastawione są na sprzedaż tłumom turystów. Każdego roku Andorę odwiedza ich 9 milionów. Kupują przede wszystkim elektronikę. Laptopy do 30 % taniej według sprzedawcy w sklepie specjalistycznym. Ja porównywałem ceny sprzętu fotograficznego. Moja lustrzanka kosztująca w Polsce 1800 zł tam miała wartość niecałych 1600 zł. Ceny GPS do nawigacji z kompletną mapą Europy rozpoczynały się od 500 zł. Z pewnością podobne różnice były w alkoholach. Świadczyły o tym skrzynki wynoszonych ze sklepów win i likierów zwłaszcza od strony granicy francuskiej.
Skąd taki raj? Stąd, że państwo nie pobiera wcale lub prawie wcale ceł na artykuły sprowadzane do Andory. Świadczy o tym bilans import – export. Ten ostatni jest dziesięciokrotnie mniejszy. Bardzo korzystne prawa fiskalne i celne sprawiają, że przybywa tu co roku coraz więcej imigrantów. Głównie z Hiszpanii, z Francji i Portugalii. Do tego stopnia, że rdzenni andorczycy są mniejszością. Tu swoje siedziby zakładają duże międzynarodowe firmy. I to się przekłada na dobrobyt. W państewku, w którym gospodarka opiera się głównie na turystach PKB na mieszkańca wynosi 20 tyś EURO. To minipaństwo dla bogatych. Na ulicach nie widać biedy. Nie ma też starych zaniedbanych kamienic, czy budynków.
Andora de Vella wydaje się jakby budowana od niedawna. Budowana bo dźwigi można spotkać co trzecią ulicę. I każdy ogromny. Miasto jest zagospodarowane do granic możliwości. Tu naprawdę teren wyrywa się skałom. Przy głównej ulicy np. znajduje się boisko częściowo wykute w kamieniu. Podobnie teren rekreacyjny przy centrum konferencyjnym: kilka drzew, ławki, plac zabaw dla dzieci, wszystko na litej skale.
Kościołów w Andora de Vella jest…trzy – tyle ile boisk. Najbardziej godny uwagi (Sant Esteve) – polecany przez informację turystyczną - pochodzi z XI wieku, jednak trzeba to przyznać nie imponuje właściwie niczym. O ile z zewnątrz jest ciekawie wkomponowany w architekturę miasta to w środku prawie pusty. Fakt to budowla romańska więc prosta i bardzo skromna. I tak jest w istocie. Zainteresowanie może wzbudzić jedynie wystawa makiet innych budowli sakralnych w Andorze. Większość z czasów wczesnego średniowiecza.
Jeśli już o tak odległych czasach mowa to warto wspomnieć historię tego księstwa:
Prawdopodobnie – tak głosi legenda - Andorę założył Karol Wielki w VIII wieku. Ówcześni mieszkańcy tego regionu byli dumni z faktu, że pomogli cesarzowi pogromić Maurów. W 1278 r. jeden z biskupów hiszpańskich i książę z pobliskiej Francji, zawarli układ że będą wspólnie rządzić tym obszarem. I tak zostało do dnia dzisiejszego. Andora ma dwie głowy państwa: hiszpańskiego biskupa z Urgel i prezydenta Francji (władza kościelna w związku z laicyzacją Francji przeszła na prezydenta). Wprawdzie jest to „panowanie” zupełnie fikcyjne nie mniej jest faktem politycznym.
Ciekawy epizod miał miejsce w Andorze w latach 30 XX wieku:
Rosyjski awanturnik i hochsztapler Boris Skossyreff, w 1931 roku ożenił się z markizą francuską Maríą Luísą Parat, która jednak porzucił dla angielskiej panny po kilku tygodniach małżeństwa, by z nią uciec przed markizą do Andory. W zetknięciu z rzeczywistością tego księstwa rozpoczął rozmowy z możnowładcami na temat reform. Szybko też zdał sobie sprawę, że niedawna rewolta młodzieży sprzyja doskonale jego zamiarom. Swój plan reform przedstawił politykom andorskim jednak w odpowiedzi uzyskał … nakaz opuszczenia kraju.
Przeprowadził się więc do pobliskiego Seo de Urgel (już po stronie hiszpańskiej) gdzie zachowywał się jak prawdziwy monarcha. Udzielał na prawo i lewo wywiadów, interesując swoją osobą takie pisma jak The Times i The Daily Herald. Swoje poglądy zawarł w manifeście, który powielony w 10.000 egzemplarzy rozesłał do wszelkich możnych tego świata. Przedstawiał w nim plan całkowitej zmiany systemu politycznego panującego w Andorze Pragnął uczynić ją księstwem nowoczesnym i niezależnym.
W niedzielę 7 lipca 1934 roku, świadom poparcia ludu zabrał głos na Zgromadzeniu Narodowym. Zaproponował aby na wzór Mónako, Liechtenstein, San Marino czy Luxemburgu utworzyć z księstwa raj podatkowy, w którym swoje siedziby maiłyby największe banki i centra biznesowe. W zamian za zapewnienie takiego dobrobytu i prosperity andorczykom zażądał, aby Zgromadzenie proklamowało go Księciem Andory pretendentem do tronu państwa. Uzyskał ten tytuł znakomitą większością głosów. Po nominacji wraz ze swą młodocianą kochanką zamieszkał w posiadłości w Sant Julià de Loira. I już miał przygotowany skład rządu tymczasowego gdy po 14 zaledwie dniach panowania …został siłą odprowadzony do granicy hiszpańsko – andorskiej. Stało się tak na polecenie biskupa z Urgel, który nie mógł się pozwolić na utratę panowania nad Andorą.
Tak więc niedoszły król Andory pochodzenia rosyjskiego został „abdykowany”. Nie mniej jego idee przetrwały próbę czasu. Dziś Andora posiada wszystkie cechy raju podatkowego o czym marzył awanturnik z Rosji.
A wracając do roku 2009 i kościółka romańskiego to byliśmy świadkami ciekawego wydarzenia. Otóż w pewnej chwili z bocznych drzwi świątyni wyszedł człowiek niosąc świętą figurę. Asystowało mu kilkoro dzieci, które też wynosiły przedmioty liturgiczne. Po czym na chodniku jednej z głównych ulic utworzono coś w rodzaju ołtarza, przy którym stanął ksiądz otoczony gromadką dzieci. I wówczas do tej, można rzec przechodniej kapliczki, zaczęła się ustawiać kolejka. Jedni podchodzili pieszo, inni zatrzymywali się autami i wychylali przez otwarte okna. Ksiądz kropił wszystkich święconą wodą, a ci, którzy dali datek zostali obdarowani portmonetką skórzaną i gałązką czegoś bardzo mocno pachnącego.
Na Andora de Vella można też było patrzyć z góry – wpinając się na ścieżkę widokową ok. 100 metrów nad miastem. Po drodze mijało się tarasowe mikroogródki z kurami i indykami. Nie podziwialiśmy jednak pięknych widoków. To miasto naprawdę nie zostawia wrażeń estetycznych.
Za to sportowe zostawiło. Następnego dnia przejeżdżał przez Andorę Tour de France. To było widowisko. Na dwie godziny przed kolarzami trasą wyścigu przejechała tzw kampania reklamowa, która dźwiękami muzyki, oraz rozdawnictwem dziesiątków gadżetów wzbudzała powszechne zainteresowanie. Po hałaśliwych wozach reklamowych w najprzeróżniejszych kształtach i kolorach pojawiały się w liczne pojazdy to opieki medycznej, to radia czy telewizji. Napięcie rosło. Już zza zakrętu mieli się wyłonić pierwsi kolarze… ale nie to dwa motory, kolejne dwa i jeszcze cztery, chwila przerwy, oczekiwanie, znów ruch na drodze …to wozy transmisyjne, chwila przerwy, nerwowość rośnie, jadą… nie to tylko kilka samochodów z obsługi technicznej. Napięcie opada by za kolejne dwie minuty jeszcze bardziej wzrosnąć. Są… nie to służby porządkowe. Opuszczam aparat, trzymany cały czas przy oku. Niektórzy jeszcze przebiegają przez drogę.. Wreszcie są … podnoszę aparat…nie to samochody z zapasowymi rowerami. Opuszczam aparat, wyłączam go odruchowo. Nagle ludzie zaczynają gestykulować, pokrzykiwać, nad nami przelatuje helikopter , podnoszę aparat, strzelam zdjęcie - nie, nie strzelam nie jest włączony.… Przejechali, w pół minuty już ich nie było. Kilku z przodu i po paru sekundach peleton, Ze dwustu chłopa. Zrobiłem parę zdjęć …maruderom.

Po kolarzach w trasę wyruszyliśmy my. Trzeba przyznać, że nieco wolniej. Pierwszy odcinek to była masakra. Po trzech kilometrach teren podniósł się o 200 metrów. Naszym celem był camping odległy jedynie o 15 km. Jedynie ale w tamtych okolicznościach nie było mało. Po pierwsze : wyruszyliśmy po 17.00, wcześniej trasa była zamknięta ze względu na przejazd zawodowców (tak, jechaliśmy jedną z trudniejszych etapów wyścigu tour de France). Po drugie przewyższenie do pokonania wynosiło 700 m. Po trzecie.: mapka otrzymana od pana z informacji turystycznej z wykazem campingów w Andorze była nieco mało precyzyjna. Trójkącik był narysowany przy drodze ale przy drodze ani campingu nie było ani najmniejszych znaków, ze może się przy niej znajdować. Był za to bar ze sklepikiem. Piekielnie drogim zresztą.
Właściciel był bardzo miły. Mówił w czterech językach co najmniej Kto do tego baru wchodził to zmieniał język: do włoszki po włosku, do swojaka po katalońsku, do mnie po angielsku, ale wymusiłem hiszpański. A do dwóch francuzów kolarzy po francusku. I wszyscy jacyś jakby spokrewnieni tam byli. Jedna wielonarodowa rodzina w tym barze siedziała. I ciekawie się zrobiło. Przy kawie dowiedziałem się, że właściciel wie gdzie leży Polska, że znają: Bońka, Lato i Tomaszewskiego i zaraz potem przypomniał sobie papieża, ale nie był do końca pewien, ze to polak. Ktoś mu przypomniał Kasię z Polski która była kelnerką przed laty, kto inny wspomniał, że na budowie Stach był jeden, ale czy to polak, czy kto to nie wiadomo. No i tak w czterech językach sobie rozmawialiśmy.
No a co do campingu to stwierdzili, że pewnie chodzi o ten 12 kilometrów w górę. (jakby do tej pory nie było w górę) Ale jego w górę było pod szczytem na wysokości ok. 2400. Byliśmy na 1800. Zaproponował, żeby 100 m dalej nad rzeką się rozbić. No i tak zrobiliśmy. To był nasz pierwszy biwak na dziko. Ale cóż nam trzeba było więcej!? Kamienie duże znad rzeki przytargaliśmy. Ustawiliśmy z nich stół i dwa krzesła. Ugotowaliśmy makaron z sosem ala bolonese i urządziliśmy kąpiel. Całkiem o zmroku do naszego obozowiska dołączyło jeszcze trzech holendrów. Bardzo się chcieli dowiedzieć, czy tak można na dziko. Pozwoliliśmy im. Noc była jak kąpiel – zimna. Naciągnąłem polar i golf z wełny szetlandzkiej i tego było mało. Dopiero nad ranem, gdy wyszło słońce twardo zasnąłem.
Kolejny dzień przeznaczyliśmy na „atak szczytowy”. Do pokonania mieliśmy ok. 14 km do przełęczy na wysokości 2400 m. – najwyższego miejsca na całej naszej wyprawie. Po drodze mniej więcej w połowie tego odcinka znajdywał się tunel, do którego wchodziła droga główna Obok szerokimi serpentynami prowadziła boczna. Przyznam, że ze sobą walczyłem. Wjechać i skrócić sobie męczarnie o kolejne 6 kilometrów czy powalczyć z górą i własną słabością. Gdy już zdecydowałem że stać mnie i będę silniejszy od góry okazało się, że… tunel jest zamknięty. Moje wewnętrzne zmagania na nic się zdały. Przełęcz Puerto de Envalira była nasza o godz 15. Przed nami jeszcze ostatnia miejscowość w księstwie Andory: Paz de la casa .

Podobnie jak od strony Hiszpanii Andora przywitała nas ciągiem hipermarketów, centrów handlowych i straganów ulicznych tak też i nas żegnała. Jedyna różnica była taka, że po stronie naszego wjazdu kupowali głównie Hiszpanie, a tu Francuzi. Wynosili ze sklepów całe skrzynki alkoholi, sprzęt elektroniczny, papierosy. Przypominało mi to wędrówki do Czechosłowacji po piwo, albo na Mexico plac w Wiedniu po rajstopy. Jednak na całym świecie prawa ekonomi wyzwalają takie same reakcje. Jeśli się opłaca, to się przyjeżdża i kupuje. Proste. Samo miasteczko jest typowym kurortem zimowym. Piękne stoki, liczne wyciągi, hotele i pensjonaty. W lecie jednak miasteczko zamienia się w wielki bazar. I to nie tylko centra handlowe ale też zwykłe stoiska z towarami wyłożonymi na stołach czy nawet na samej ziemi. Zupełnie jak na odpuście w polskim miasteczku. I wcale też jakością te towary się specjalnie nie różniły (myślę o tych straganowych) Głównie pamiątki i to nie koniecznie solidnej rękodzielniczej jakości.
Wdałem się , a jakże i tutaj w dyskusję z panią z baru. Ale panią musieli zawołać, jedyna mówiła po hiszpańsku. Wszyscy pozostali porozumiewali się po francusku, albo katalońsko – francusku. Dowiedziałem się, że głównymi mieszkańcami księstwa są Hiszpanie, Portugalczycy, Francuzi, włosi, a sami andorczycy są w mniejszości. Imigranci przybywają tu bo pracy więcej i łatwiejsze życie ogólnie. Tak więc skoro przybywa tu banków, centrów handlowych, obiektów turystycznych to i ludzie do pracy fizycznej tu ściągają i się osiedlają.

Wyjeżdżając z Andory przekroczyliśmy granicę francuską, ale po ok. godzinnym zjeździe znów byliśmy w Hiszpanii. Fakt ten ledwo zauważyłem mijając słupek na wąskiej dróżce – skrócie z Latour de Carol do Puigcerda. Słupek miał chyba ze sto lat i stał przekrzywiony w krzakach na brzegu drogi.
W Puigcerda wjechaliśmy na camping. Po nieudanych pertraktacjach z panią z recepcji co do ceny pobytu zrezygnowany wyłożyłem 24 EURO i odszedłem z zapewnieniem, że za nic więcej nie będę musiał już płacić. Niewielkie pocieszenie, ale przydało się bardzo chwilę potem. Otóż po rozbiciu namiotu odważnie podszedłem do słupka z gniazdkami na prąd i odchyliłem pokrywę, chcąc włożyć ładowarkę do komórki. Nagle poczułem raz dwa trzy ukąszenia os. Odskoczyłem jak pogryziony przez osy czym wzbudziłem żywe zainteresowanie biwakujących niedaleko Hiszpanów. Otrzymałem coś na ukojenie bólu i wściekły jak osa poszedłem do recepcji.
- ładowarkę do prądu chciałbym podłączyć na mojej kwaterze – powiedziałem .
- a to nie można - usłyszałem – bo prąd jest do światła.
- Jak to do światła? -
- no jest po to żeby światło zapalić i trzeba zapłacić – ona
- To już zapłaciłem - powiedziałem i pokazałem rachunek, że wszystko w cenie jest.
- No wszystko ale nie prąd do światła. - odpowiedziała ona.
- Ale ja nie chcę do światła ale do komórki - to ja
- ale ten jest to światła – ona.
- ale czym się różni prąd do światła od tego do komórki? – ja i dalej - bardzo proszę żeby ona przyszła do wykupionej przeze mnie kwatery all incusive i pokazała jaka jest różnica między prądem do komórki od tego do światła.
Nie chciała iść. No to już nie wytrzymałem i pokazałem jej bąble na ręce. Dobrze wiedziała o gnieździe os. Zaczęła coś bąkać, że właśnie mieli je usunąć. Jakoś przycichła i zmalała trochę. Miałem wielką ochotę wszystkich pozostałych turystów powiadomić o osach, ale maść łagodząca na tle była pomocna, że osowa złość przeszła. Pojechaliśmy zwiedzać Puigcerda.

Miasteczko jest położone na wzgórzu. Do rynku łatwo było trafić po kierujących się w jego stronę tubylcach i turystach. Plac główny to przede wszystkich knajpki z wystawionymi na zewnątrz stolikami i hałas jak to u południowców. We Wrocławiu też są ogródki i turyści i spacerujący przechodnie, ale tam dodatkowo rumor wzmagały dzieciaki biegające za sobą i za piłką. Należy nadmienić, że godzina była mniej więcej 21.00. Taki urok miasteczek w krajach śródziemnomorskich.

Z Puigcerda zjechaliśmy do Girony bez wielkich odkryć i przygód. Po prostu planowo, w określonym kierunku bez oczekiwań i nadziei. Cel maksimum został zrealizowany. Jesteśmy cali, możemy podejmować kolejne wyzwania. To najważniejsze. Dla mojego syna niezwykłe wzmocnienie charakteru. Nabranie pewności siebie. Dla mnie ciekawość tego kawałka świata została zaspokojona. Wiem, mam pewność, że mogę podejmować dalsze wyzwania. Nie mówię o ekspedycji w Himalaje czy do puszczy amazońskiej, ale np. poznać prawdziwe oblicze małych wiosek na południu Hiszpanii, i odpowiedzieć sobie na pytanie czy i dlaczego ludzie tam żyjący są pogodni i naturalnie zadowoleni z życia.

Po dziesięciu dniach znaleźliśmy się z powrotem na lotnisku w Gironie, a stamtąd po kilku kolejnych godzinach w Polsce.

Koszt wyprawy: 1500 zł bilety wykupione dwa miesiące wcześniej uwzględniające przewóz sakiew (do 15 kg) oraz rowerów.
Średnio 20 EURO za camping za dzień dla dwóch osób i dwóch namiotów – wykupiliśmy 6 razy . Cztery razy spaliśmy na dziko
Średnio 30 euro za jedzenie dziennie (wędliny, pieczywo, słodycze, owoce ( w dużych ilościach - ale to absolutnie niezbędne) , makaron, ryż, mięsiwo do posiłków głównych.
Razem 1500 zł + 420 EURO czyli w złotówkach ok. 1500 + 1800 = 3300 zł

Niewiele jak na wrażenia, których doznaliśmy, ludzi, których poznaliśmy i przełęczy, które pokonaliśmy - przełęczy na wysokościach trudnych do wyobrażenia przed rozpoczęciem tej wyprawy.




Moze tak dale w Pireneje?!

Zdjęcia

ANDORA / brak / miasto Andora de vella / panorama Andora de VellaANDORA / brak / miasto Andora de vella / moje najwyższe rowerowe osiągnięcieANDORA / brak / miasto Andora de vella / pireneje

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są akceptowane przez administratora i dopiero wtedy pojawiają sie na stronie.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

10-16
Rowerem przez Szwecję na Nordkapp i z powrotem

Nordkappp przyciąga wielu z nas, nawet jeśli trudno o kompana podróży, warto wyruszyć w tym kierunku ... Przekonajcie się!

11-05
Najlepsze zdjęcia października!

W długie jesienne wieczory nic tak nie cieszy oczu i serca jak piękne zdjęcia z podróży! Zapraszamy więc do galerii TOP30 :-)

08-08
Namsan - Świat Buddów wyrzeźbiony...
08-05
Jezioro Tonle Sap...
06-24
Preikestolen czyli spojrzenie w p...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2015 Globtroter.pl