Forum dyskusyjne

Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach

kategoria podróże po świecie

macaco dołączył
28.01.2009

macaco 20:12 | 02.04.2009

BYLI TEŻ CIEMNOOCY
O OCHRYPŁYCH GŁOSACH…



Zapiski z siedmiu dni łowienia snów
na uliczkach Granady
madhavendra11@gmail.com
Spis treści

1. W maszynie czasu i parę słów o uldze.
2. Szalone sny, chmury i stewardessy.
3. Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka.
4. Wreszcie Granada!
5. Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem.
6. Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków).
7. Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.
8. Stary znajomy.
9. Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.
10. Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?
11. Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie.
12. Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze.
13. Prawdziwy smak flamenco.
14. Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy.
15. Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę.
16. Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu.
17. Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu.




1
W maszynie czasu i parę słów o uldze.

Z trudnością oderwałem się od bollywoodzkich tańców. Aiśvarya Rai potrafi człowieka tak oszołomić, że uwolnienie się od jej kołyszących się bioder i kuszących gestów jest zadaniem prawie nie do wykonania. W końcu jednak udało mi się przełamać zaklęcie i zszedłem na ziemię do brązowych oczu i słodkiego głosu mojej dziewczyny z krwi i kości, a stamtąd już prosto do pakowania plecaka, czekającego na wyprawę, którą planowałem zacząć następnego dnia wcześnie rano. O szóstej miałem samolot do Malagi, gdzie chciałem wsiąść w autobus do Granady.
Boże, jaka to była ulga móc się wreszcie wyrwać z szarej codzienności, zobowiązań i 45 godzinnego tygodnia pracy, i choć na kilka dni zanurzyć się w niewiedzy co do kolejnego dnia i ekscytacji w oczekiwaniu na jego niespodzianki. Dlatego też moje planowanie ograniczyło się tylko do kupna biletu na trasie Bristol-Malaga-Bristol. Co miało dziać się pomiędzy, zostawiłem w rękach Opatrzności.

Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą (złotych) w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód. Wyprawę tą opisałem ze szczegółami w „Przygodach ulicznego grajka”.

Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy wtedy dotarłem do Granady, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.

Jak skorzystałem z czasu, jaki tam spędziłem? Po pierwsze w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko 10 Euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.
Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż 5 Euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.

Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie. Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.

Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.

Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty, dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.
- A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.
Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.
- Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.
Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.
Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu 10 euro.
- Napij się za mnie Pablo i nie daj się.
Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.

Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni wcześniej, zanim ja go spotkałem. Spotkaliśmy się na dworcu w Maladze, czekając na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.
Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi historię swojego stoczenia się. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.
Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.
Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.
- Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!
Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.
- Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.
Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.

To kilka wspomnień z Granady, które udało mi się przywołać. Niedługo miałem zamiar położyć się do łóżka i wziąć do ręki książkę Lauriego Lee, do którego zapałałem ostatnio namiętną miłością. Wiedziałem, że z nerwów i podekscytowania najprawdopodobniej nie będę mógł zasnąć przynajmniej do północy. Później, o 3:40 czekała mnie pobudka, o 4:00 miała przyjechać taksówka, a o około 10:00 rano miałem już być w Maladze.

2
Szalone sny, chmury i stewardessy.

Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.

Siedząc na lotnisku, próbowałem nie dać się porannemu otępieniu i pozbyć się wewnętrznej ciężkości, która zwykle opanowuje mnie, kiedy muszę obudzić się kilka godzin przed zwykłym dla mnie czasem.
Odprawa poszła gładko, zero kolejki i oprócz kilku angielskich chavsów, którzy żartobliwie wepchnęli się do ogonka przede mnie, żeby po chwili przy wtórze rubasznego śmiechu i żołnierskich dowcipów, pozwolić mi podejść do odprawy pierwszemu, nie było zbyt wielu osób.
Chyba z połowa pracowników lotniska; sklepikarze, urzędniczka w okienku informacji, pani w kantorze, byli Polakami.

Poranna lista:

1. Za krótko obciąłem wczoraj paznokcie i tak mnie teraz bolą opuszki palców, że ledwo co trzymam długopis.
2. Od paru dni męczy mnie swędząca wysypka.
3. Cieszę się, że odetchnę przez te parę dni od pracy z dzieciakami i od Anglii w ogóle.
4. Czy jestem melancholikiem i za bardzo skupiam się na sobie?
5. Jeszcze dziś napcham się chocolate con churros i spróbuje tego słynnego Jerezu.
6. Lubię mieszkać w małych, obskurnych i tanich hiszpańskich hotelikach, gdzie nikt mnie nie zna.
7. Jeszcze bardziej lubię szwendać się po ulicach miasta, w którym nic mnie nie wiąże, żadne znajomości, czy praca i gdy mogę bezstronnie obserwować ludzi i pić piwo w starych, ustronnych knajpkach.
8. Czytałem wczoraj „As I Walked Out One Midsummer Morning” Lauriego Lee i zżera mnie zazdrość, że nie potrafię pisać tak jak on. Przeczytałem tylko rozdziały od opuszczenia przez niego rodzinnego domu i o włóczędze ze skrzypcami po południowej Anglii, a później o rocznej tyrce na budowie w Londynie. Część hiszpańską zostawiłem sobie na podróż.
9. Biorę się za śniadanie, które moja Tulasi przygotowała dla mnie dziś rano. Żeby to zrobić wstała razem ze mną o 3:30! This is love.

* * * * * * * * *

Spoglądałem przez okno samolotu (skoro leciałem sam, to wreszcie mogłem usiąść przy oknie) myśląc, ile Laurie Lee byłby w stanie znaleźć słów, porównań i metafor na opisanie tego widoku. Czytając jego książki i próbując później opisywać rzeczywistość swoimi słowami, czuję się jak dziecko, które po wyjściu z wystawy, powiedzmy Malczewskiego, bierze się samo za rysowanie i wychodzi mu z tego ludzik; kółko jako głowa, kreska jako tułów i cztery krótsze kreski jako kończyny. Pocieszam się, że pisanie wyrabia się wraz z praktyką i pamiętam, że w przeszłości, im więcej czasu spędzałem z długopisem, tym łatwiej było mi się wyrazić i znajdywać odpowiednie słowa.

Za dwie godziny mieliśmy być już w Maladze. Póki co, jak dzieciak przykleiłem twarz do szyby i syciłem oczy przestrzenią, myśląc przy tym, że gdybyśmy roztrzaskali się gdzieś w dole (kto choć raz podczas lotu nie bawił się taką myślą?), to z pewnością pofrunąłbym z powrotem tu, na górę, żeby powywijać trochę koziołków, tym razem już bez nerwów i bez niewygodnego pancerza z plastyku i stali.
Na samym początku lotu mogłem jeszcze zahaczyć oczy o znajome kształty oszronionych, kanciastych pól, płaskich gór i niepozornych, niechlujnie porozrzucanych klocków zabudowań, ale później wznieśliśmy się już na poziom wyżej i do oglądania pozostały mi tylko abstrakcyjne, przerażające (w jakiś senny sposób) kłęby chmur.
W środku krzątały się stewardessy z włosami spiętymi tak gładko i ciasno, że wydawało się jakby skóra na ich czołach miała zaraz pęknąć. Przejęte, dumne i oficjalnie uśmiechnięte roznosiły kanapki i colę po kosmicznych cenach, czekając, aż skończy się ich podniebny dzień pracy i będą mogły oddać się wieczornej, stewardessowskiej rozrywce. Ciekawe, czy kiedykolwiek pozwalają tym włosom rozrzucić się niesfornie i pozwolić odpocząć zmaltretowanej skórze głowy? Ciekawe też, czy po całym dniu noszenia chłodnego uśmiechu są w stanie wymienić go na szczery, czy też zostaje im tak już na zawsze.
Pasażerami byli w większości Anglicy w średnim wieku, przeglądający ze szczęściem swoje przewodniki, albo rozochoceniu budowlańcy, jak ta grupka wygolonych chłopaków kilka siedzeń za mną, którzy lecieli do Hiszpanii, żeby podtrzymać tam sławę brytyjskich pijusów na urlopie. Za dwie godziny nasze drogi miały się rozejść, kiedy jedni odjadą taksówkami do swoich drogich hoteli przy plaży, a drudzy hałaśliwymi grupkami zaleją nadmorskie bary, prześcigując się w ilości wypitych piw i opowiedzianych sprośnych dowcipów, a później, rankiem marokańscy i senegalscy czyściciele ulic spłuczą z ulic plamy wymiocin, a czasami i krwi.

Dalszy ciąg porannej listy:

10. Wreszcie pojawia się radość z podróży, wypierając opary snu i angielskiej, zimowej chandry.
11. Im dalej, tym lżej.
12. Gdybym był bogaty (ale tak naprawdę bogaty), pierwsze kilka lat spędziłbym tylko na podróży, nie darowałbym żadnemu zakątkowi świata, choć pierwszeństwo i tak miałaby moja Hiszpania.
Później zrobiłbym sobie krótką przerwę.
13. Coraz bardziej jestem przekonany, że uda mi się skończyć moją książkę o Camino. Każdy większy plan, żeby go spełnić, potrzebuje medytacji, wyobraźni, obrazowania (często wyobrażam sobie jak wygląda okładka mojej książki, albo jak pachnie jej druk.)
14. O chmurach już pisałem.

3
Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka.

Nie przypuszczałem, że poczuję aż taką ulgę, kiedy znajdę się w Hiszpanii. Ostatnie pół roku w Anglii, osaczony angielską sztuczną uprzejmością i odbijający się od dystansu, jaki roztaczają wokół siebie Anglicy, czułem się coraz bardziej zmęczony.
Hiszpania przywitała mnie głośnym gwarem w autobusie, w którym obcy ludzie, bez żadnych oporów zagadywali do siebie z uśmiechem. Przywitała mnie też palaczami i papierkami na ulicy, starym dziadkiem toczącym się powoli na rozklekotanym rowerze, no i dziewczynami, które nie mają wymakijażowanej urody śniętych ryb, zamiast której lśnią orzechowymi oczami, czarnymi włosami i pewnym siebie wdziękiem.

Myślałem najpierw, żeby zostać parę godzin w Maladze, ale za bardzo ciągnęło mnie do Granady, od razu więc poszedłem na dworzec autobusowy, żeby kupić bilet. Autobus odjeżdżał za dwadzieścia minut. Z przyjemnością przyjrzałem się ludziom czekającym na autobus, z których prawie każdy, pomimo widocznych tablic z zakazami, trzymał w ręce papierosa. Uff, co za ulga! Stęskniłem się za ludźmi, którzy od samych narodzin mają we krwi brak poszanowania dla biurokracji i przepisów.

Kiedy wylądowałem, niebo było bezchmurne, ale teraz zakryło się już ciężkimi, stalowymi obłokami i mocny wiatr zaczął szarpać pióropusze palm. Hiszpanie chodzili opatuleni w kurtki i płaszcze, ale dla mnie to było już lato, szczególnie po tym, jak dzień wcześniej musiałem pedałować do pracy w strugach deszczu ze śniegiem. Ciągle nie miałem planów, chyba że poza ogólnym zarysem – wjechać do Granady, zjeść syty obiad w jakiejś wegetariańskiej restauracji, następnie siąść na ławce gdzieś w centrum i tam zastanowić się co dalej. Nie chciałem ograniczać się żadnym planem. Postanowiłem mieć oczy otwarte na sytuacje i ludzi, i zobaczyć co z tego wyniknie.

* * * * * * * * *

Autostrada z Malagi ciągnie się krętymi serpentynami, pomiędzy kopulastymi, rdzawymi wzgórzami, porośniętymi kępami suchej trawy, gdzie co i rusz, z wysepek drzew i palm wynurzają się bogate wille z basenem i kilkoma samochodami na podjeździe.
Choć znajdowałem się daleko od Madrytu, to tak właśnie pamiętałem przyrodę w okolicach Guadalajary, gdzie kiedyś mieszkałem. Drzewa oliwkowe, karłowate dęby, czerwonawe skały i trawa, na której nie da się usiąść, żeby kolce i osty nie poharatały ci tyłka. Ta część Hiszpanii jest o wiele mniej żyzna i przyjazna (atmosferycznie) niż północ, gdzie Navarra, Cantabria i Galicia nabrzmiałe są ożywczą zielenią lasów i pastwisk. Andaluzja, w której leży Granada, obok Extremadury, przez wieki była najbiedniejszym regionem Hiszpanii. W XVI wieku, po wypędzeniu z Hiszpanii arabskich rolników, którzy pozostali tam po hiszpańskiej rekonkwiście, Andaluzja została bez rąk do pracy, czemu nie byli w stanie zaradzić nawet osadnicy z północnej części Królestwa. Myślę, że można spokojnie powiedzieć, że Andaluzji udało się podnieść z tej gospodarczej zapaści dopiero w drugiej połowie XX wieku, już w czasach Unii Europejskiej.

* * * * * * * * *

Rozpadało się, ale miałem przeczucie, że nie był to deszcz, który zamierzał zostać na dłużej. Wreszcie zmęczyła mnie monotonność wzgórz, których i tak łagodne krawędzie złagodziła dodatkowo mgła i w końcu ściekające po kryształowych policzkach autobusu krople deszczu, utuliły mnie do snu.

4
Wreszcie Granada!

- Paella vegetariana, ensalada mixta i vino de casa por favor! – powiedziałem w końcu do uśmiechniętej kelnerki o czarnych, kręconych włosach, po pół godzinie przeglądania obszernego, kolorowego menu w Raices, naprawdę dobrej restauracji wegetariańskiej, z wyjątkowo bogatym wyborem dań. Głód skręcał mi już kiszki i musiałem uzupełnić swoją energię i rozjaśnić deszczową Granadę czerwoną Rioją. Ensalada mixta była przepyszna. Nigdzie sałata, pomidory i oliwki nie smakują tak jak w Hiszpanii. Do tego zawsze dostaniesz kawałek świeżego chleba i naczynko z oliwą. Jest coś szczególnego w tej oliwie, którą podają tutaj i jeszcze nigdy nie udało mi się kupić ani w Polsce, ani w Anglii niczego, co miałoby jej mocny i lekko cierpkawy smak.
Paella była w porządku, chociaż nie umywała się do tej, jaką uraczył nas w czerwcu, w Villa de Mazarife Jose Antonio – cudownie uzdrowiony z raka gospodarz schroniska na Camino de Santiago (no ale to zupełnie inna historia, na zupełnie inną książkę). Myślałem, że już nic więcej w siebie nie wmuszę, ale sympatyczna, ciemnooka kelnerka namówiła mnie na jagodowy deser. Po tym wszystkim poczułem się naprawdę najedzony i lekko podchmielony, a jedyne czego mi brakowało, to odrobina tytoniu, na który postanowiłem sobie wyjątkowo, w ramach wakacji od wszystkiego pozwolić.

* * * * * * * * *

Miasto nie zmieniło się bardzo od mojej ostatniej wizyty. Wprawdzie było tutaj teraz trochę więcej sklepów i reklamy były jaskrawsze, to jednak ludzie pozostali ci sami. Kiedy pytałem w informacji turystycznej o drogę do Raices, okienko otoczyło z sześciu punkowców, którzy z trudnością wybełkotali, że potrzebują plan miasta. Kiedy ja ostatni raz widziałem jakiegoś punka? W Anglii najbardziej buntowniczy są „gothic kids”, którzy wpadają w depresję, bo rodzice nie chcą im kupić ostatniego modelu xboxa, czy laptopa. Granada natomiast, od stóp do głowy wytatuowana jest buntowniczymi graffiti, potępiającymi wojnę w Iraku, okupację Palestyny, korporacyjny porządek świata, albo można chociaż zobaczyć stare, tradycyjne „Punk’s not dead”. Choć trochę kontestacji, trochę buntu przeciwko establishmentowi, który na północy Europy jest przez ogół ludzi przyjmowany bez żadnego protestu, czy refleksji.

* * * * * * * * *

Przeszedłem tego dnia chyba z dwadzieścia kilometrów. Po posiłku w Raices dość szybko znalazłem mały hotelik, w samym centrum, za 18 Euro za noc. Stwierdziłem, że następnego dnia spróbuje poszukać czegoś tańszego i jeśli uda mi się znaleźć coś za 15, to zamelduję się tam już do końca pobytu.
W poszukiwaniu przygody przeszedłem całą Granadę wzdłuż i wszerz. Najpierw poszedłem w stronę Sacromonte, ale kiedy znalazłem się już u stóp góry, na której zboczu leżała moja stara jaskinia, zawróciłem w stronę miasta, dochodząc do wniosku, że pełen nowych sił wejdę tam jutro, przed południem. Postanowiłem trzymać się centrum i nie śpiesząc się, przeszedłem kilka kilometrów w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z ciekawością kolorowej mieszaninie ludzi, tworzących wieczorny, miejski tłum. Około siódmej, ósmej wieczorem ulice Hiszpańskich miast są zawsze zatłoczone i głośne, bardziej nawet niż angielskie ulice w godzinach szczytu. Widziałem dużo młodzieży, która w roześmianych grupkach, w oczekiwaniu na piątkowe imprezy, mieszała się z parami trzymających się za ręce starszych ludzi, którzy przechadzając się wolnym krokiem, z lekką dezaprobatą i zazdrością obserwowali młodsze pokolenie.
Miałem nadzieję, że uda mi się natknąć na jakiś koncert, czy fiestę, ale nie mogłem wyrwać się z roli anonimowego przechodnia i żałowałem, że nie mam z sobą mojego małego akordeonu, który zwykle pomagał mi przełamać lody i wyłowić z tłumu „moich” ludzi. W końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach spaceru, postanowiłem wrócić do hotelu i odpocząć, pogrzać się trochę, pooglądać hiszpańską telewizję.
Okazało się, że hotel nie ma ogrzewania, ale kiedy usiadłem w salonie z telewizorem, sympatyczna, starsza pani, która dała mi wcześniej klucze, przytargała mi gazowy grzejnik, a w moim pokoju położyła na łóżku dwa dodatkowe koce. Miałem wrażenie, że jestem jedynym klientem, a zważywszy na to, że było jeszcze przed sezonem, całkiem możliwe, że miałem rację.

* * * * * * * * *

Lista wieczorna:

1. Z jednej strony jestem zadowolony i czuję się tutaj jak w domu. Ludzie są żywi i prawdziwi.
2. Z drugiej strony, jak zwykle w podróży, czuję się trochę oszołomiony i samotny.
3. Wiadomości podają informacje o kolejnej ofierze „de machismo”. Kobieta została zamordowana przez swojego męża. Facet dostał 21 lat więzienia.
4. Około dziewiątej natknąłem się na ulicy na religijną procesję. Uroczyście ubrani Hiszpanie o poważnych twarzach, dostojnie nieśli krzyż z Jezusem, który wyglądał jakby prosto z „Pasji” Mela Gibsona.
5. Jutro spróbuję trochę zaoszczędzić. Dziś pękło za dużo kasy.
6. Buenas Noches.


5
Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem.

Rankiem, opatulony w kilka warstw koców, po raz kolejny przebrnąłem przez wszystkie, wczorajsze wydatki. Tak, nie było mowy o pomyłce; nie wydałem wczoraj za dużo kasy. Ja po prostu zgubiłem 50 euro, które jeszcze w Maladze wyciągnąłem z bankomatu. Chciałbym powiedzieć, że się nie przejmowałem, ale trochę jednak zepsuł mi się humor. 50 euro to dwa dni jedzenia i hoteli.

Obudziłem się przed piątą i już nie mogłem zasnąć. Nie wiem, czy to z powodu głośno rozmawiającej za ścianą pary, czy też podziałało tak na mnie nowe miejsce, albo myśl o utracie pieniędzy (to tylko 50 euro!), ale nie byłem w stanie zasnąć po raz drugi. W końcu po godzinie leżenia wygrzebałem się z łóżka i starając się iść na palcach, żeby nie dotykać za bardzo lodowatej posadzki, poszedłem wziąć prysznic. Niestety nie było gorącej (ani nawet ciepłej) wody, ochlapałem się więc zimną, żeby choć trochę się odświeżyć. Kiedy wróciłem do pokoju, z nadzieją zerknąłem na chaotyczny stos moich rzeczy, leżących na drugim łóżku i postanowiłem systematycznie przegrzebać wszystkie kieszenie w spodniach, bluzach, kurtce i plecaku. Nadzieje okazały się płonne; jednak nieodwołalnie byłem w plecy o tą pięćdziesiątkę.

Za oknem było jeszcze ciemno, ale wyczuwając nadchodzący dzień, ptaki szczebiotały coraz głośniej. Słyszałem też samochody, które chyba zbierały śmieci, bo za każdym razem, kiedy cichnął ich silnik, rozlegał się głośny, blaszany hałas. Głosy rozmawiającej wcześniej pary ucichły na dobre, tak jakby obydwoje wyczuli, że porzuciłem już myśl o zaśnięciu i teraz wreszcie spokojnie mogli odpocząć i wykorzystać do oporu cały czas, jaki przysługiwał im w hotelu, czyli do dwunastej w południe. Ja planowałem zwinąć się trochę wcześniej, ale na razie wziąłem się za książkę. Laurie Lee przybył właśnie do Zamory i zaprzyjaźnił się z grupką niemieckich muzyków ulicznych. Zaplanowałem, że około dziewiątej pójdę na kawę i croissanta, a co do obiadu, to powodowany wyrzutami sumienia stwierdziłem, że w ramach oszczędności, zamiast znów pójść do restauracji, zjem gdzieś pizzę za 3 euro, albo coś podobnie taniego. Tak więc najpierw śniadanie, później znalezienie nowego hoteliku (tym razem z ciepłą wodą) i Alhambra. Wczoraj w telewizji zapowiadali jasny i słoneczny dzień, z temperaturą 22 stopnie, byłem więc nastawiony na ciepło i radość.

* * * * * * * * *

Nigdzie nie robią takiej kawy z mlekiem jak w Hiszpanii. Lattte, czy capuccino jakie podają w Anglii, nawet się do niej nie umywa. Osobiście nie przepadam za kawą, ale kiedy jestem w Hiszpanii, żłopię ją litrami.
Po tym jak pożegnałem się z miłą hospitalerą hoteliku, którego nazwy już nie pamiętam (pamiętam, że znajdował się na C/ Lucena) poszedłem na Plaza de la Trinidad, gdzie wypatrzyłem małą kawiarenkę. Zamówiłem tam dwa croissanty z masłem i dżemem, oraz aromatyczną, przepyszną cafe con leche, którą na przykład Włosi nie uważają nawet za kawę, przekładając nad nią, swój czarny, gorzki i gęsty napój, który pije się z maleńkich filiżanek.

Na złość prognozie pogody niebo, grożąc deszczem, pozostało stalowo-szare. Przerzedzone grupki wracających do domów po piątkowych imprezach młodych ludzi, pojawiały się z różnych stron, jak ciche i zmięte garście biletów dyskotekowych, które już nie kusiły żadnymi obietnicami: ci co mieli coś dostać dostali, a ci którzy spędzili noc sami, będą musieli czekać na następną szansę, pewnie jeszcze tego samego wieczoru. Pod ciężkimi od owoców gałęziami drzewka pomarańczowego stał kiosk ze świeżym pieczywem, do którego ciągnęła się nieduża kolejka starszych ludzi. Niektórzy z nich przeglądali poranne gazety, a inni rozmawiali o czymś z przejęciem, ale siedziałem za daleko, żeby wiedzieć w czym rzecz. Jedna ze starszych kobiet wyciskała drugiej pryszcza na policzku, nie przejmując się resztą towarzystwa. W Europie chyba tylko tutaj ludzie czują się na ulicy, jakby byli w swoim własnym domu.
Ulice ciągle pozostawały w miarę ciche, ale już wkrótce miały zapełnić się tłumem przechodniów, który wieczorem znowu przekształci się w podekscytowaną ludzką lawę, zalewając gorącymi falami kafejki, bary i otwarte do późnego wieczora sklepy. Wysączyłem ostatni, już zimny łyk kawy, zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem na chłodną i świeżą ulicę.

6
Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków).

Z kawiarenki pełnym energii krokiem ruszyłem do Sacromonte. Do końca nie byłem pewny co zrobić i kiedy wreszcie dotarłem do skrzyżowania dróg za Plaza de St. Anna, z których jedna odbijała w prawo, na Alhambrę, a druga szła prosto, zdaje się na Albayzin, zdecydowałem iść prosto. Następnie zamiast kontynuować marsz prosto pod górę, co jak się później przekonałem, zaprowadziłoby mnie w znajome strony, skręciłem w prawo, gdzie ciągnąca się lekko w górę droga, zawiodła mnie do Abadia de Sacromonte, średniowiecznego, zdaje się opuszczonego klasztoru, gdzie podobno w XVI wieku znaleziono kości trzech chrześcijańskich męczenników. Jak głosił napis po hiszpańsku, byli to: San Cecilio, San Tesifón y San Hiscio.
W trakcie mojego marszu słońce pokazało się tylko na chwilę, żeby po kilkunastu minutach schować się w oparach mgły, którą samo obudziło swoim dotknięciem. Oprócz kilku rowerzystów, ciasno opiętych jaskrawymi i profesjonalnymi rynsztunkami „prawdziwego” rowerzysty, znajdowałem się na drodze prawie całkiem sam. Miejsce nie spodobało mi się za bardzo i co chwila spoglądałem tęsknym wzrokiem na wzgórza po drugiej stronie rzeki, które podziurawione jaskiniami, rozbrzmiewały nawoływaniami i śmiechem. Postanowiłem sobie, że tamtą stronę zachowam na jutro, żeby nie oblecieć wszystkich, fajnych miejsc, jak japoński turysta, w jeden dzień i zawróciłem w stronę miasta, do którego jednak nie doszedłem, ponieważ odbiłem na skrzyżowaniu w prawo, do Albayzin, nad którym wznosi się Sacromonte, z jaskinią, która przez kilka dni była kiedyś moim domem. Albayzin zaskoczył mnie tłokiem na ulicach. Dzielnica ta jest trochę ukryta i z oddali nie wydaje się, żeby cokolwiek się tutaj działo, kiedy jednak zanurzyłem się w jej uliczki, odkryłem nagle tętniące życiem, sklepikami i ludźmi miejsce. Zagadnięta przeze mnie pani skierowała mnie do sklepu spożywczego (koniec z restauracjami!), gdzie zaopatrzyłem się w słony owczy ser, świeży chleb, avocado i karczochy w puszce.

Wreszcie słońce rozproszyło mgłę. Usiadłem na ławce, na małym placyku, ciągle w Albayzin. Przebrani i wymalowani kolorowo studenci biegali, zagadywali ludzi, krzyczeli, jednym słowem wydawali się entuzjastycznie pogrążeni w tym co robią, a czego tajemnicy nie udało mi się rozwikłać (ani też nie próbowałem). Lubię czasami patrzeć na świat w taki impresjonistyczny sposób, kiedy dopiero zrobienie kilku kroków wstecz pozwala uchwycić całość obrazu i poczuć jego atmosferę.
W końcu poczułem głód i wziąłem się za moje drugie śniadanie.

Podróżowanie samemu ma swój szczególny urok. Mógłbym tak siedzieć na tej ławce cały dzień, obserwując przechodniów i nie myśląc o tym, że muszę coś zrobić. Pełen brzuch, kilka łyków wina, słońce i bulgocząca fontanna wprowadziły mnie w senny i przyjemny letarg. Przestałem myśleć o pracy, gdzie jutro, w normalnym tygodniu musiałbym spędzić 12 godzin, jak również o różowej wysypce, która za cholerę nie chciała ze mnie zejść. Odłożyłem wszystko na przyszły tydzień, gdy znowu wrócę do deszczowej, angielskiej codzienności i wieczornych melancholii. Teraz, dziś, mogłem po prostu być i robić to, na co w danym momencie przyszła mi ochota (w granicach rozsądku oczywiście). Rozejrzałem się dookoła, wypatrując czegoś, co zatrzymałoby mnie na tym placyku dłużej, i kiedy nie wydarzyło się nic szczególnego, żadne niespodziewane spotkanie z zesłanymi przez Wszechświat przyjaciółmi (ani wrogami), pomyślałem, że pewnie za chwilę pozbieram się i wdrapię na wzgórze, które teraz niewidzialne, skryło się za ścianami budynków, gdzie będę mógł wyłożyć się na trawie i leniwie wpatrywać w leżącą w dole Granadę.

* * * * * * * * *

Nie udało mi się znaleźć mojej jaskini. Przeszedłem wzgórze wzdłuż i wszerz, ale wszystkie jaskinie po tej stronie Sacromonte wydawały mi się prawie takie same. Wreszcie rozłożyłem plecak na wzniesieniu, które miało najmniej kamieni i gruzu. Słońce zaczęło grzać tak bardzo, że musiałem rozebrać się do spodenek.
Z miejsca, w którym leżałem rozciągała się szeroka panorama, obejmująca całą Granadę, Alhambrę i bardziej w lewo monumentalne, ośnieżone szczyty Sierra Nevady.
Postanowiłem odświeżyć sobie trochę historię miasta i zatopiłem się w lekturze przewodnika, od którego co chwila odrywały mnie ochrypłe krzyki kłócącej się pary – starej, pijanej Hiszpanki i jej marokańskiego partnera, którzy jak się wydawało, zamieszkiwali jaskinię jakieś 50 metrów ode mnie.

Zanim jeszcze zjawili się tutaj Rzymianie, na miejscu Granady leżała mała iberyjska osada, którą Rzymianie przechrzcili na Illiberis, ale choć tutejsza ziemia znana była ze swojej żyzności, jej blask przyćmiony był przez ówczesną stolicę prowincji, Cordobę. W VI wieku władzę przejęli tutaj Vizygoci. (Przez chwilę zdawało się, że wrzeszcząca para, w zgodnej nienawiści zdecydowała się pójść gdzieś indziej, ale niestety wkrótce okazało się, że zeszli tylko do jaskini poniżej, gdzie inna Hiszpanka wydawała się pełnić rolę ich mediatorki). Podczas panowania Vizygotów, na południowym zboczu Alhambry rozwinęła się żydowska osada, Garnatha. Żydzi i Chrześcijanie żyli tutaj w takiej wzajemnej niechęci, że kiedy w 711 roku Muzułmanie najechali tą okolicę, Żydzi stanęli po stronie najeźdźców. Następne kilka wieków było świadkami przechodzenia miasta z rąk do rąk różnych arabskich dynastii, żeby w końcu jako ostatnie z arabskich królestw, po siedmiomiesięcznej bitwie, ulec 150 000 armii tzw. Królów Katolickich, czyli Ferdynanda i Izabeli. Po kilku wiekach, podczas okupacji przez armię Napoleona, miasto doznało sporych zniszczeń i nawet Alhambra była używana jako koszary. Następnie, w czasie wojny domowej zginęło w Granadzie około 7000 liberałów i republikanów, zamordowanych przez Franco, w tym słynny poeta Fedrico Garcia Lorca, który zginął zastrzelony przez funkcjonariuszy Guardii Civil.

Miałem ochotę jeszcze poczytać, ale zmęczony wściekłymi krzykami kłócących się sąsiadów, postanowiłem znaleźć inne miejsce i położyłem się w końcu pod starym, arabskim murem, który od wieków dzieli Sacromonte na pół. Wkrótce ciepło, szum drzew i miękkość trawy, której skrawek udało mi się niespodziewanie znaleźć, wprowadziły mnie w błogą drzemkę, a ciężki przewodnik wysunąwszy się z rozluźnionych palców, opadł cicho na ziemię.

7
Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.

Zdecydowałem, że tego dnia też nie pójdę do Alhambry. Stwierdziłem, że to dopiero mój drugi dzień w Granadzie i nie chcę „zużyć” wszystkich jej atrakcji.
Po południu znalazłem w miarę miły hotelik. Też 18 Euro, ale o wiele przyjemniejszy, a oprócz tego okazało się, że w pokoju mam grzejnik i telewizor.
Wziąłem prysznic, rozpakowałem się do szafy (postanowiłem zostać tam do czwartku) i obejrzałem prawie całą „Planetę Małp” z 68 roku, z Charltonem Hestonem w roli głównej. Wreszcie po jakichś dwóch godzinach odpoczywania, znowu wyszedłem na ulicę. Usiadłem na murku, na Plaza de St. Anna, z Alhambrą za moimi plecami i… nic. Mogłem widzieć jak dookoła mnie pulsuje życie towarzyskie, grupki dumnej, kolorowej młodzieży grają na gitarach i bębnach, popijając wino i paląc skręty, popisując się przed pięknymi dziewczynami swoim żonglowaniem, czy pięknym głosem, ale zamiast czuć radość, poczułem ukłucie zazdrości. Poniżej, nad rzeką również siedziało parę osób, pijąc schłodzone w rzece piwo, w przytulnym odosobnieniu zarośli i skał. Dwie dziewczyny grały na kastanietach i tamburynie, podczas gdy brodaty, dwudziestokilkuletni chłopak, w kolorowym, zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, uderzał mocno w struny gitary i śpiewał coś, co ciężko było mi rozpoznać, poprzez szum rzeki i gwar rozmów z pobliskich barów i kawiarenek.

Jestem smutnym gościem, który wpadł na chwilę i wie, że ma za mało czasu, żeby naprawdę posmakować tej ulicy i tego miasta, z jego tajemnicami, które ci bezczelni, nie obawiający się wcale raka płuc młodzieńcy, znają jak własną kieszeń. Dla nich to po prostu dom, o dumnej, a czasami wstydliwej historii, pełen beztroski i pierwotnej wiary w kult prawdziwego mężczyzny i prawdziwej kobiety, oraz krwawej, ciężkostrawnej kuchni, której nigdy nie spróbuję. W Hiszpanii tak wielu młodych ludzi próbuje pokazać swoją niezależność i naturalny opór wobec zorganizowanej kontroli państwa i instytucji. Bunt ten jednak nie przeszkadza im być dumnym z bycia Hiszpanem, Andaluzyjczykiem, Baskiem, Gallego, czy Katalończykiem.
Nie mitologizuję Hiszpanów. Tak jak wszędzie, są tutaj różni ludzie i problemy, myślę jednak, że jako jeden z nielicznych w Europie (a być może jedyny w Europie Zachodniej) kraj ten zachował w sobie ogień indywidualności, który w innych krajach coraz bardziej gaśnie.
Wędruję myślami do latach dwudziestych i trzydziestych, kiedy to Hiszpania tętniła rewolucyjnym życiem, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi zostało porwanych przez socjalistyczne i anarchistyczne idee równości i nitscheańską wiarę w moc ludzkiego ducha. Ze wszystkich państw Europy Zachodniej, tutaj rewolucja była chyba najbliższa wybuchowi. Ciekawe byłoby zobaczyć jak wyglądałaby ona w wykonaniu Hiszpanów, którzy są przecież tak inni niż Rosjanie, czy Chińczycy. W czasie wojny domowej, pomiędzy 34, a 36 rokiem połowa kraju była w rękach republikanów, jednak przy wsparciu Hitlera i Mussoliniego, Franco musiał wygrać tamtą wojnę.
Nie tylko Hiszpanów porwał duch walki. Wkrótce powstały Międzynarodowe Brygady, które zasiliło tysiące ludzi z całego świata, w tym między innymi George Orwell, który ledwo uszedł z życiem, czy też Laurie Lee, od którego książek nie jestem w stanie ostatnio się oderwać. Oprócz tego nasi „Dąbrowszczacy”, polscy obywatele walczący w Hiszpanii przeciwko Franco, których ogółem walczyło w Hiszpanii około 5000.

* * * * * * * * *

Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, że słońce zaszło już za Pałacem Królów i dopiero chłód wyrwał mnie z odurzających wizji walki za słuszną sprawę. Tłum na placyku zelżał już o jakąś połowę. Dystyngowane panie z dziećmi oglądały z zainteresowaniem wyczyny dredziastych żonglerów. Grupka eleganckich, pachnących perfumami Marokańczyków o wyżelowanych włosach, rozmawiała o czymś z ożywieniem, podczas gdy ich gardłowy, arabski język, dziwnie pasował i równocześnie nie pasował do tego miejsca i wieczoru. Radosne, spuszczone ze smyczy psy zawierały nowe znajomości, a angielscy turyści ze zmęczeniem robili zdjęcia znikającej w zmierzchu Alhambrze i przyglądali się ze znudzonym niezrozumieniem ruchliwym i głośnym tubylcom.

Pomyślałem sobie, że jutro z pewnością odwiedzę Alhambrę i może, jeśli będę miał szczęście i wewnętrzną muzykę, która grała mi teraz, poczuję tam coś szczególnego, jak bohater „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, który przechadzając się po uliczkach wymarłego miasta pięknej, odeszłej już w przeszłość cywilizacji, był w stanie choć przez chwilę usłyszeć zapomnianą muzykę i zrozumieć słowa martwych, marsjańskich poetów.

Mała dziewczynka bawiąc się w chowanego z mamą i tatą, schowała się za filarem ławki, na której siedziałem i patrząc mi poważnie w oczy, przyłożyła do nosa palec i wyszeptała: „Tsssss…”, a po chwili już jej nie było.


8
Stary znajomy.

Wieczorem, po tym jak opuściłem placyk świętej Anny, spotkała mnie miła niespodzianka. W sieci kolorowych, lśniących klejnotami arabskich sklepów uliczek natknąłem się na Fernanda. Kiedy byłem tutaj pięć lat wcześniej, zarabiając na życie akordeonem, kilka razy grałem pod należącym do niego sklepem z pamiątkami. Przypadłem mu wtedy do gustu i zawsze wrzucał mi parę groszy do kapelusza, a raz wynajął mnie nawet na urodziny swojej pracownicy, żebym zagrał jej „Cumpleanos Feliz” („Sto lat”). Pod koniec, kiedy chciałem już wracać do domu, mając po dziurki w nosie tej mojej chaotycznej wyprawy, poprosiłem Atmę, żeby przysłał mi z Danii 50 Euro, dzięki czemu miałbym choć parę groszy na powrót do Polski. Przesyłka od Atmy opóźniała się coraz bardziej, aż w końcu nie wytrzymałem i obwieszony plecakiem, śpiworem i akordeonem odwiedziłem Fernanda w jego sklepie i poprosiłem o pożyczkę. Zaskoczyło mnie wtedy, że bez mrugnięcia okiem się zgodził i od razu wyciągnął z kasy 50 Euro. Potrzebowałem wtedy tego, żeby ktoś potraktował mnie po ludzku i jego zachowanie podniosło mnie bardzo na duchu. Zostawiłem mu numer przekazu, który był potrzebny, żeby odebrać na poczcie pieniądze, które jakoś nie mogły do mnie dojść i obiecałem wysłać mu kartkę z Polski, ale niestety po drodze do domu zgubiłem jego adres.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem zaraz po przyjeździe, była próba odnalezienia Fernanda, ale niestety nie udało mi się rozpoznać sklepu, w którym wtedy szefował.
Tego dnia, wieczorem przechadzałem się po prostu bez celu, w okolicach katedry, kiedy nagle zobaczyłem jego znajomą twarz. Podszedłem się przywitać i po chwili, kiedy mnie sobie przypomniał, zaciągnął mnie do sklepu, żeby przedstawić żonie i pochwalić się parą bliźniaków; Juanem i Pedro. Porozmawialiśmy przez chwilę, ucieszył się bardzo, kiedy powiedziałem mu, jak wiele wtedy znaczył dla mnie jego gest i pogratulował mi pracy z dziećmi, zwierzając się, że jego żona bezskutecznie próbuje dostać się do tego typu pracy. Nie miał już też swojego sklepu, który zbankrutował kilka lat temu i obecnie prowadził firmę budowlaną. Pokazał mi też początki katarakty, która zaczęła pokrywać jego oczy i powiedział, że trochę go to martwi.
Po pół godzinie rozmowy uściskaliśmy się serdecznie i poszedłem w swoja stronę, żeby nadal szukać skarbów zagubionych na uliczkach gwarnej nocy.

9
Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.

Poranek przywitał mnie jednoznacznym błękitem oszlifowanego diamentu nieba. Choć w cieniu chłód ciągle jeszcze szczypał, to z minuty na minutę, zamiast szukać blasku słonecznego, instynktownie zacząłem przylegać do kuszących cieniem wąskich chodników pod popękanymi, białymi ścianami. Niezdecydowany co do tego, gdzie uraczyć się mleczną kawą, w końcu skierowałem się na Plaza Nueva, która tak wcześnie i do tego w niedzielę, w niczym nie przypominała wczorajszego głośnego i tłocznego festynu. Zamówiłem kawę i tosta z masłem i dżemem, po czym na pół godziny zawędrowałem razem z Laurie Lee do przedwojennej Segovii i Madrytu. Był to inny świat od tego, który miałem przed swoimi oczami teraz; bardziej biedny, oryginalny i niewinny, na rok przed bratobójczą wojną, której cienie do teraz prześladują Hiszpanię. Niektóre rzeczy pozostały jednak takie same. Ciasne kafejki z dumnymi i smutnymi (nierzadko bezczelnymi) kelnerami, zmęczeni i brzydcy żebracy monotonnie i mechanicznie zbierający swoje grosiki, którym pokornym prośbom zaprzeczają chytre i nieprzyjemne oczy, flamenco, słońce, Cyganie, choć dziś już nie tak malowniczy jak wtedy i oczywiście turyści, którzy w krótkim okresie Republiki zalali Hiszpanię w poszukiwaniu słońca i wrażeń.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy w końcu nie zwiedzić Alhambry i nawet wdrapałem się pod samą jej bramę, ale okazało się, że dostępne są tylko dwa rodzaje biletów – jeden ważny od ósmej do czternastej, a drugi od czternastej do dwudziestej, doszedłem więc do wniosku, że tak jak planowałem wcześniej, wolę jednak pójść tam wieczorem. W sklepiku z pamiątkami kupiłem mały przewodnik po Alhambrze i zszedłem z powrotem w dół, w stronę rzeki, a następnie do Albayzin, gdzie dobiegające ze sklepu z pamiątkami (Galeria Albayzin na Plaza del Salvador) dźwięki grającej flamenco gitary, skusiły mnie, żeby usiąść na zanurzonej w cieniu kamiennej ławce.
Wyraźnie znudzona dziewczyna, która, jak mi się wydawało prowadziła sklepik, wyszła na zewnątrz, usiadła na murku i zaczęła czytać jakąś książkę, aż młody, jasnowłosy chłopak nie przywitał jej dźwięcznym „Hola guapa!” Kiedy odpowiedziała, zaskoczył mnie jej przyjemny, melodyjny głos, który w ogóle nie pasował do jej zwalistej, prawie otyłej figury i czarnych, zniszczonych trwałą ondulacją, błyszczących (pewnie polakierowanych) włosów. Towarzystwo chłopaka sprawiło, że przestała się garbić, porzuciła swoją niedbałą, leniwą posturę, na rzecz zalotnej pozy, lekko podkreślającej wcięcie talii i figlarnie przekrzywiła głowę.
Wyżej, ponad areną starożytnej, męsko-damskiej gry i ponad dźwiękami zawodzącego flamenco, przed moimi oczami rozciągało się zbocze Sacromonte (Świętej Góry), nad której pooraną bliznami jaskiń twarzą, wznosiła się dumna korona arabskiego muru, pozostałość innego, ciągle jeszcze niezapomnianego tutaj świata. Z ławki, na której siedziałem, mogłem widzieć obydwa miejsca, w których wczoraj odpoczywałem; kamieniste wzniesienie, na którym byłem świadkiem zaciekłej kłótni tłustej starej Hiszpanki i jej konkubenta – nerwowego, kościstego Marokańczyka, a po lewej, pod samym murem, strome, ukryte pośród drzewek zbocze, u stóp biało-brązowego budynku, gdzie cieszyłem się drzemką.

* * * * * * * * *

Drugie śniadanie postanowiłem zjeść w El Triunfo; małym parku, kilkanaście minut spaceru z Plaza Nueva. W niedzielę w Hiszpanii większość sklepów jest pozamykana, ale udało mi się znaleźć mały, kiepsko zaopatrzony, chiński sklepik. Kupiłem chleb, ser, oliwki, karczochy i rozłożyłem się w cieniu, na betonowej ławce, ukrytej wśród drzew. Na ławce obok leżał na kartonie starszy pan, Marokańczyk, który z wdzięcznością przyjął zaproszenie do posiłku.
Kiedy skończyliśmy jeść, staruszek poszedł kontynuować drzemkę, a do mnie zbliżył się wielki facet, około pięćdziesiątki, o wyłupiastych brązowych oczach i szczerbatym uśmiechu.
- Buen dia nino, nie przeszkadza ci, że sobie z tobą usiądę?
Z radością przyjąłem towarzystwo i zrobiłem trochę więcej miejsca na ławce. Wielki mężczyzna wyciągnął z kieszeni grubego skręta.
- Zapalisz porrito (skręta)?
- Trawa, czy czekolada (tak w Hiszpanii mówi się na haszysz)?
- Trawa, trawa, nie palę czekolady, za bardzo uderza do głowy.
Zaciągając się pachnącym jointem, Pepe zaczął wychwalać Granadę i Andaluzję jako miejsce, którego zazdrości im cały świat. Po chwili wyciągnął z plecaka butelkę rozrobionego z Fantą wina i pociągając dużego łyka, nie dotykając ustami szyjki butelki, jak to jest w zwyczaju w Hiszpanii, podał mi trunek. Prawie nie poczułem wina w tej miksturze, ale i tak byłem na leciutkim rauszu, skończywszy przed chwilą wino, którego zostało mi trochę z wczoraj. Pepe należał do tego typu dużych, żartobliwych i gadatliwych olbrzymów, którzy w jakiś sposób są w stanie znaleźć wspólny język z każdym i których rubaszność, zmieszana z grubiaństwem sprawia, że jesteś w stanie dużo im wybaczyć. Pepe słysząc, że lubię podróżować, wyciągnął komórkę i zaczął pokazywać mi z dumą swoje zdjęcia z podróży do Włoch i do Belgii, opowiadając o górach po jakich się wspinał i winach jakie próbował.
Później przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Pepe zaczął okazywać zainteresowanie otoczeniem.
- Hombre, patrz na tą sikorkę – oblizując się, wskazał głową na spacerującą niedaleko, młodą, cycatą dziewczynę. Po chwili zagwizdał na chudą Cygankę w średnim wieku i na krótko ostrzyżoną, drobną punkówę. Jakby czytając moje myśli, wyjaśnił:
- Dla mnie nie ma znaczenia, czy kobieta jest chuda, gruba, ładna, młoda, stara, czy brzydka. Ja widzę tylko ich kobiecość, esencję i nic ponad to.
- Y usted jest żonaty? – spytałem.
- Właśnie dlatego nie jestem! Dlaczego miałbym unieszczęśliwiać jakąś mujer? Nigdy nie wytrzymałbym z jedną.
Musiałem przypaść mu do gustu, bo powiedział mi, żebym zaczekał, a on w tym czasie przyniesie drugie wino. Nie zdążyłem nawet napisać pięciu zdań w swoim dzienniku, kiedy był już z powrotem, z kartonem najtańszego wina (Don Simon) i butelką Fanty. Sprawnie rozrobił trunek z oranżadą, w dwóch plastykowych butelkach, z których jedną podał mi, a drugą położył na ławce, obok swojej ręki. Posiedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, komentując grających na bębnach rastamanów, którzy siedzieli kilka ławek dalej i każdą dziewczynę, która zjawiła się w zasięgu wzroku, tzn. Pepe komentował, a ja zgadzając się, albo i nie i tak potakująco kiwałem głową.
W końcu zostawiłem go ze starszym panem, który przysiadł się na naszą ławkę i ruszyłem po raz kolejny w stronę starego miasta.

10
Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?

Otwarłem oczy i bez powodzenia spróbowałem przełknąć nieobecną ślinę. „Pić…” jęknąłem i po chwili jęknąłem jeszcze raz uświadamiając sobie, że nie mam żadnego soku, ani nawet wody, żeby ugasić czymś pragnienie. Dotyk chłodnej posadzki mojego hotelowego pokoju otrzeźwił mnie trochę i pomógł odzyskać mi zmysł równowagi. Poczłapałem do kuchni, w wyobraźni widząc już jakiś zapomniany przez hospitalero karton soku pomarańczowego. W końcu znalazłem tylko cytrynę, którą wycisnąłem do dzbanka wody i tak zaopatrzony wróciłem do pokoju. Kiedy wreszcie ugasiłem pierwsze pragnienie, spróbowałem uporządkować chaotyczne i mgliste wspomnienia z drugiej połowy wczorajszego dnia.

Z El Triunf, tak jak planowałem, wróciłem do centrum starego miasta. Mijając Plaza Nueva, poprzez Carrera del Darro doszedłem do Plaza de St. Anna, pod Alhambrą i spędziłem tam kilka godzin, czytając w blasku słońca (o czym świadczyła moja piekąca, czerwona twarz) i paląc kiepską tabakę. Kiedy zacząłem już tracić zainteresowanie książką, nagle usłyszałem głośną muzykę, coś wesołego z lat dwudziestych. Podniosłem głowę i zobaczyłem ubraną w spódniczkę z trawy dziewczynę, pląsającą jak szalona, która wyglądała, jakby urwała się z moskiewskiego cyrku. Dziewczyna (która miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego) wkrótce przyciągnęła uwagę ludzi odpoczywających na okolicznych ławkach i klientów pobliskiego baru, którzy rozsiedli się pod osłaniającymi ich od palącego słońca parasolami. Pokaz trwał z piętnaście minut. Choć nie był zbyt profesjonalny i czasami jej taniec wydawał się przypadkowym i bezładnym zlepkiem kroków i poskoków, to spodobał mi się entuzjazm dziewczyny. Kiedy skończyła, wrzuciłem jej monetę i zaproponowałem łyka wina i papierosa, co przyjęła z wdzięcznością.
- De donde eres? (Skąd jesteś?) – spytałem.
- Soy Polaca.
- Hej! Ja też!.
Dziewczyna pochodziła gdzieś z północy Polski i mieszkała w Granadzie już od czterech lat, kiedy to przyjechała autobusem, zobaczyć jak wygląda Hiszpania i ostatecznie spodobało się jej tak bardzo, że została. Teraz mieszkała w jaskini na Sacromonte gdzie, jak z dumą ogłosiła, udało się jej ostatnio nawet zameldować. Wyciągnąłem z niej tylko jej lokalne imię – Vinia.
Kiedy zaczęła przygotowywać się do kolejnego występu, pożegnałem się i skierowałem na Plaza Nueva, gdzie chciałem zjeść pozostałości z obiadu (chleb, ser i oliwki) i dokończyć butelkę wyśmienitej Riojy.
Tam właśnie spotkałem Eduarda – Baska, któremu zawdzięczałem większą część mojego siarczystego kaca.
Kiedy jadłem, obok mnie, na ziemi usiadł długowłosy chłopak w moim wieku i zaczął czytać książkę. Kiedy skończyłem jeść, rozgrzany towarzysko po dzisiejszych spotkaniach, wyciągnąłem do niego butelkę.
- Napijesz się?
Brodaty, ciemnowłosy chłopak o czystych, sympatycznych oczach przyjął poczęstunek i powiedział żartobliwie:
- Szkoda, że nie podzieliłeś się swoim obiadem. Wyglądał przepysznie – i przysiadł się bliżej, wyciągając rękę.
- Eduardo.
- Martin – odpowiedziałem mocnym uściskiem.
Rozmowa szła nam przyjemnie i wartko. Eduardo był młodym architektem, który niedawno dostał pracę w Granadzie i pochodził z małej wioski, gdzieś w Pais Basko. Po chwili okazało się, że obaj dzielimy doświadczenie Camino de Santiago i następną godzinę poświęciliśmy na grę zgadywania i przypominania sobie kolejnych miast, albergues i hospitaleros z trasy.
Kiedy skończyliśmy wino, Eduardo zaproponował, że kupi następne i pobiegł do pobliskiego, jedynego otwartego w niedzielę sklepu.
Kiedy wrócił rozmawialiśmy jeszcze o Hiszpanii, wojnie domowej, rewolucji (przy czym próbowałem go bezskutecznie przekonać, że jeśli rewolucja ma się gdzieś zacząć, to właśnie tutaj, w Hiszpanii), o Anglii, Bogu, jego życiu, moim życiu. W połowie butelki dołączyło do nas kilku jego przyjaciół i wkrótce stworzyliśmy całkiem sporą i głośną grupkę. W międzyczasie zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wszyscy stwierdzili, że trzeba by znaleźć jakieś schronienie. Wreszcie większość zdecydowała się pójść do domu jednego z chłopaków, żeby kontynuować imprezę, ale Eduardo nie był zbytnio zainteresowany i w końcu odłączyliśmy się od reszty i Eduardo zaproponował, żebyśmy poszli na piwo i tapas do jakiegoś baru.
Barów, które odwiedziliśmy, było dwa, ale nie pamiętałem ani ich nazwy, ani nazwy ulicy, bo w tamtym momencie rzeczywistość zaczęła dla mnie wyglądać trochę mętnie i abstrakcyjnie. Z pierwszego baru pamiętam, jak założyłem się z Eduardem, że zaproszę do naszego stolika dwie Japonki, które samotnie popijały piwo przy barze. Pamiętam jak zmroziły mnie wzrokiem i ostentacyjnie odwróciły głowy w drugą stronę.
- Don Juany to z nas nie są – powiedziałem teatralnie smutnym głosem do Eduardo i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, przeklinając naszą nieatrakcyjność.
W drugim barze zabawiliśmy dłużej i to tam rzeczywistość z abstrakcyjnego, ale ciągle dość ostrego obrazu przeszła w wirującą i dźwięczną mgłę.
Dwóch młodych Cyganów grało na gitarach, śpiewając z życiem i energią pieśni flamenco, podczas gdy kilka dziewczyn w kolorowych spódnicach klaskało i tańczyło ze skupieniem, pogrążone w spoconej, erotycznej i wibrującej medytacji. Obydwoje z Eduardo nie mogliśmy oderwać oczu od tej sceny i następną godzinę spędziliśmy, wpatrując się w tą spontanicznie powstałą juergę, kiwając tylko do rytmu głowami.
Nie wiem o czym myślał Eduardo, dla którego, jako Baska ta scenka pewnie również była czymś egzotycznym, ale ja byłem kompletnie pogrążony w odurzającej zazdrości, wiedząc, że jestem tutaj, w tym kraju tańca i miłości, którym Hiszpania ciągle jeszcze jest, tylko gościem, duchem z innego świata, który przysiadł w tym starym barze i z nostalgią przysłuchuje się ognistym gitarom, pośród żywych ludzi, którzy nie mogą go zobaczyć.
W końcu kolejny łyk trunku zawirował mi świat i z Eduardem za przewodnika dotarłem jakoś do swojego hoteliku, a po chwili spałem już jak dziecko, ciągle słysząc smutno-radosne dźwięki strun i ochrypłe głosy Cyganów z innej epoki.

11
Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie.

Na śniadanie zjadłem posiłek składający się ze świeżego, chrupiącego chleba, karczochów z puszki, avocado i owczego sera. Ciągle czułem się zmęczony po wczorajszej borracherze, stwierdziłem więc, że wrócę na trochę do hotelu i poleżę w łóżku, czytając książkę, albo oglądając telewizję. Po drodze kupiłem jeszcze u Chińczyków ładowarkę do telefonu i gdzieś tak do czternastej leżałem po prostu w pokoju, lecząc kaca sokiem pomarańczowym i śledząc z wypiekami na twarzy dalsze przygody Lauriego Lee. Po kilku miesiącach włóczęgi w końcu dopadła go wojna, której początek pasjonująco opisał z punktu widzenia dwudziestoletniego, niewinnego trampa. Próbowałem wyobrazić sobie, jakie to było uczucie być tam, doświadczając życia, tak jak ja robię to teraz, może trochę bardziej beztrosko i nagle widzieć jak wali się porządek świata i jak zwykli ludzie, pechowcy historii przez chwilę czują, że mogą zmienić przeznaczenie, zniszczyć niesprawiedliwą przeszłość i na nowo podzielić świat, tym razem sprawiedliwie i mądrze. A trochę później patrzeć, jak ich marzenia rozsypują się pod ciosami ślepej siły, pragnącej zachować stary porządek świata. Niektórzy ludzie rodzą się za wcześnie (a niektórzy za późno), a ich próby naprawienia historii, z góry są skazane na niepowodzenie.

Do takich refleksji zaprowadził mnie Laurie Lee i nagle z żalem zdałem sobie sprawę, że doszedłem do końca książki.
Później poleżałem jeszcze trochę z rękami pod głową, wpatrując się w sufit, aż zaczęły mnie kusić dobiegające zza pół otwartych okiennic głosy ulicy, wabiące obietnicą nowych twarzy i rozmów, wysmarowałem więc twarz kremem na oparzenia słoneczne i wyszedłem ”na miasto”.
Po trzech dniach żywienia się chlebem i serem stwierdziłem, że przydałoby się zjeść coś ciepłego i targany wyrzutami sumienia zacząłem szukać jakiejś restauracji z wegetariańskim jedzeniem. (Skąd wyrzuty sumienia? Jak zwykle. Wydawanie ciężko zarobionej kasy zawsze boli.)
Wreszcie błądząc po arabskiej dzielnicy (która tak przynajmniej wyglądała), na ulicy Caldereria Nueva znalazłem małą arabską restauracyjkę, która podawała jarskie potrawy. Jedzenie było kiepskie, a kelnerka bardzo niemiła, traktująca każde wymaganie jak osobisty zamach na jej swobody obywatelskie, ale cieszyła mnie inność tego miejsca; jego północno-afrykański wystrój i marokańska muzyka.
Po mojej lewej stronie siedziała spora muzułmańska rodzina, rozmawiająca jednak po hiszpańsku. W grupie wyróżniała się biała kobieta, która przejęła arabski strój i zachowanie, jednak jej łamany hiszpański i angielskie zdania, którymi go przeplatała zdradzały jej „niewierne” pochodzenie. Dopóki mężczyźni siedzieli z kobietami, pozostawały ciche, ale kiedy po posiłku wyszli na papierosa, zaczęły nieśmiałą rozmowę, której przewodziła biała „Arabka”. Kiedy w końcu wyszła do toalety, dwie pozostałe dziewczyny, ściszonym głosem zaczęły ją obgadywać.

Po prawej ręce miałem izraelsko-anglosaską grupkę, której członkowie komentowali po angielsku i hebrajsku kiepską jakość posiłku i starali się nie widzieć stalowych spojrzeń, rzucanych im przez muzułman siedzących po mojej lewej.

Po pewnym czasie niesympatyczna kelnerka zajęła opróżniony przez Izraelitów stolik i z niezadowolonym wyrazem twarzy zajęła się brzęczącym obliczaniem miedzianych napiwków, co kilka sekund rzucając nieprzyjemne spojrzenie na drzwi wejściowe, mając nadzieję, że choć przez chwilę żaden przechodzeń nie wpadnie na głupi pomysł zjedzenia tu obiadu. Wychyliłem ostatni łyk wina i skierowałem się (który to już raz?) w stronę Alhambry, z silnym postanowieniem, że tym razem spróbuje tam dotrzeć. Jeśli oczywiście nic nie przydarzy się po drodze.

12
Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze.

Usiadłem na ławce, oddając się myślom. Czułem, że muszę spróbować wejść na trochę wyższą falę melancholii i wznieść się z suchej depresji i wyobcowania, na smutną nostalgię, która nawilżyłaby mi duszę choć kilkoma kroplami ciepłej zadumy. Nie wiedziałem, co ściągnęło mnie tak bardzo w dół. Może była to zatłoczona hałaśliwymi turystami Alhambra, która w niczym nie przypominała wierszy Lorci, ani obrazów Giraulta de Prangey, ale raczej supermarket pełen klientów biegających ze swoimi aparatami od jednego produktu do następnego. A może to dzisiejszy kac zmieszał się z tęsknotą za domem i zmienił mnie z żądnego przygód, siedmiodniowego wagabundy, w zagubionego i gorzkiego faceta ścigającego złudzenia.

Miałem trochę nadzieję, że uda mi się zobaczyć Alhambrę taką, jaką wyobrażałem ją sobie jeszcze kilka dni temu (a w sumie to kilka lat, od momentu, kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz z jaskini w Sacromonte), ale nie potrafiłem przedrzeć się przez groźnych ochraniarzy, rozmawiających poważnie przez krótkofalówki, ani przez spoconych, podekscytowanych turystów, którzy wymieniali się szablonowymi okrzykami zachwytu.
Ciężko jest mi napisać coś o samych zabytkach; coś co nie było już napisane tysiące razy. Tak, budowle dawnych mieszkańców tej ziemi różnią się od topornych, grubo ciosanych z kamienia pozostałości po ich chrześcijańskich następcach. Jest w nich lekkość, dbałość o szczegóły , cierpliwość (tak cierpliwi potrafią być tylko ludzie pustyni) i zmysłowość, którą znamy z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Tamci ludzie inaczej postrzegali świat, starali się czerpać z niego radość innymi zmysłami niż my i wyrażać siebie w cierpliwej dokładności i delikatności. Tyle mogłem zobaczyć, ale byłem daleko od prawdziwego dotknięcia tego, co rejestrowałem oczami i aparatem. Może gdybym był tam sam, w ciepłą letnią noc, dawni władcy Alhambry z dumą oprowadziliby mnie po swoich domach i pałacach, opowiadając o swoich marzeniach i wizji świata. Dziś jednak nie było tam żadnych duchów, które wystraszone fleszami aparatów i krzykami biegających po krętych korytarzach dzieci, uciekły; może na pustynie niedalekiej Afryki, ujeżdżając piaskowe konie, a może wróciły do swojego Raju, odpocząć wśród pięknych Hurys. Dziś byłem tam tylko ja, misterne, martwe rzeźby i spoceni turyści.

Przechadzając się po Alhambrze i spoglądając w dół, na Granadę, pomyślałem o tysiącach Arabów, którzy tutaj mieszkali, a którzy w końcu musieli opuścić Hiszpanię; ostatni z nich w XVI wieku zostali zapakowani na statki i porzuceni na plażach Afryki.
Kilkaset lat później Walter Starkie, kolejny pisarz, którego bardzo lubię, przemierzając Maroko został zaproszony na kolację do domu pewnej arabskiej rodziny. Po posiłku gospodarz wyciągnął z szafy zawinięty w materiał jakiś ciężki przedmiot i podał go Starkiemu.
- Zobacz.
Starkie wyciągnął z zawiniątka ciężki, metalowy klucz i spojrzał pytająco na gospodarza, na co ten powiedział uroczyście:
- Kiedy Hiszpanie wyrzucali nas z naszych domów, każda z rodzin zachowała klucz do swojego domu i od tego czasu jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie.
- Ale po co? – spytał zaciekawiony Starkie.
Oczy starego Araba zabłysnęły ogniem.
- Bo pewnego dnia wrócimy do domu.

* * * * * * * * *

Idąc do domu, wstąpiłem do kafejki internetowej, żeby przerobić na mp3 ostatni album Macaco, który kupiłem rano za 15 euro. Jak zwykle Macaco poprawił mi trochę nastrój. Każda kolejna z jego płyt jest bardziej liryczna i pozytywna. Przestał już porywać do tańca wesołymi, zawadiackimi kawałkami, ale postanowił wejść głębiej, poszukać duchowości, czegoś co łączy wszystko. W jednej z pierwszych na płycie piosenek śpiewa: „Każdy z nas jest kroplą morza, wszyscy jesteśmy tacy sami, a jednak każdy z nas jest inny.”

13
Prawdziwy smak flamenco.

Około dziewiątej wieczorem leżałem już w łóżku, skacząc po ośmiu dostępnych kanałach telewizyjnych, kiedy zadzwonił telefon. Eduardo zapraszał mnie do baru, gdzie tej nocy grali flamenco. Miałem do wyboru – zostać ze swoją melancholią i


macaco dołączył
28.01.2009

macaco 20:15 | 02.04.2009

Nie zmieściła się całość- reszta jest tutaj:
www.globtroter.pl/forum/watek,16602,byli,tez,ciemnoocy,o,ochryp  lych,glosach,,,,czesc,druga,hiszpania.html



Strefa Globtrotera

Forum dyskusyjne

Aby korzystać z forum należy być zarejestrowanym użytkownikiem Globtroter.pl. Kliknij [TUTAJ], jęśli jesteś nowy.

Wypowiedzi użytkowników publikowane w Globtroter.pl są prywatnymi opiniami osób korzystających z Forum.

Globtroter.pl zastrzega, że nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i w żaden sposób nie utożsamia się z poglądami wyrażanymi w tym miejscu.

Wszelkie wątpliwości prosimy kierować na adres: globtroter@globtroter.pl.

Redakcja Globtroter.pl zastrzega sobie prawo do moderowania i redagowania wypowiedzi na Forum bez podania przyczyn, zamieszczanie treści reklamowych jest zabronione.

Jak dodać wątek

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie [tutaj]
  2. Zaloguj się (na każdej stronie)
  3. Utwórz nowy wątek na forum [tutaj]
X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2016 Globtroter.pl