Forum dyskusyjne

Ruszamy na Afrykę zach

kategoria podróże po świecie

EDI dołączył
07.09.2011

EDI 20:22 | 22.12.2011

Witam.
Głównie znajomków (dla nich powstaje ten wątek-niech wiedzą gdzie szukać moich zwłok) ale i innych globtroterów serdecznie zapraszam.
Wątek rozpoczynam przed wyjazdem - bo i linka trzeba zapodać, no i ktoś nie daj Bóg pomyśli "wyjazd i chejka".
Nie ma tak dobrze - najpierw ok. tysiaka - szczepionki (w liczbie bliżej nieokreślonej), moskitiery, muggi, szpraje, Malarony ..... no i kilka flaszek trzeba postawić (a nuż nie wrócimy...., inny powód-profilaktycznie na malarię itd).
Wyprawa jest 2 edycją (trochę poszerzoną).Poporzednia edycja opisana jest również na Globtroterze:
tytul: Do i po Afryce Zachodniej. > MAURETANIA, MALI, BURKINA FASO
autor: piotr102

Ruszamy busem trochę przerobionym na potrzeby wyprawy w 9 osób jako wyprawa partnerska (każdy na własną odpowiedzialność-to nie biuro podróży), przed nami ok 23.000 km i ciekawe kraje:Maroko, Sahara Zach., Mali, Mauretania, Burkina Faso, Togo, Benin, Ghana,Gambia, Senegal i jeszcze cośtam po drodze(poza tą dużą piaskownicą).
A chcemy zobaczyć to:
maps.google.com/maps/ms?msid=214110226056599808439.0004b1536b4f  b530d8014&msa=0&ll=7.874265,-0.933838&spn=6.60215,7.305908

Ruszamy 27.12 a szczęśliwy (mam nadzieję) powrót - po 7 tygodniach, ok 15 lutego. Postaramy się spisywać wrażenia podczas przejazdów, a co kilka dni poszukać kafejki internet. i uzupełnić wątek (na ile często-sprawdzimy realia afrykańkie).
Na razie pakowanie i .....Święta. A jeśli Boże Narodzenie - to i życzenia. Dla wszystkich Globtroterów spokojnych, zdrowych i radosnych Świąt. Obyście odwiedzili te miejsca o których marzycie (albo w realu, albo palcem na mapie)
CDN


mario-mil dołączył
21.10.2008

HILL dołączył
27.12.2011

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 20:56 | 27.12.2011

Na szczęście, choć brzmi to co najmniej niestosownie, porywają głównie Francuzów ...


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 17:44 | 30.12.2011

No to jedziemy
Ruszamy z Wrocka.9 osob i troszke przerobiony busik do celow wypraw.
27,28.12
jedziemy sobie.Na razie na terenie Niemiec,Francji czy Hiszpani porwania nam nie groza.Dopiero w okolicach Malagi z nudy powoli ociepla sie, zaczynaja sie gaje oliwek, palmy-ogolnie cos sie dzieje.Po drodze pierwsza niespodzianka-Mauretania od kilku dni zmienila zasady przyznawania wiz.Koniec z wizami na granicach-teraz chca wczesniej wiedziec kto do nich jedzie, wiec tylko w ambasadach5tak jakby to europejczycy robili im wiece w stolicy).Paryz, Madryt czy Rabat? Decydujemy sie na Rabat- problem jest w tym ze bedziemy w Rabacie w piatek a wiza to dzien czekania.A ze sobota i niedziela-wypadnie 3 dni w Maroku no i Sylwester nie tam gdzie planowalismy.....Co bedzie to bedzie
Dojezdzamy do Alcesiras ok 13 szybciutko bilety na prom(nawet nie tak drogo-bus+ 9 osob 190 Euro, ale po targach kupujemy w 2 strony za 300 euro).Szybciutko bo prom o 14. Stajemy przed 14 w kolejke i.......ok16 prom przyplywa a o 17 nawet jestesmy w srodku.W Maroku jestesmy ok18 odprawa, wymiana kasy i gonimy jak najblizej Rabatu zeby zaraz z rana dobijac sie do ambasady Mauretani.Dojezdzamy ( z malymi nieoswietlonymi niespodziankami na autostradzie) do Kenitry.Nawet fajny camp, ceny niedrogie no i jest goracy prysznic!!!
29.12
6.30 pobudka, kawka na sniadanko i gonimy do Rabatu.O 8 stajemy grzecznie pod ambasada, a o 9 juz wiemy ze z naswych planow nici.Dzien czekania i koniec (dla nas to 3 dni).
Co robic-poszwendamy sie po Maroku.Na dzis Rabat a potem glosowanie ekipy co robimy do poniedz.Lazimy po twierdzy Sella, potem medyna (zestaw 7 rybek za 2,5 Euro) a wieczorkiem szukamy noclegu na dziko.No i wreszcie 25 st.C sloneczko grzeje i swiat jest piekny!
CDN


danjia dołączył
26.03.2008

danjia 21:55 | 30.12.2011

hej.Fajnie słyszeć jak Wam idzie. Bawcie się dobrze w Sylwestra i wszystkiego dobrego w Nowym Roku a szczególnie samych miłych przygód i szczęśliwego powrotu do domu.
Pozdrawiamy


Piotr1970 dołączył
31.12.2011

Piotr1970 18:21 | 31.12.2011

Edek, jakieś fotki by się przydały ,chyba ,że aparat ci zajumali znów. Miłego SYLWESTRA i szczęscia w nowym roku


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 16:28 | 02.01.2012

30.12
Rabat)lazenie.Wieczorkiem uciekamy na dzika plaze a tu niespodzianka-zamiast dzikiej plazy budowa kompleksu hoteli,ale na koncu znajdujemy spokojny parking i.....po chwili podchodzi AMIGO.
Prawdziwego imienia nie daz sie zapamietac ale ze on co drugie slowo Amigo- no to jest Amigo.Podobno strozuje tutaj i za 30 DH mamy nocleg(na fajki mu braklo?)Cezar ma (mial) fajny bimber wiec Amigo po pierwszym oczami zamrugal i FRIEND sie zmienilo w FAMILI, po 2 kolejce dal nam klucze od kanciapy do spania a po 3 zaprosil nas na kif
31.12
Trzeba te czekanie na wize jakos zagospodarowac wiec decydujemy sie na FES.Wiekszosc z nas juz go przerabiala wiec garbiarnie i farbiarnie sobie odpuszczamy - czyli standarcik-medyna i suk.Noc na campie i najpierw o 23 (bo w Polsce polnoc) a potem zgodnie z lokalnym zegarem mamy 2 sylwestry
01.01
SZCZESLIWEGO NOWEGO ROKU
Rano jako jedyny nadajacy sie za kierownice z przerazeniem slucham planow na dzis.Z planow na mapie wynika ze reszta chce za 1 dzien objechac cale Maroko.Tutaj podejrzanie sucho w gardle a tym sie na pielgrzymki zebralo...
Ruszamy-najpierw dokarmic makaki do Parku pod AZROU, potem towarzystwo decyduje sie na MEKNES-standartowy suk i medyna,a na koniec dochodza do wniosku ze na noc najlepiej nad Atlantyk do Amigos-a.
Amigos az sie poslinil na nasz widok ale klucze do kanciapki do spania dal.
02.01
Wiercimy sie z nudow na plazy do 13 bo i tak Maurowie wizy wydaja od 15.
Z nudow kupujemy od Amigosa rybke(jakies 2,5kg) i jeszcze nam ja przygotuje w tajin.
W koncu-dosc siedzenie-ruszamy do Rabatu po wizy.
Delegacja poszla do ambasady a ja klepie ten tekst wiec nie wiem co dalej......
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 01:20 | 05.01.2012

02.01.
CD
Mamy wizy !!! Krotka narada i decydujemy nadgonic stracony czas. Czyli rwiemy do Mauretani na strzal.Moze wreszcie schowamy te czapki i rekawiczki.Wieczorkiem mijamy Marakesz (troche zal ale moze da sie go zrobic w drodze powrotnej)i Agadir.Cas mamy tylko na zakupy na obrzezach Marakeszu (niestety - to co najwazniejsze jest juz zamkniete-co za cymbaly wymyslili supermarket do 23 a monopolowy do 20?).Ale nic - rwiemy z tym co nam zostalo, susza nam nie grozi.
03.01
Caly dzien mozna podsumowac
0-300km - jaka piekna pustynia...
300-600km - dalej ta pustynia?...
600-1000km - kiedy skonczy sie ta cholerna pustynia?...
1000-1500km - rzygam juz ta pustynia...

SAHARA ZACHODNIA

a w miedzyczasie?- 2 kamienie po obu stronach drogi w TAH (poidobno mijamy zwrotnik Raka czy jakistam), obiadek w LAAYOUNE-stolica Sahary Zachodniej (nawet dobry tadzin), no i zaczynaja sie przygody... Motocyklista widzac nasze panie ledwo ledwo wychamowal milimetry za autem.Smiejac sie do naszych pan pokazywal jak malo brakowalo po czym pyscil sprzeglo i ........ podnaszac sie i otrzepujac gestami pokazywal ze nic mu nie jest.No i zaczely sie fiszki. Wypelnianie ich jest mozolne i trwa wieki a potem 3 kontrole pod rzad i znowu dlugopisy do reki. Lepiej narobic 10 kpl na wszelki wypadek.
Ok.3.00 jestesmy na granicy Sahary Zach i Mauretani.Granica czynna od 8 ale na wszelki wypadek ustawiamy sie w kolejce-na wszelki wypadek.
PS Mala dygresja do moich znajomych z reala
Siedze na tej granicy i patrze w niebo i wokol siebie. Jest po prostu niebiansko cicho i spokojnie.Na niebie miliony gwiazd ze w Europie tego nie uswiadczysz a szum Atlantyku i potega pustyni robia wrazenie.
Tego duetu na pewno nie stworzyl czlowiek-jego pazernosc, chciwosc i pozostawianie po sobie wszystkiego co w jego mniemaniu jest odpadem swiadczy o tym.
Nie stworzyla tez tego Matka Natura- ona jest zbyt bezposrednia i drapiezna. Taki sielski obrazek u niej skutkuje oczekiwaniem na walke i dramatycze sceny....
No wiec kto?...
Czasami trzeba przejechac tysiace km zeby poczuc co mial na mysli Bog tworzac ten padol lez. Zabawne jest to ze trzeba uciec z krainy czerni i purpury, koled i datkow, z kraju tysiecy budynkow ktore(podobno) maja nam Go przyblizac -zeby choc troche zrozumiec co nam dal.
04.01
Chyba brakuje mi takiego restaru jak komp.Cos czuje ze czas na zresetowanie mojego twardziela-cos tam wodki jeszcze zostalo i chyba Maurowie togo nie skasuja. Ale przyjemnosci zostawmy na wieczor.
Na razie wstajemy rankiem-granica od 8 wiec celnicy zjawiaja sie o 9.30 a odprawiac zaczna...INSZ ALLACH.
Na szczesie nie jest zle i po 10 kontrolach ok.12.30 wyskakujemy na pas ziemi niczyjej, i tu kolejna lamigmowka-pustynia na niej 15 drog (z czego 13 nieprzejzdnych dla takiego auta jak nasze). Ot i mamy quiz w poludnie. Oczywiscie pzewodnik za kase pomoze rozwiazac quiz ale ekipa decyduje sie na Zrob To Sam. No i po 10 min stoimy zakopani po oski bo kamienista droga zmienila sie w piaszczysta pulapke. Oczywiscie przy pulapce siedzi paru miejscowych i za 50 EURO pomoga nas wyciagnac, ale..... po godzince w 40 st C sami (no-nie do konca ale jednak za free) stoimy na kamiennej drodze. A przed nami..
MAURETANIA
Fiszki, fiszki i jeszcze raz fiszki.
Kontrola co chwile a fiszek coraz mniej.Dlugopisy do reki (na szczescie Piotr podrukowal tego tak z pol tony) i jedziemy...
Urozmaiceniem byla kontrola gdzie nie chcieli fiszek za to przez 20 min przewracali nam bagaze w poszukiwaniu alkocholu.Zabawa w cieplo-zimno.Jak byli blisko schowkow bylo nam naprawde cieplo, ale potem- zimno, zimno.Po 20 min dali spokoj i na szczescie mamy przy czym siedziec dzis wieczor.
A siedzimy w NOUAKCHOTT-stolicy Mauretani. Hotelik fajny(Auberge Sahara), ciepla woda znowu jest zimna, wodki nam nie znalezli wiec... dobranoc
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 21:11 | 08.01.2012

05.01
Reset mozgu sie powiodl(te 60% bimberku robi swoje)
Z rana jedziemy do ambasady Mali zlozyc wnioski no i wymienic kolejna kase(tym razem UGIJE Mauretanskie).Wizy maja byc na 15 wiec ruszamy w Nouakchott (Nawakszut).Niestety od rana wieje Harmatan-pustynny wiaterek ale wszystko jest jakby za mgla i straszna posucha w ustach.Mam wrazenie ze po wypiciu wody ten pyl i tak trzeszcsy w ustach. Wszystko jest strasznie zapylone.Mam ubaw na targu-najpierw chce 4 kartony papierosow a gosciu ma tylko 2 wiec na migi pokazuje ze poleci a ja mam pilnowac kramu.No to przypominam sobie Franka Dolasa i wrzeszcze podobne glupoty. Jacys Niemcy robia nam zdjecia a ja nawet sprzedaje 2 papierosy na sztuki(?)Nawet nie znam nomonalu ktory dostalem, ale wlasciciel po powrocie jest zadowolony. Potem bardziej dla ciekawosci pytamy o stoj Mauryjski (25 000 Ugija-nie dam przeciez 80 Euro)mowie ze zostalo mi tylko 5000 i zapominam o sprawie. Ale gosciu nie-po pol godzinie dogania mnie po 2 stronie targu (jak ten skubaniec mnie znalazl-to pol km dalej!) i juz chce 6000.Po 10 min dogadujemy sie na 15 Euro(jakies 5400).Chcemy juz jechac do portu ale mamy kolejnego z zegarkami.... Mowie ze nie ma kasy ale mam pare komorek (serdeczne dzieki pani z PLUS-a za to ze pozwolila mi pogrzebac w salonie w pudle ze starymi komorkami).W koncu za 4 komorki mam 6 zegarkow i nowe okulary przeciwsloneczne.Zwiedzamy port rybacki-wszedzie zakaz fotografowania(nawet morza).Obserwuje nas policja.Smrod nie z tej ziemi.Kupujemy rybke na kolacje i jedziemy po wizy.Po drodze robimy xero fiszek-mamy juz dosc wypelniania.9 szt x 20 kopi wychodzi 2 zlote.Mamy dosc Harmatanu wiec uciekamy w strone Mali.Do wieczora pustynia, pustynia, pustynia.Boimy sie kontroli wiec szybciutko rozrabiamy spirytus z Ice Tea-bedzie na wieczor. Nocleg w ALEG w hostelu.

06.01

Wyruszamy z samego rana-ostatni dzien gdzie mamy polise na auto a do Mali jeszcze 700 km.Niestety od rana wieje.Droga fatalna-wiecej jedziemy po piachu niz po asfalcie.Dziura na dziurze na liczniku rzadko 30km/h.Do tego coraz mocniej wieje i sypie piaskiem.Czesc aut zatrzymuje sie sie w osadach i nie jedzie dalej zawiewa piach na droge.Postanawiamy rwac dalej-boimy sie tylko o filtry powietrza i wszystkie elementy smarowane-ten pyl jest naprawde wredny.Za oknami busa pustynia ale nie taka z pocztowek czy filmow-tutaj wyglada to jak walka czerwonego z zielonym(wlasciwie szaro-blado-zielonym)Wszedzie czrwony, ceglasty piach i tysiace wysepek z kepkami zieleni. Widac na oko ze zielone przegrywa.Co pare km kontrola i fiszki-zaczynamy sie niepokoic czy starczy.Ok 19 na jednej z kontroli policja nakazuje nam zjechac i tu nocowac-dalej nas nie puszcza bo zapada zmrok.Mozemy sie rozlozyc kolo posterunku-bedzie bezpieczniej.Rozkladamy sie kolo nich robimy kolacje i...... poniewaz to muzulmanie i alkohol jest tu zabroniony to pijemy monopolowy krupniczek z kubkow(bimer Cezara za bardzo pachnie na odleglosc).Podpatruja nas ale ze kubki-no to nikt nic nie mowi.Na szczescie burza przechodzi i mozna pod gwiazdami przy stoliku z kubkiem w rece....pograc w Mafie.


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 23:31 | 14.01.2012

07.01.
Skoro swit-sniadanko.Zegnamy policjantow i gonimy dalej (te gonimy to 25km/h)
Trzeba strasznie uwazac bo na drodze wiecej braku asfaltu niz asfaltu no i wylazi na droge wszystko co popadnie i kozy i wielblady(te chociaz reaguja na klakson) ale krowy,ludzie juz nie. A totalna ignorancja zagrozenia to osly- wjedwiesz mu w kufer-a sie nie ruszy (nawet nie wiedzialem ze jest na swiecie stworzenie bardziej uparte od Maciarewicza)Brakuje nam juz fiszek bo kontrole sa non stop.Dajemy paszporty ale te spisywanie strasznie dlugo trwa no i chca kadu (prezent).Jeszcze tylko kapec i wizyta u miejscowego speca i ....granica

MALI

Nie do konca-jeszcze za szlabanem na ziemi niczyjej posterunek i ....fiszki
Juz na dzien dobry Mali nam sie podoba_celnik Malijski widzac nas idzie do lawki pelnej miescowych, glosne WON! (tak sobie przetlumaczylismy)bierze pusta lawke, zanosi do cienia i zaprasza nas zeby siadac. Ale klasa! Odprawa w Nioro szybko,wymieniamy euro na Cefa(frank afrykanski) i jedziemy dalej. Roznica z Mauretania - jakby przeskoczyc z Ukrainy do Polski. Duzo czysciej, domy juz nie pojedynczo ale zgrupowane w wioski, sa drogowskazy (!!!)no i ludzie usmiechnieci,wozki z osiolkami grzecznie jada poboczem-slowem luksus.Znikaja wielblady coraz wiecej bydla.
W Nioro szukamy radio-tam zalatwiamy nocleg.Odpalamy jeszcze busa na wypad na kolacje do miasta,a po powrocie idziemy 100m na miejsowa dyskoteke.Nie wiem czy wieksze wrazenie zrobilby tranwesryta wchodzac do siedziby PiS-u... Ale jest fajnie.Wracamy na nocleg ale spac sie nie chce-27 st C niebo gwiazdziste nade mna ....

08.01
Ruszamy z rana bo mamy troche do Bamako a chcielibysmy jeszcze dzis zlozyc wnioski wizowe w ambasadach.Po drodze widzimy jak powoli zmienia sie teren-powoli pustynia przechodzi w sawanne.Podziwiamy bardzo soczyste koloru ubran tutejszych kobiet-bardzo intensywne kolortowe stroje no i obowiazkowo kosze lub garnki na glowach.Podtawowa forma trasportu tutaj.Usmiechaja sie ,machaja rekami-widac tu biede ale i szczerosc, radosc.Dokuczaja nam zwlaszcza na postojach stada much i stada dzieci.Jedne i drugie lataja za nami stadami, oblaza z kazdej strony i po odpedzeniu po 10 sekundach wracaja.Z tym ze muchy nie wyciagaja rak i nie chca Kadu...Za oknami zaczynaja sie baobaby i kopce termitow.Stajemy w wioskach-za zdjecia chca cukierkow,ciuchow.Czasem dajamy pluszaki.Ale zabieraja nam nawet smieci,puste plastikowe butelki czy papierki po czekoladzie.Do Bamako docieramy spoznieni-nic juz dzis nie zalatwimy.Jedziemy do Auberge Diamana (oberz Dzamaja).Logujemy sie w campie, prysznic i z przewodnikiem ruszamy w miasto szukac knajpek z muzyka afrykanska, no i zimnego piwa ktorego tak brakowalo w islamskiej Mauretani.Udaje sie to srednio ale i tak spac ladujemy ok.1 w nocy
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 15:39 | 18.01.2012


9.01

Rano jedziemy do ambasady Burkina-Faso.Po drodze mamy konsulat Togo-wstepujemy spytac o tzw.multiwizy VET-niestety juz ich nie ma.W ambasadzie w cenniku odnajdujemy dozo tansza wize grupowa-ale urzedas twierdzi ze nie mamy papierka ze podrozujemy grupa (biuro podrozy albo potwierdzenie z Polskiej ambasady)-mamy kupowac 3xdrozsze wizy indywidualne.Kombinujemy idziemy do innego urzedasa, a w miedzyczasie dziewczyny napotykaja dumnego pana w garniturku (cholera wie-ambasador? konsul?) i robia placzliwa mine.Gosciu schodzi do nas, opieprza urzedasa - i mozemy robic grupowke.Zamiast 95 Euro placimy po 35.Mamy wrocic ok 15
Zwiedzamy Bamako - wlasciwie jezdzimy od 1 targowiska do 2. Kazde z innym tematem-jedne odziez, duperele, metalowe,warzywniaki, drewniane-setki, setki targowisk.Scisk, kurz i wszedobylskie motorki.Jest nas 9 osob ale rzadko kiedy nasza grupa liczy ponizej 20-zawsze z nami 10-15 handlarzy kitu,szmelcu i jeszcze tam czegos. Jak sie jeden odczepi-na jego miejsce wskakuje 2 innych.Tempereatura ok 50st C.Po drodze setki busikow-wszyskie zielone, wszystkie stare merce i wszystkie rownie szalone i nieprzewidywalne-staja, ruszaja, zarwacaja i obsluga strasznie wrzeszczy. Kapitalizm 15-17 latkow w najdrapiezniejszym wykonaniu
Zaraz o 15 odbieramy wizy i szybko uciekamy z Bamako.Obiad robimy za miastem.Jedziemy na wschod.Wieczorkiem szukamy wioski na spanie-takiej naturalnej.Odbijamy 5 km od drogi i mamy folklor.Zaraz przybiegaja dzieciaki-obowiazkowe Kadu-dajemy widokowki z Polski,cukierki,dlugopisy. Tomek na kartce rysuje skad przyjezdzamy-po minach widac ze troche my UFO-ki, a troche swoje ala inne.
Spimy kolo wsi na pustyni

10.01

Rano na sniadanie mamy znowu gosci-tym razem przynosza kus-kus.Robimy zdjecia-tym razem my chcemy kadu-wskazujemy 1 dzieciaka (obiecalem Ewie malego murzynka) ale dzieciak sie boi ze to na serio.Ruszamy. Do 11 jest OK ale pomiedzy 11 a 17-tragedia. Sucho, goraco jak na patelni.Wszystkie poranne zalozenia juz w poludnie biora w leb.Szukamy gar-kuchni ale wszedzie byle-co.Od Segou piasek znowu zolty-jakas odmiana po czerwieni.Wszedzie gdzie nie staniemy-chmarmienne Kadu.W koncu jemy przy drodze ... cos i dalej.
Wszedzie po drodze "hopki"-przewaznie je zauwazamy ale czasem nie... i wtedy "na malysza"-ustalamy rekordy w dlugosci lotu i stylu ladowania.
Dojezdzamy do Djenne(Dzane)-najwiekszy i najstarszy meczet w Afryce Zach.Do samego Djenne nie wjezdzamy-wczesniej jest prom na ktory bus nie wejdzie-ekipa wskakuje p[ieszo i po 2 stronie rzeki Bani (doplyw Nigru) bierze taryfe do Djenne.
Po zmroku ekipa wraca z gosciem-Dagon ktory chce nas poprowadzic po Kraju Dagonow. Mamy to w planie pojutrze. Siadamy do negocjacji-prowadzimy je "po polsku". Dagon alkochol lubi ale po paru minutach jedyne co nam odpowieda to"ENAF,ENAF" Dobijamy targu bo inaczej dobijemy Dogona i za 210 Euro mamy przewodnika na 2-dniowy trip. Umawiamy sie na campie w Bankass. W trakcie rozmowy oczywiscie mnostwo dzieciakow wokol nas, krzycza, wrzeszcza, bija sie o kazda pusta butelke po coli czy wodzie. Dagon krzyczy co chwile ale daje to cisze na 20 sek.
Tez mnie zmeczyly negocjacje z Dagonem-ide spac
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 14:38 | 19.01.2012

11.01

Rano o 6 budzi nas walkao ...nasze smieci.Dzieciaki skoro swit rordrapaly to co zostawilismy wieczorem.Ktokolwiek nie wystawi glowy z namiotu slyszy "hello mister" i tacka z koralikami czy innym badziewiem pod nos-moze rozespany cos kupi? O 8 ruszamy do MOPTI.Decydujemy na odpuszczenie sobieHOMBOR (slynna Reka Fatimy)i TOMBOUCTOU (niebezpiecznie-tam ostatnio porwali Francuzow, no i zaczyna sie Festiwal na pustyni wiec roznych dziwadel bwdzie tam bez liku-tak mowil wczoraj Dagon). Zal mi zwlaszcza Reki Fatimy ale musimy nadgonic 1 dzien.W Mopti bardzo ciekawy port rzeczny no i duzy bazar.Jest to dawne centrum przeladunku soli-dotad szly rzeka a tu na karawany i swiat.
Ciagle lazimy w 20 osob. Oprocz naszej 9 10-12 sprzedajacych costam. Wyciagam pare komorek i po pol godziny mam tasaki,noze, koszulki reprez.Mali. Za porzadna maczete do komorki dodaje spodnie i t-shirt (i tak mialy zostac w afryce a mam mniej prania)
Goraco.Uciekamy na polwysep skalny-to juz kraina Dogonow.Obiadek w gar-kuchni w BANDIAGARA. Jeszcze uzupelnienie zapasow - woda,piwo i orzeszki coli (te ostatnie to obowiazkowy podarek za zdjecie lub zwiedzanie wioski Dogonow) i ruszamy do BANKASS.Znajdujemy camp NOMO nasz guajd juz czeka.Jest potwornie goraco-kazde wyjscie z auta to jak wejscie do pieca hutniczego. Na campie(wlasciwie to karawansjer) rozkladamy sie na dachu pod golym niebem.Czyste niebo, gwiazdy, lekki wietrzyk, 28st C. Idealne noc

12.01

Ruszamy o 7.30 na 2-dniowy trip.Wjezdzamy na skalny plaskowyz-potezne czerwone glazy (masy nawet nie jestem w stanie okreslic), czesc z nich stoi na czubku i wydaje sie ze w kazdej chwili runa w te czy w inna strone.Cala kraina DOGONOW lezy na skraju uskoku BANDIAGARA(Bandziagara). 250-m uskok ciagnie sie kilometrami.Uskok jest pionowy a co kilka kilometrow nawet dolem wyplukany-czyli stajemy pod poteznym nawisem skalnym-tu dawniej Dogoni mieszkali i dalej stoja ich zabytkowe osady. Suchy klimat doskonale to zakonserwowal.Pod historycznymi wioskami potezne rumowiska glazow a dopiero na wyplaszczeniu-dzisiejsze wioski.Fajne sa nazwy tych wiosek CHGIBOMBO (czigibombo),KAMI KAMBOLA, ENDE i inne. Caly dzien z naszym guajdem zwiedzamy (cwaniak-po dojechaniu do wioski za pare groszy bierze podwykonawce i kiedy my chodzimy caly czas siedzi po barach)
Jak to w Mali-cale chmary dzieciakow-rzucaja sie doslownie na wszystko.Niedopalek papierosa zadeptany butem zostaje wyciagniety i triumfalnie pokazany kolegom.
Na noc ustalamy z guajdem ucieczke na pustynie-z dala od dzieciakow.Zna fajne miejsce.
Po drodze na to miejsce zakopujemy sie. I to totalnie-po same osie.Kolejne proby podkopania powoduja ze auto siedzi pol metra za nisko i trze podwoziem..
Ustalamy ze spimy tu (dziewczyny juz szukaja drzewa i robia ognisko)a guajd rano przyprowadzi autko 4x4.Juz po ciemku, ostatnimi silami udaje nam sie wyciagnac busika z dolka ale dalej stoimy na sypkim piachu i po nocy nie chcemy ryzykowac.Zwlaszcza ze pachna juz pieczone kielbaski.

13.01

Pobudka z rana i bierzemy sie za wypychanie busika.Po godzince busik stoi na twardym a my mamy przenoszenie calej masy rzeczy wypakowanych wczoraj zeby bus byl lzejszy.Przyjezdza guajd i ruszamy na drugi dzien tripu.Zaczynamy od treku 15 km-jestesmy ciekawi jak wejdziemy na ten klif.Okazuje sie ze niedaleko jest zleb i koryto rzeki. Wchodzimy na plaskowyz i ruszamy do wioski na gorze.Sa tu 2 ale druga jest Animistow. Dla nas niedostepna.Powrot guajd (oczywiscie powykonawca-nasz zostal na dole) pyta czy ta sama trasa czy chcemy trudniej.Wiadomo co wybieramy.Przecinamy koryta rzek w poprzek-gora, dol, gora, dol.2 duze rzeki i kilka mniejszych.Te kaniony maja po 40-50m ale od erozji powstaly "schody". Trzeba tylko uwazac bo czesc jest luzna.Na dole rzek-kamienie wypolerowane i tez trzeba uwazac.Robi sie goraco-dlatego zaczelismy z rana. Schodzimy z klifu jaskinia (miejscowi mowia-tunel) i przepieknym kanionem(100-120m) wrwcwmy do busa.
Troche jestesmy wypluci wiec z rozpedu robimy jeszcze jedna wioske ale memy juz dosc dzieciarni i zamieszania.Postanawiamy wracac do karawansjeru, tyle ze po drodze zakopujemy sie jeszcze 2 razy.Po wczorajszym mamy juz wprawe-lopata i dywaniki gumowe pod kola i raz,raz - jedziemy dalej. Na campie o 15 i robimy sobie wolne. Cale popoludnie na pranie i odpoczynek

14.01

6rano-jeszcze ciemno ale spadamy-chcemy dzis przeskoczyc az do PO-czyli cale Burkina Faso.Zimno-polary na plecy a po drodze w Koro widzimy miejcowych w kurtach i kapturach. Widze nawet goscia w kombinezonie narciarskim.Ale o 9 jak dogrzeje-od razu upal.Szutrowka do granicy w Kiri.Przed granica troche wariactwa bo na 1 posterunku cos tam z polisy wyrywaja, a km dalej kolejna kontrola i o ten kawalek pytaja.Tlumaczymy, wyjasniamy (na migi)-nic.Policjant pokazuje ten kawalek i czeka. Mamy dosc.Pokazujemy mu niech dzwoni na tamten posterunek i teraz my zakladamy rece i czekamy. Chyba mu sie znudzilo bo po 5 min macha "jechac". Wieje-mnostwo pylu,w zebach zgrzyta

BURKINA FASO

W poludnie wjezdzamy do B-Faso. Dalej szutrowka i straszna tarka.Obiad w OUAHIGOUYA-tu zaczyna sie asfalt.W Burkinie zauwazamy ze dzieci potrafia byc mile i nienatretne(odpukac)
Widac ze tu jest wiecej wody-na straganach pojawia sie marchew,papryka, pomidory.Stragany z dykty i blachy-spora roznica po glinianym budownictwie Mali. W gar-kuchni jemy....cos.Czesc z nas ma to cos z ryzem a czesc z makaronem.Na szczescie pierwszy raz nie musimy zmieniac kasy po granicy (Mali, B-Faso,Benin,Togo, Niger, Senegal i jeszcze tam ktos maja jedna walute).Zabawne jest to ze tutaj to nam robia zdjecia-teraz my wyciagamy rece i chcemy Kadu
Stolice B-Faso - OUAGADOUGOU (LAGADUGU L-jak lawka) robimy na strzal - bedziemu tu w drodze powrotnej (mam nadzieje).Mijane budynki robia wrazenie-architektura jest przepiekna i roznorodna.Bardzo duzy kontrast z dziurawymi drogami,polowa nie ma asfaltu no i te wszedobylskie stragany.Tak jakby miasto nie umialo sie zdecydowac czy ma byc nowoczesne czy tradycyjne.Wieczorem dobijamy do PO.Logujemy sie na campie i idziemy w miasto cos zjesc i szukac internetu.


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 15:14 | 19.01.2012


15.01

Rano spimy dluzej-taki bonus za wczorajsza gonitwe.O 9 ruszamy do TIEBELE-jednej z bardzo niewielu osad ANIMISTOW dostepnych dla turystow.Bierzemy guajda-najpierw seria nakazow i zakazow (jest tu bardzo wiele obostrzen-gdzieniegdzie nie wolno stanac a tam usiasc itd).
Niby wolno robic zdjecia ale zawsze guajd musi spytac no i nie ma rozchodzenia sie-cala grupa razem.Uprzedza ze tu nie ma ostrzezen-jeden blad i wypad.Wioseczka robi wrazenie.Szalenie ciekawa i intrygujaca.Nie jest na pokaz-tu naprawde mieszkaja ludzie w zgodzie z wielowiekowa tradycja.Ok 12 ruszamy do GHANY.Formalnosci wyjazdowych niewiele tylko targi z cnkciarzami na granicy sa burzliwe i krzykliwe.Az granicznicy uspokajaja ich (i nas tez).Bierzemy 2 CEDI za 1 Euro i na szczescie to juz koniec z nowymi pieniedzmi. Pozostale kraje w ktorych bedziemy to strefa CEFA i maja ta sama walute co Mali, Burkina.I bardzo dobrze bo w potfelu mamy juz maly kantor-Marokanskie dirhamy, Mauretanskie UGIJE, potem CEFA z Mali i reszty wspolnoty a teraz CEDI Ghanskie.Do tego Euro i dolary-uffff.Najgorsze jest nauczenie przeliczania wartosci towarow-po 2 dniach lapiesz co jest tanie co drogie,ale po 3 wyjezdzasz i nauka jest od nowa.I jeszcze tu 1000 a tu 5.Na dodatek nie mam dzis do tego glowy bo zoladek oglosil rewolucje.

GHANA

Houston - mamy problem.Odprawa osobista-5 minut, ale odprawa samochodu-nie da rady, nie mamy CPD (specjalne ubezpieczenie auta w PZMot-nigdzie nie pisalo ze jest obowiazkowe).Godzine gadamy najpierw z urzednikiem, potem z oficerem na koncu gadamy z szefem przejscia.CPD i koniec.Wychodza sie naradzic co z nami zrobic i po chwili decyzja-mamy czekac do jutra(dzis niedziela) i wykupic jutro jakies miejscowe ubezpieczenie.Zjawia sie nawet agent tej ubezpieczalni.Wkurzeni wracamy do busa i relacjonujemy reszcie co i jak.Agent idzie z nami i strasznie kreci-raz cena jest taka, raz inna, dodaje jakies prowizje-rozrzut od 100 do 300 euro.Po naradzie nasze dziewczyny ida pogadac "po swojemu".Ide z nimi prosto do szefa-a co !Szef powtarza uparcie dziewcznom jeszcze raz to samo i jeszcze raz, na poparcie otwiera internet aby nas przekonac. Czyta na glos, potem z uwaga po cichu. I SUPRISE !!! Z iternetu wynika jak byk ze z Zielona Karta i naszym Brawn Police nie potrzebujemy CPD! A oni biora od europejczykow na zasadzie-zawsze tak bylo.Dyskutuja z oficerem i agentem a my uparcie Zielona Karta pod ich nosy- to jest to samo.Kilka pytan i o dziwo szef bierze nasza strone.Oficer sie stawia ale widzimy ze cos sie posuwa. W koncu decyzja-mozemy jechac bez CPD. Zawiedziony agent bierze tylko Nasza Ziel.Karte do ksero.Xerowanie trwa z pol godziny a my z szefem gadamy o Polsce i z radosci dziewczyny zaprzaszaja go do nas.Wreszcie po 18 po 5,5h w kurzu, pyle i sloncu ruszamy do Ghany.Jestesmy padnieci wiec dojezdzamy tylko do NAVRONGO.Reklamy przy drodze wskazuja pierwszy-lepszy hotel ale cena zwala nas z nog, wiec po reklamach szukamy gast-hausu.Podobno wszystko jest.Potem sie okazuje ze swiming-pool jest-ale bez woby, klimatyzacja jest-ale nie dziala i ciepla woda jest-ale jest zimna. Czyli standartowe-WELCOME TO AFRICA!


Aniab dołączył
12.01.2012

Aniab 15:58 | 19.01.2012

Rewelacyjna opowiesc, fajnie sie czyta!Pozdrawiam;)


annowi dołączył
01.02.2011

annowi 16:24 | 19.01.2012

Super opowieśc czyta się rewelacyjnie , Szerokiej drogi !!!!!


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 21:33 | 22.01.2012

Dzieki za mile slowa-jedziemy dalej

16.01

Wstajemy o 6 i o dziwo jest juz jasno.W Mali czy Burkinie jasno robilo sie po 7 a tu od 5.30.
Noc mam nieciekawa.Zoladek funduje mi 3 alarmy i bieg w pelnym rysztunku-tego nie przerabialem od wojska.No ale flore bakteryjna zmieniamy co 3-4 dni wiec nie ma sie co dziwic.Mauretania i Mali-to glownie owocemango,papaja,awocado i suche kus-kus i ryze(do tego z kozlina).Burkina i Ghana to juz pola upawne-bataty,warzywa i makarony,kasze. A ze korzystamy z tego co jest no to czasem ten czy tamten maja klopot.Jedziemy na TAMALE.Pierwsza kontrola na drodze - i znowu temat CPD.Wysylamy dziewczyny,pokazuja Zielona Karte i polskie pieniadze-puszczaja, ale mamy coraz wiekszego stracha co bedzie dalej. W koncu trafimy na sluzbiste a wtedy...INSZ ALLACH.Za oknem juz typowa sawanna.Robimy kilka postoji.Na szczescie tutaj wiaterek chlodzi-wczesniej grzal.Co chwile hopki i policja-na szczescie bardziej ich interesuje pogadac niz sprawdzac papiery.W poludnie stajemy i zjadamy smarzone...bataty?Kasawa?Jakby sie nie zwalo-jest OK(tylko zoladek po minucie przypomina ze jest odmiennego zdania)) 13 jestesmy w TAMALE.Zar sie leje z nieba.Wg ksiazki jest tu jakis meczet naj...Okazuje sie ze z tych naj to chyba najbardziej przecietny. Duzy i brzydki.Obiadek w miescie i ruszamy. Wsiadajac sprawdzamy temperature-48,6 na zewnatrz i ponad 60 w busie.Za miastem jest wiaterek i da sie wytrzymac ale w centrach miast-tragedia.Lubie saune w styczniu ale nie 10h dziennie.Jedziemy w strone Rezerwatu MOLE-dzis wjezdzac nie ma sensu ale kimniemy sie w LARABANGAi z samego rana ruszymy na dzikie lowy.Trasa do Larabanga-tragedia.Nie dosc ze szuter to w dodatku niesamowita tarka.Przy 30/h amortyzatory wpadaja w taki rezonans jakby chcialy same odjechac.Do tego potworne dziury.80 km robimy w 4,5h.Pyl niesamowity a jak przejedzie auto z przeciwka to jedziemy w jego kurzu przez 2-3 km.Umordowani i zakurzeni po sam spod slipek znajdujemy hostel juz po zmroku.

17.01

Rano ruszamy na safari.Rezerwat MOLE troche rozczarowuje.Antylopy,malpy i guzce ale my szukamy czegos wiekszego.Wreszcie przed samym wyjazdem mamy slonie.Przewodnik ze sztucerem wychodzi z busa(tak na wszelki wypadek) a my pstykamy fotki.Jedziemy w strone KINTAMPO ale inna droga.Mamy dosc wczorajszej tarki i dziur.Miejscowy tlumaczy inna(lepsza) droge.Podobno tylko 1,5h i jestesmy na asfalcie tylko nie ma jej na mapie.Po drodze w jakiejs wiosce jemy obiadek-tutejszy specjal LULU ( wielka kluska z manioku ubijana na miejscu przez kobiety w wyzlobionym w drzewie korytku-klucha zajmuje caly gleboki talerz z pikantnym sosem i sladami miesa).Po obiadku ruszamy....i jest coraz ciekawiej.Przewodnik nic nie mowil ze droga sie rozwidla i krzyzuje z innymi.Jedziemy na czuja.GPS pokazuje brak trasy ale droge TAMALE-KUMASI mamy caraz blizej.I wtedy droga sie konczy.To znaczy jest jakas sciezka dalej ale nie na naszego busika.I znow- wioska, miejscowi, gadanie6kazdy pokazuje w inna strone.Wychodzi na to ze do KUMASI dojedziemy i w prawo, i w lewo, do gory, na dol....tylko nie tedy.Wybieramy na oko opinie najkumatszego.Cofamy sie 20 km i skrecamy wg wskazania.Po paru km pytamy innych-podobno dobrze.Niewiele widac bo droga wije sie przez busz,sciany zieleni po obu stronach, do tego dym bo caly czas wypalaja polacie buszu(pytalismy-robia kontrolowana pozary poszycia).Tam gdzie nie wypalone trawa na 3m.Kluczymy tymi "drogami" sciany zieleni powoduja ze nie ma przewiewu,termometr pokazuje 49,6(w busie to samo).A sloneczko coraz nizej,a my z coraz wiekszym strachem.Wreszcie ok 18 sloneczko zachodzi a my rownoczesnie mamy asfalt! W sam czas bo jezdzic po tych trasach po zmierzchu....Oczywiscie wszystkie plany wziely w leb.Do wodospadow w KINTAMPO nie wdazymy.Szukamy guest-hous-u(w poprzednich krajach byly to OBERZE ale Ghana to byla kolonia brytyjska wiec sa gasthausy). Jak na zlosc nic nie ma przy trasie i na noc zajezdzamy do KINTAMPO.Padnieci bierzemy pierwszy-lepszy hotel (hotel LIVE-nawet fajny) i spac.


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 21:53 | 22.01.2012

18.01

Rano zarzadzamy pobudke na 6.30 i bez sniadania ruszamy pod wodospady.Tam spokojniej i luzniej robimy sniadanie. Wodospady-1 klasa(mowe poza faktem ze ten 70 metrowy ma ze 30m a ten 40-m - moze 25m ale w afryce to norma).Nie robimy planow bo i tak wszystkie biora w leb.Chcemy tylko dotrzec do KUMASI.Na mapie to proste ale afryka nauczyla nas ze tu nic nie jest proste.Po drodze patrzymy na Ghane.Malo tu aut.Wszystko co zywe jezdzi na rowerach i motorkach.Ciekawostka-niedoceniany u nas TICO tutaj jest podtawowa taksowka.W Polsce to ledwie sie wloklo a tutaj 5 osob w srodku,ladunek i na dachu i tylna klapa sie nie domyka- i gna to do przodu 2x szybciej niz my po dziurach i dolach zawieszeniem szorujac po drodze.Po drodze do KUMASI zmienia sie roslinnosc za szyba na rownikowa.Widac kokosy, bananowce i drzewa bambusowe, po obu stronach sciana dzungli, w powietrzu czuc wilgoc.Nie ma juz wypalarni wegla drzewnego.W KUMASI jestesmy o 15 znajdujemy nawet hotel ale miasto jest fatalne.Smrod, zaduch,goraco-postanawiamy odpuscic sobie i podjechac ile sie da na CAPE COAST.Kolo BEKWAI znajdujemy fajny gasthaus.Wlasciciel-mily starszy Ghanczyk, doktor, kilka lat pracowal na Ukrainie.Zapowiada sie ciekawy wieczor, ale....
Kiedy my we 3 negocjujemy nocleg, reszta ekiry siedzi w busie na poboczu i jest swiadkiem bardzo groznego wypadku kobiety na drodze.Nie wdaje sie w szczegoly-czesc z naszych ma to przed oczami a wyglada to drastycznie(5m od nas).Kobiete zabieraja do pick-upa i odjezdzaja,ale na miejscu pojawilo sie juz duzo gapiow i z braku lepszego obiektu gapia sie na nas i gadaja o nas.Nie mielismy z cala ta sytuacja nic wspolnego,ale zaczynaja sie pomroki, wskazywanie nas palcami.Zbiera sie ich coraz wiecej a najwiecej do powiedzenia maja ci co przyszli po fakcie.Robi sie naprawde nieprzyjemnie, wiec rezugnujemy z noclegu u milego doktora i jedziemy dalej.Brakuje nam tylko oskarzenia ze to czary bialych ludzi sa winne calej sytuacji.20km dalej znajdujemy inny gasthaus i w nienajlepszych nastrojach idziemy spac

19.01

O 7 jedziemy na CAPE COAST.Poludnie Ghany jest zamozniejsze-inne domy, mniej motorkow a wiecej aut.Pierszy dzien od "nie pamietam" jest pochmurno.Niewiele to daje-jest potwornie parno choc jest tylko 33 st C. Leje sie z nas pot.Prwed miastem-nie uwierzycie-radar! 64km/h zamiast 50.W kraju gdzie auta wygladaja jak....wszystko tylko nie auta, gdzie nie maja lusterek, szyb, lamp,gdzie kazdy jezdzi gdzie chce i jak chce-my za predkosc placimy 50 CEDI(25 Euro).Szkoda nam czasu wiec placimy.Pojawiaja sie plantacje ananasow,kokosow. Przypadkowy zjajd na przerwe-okazuje sie ze to zjazd na fabryke oleju palmowego.Przyjezdza wlasciciel i oprowadza nas po fabryczce.14 lat mieszkal w Niemczech i teraz tez tam bywa w interesach-calosc produkcji idzie do Niemiec.Dojezdzamy do CAPE COAST-fajne nadmorskioe miasteczko. Jestesmy najdalej na poludnie jak zakladala nasza trasa-teraz juz tylko w strone Europy.Najpierw na wschod(Togo, Benin), a potem juz praktycznie wracamy(okreznie bo przez Senegal i byc moze Gambie).Na liczniku-11 tys km.
Z CAPE COAST jedziemy do ELMINA-male portowe miasteczko obok.Oczywiscie obowiazkowa kapiel w oceanie(wlasciwie w Zatoce Gwinejskiej).Rybki, piwko.Nasz oklejony busik robi wrazenie-niestety nie wszedzie dobre.Jest troche zaczepek, ale w normie.Dzieciaki tylko sa tu wyjatkowo bezczelne i nachalne.Wieczorkiem dojezdzamy pod park KAKUM na nocleg


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 22:56 | 24.01.2012


20.01

Caly dzien doslownie leje sie ze mnie.Rano prysznic i wycierajac sie wycieram juz pot.Pod parkiem jestesmy o 8,30 ale otwieraja o 9,30 a ja mam 3 mokre reczniki.Niby jest tylko 32,8 ale wilgotnosc i sciany zieleni oslaniaja nas przed wietrzykiem.W trakcie jazdy przewiew schladza ale jak sie stanie od razu "kapiel saute".Po zwiedzeniu parku mam ciekawa sytuacje.Obok nas stoi autobus szkolny.Dzieciaki wracaja ze zwiedzania ale pojedynczo czy po 2,3.Ci co wrocili czekaja na reszte.Ktos zaczyna klepac na bebenku. Na poczatku to mnie irytuje, ale potem wlacza sie 2,3,5 bebenek i zaczyna sie to robic ciekawe.Po chwili mam koncert LIVE muzyki afrykanskiej(czacem nawet z solowkami raz tego bebenka raz innego).Wracamy nad Atlantyk pod ACCRE.Chcemy spokojnie posiedziec do polnocy na plazy, a noca ruszyc na lotnisko-Cezar odlatuje ok 6 wiec chcemy byc na 3,4.Niestety nie przyleci zmiennik Cezara- 9 osoba na trase powrotna.Polamal sie i z gipsem trudno ganiac po afryce-ale o tym wiemy od tygodnia.Wieczor nad oceanem tez bierze w leb.Najpierw nie daja posiedziec i poplywac jacys "opiekunowie plazy", potem policja chce....diabli wiedza czego oni chca. Krzyczy, pluje i macha rekami a jego angielski jest......no-nie bede sie wyrazal.
Zniecheceni jedziemy do hostelu (policja za nami-sprawdza).W hostelu nie bierzemy noclegu tylko parking do polnocy, moze 1 w nocy.Chcemy spokojnie pogadac,pozegnac Cezara

21.01

Ok 1 w nocy ruszamy do ACCRY na lotnisko.Pusto, cisza, stajemy pod terminalem oczywiscie sprawdzajac znaki zakazow.Idziemy sprawdzic odloty i poszukac kibelkow.Po 10 min wracamy i ....blokada na kole a 4 policmajstrow stoi i czeka na haracz.Na nic rozmowa z nimi- cholera w koncu my mamy racje(stoimy PRZED znakiem zakazu postoju!)Kazda proba rozmowy to z ich strony krzyki, machanie rekami,przerywanie w polowie zdania-chamstwo i wulgarnosc.Groza zaaresztowaniem busa.Twierdza ze w ich kraju zakaz obowiazuje PRZED ZNAKIEM !!!!!!!Parodia. W koncu mamy dosc. Nie chce nam sie tu stac i czekac nie wiadomo na co.Zdania sa podzielone ale wiekszosc decyduje-placic i wyrywac z tego kraju czym predzej!Mamy dosc Ghany-ich nachalnosci i lapowkarstwa.Mielismy w planie jeszcze ACCRE i zapore na Volcie i jeden park, ale odpuszczamy sobie.Przez ostatnie 3 dni jestesmy obiektami takiej nachalnosci i policji i przewodnikow czy jakis opiekunow plaz, nawet straganiarki czy dzieci sa tu po prostu zlosliwi.Oczywiscie bylo to wszedzie(mniej lub wiecej), ale tu osiagnelo apogeum chamstwa.Nawet dzieciaki ktore wszedzie chca KADU-tutaj nie bawia sie w Kadu ale prosto z mostu "give me money".Plac - bo jestes bialy i masz kase.Czysty rasizm tylko w odwroconej formie.Zreszta usankcjonowany bo posilek dla nas jest 3x drozszy, w muweach i parkach sa cenniki dla miejscowych i 5x drozej dla innych.Juz to przerabialismy w innych krajach ale tam bylo z usmiechem, zartem.Tutaj kazda proba rozmowy konczy sie krzykami i machaniem rekami.Nie wiem czy dobrze oddaje tutejszy klimat-wczesniej napisalam tylko o 3-4 nieprzyjemnych rzeczach, ale tego sa naprawde dziesiatki drobnych przykrosci tylko po co bylo o tym pisac? Ale niestety te drobiazgi najlepiej oddaja tutejsze nastawienie do nas.Jedziemy-jak najszybciej, aby tylko stad wyjechac.To nie kraj dla nas (chyba ze ktos lubi sie bawic w Sw.Mikolaja i rozdawac kase na lewo i prawo).
Nie wszystko w tym kraju jest negatywne-widoki za oknem sa przepiekne (zwlaszcza dzungla i ocean robia wrazenie).Wspaniala jest koegzystencja religijna,w wioskach obok siebie stoi kosciol baptystow, katolicki, metodystow i meczet (przy drogach mnostwo reklam kosciolow, wspolnot i szkol pod wezwaniem sw.jakiegostam).No i alkochol - za paczke 20-tu piedziesieciogramowych whiskaczy, czy czyscioszek (latwo obliczyc-1 litr)= 3,5CEDI.Czyli ok 2 Euro. Niestety tutejsi ludzie i ich stosunek do nas burzy to wszystko. Jedziemy na LOME w TOGO. Za reszte CEDI tankujemy busa do pelna (juz Cedi nie beda potrzebne).Teraz bedzie kilka krajow we wspolnocie walutowej CEFA.Granice przekraczamy w DENU-o dziwo o 10.30 zaczynamy odprawe a o 12 juz jestesmy po. Jak na Afryke tempo zabojcze

TOGO

Logujemy sie w LOME-stolicy TOGO w fajnym hoteliku LOLA przy samym oceanie (bardzo fajny szef-Ken).Postanawiamy odpoczac tu jeden dzien, wyczyscic busa z pylu i piachu, zrobic pranie i w ogole- odetchnac od codziennej jazdy.Ken naprawde pomaga jak moze.Pranie, sznurki do suszenia, wieczorkiem idzie z nami na plaze-podobno po zmroku niebezpiecznie samemu wiec idzie z nami.Zapraszamy go (i pomagiera-Krisa) na poczestunek w "polskim" stylu.Po godzince juz jestesmy frindy a nawet family.Jest strasznie parno ale widok oceanu i ponad 2-m fal rekompensuje nam to.
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 23:41 | 24.01.2012

22.01

Dobrze ze mamy dzien przerwy bo i tak busik nie odpala.Ghanskie paliwo juz wczesniej szarpalo silnikiem a teraz bus zastrajkowal.Ken zabiera ekipe w miasto a po drodze zalatwia pomimo niedzieli mechanikow.Ekipa rusza z Kenem zwiedzac a my z Pioterm wracamy z mechanikami.Trudno-internet i plaza musza poczekac- i tak przed nami jeszcze czyszczenie busa.Robie pranie i stwierdzam u siebie poczatki daltonizmu.Piore niebieskie-woda czerwona, piore zielone-woda czerwona, biale-tez czerwona.Reszta ekipy uspokaja ze maja to samo wiec to nie daltonizm tylko wszedobylski pyl z pustyni. Juz sie balem ze tak jak Franz Maurer w "PSACH" widzial wszystko pluszowe-ja mam czerwone.W poludnie busk chodzi-mechanicy sie spisali. Czestuje ich POLISZ SAMTING SPESZJAL i reszta ekipy po powrocie z miasta ma dobra wiadomosc.Kapiemy sie w poludnie.Rano nie wolno-takie sa odplywy ze mogloby zniesc w moze.Do 17 smarzymy sie, kazdy szuka cienia i ochlody, ale to nie takie proste.Miejscowi drzemia w cieniu, ale nam sie to nie udaje.Za cieplo, za parno.O tej porze nawet bryzy nie ma - jak to spiewal MAANAM "powietrze lepkie i geste".Po 17 sloneczko folguje i rusza sie wiaterek.Ludzie wychodza na ulice-zaczyna sie zycie.Konczymy porzadki busa-wszystko oczywiscie czerwone.Internet, kolacja w knajpce i siedzimy przy piwku i coli do nocy.

23.01

Pobudka o 7 i o 8 ruszamy.Zegnamy Kena-umawiamy sie za 2-3 dni(i hotel i szef na tyle fajni ze postanawiamy tu wrocic przed powrotem do Burkiny).Jedziemy wzdluz Atlantyku do BENINU.Po drodze mamy 2 atrakcje w Togo i 3 w Beninie ale chcemy je zrobic "od konca".Po prostu aby dojechac do Burkina Faso musimy jednym z tych krajow leciec do gory-na polnoc, a Togo ma lepsze drogi.Ok 10 granica.Nie jest zle tylko nasze wiadomosci o tym ze majac wize Togo nie musimy miec do Beninu-sa nieaktualne.Trzeba wize i to wcale nie tania-10 tys CEFA (15 Euro) za 48-godzinna tranzytowke.Przy okazji-zaczyna mi brakowac pustych stron w paszporcie.Wszystcy tu zamiast stepelka wala wize-naklejke na cala strone a dopiero potem jeszcze 2 stemple.

BENIN

Ok 13 jestesmy w OUIDAH-szukamy voodoo.Nie ma ale za to mamy swiatynie Pytona oraz szlak niewolnikow (tedy ich prowadzono od centrum OUIDAH do portu) zakonczony slynna "brama bez powrotu".Juz same nazwy oddaja wszystko.Przy okazji sprawdzam jakosc tutejszych uslug fryzjerskich golac glowe na "0". Sanepid pewnie by zamknal ta bude (jak 99 procent innych) ale ja jestem zadowolony. Niech sie czacha opala (sorki dla Tomka-Czachy - nie o ciebie idzie).Ok 17 jestesmy w GANVIE.Co prawda przejezdzalismy przez COTONOU-stolice Beninu, ale w tej duchocie nie ma sie co pchac dobrowolnie do piekarnika.Samo GANVIE(wioska na jeziorze na palach zamieszkiwana zgodnie z tradycjami) - nie ma co probowac opisywac.To trzeba po prostu zobaczyc i przezyc.Plynie sie tam 0.5h potem zwiedzania i pol h z powrotem.Mamy godzinke do zmroku wiec uciekamy w strone ABOMEY (dawna stolica Dahomeyu).Dzis juz nie zdazymy, ale zawsze co dzis ujedziemy-tyle jutro mniej.Znajdujemy oberz w jakiejs pipidowie przy drodze-okazuje sie ze oberza jest jeszcze wieksza atrakcja niz wioska na palach(na oko jakies 100 lat starsza od tej wioski a stan.......)Prysznic= wiado+miseczka do polewania sie.Bierzemy 1 pokoj(wymog - i tak w nim nie bedzie spal) ale przynajmniej mamy spanie w namiotach w ogrodzonym miejscu.Szybki wypad do miejscowej gar-kuchni i kladziemy sie.Probujac usnac mamy drugi nieustanny prysznic-w sosie wlasnym. Ok polnocy otwieramy z Tomkiem moskitiere i wystawiamy glowy na zewnatrz.Uznajemy ze lepsza jest BYC MOZE malaria czy ukaszenie, niz PEWNE uduszenie sie


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 23:08 | 27.01.2012

24.01

Rano budzi mnie zoladek. 2 dni siedzial cicho ale dziad jest uparty.Wieczorem niby tylko makaron z jajkami(w domu bym za cos takiego zonke przeswiecil a tu wsuwam i siedze cicho)ale w gar-kuchni dodali do tego jakis cudacznych przypraw. Poranna kawa tez dziala jak katalizator.No ale kawka i ze 2 kesy sa obowiazkowe-malarone nie wolno brac na czczo. Potem "sniadanko mistrzow"-malarone+stoperan+oslonka.Od samych pigulek jestem najedzony.Staramy sie nie patrzec na nasza oberz-potworna ruina. Zostalismy tu bo szukanie czegos innego po zmroku to tutaj drogowe szalenstwo.Niesamowita ilosc dziur, slalomem jedziemy i my i ciezarowki z naprzeciwka, nieoswietleni piesi idacy pobocem(albo i nie poboczem) oraz szalency na motorkach-oczywiscie nieoswietlonych. Lepiej bylo brac jak leci i nie szukac klopotow.Ruszamy do ABOMEY-temet na odrebna powiesc.105km - ponad 4h.Tragedia.Czegos takiego dawno nie widzialem.Droga chyba z czasow koloni a niepodlegly Benin przez kilkadziesiat lat czasem sypnie to tu, to tam troche piachu w najglebsze dziury- ot i tyle.Tu sie nie omija dziur bo to niemozliwe.Tu sie wybieragorsze zlo czyli wielka dziure po prawej czy jeszcze wieksza po lewej.I to do konca nie zawsze bo albo nas wyprzedzaja(i nie ma omijania dziur), albo ciezarowki z naprzeciwka omijajac swoje dziury boira kurs kolizyjny na nas.Ciekawostka co do ciezarowek-mniej wiecej tyle samo widzimy jadacych co rozwalonych w rowach i rozkraczonych na poboczach(albo i na srodku drogi).Niesamowite dziury, srednia wieku 35-40 lat oraz 2-3krotne przeladowanie ciezarowek powoduje ze tyle samo ich jezdzi co stoi (albo lezy) na poboczu i lize rany.Smiejemy sie w bsie ze juz wiemy czemu Francuzi wymyslili rajd Paryz-Dakar.Powod jest prosty - rajdu Paryz-Cotonou nikt by nie ukonczyl.Zero zwyciezcow(no chyba ze ktos na rowerze).O 12 jestsmy w ABOMEY,zwiedzamy targ voodoo i dawna stolice Dahomey-u(wlacznie ze slynnym tonem z ludzkich czaszeki swiatyniami do budowy ktorych uyto zaprawy rozrabianej ludzka krwia).Troche to trwa bo kazdy z wladcow mial swoj palac wiec sa jednorazowe i jest ich kilka.Ot i tyle w Beninie,wracamy do Togo.Nawet foldery reklamyjace Benin wymieniaja te 3 atrakcje + park na polnocy, ale fatalna droga zniecheca(350km).

TOGO

O 20 przekraczamy granice, ale tu zegarki znowu sie cofa.Po godzince jestesmy znow w hotelu LOLA w LOME.Kena nie ma ale pomagier Kristof sciska nas jak starych znajomych (nawet misiaczki leca)i oczywiscie pyta czy wieczorem bedzie "samting speszjal". Poniewaz na jedzenie nie mam ochoty (jak wojna to wojna-zaglodze dziada) wyciagam Ghanska wodke,Kristof przynosi napoj z Togo, czestuje go papierosem z Mauretani i smiejemy sie ze mamy "internaszional iwning"

25.01

Rano-jakzezby inaczej-sniadanko mistrzow i uciekamy na polnoc.Czeka nas caly dzin jazdy.Nie znamy stanu drog wiec nie wiemy czy zrobimy 200 czy 500km(okazuje sie ze 350).W poludnie stajemy przy stoisku z pieczystym.Na 4 patykach jak na krzyzu rozpostarte.....no nie wiemy co.Na szczura to zduze, na nutrie za male, jakies takie wiewiorkowate-ale 2-kg wiewiora?Korzystamy z bezplatnej probki i odpuszczamy sobie.Bardzo slodkie mieso i jakos dziwnie przyprawione.W dodatku nie umiemy ustalic ceny-raz 2 tys, raz 10 tys.Stajemy na obiad 20km dalej.W gar-kuchni zamawiam cos, zmielone z czyms, upieczone w czymstakim i mocno przyprawione czymstam.Jesli dalej nie wiecie co jadlem-to witam w klubie!Oczywiscie zoladek bulgotem zglasza veto ale kto by sie dziadem przejmowa.Dzieciarnia tutaj oblega nas z daleka, niesmialo.Smieja sie, przypatruja ale dystans 3-4m jest caly czas.Ciekawostka-prym wiedzie 7-8latek w koszulce Celtiku nr7 i ZURAWSKI na plecach.Po kilku zdjeciach ciekawosc przewaza i podchodza zobaczyc siebie na wyswietlaczu aparatu.Z 10-15 na poczatku robi sie ponad 30.Obawiamy sie troche takiego stada i cukierki dajemy dwu mamom do rozdzielenia.Wsiadamy do auta i....ogladamy "Bitwe pod Grunwaldem" Matejki tylko na zywo i w dodatku z fonia.Droga nia najlepsza wiec nie czekajac na zmierzch szybko znajdujemy oberze-nie chcemy ryzykowac jazdy po zmierzchu.Wychodzac z oberzy na zewnatrz na papierosa spotykamy oczywiscie kolejna "gwardie przyboczna" w wieku od1 do 7-8lat.I znow-niesmialosc, zdjecia, ogladanie.Tym razem dstaja widokowki z Polski(najlepsze wziecie maja te ze sniegiem).Poniewaz chce pojednania z zoladkiem kolacje ograniczam do rosolku Knora i spac.

26.01

W nocy-o dziwo-budzi mnie szczypanie zimna.Juz zapomnialem jakie to uczucie-przewaznie probujac zasnac lalo sie ze mnie,a budzilem sie tez zlany potem.A tu-suprize.Pierwsza twardo przespana noc od 2 tygodni.ano dowiaduje sie ze moj zoladek nie dajac sobie rady solo zwolal kumpli i teraz mamy strajk zbiorowy.Wiecej nas przechodzi na "sniadanko mistrzow".Ruszamy dalej na polnoc w strone Burkina-Faso.Zostalo nam 2 dni wizy i 320km.Sa jeszcze atrakcje po drodze ale ich zobaczenie uzalezniamy od stanu drog.Drogi takie sobie ale ok13 mamy na tyle za soba ze zjezdzamy obejrzec TAMBERMA VOLEY(jedyna rzecz w Togo wpisana na liste UNESCO).25km szutrem i mamy grupe wsi o zabudowie domow-wiez obronnych.Zyja tu i mieszkaja w tych domach. Na nasz przyjazd przebieraja sie w tradycyjne stroje i tancza jakiestam ichniejsze techno.Musimy jeszcze poczekac na oficjalne pozwolenie krola wioski na fotografowanie i mozna pstrykac.Do wieczora robimy jeszcze ponad 100km i dojezdzamy do MANGO.Nie widac zadnego spania wiec pytamy n posterunku zandarmeri.Po 10 min rozmowy(glownie rekami) zandarmi deleguja jednego ze swoich na motorze-mamy eskorte i przewodnika.Eskorta bierze na motor jedna z naszych pan i jedziemy.10min pozniej mamy spanie i to niedrogo-gliniarz pomaga ustalic cene.Wieczorne wyjscie na jedzonko i piwko,no i spac.Wreszcie chlodno.Opatulam sie kocem z tylu busa-tutaj przynajmniej chlod pozwala odpoczac nie tak jak na poludniu.Poniewaz caly dzien ze wszystkich potraw zdzieram cala pikantna posypke z ichniejszych przypraw-zoladek siedzi cicho.Smiejemy sie ze tylko taka warstwa ostrych przypraw chroni to jedzenie(lezace czasem kilka godzin) od much czy innego robactwa.Otwarte drzwi busa na osciez-az upajam sie chlodem (nie bez znaczenia jest fakt ze przed wyjsciem na kolacje znalazlem w oberzy dzialajaca lodowke i po rozmowie z szefowa wrzucilem tam napoj + male co-nieco, wiec upajam sie tez chlodnym drinkiem)


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 20:57 | 31.01.2012


28.01

Rano jak zwykle Afryka musi nam zrobic niespodzianke.Kladlismy sie spac w pustej zatoczce przy Pensionacie SARAH, a wstajemy i wychodzimy z busa....w srodeczku targowiska.Nawet drzwi ciezko otworzyc.Otoczeni straganami,przekupkami i jakimis gar-kuchniami wychodzimy ziewajac i przeciagajac sie.Sniadanie i kawka posrodku straganow i pol godziny wyjezdzamy a tego metliku (czasami "na zyletke").Jedziemy w kierunku BOBO-DIOULASSO.Caly dzien jazdy i ok 17 jestesmy w BOBO.Bardzo nietypowy meczet + stare miasto z jego 4 strefami.Wieczorem w knajpce przygladamy sie nie tyle meczowi( akurat jest Puchar Afryki i gra Ghana-Mali) o ile reakcjom otaczajacych nas.Ogladalem mecze w pubach w Angli, w kafejkach we Wloszech czy Turcji ale reakcje tutaj sa o wiele goretsze niz ich klimat.A jestesmy w Burkina-Faso wiec to nawet nie jest mecz gospodarzy.Wczoraj w pensjonacie w OUAGADOUGOU byl mecz Maroko-Gwinea.Nawet nie musialem pytac komu kibicuja Burkinczycy-po jednej z bramek dla Gwinei podrzucali z radosci wszystkim co mieli w rekach az rozbili wentylator 2m nad glowami.Dzis siedzimy w knajpce i czekamy na zmrok.Szukamy dzis spania na dziko a rozbijajac namioty za dnia wzbudzamy za duze zainteresowanie. 20km za BOBO odbijamy w boczna szutrowke, potem jeszcze boczna i mamy fajna polanke na sawannie.Kolacja, namioty,mycie z 5-litrowego buklaka i spac.

29.01

Rano mamy gosci i to podwojnych.Po wyjsciu z busa od razu widze 3 czekajacych dzieci.Siedza grzecznie i czekaja na nasze plastikowe butelki, opakowania, sloiki itp.Drugich "gosci" widzimy po chwili bo parkujac po nocy nie zauwazylismy ze wies jest 200m od nas, a my stoimy w pasiece(tylko zamiast uli maja tu dziuple w drzewach).Na szczescie jest koniec pory suchej, wszystko wyschniete, kwiatow nie ma wiec i "gosci" jest niewielu.Sniadanko-duszona cebulka(miala byc z boczkiem ale boczek szlag trafil) i ruszamy do BANFORY- niewielkiego sennego miasteczka,ale wokol mnostwo atrakcji.Najpierw "skalne domy"-niesamowite formacje skalne, 3km dalej wodospad KARFITUELA-z dolu niby nic ale wchodzimy na gore (10 min w 40 st C) i mamy w naturalnych nieckach swoiste jakuzi a siadajac na skalnych stopniach pod wodospadem - wspaniale "bicze szkockie".Tutaj 40 st C a tu gorski strumien- ....ach!!! Po zejsciu na parking handel moimi ciuchami za ichniejsze regionalne oraz rekodziela.I znowu-4 rzczy mniej do prania(i tak zonka kazala mi tych rzeczy bron Boze nie przywozic z powrotem).Obiadek w Banforze-nie uwierzycie- w McDonaldzie.Ale poa nazwa ten lokal ma z firma niewiele wspolnego.Tutaj w przeciwienstwie do naszych maja dobre zarcie.Probujemy ozorkow baranich,mieska z batatami,a ja dodatkowo omlet z pomidorami i mielonym mieskiem wolowym.Pycha!Potem jeziorko z krokodylami i hipopotamami(hipopotamow akurat zabraklo na stanie) i jedziemy zwiedzac iglice skalne po dugiej stronie miasteczka.Poniewaz mamy juz dosc tej drogi ( na mapie zaznaczona jako zolta krajowka a w praktyce szute i tarka) 3km za iglicami znajdujemy oberz i zostajemy.O dziwo-na totalnym zadupiu ta oberz w porownaniu do innych to ekstraklasa.Mily, nienachalny gospodarz,wygodne fotele, okragle domki regionalne jako 2-os sypialnie(mnie tam wsio rybka-i tak spie w busie).A zamowiona kolacja kuk-kus na 4 osobyokazuje sie porcja na pluton wojska.Nie dosc ze pyszny to jeszcze najadamy sie w 8 a i tak polowa zostaje.


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 23:57 | 27.01.2012


27.01

Wreszcie wyspany-noc bez przewracania sie z boku na bok, bez wycierania sie z potu, kamienny sen przez 7h.Kawka, sniadanko(nareszcie bez stoperanu-odpukac).Ostatni dzien wizy TOGO wiec ruszamy.Do granicy co prawda tylko 120km ale....to jest Afryka.Wczoraj np byla blokada drogi bo jedzie podobno jakas rzadowa kolumna,podobno za 10min.Po 1,5h w sloncu wreszcie nas puscili.Na szczescie na noc wrzucilem do lodowki 2 napoje wiec do pludnia mamy chlodne picie(mamy juz dosc cieplej wody i napoi-nie gasza pragnienia tylko brzuch pelny tej cieplej brei).Ok 12 jestesmy na granicy Togo-Burkina Faso.Nie opisywalem jeszcze granic a to tutaj tez inna bajka.Przewaznie jest to szpaler rozpadajacych se szop i po lewej i po prawej i szukaj tu 3-4 wlasciwych budynkow(zero oznakowania-moze to posterunek, moze sklep a moze prywatna chalupa).Podjedziesz pod szlaban-z powrotem bo nie masz tego czy tamtego papierka(czego konkretnie nie ziemy bo tutaj wszystko fracuzkojezyczne).I szukaj tu czlowieku szopy nr1, potem 2 itd.Zrobisz wyjazd z jednego kraju-witamy w drugim!Osobno wiza, osobno odprawa,potem odprawa auta, potam pieczatki i osobno szlaban(lub lancuch, w ostatecznosci beczka na srodku drogi).Kazdy z urzedasow za swiety obowiazek uwaza prwekartkowac nasze paszporty-znalazl co prawda swoja wize ale co tam-dalej sa fajne kolorow wizy z Rosji,Ukrainy, Turcji czy Iranu.Nawet pieczatki z Chorwacji go interesuja.Zamiast kupowac gazety-ma tu bezplatna lekture.Zabawne jest kiedy urzedasowi w mundurze nie chce sie ruszyc tylka z cienie i posyla swojego "przydupasa" w cywilu(kreci sie ich tu bez liku).Ten z kolei gial sie w uklonach pol godziny wiec podchodzac do nas ma bardzo wazna mine.Czasami straszni macha rekami i krzyczy.Opieprzony kuli ogon i leci sie wyplakac do urzedasa.Inna rzecz to fiszki (czasem po 2-i na wyjazd i na wjazd).To cale arkusze gdzie nasza osemka ma po 15-20 pozycji.Po choler im moj zawod, adres w Polsce, czy imie i nazwisko rodoze matki??? A wszystko to w sloncu, kurzu, pyle i odganianiu setek sprzedawcow wody, napojow, orzeszkow, kart telefonicznych, pomarancz, paskow do spodni i czego tam jeszcze chcecie.Jak juz masz wszystko-pod szlaban i lebek za opuszczenie lancucha chce 1000 CEFA.Za co? Za auto! Srednia na granicy to 2-3h.Dodajcie do tego smrod gar-kuchni, spalin z ciezarowek, zgielk, temperature i brak cienia, zmecznie droga i niezliczonymi formularzami.No i setka miejscowych cwaniakow ktorzy za kase(czasami niemala) pomagaja rozwiazac ten wezel gordyjski.Ci cwaniacy sa przygotowani na kazda ewentalnosc-widzielismy goscia w koszulce Barcy i czapeczce Realu! To jest byc przygotowanym na kazda sytuacje!

BURKINA-FASO

Juz norma-jedziemy i jedziemy, dziury i dziury,postoj-dzieci-zdjecia-cukierki i tak caly dzien.Za oknem juz typowa sawanna.Dla europejczyka nie obeznanego z Afryka to malunek gdzie artyscie pomylily sie kolory:ziemia nie brazowa ale we wszystkich odcieniach czerwieni,trawa nie zielona tylko slomiano-plowa, drzewa i krzewy-szare.Nawet koryta mijanych rzek zamiast lazuru-tylko zolty piach i brunatne kaluze.Abstrakcja czy surrealizm(nigdy nie bylem dobry z malarstwa).Tylko tam gdzie wypalali i trawa i ziemia i drzewa-czarne.To akurat krajobraz jak z "piorkiem czy weglem" p.Zina. I tylko osiol na srodku drogi pod kazda szerokoscia geograficzna jest dokladnie taki sam.W koncu zmeczylismy te nasze dzisiejsze 450km.Juz po zmroku(czego nie lubimy) wjezdzamy do OUAGADOUGOU (LAGADUGU)-stolicy B-Faso.Pierwszy hotel-porazka. Obie nerki musialbym sprzedac.Ale drugie podejscie jest OK.Mamy pokoik 5-os a nas 3-spac do busa.
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 20:20 | 01.02.2012


30.01

Wszystko co mile szybko sie konczy.Dzis tak milo nie bedzie-100km do granicy, potem granica Burkina-Faso- Mali ( ok poludnia wiec w najgoretyszym okresie dnia) i jeszcze 450km do Bamako.Oczywiscie wszystkiego nie damy rady ale sprobujemy ile sie da.Ok 9 jest juz goraco. Im dalej od rownika i oceanu tym dnie sa coraz goretsze, za to noce rekompensuja chlodem ( 20-24 st C hehehe).Zmienia sie teren i asortyment na straganach.Coraz mniej warzyw i roslin sadzonych(bataty, kasawa,marchew), nie widzimy juz ananasow i kokosow.Zamiast tego-to co samo rosnie-mango, papaja, avocado i jeszcze z 10 innych owocow ktorych nazw i tak nie ma sensu pamietac bo 2 wioski dalej nazywaja sie inaczej.O 13 na granicy- 97km w 4h-predkosc podrozna w Afryce.Burkina zegna nas najlepiej jak umie.Granica-driwniana konstrukcja pokryta sloma i kilku celnikow.Jeden zajmuje sie naszymi paszportami a reszta wskazuje nam krzeselka w cieniu i czestuje nas zapiekanka z ryzu i miesa.Z pol godziny bawia nas rozmowa i jedzonkiem i bon vojage.

MALI

na szczescie to przejscie jest male i senne. Nie ma kurzu, pylu atmosfera senna wiec i odprawa mija szybko-o 14 jedziemy juz przez Mali.Tylko pieczatek przybywa w paszporcie a pustych stron ubywa w zastraszajacym tempie. Potem juz tylko droga i droga.Kilka postojow, fajnych spotkan i sytuacji z miejscowymi ludzmi ale trudno opisywac kazda drobna sytuacje.150km przed Bamako zjezdzamy w boczna droge, w napotkanej wiosce pytamy o "patrone" i pytamy o mozliwosc spania przy wiosce.Zawsze to troche bezpieczenstwa i ochrona przed dzieciakami. Rozkladamy sie i mamy kolejny wieczor na sawannie pod gwiazdami.

31.01

DZIS SA MOJE URODZINY
KTORE OBCHODZE BEZ RODZINY
WYSOKO DALEKO WSROD MANOWCOW
NA LADOWISKU DLA SZYBOWCOW

Nie pamietam na ile to cytat, na ile moja interpretacja.Lubie czasami cytowac autora tych slow pomimo ze gosc byl zdrowo rabniety (oczywiscie to moja subiektywna opinia).Ale i tak spora czesc jego utworow jest mi bliska.Jedziemy dalej-kierunek Bamako.Na liczniku 13.5tys km, w kalendarzu zostalo 2 tygodnie, a na mapie jeszcze 4 kraje Afryki.Juz 30km przed Bamako widac pierwsze zieloone busiki tak charakterystyczne dla tego miasta.Te wyjezdzajace poza miasto jeszcze maja drzwi, szyby, lusterka i lampy.W centrum w takie detale sie nie bawia.Nawet siedzenia to dwie drewniane lawki wdluz burt auta.Jedziemy najpierw do ambasady Mauretani.Co prawda wizy powrotne przez Mauretanie mielismy robic w Dakarze w Senegalu, ale mamy niepokojace informacje.W Dakarze i na polonocy Senegalu rozruchy.W trakcie manifestacji zabito policjanta a policja podobno rozgania manifestacje przy uzyciu ostrej amunicji.Takie informacje dostajemy SMS-ami z Polski.Poniewaz Senegal ma byc kolejnym krajem po Mali-nie wiemy co robic.Na wszelki wypadek walimy robic wizy Mauretanskie tutaj.Ok 12 jestesmy w Bamako(jak ja kocham ten smrod, gwar, scisk i upal bez przewiewu).Po drodze SMS-y lataja jak szalone-teraz jest wersja ze nie jest az tak zle.W ambasadzie Mauretani dowiadujemy sie ze tu wizy do nich sa 3x drozsze niz w Dakarze. Nie wiem czy zawazyla 1 sprawa czy 2 ale decydujemy-jedziemy do DAKARU(Mauretani w zaden sposob nie da sie ominac, teoretycznie mozna przez Algierie ale ta zamknela i zaminowala cala granice z Marokiem-ot Afryka)Gdzies te wizy zdobyc musimy.Na razie zwiedzamy Nationale museum(porazka) i Central Market(juz lepiej) i szwendamy sie po Bamako.Znajdujemy oberz no i do nocy-urodzinki.

PS do dnia dzisiejszego:
Spalismy w wielu dziwnych miejscach.I na dziko, i u tubylcow, w meczetach i przy posterunkach policji.Dzis pierwszy i jedyny raz odmowiono nam noclegu i wyproszono nas(pokoje wolne byly)- w misji katolickiej w Bamako.Nawet fakt ze nie potrzebujemy pokoi, mamy spanie w busie i namiotach-nic nie dala.Szczytem wszystkiego byla odmowa na nasza prosbe o zostawienie busa na godznke-dwie celem poszukania innego noclegu na piechotew centrum Bamako naprawde trudno o zaparkowanie busa).Odmowili i grzecznie wyprosili.Nie spodobalo im sie ze jest nas 5 faceto i 3 panie oraz fakt ze dziewczyny pytaly o pokoj dla nich(wszystko jasne- nie jestesmy malzenstwami).Wyjezdzajac glosno, wyraznie i po angielsku(niech dziady zrozumieja) wyrazilismy swoje zdanie na temat milosci blizniego "po katolicku".Epitety i przymiotniki ktorych uzywalismy pomine- inaczej admin zbanuje mi watek.
CDN


CZACHA dołączył
02.02.2012

EDI dołączył
07.09.2011

EDI 15:45 | 04.02.2012


1.02

No i mamy na serio problem.O ç wyjezdzamy droga na KAYES a na przedmiesciach mamy blokade i to wcale nie pokojowa.Na drodze poukladali w poprzek kamienie i krawezniki.Wszystkie proby objechania bokiem blokuja nastolatki z kamieniami w rekach.Albo zawracaj albo kamieniem po szybach (jeden przyklad widzielismy).Zawracamy do centrum i probujemy inna droga-to samo tylko jeszcze bardziej nerwowo-tu sie juz lzja z kierowcami ciezarowek.Poniewaz na KAYES sa tylko te 2 drogi wracamy do Bamako.Nie za bardzo wiemy co robic-wyjechac z miasta sie nie da,a w miescie zamieszki moga sie zaczac wieczorem.Decydujemy sie spytac o sytuacje w ambasadzie Niemiec (Polskiej w Mali nie ma).Jeden z nas troche "szprecha" wiec sie dogadamy. Niemcy absolutnie zaskoczeni ale po kilku minutach i kilku telefonach juz nam mowia ze to rozruchy lokalne a nie w calym Mali.Wracajac do centrum widzielismy wojsko jadace w strone blokad, ale zolimy troche odczekac w centrum.O 13 wyjezdzamy jeszcze raz z Bamako w strone blokad-moze wojsko juz rozgonilo ten bajzel? Nasza ekipa podzielona glosami co robic ale nie ma sie co dziwic- od protestujacych bardziej sie boimy tych co przy okazji chca troche porozrabiac i poszalec.Na blokadzie troche spokojniej ale przejechac sie nie da, kamienie dalej w poprzek drogi tylko lamiacych blokade mniej.Na dodatek podpalili opony.Miejscowi mowia ze to nie jedna blokada tylko 30-40km i kilkanascie blokad wiec nawet przejechanie 1-2 nic nie da.Probujacych przejzchac szarpia i odganiaja.Czekamy moze cos sie ruszy ale od 15 ludzi na blokadach przybywa.Ok 16 dajemy sobie spokoj.Wracamy do hotelu-tu nic nie wskoramy.Boimy sie tylko ze na wieczor zamieszki z przedmiesci przeniosa sie do centrum.Na szczescie wieczor w hoyelu mamy spokojny.Ustalamy pobudke na 4.30 i wyjazd na 5.Sprobujemy wyjechac z Bamako kiedy murzynki beda jeszcze spac.

2.02

Udalo sie-wyjechalismy z Bamako.O 5 jeszcze ciemno i trzeba uwazac bo na drodze zostaly kamienie po blokadach.Pozostalosci blokad ciagna sie 40km od Bamako i bylo tych blokad 50-60.Jedziemy caly dzien.Z Bamako mamy 750km do Senegalu, a potem jeszcze 700 do Dakaru.Chcemy zdazyc jutro do 15 zlozyc wnioski wizowe w ambasadzie Mauretani.Jesli zdazymy i tak wizy dadza raczej w poniedzialek wiec bylyby 3 dni na Senegal.Ale to malo realne.Przez te zamieszki w Bamako jestesmy 1,5 dnia "w plecy".Zachod Mali to kraina baobabow i padlego bydla.No i sepow ktore siedza i tu i tu.Pierwsze 400km-bajka a potem-tragedia.To juz nawet nie sa dziury, czasem asfaltu jest mniej niz braku asfaltu.Chyba tylko my sie tym przejmujemy i zwalniamy bo ciezarowki wala przez te dziury nawet nie zwalniajac.Duzo ich za to rozwalonych na poboczach,czasami widac ze leza tu od miesiecy.Ale czasem wyklepia to-to i z krzywa rama, jadac prawie bokiem idzie na trase.Blokuje 3/4 drogi bo os jazdy ma sie nijak do osi pojazdu.W dodatku wszystko przeladowane 2-3x.O 20 jestesmy na granicy w DIBOLI.

SENEGAL

Ktory to juz raz mamy problem z Carnet de Pasaz (CPD)?Znowu sie go domagaja i tym razem nie ma zartow.2h walkowania i dostajemy jedynie 48-h tranzytowke do ROSSO.Mamy wjechac i wyjechac i zapomniec o Dakarze-tak mowi pogranicznik.Co mu bedziemy tlumaczyc ze i tak nie mamy wiz do Mauretani i ze Dakar musimy zrobic tak czy tak.Gorzej ze wizy Mauretanskie wydaja w 2 dzien roboczy a jutro jest piatek.Nawet jak sie uda zlozyc jutro wnioski-odbior raczej bedzie w poniedzialek a to duzo wiecej niz 48h.Zobaczymy.Najwyzej pojdziemy na policje i pod jakims pretekstem sprobujemy przedluzyc wizy.Po 22 ruszamy z granicy.Decydujemy gnac cala noc non-stop.Troche pocierpimy bez noclegu ale musimy zdazyc do tej ambasady.
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 11:48 | 13.02.2012


3.02

Co tu mozna pisac po calodziennej i calonocnej jezdzie? 28h jazdy non-stop i o 10 jestesmy pod ambasada Mauretani.1450 km w 28h-jak na Afryke to chyba rekord po tych dziurach.Na szczescie cisza i spokoj jesli chodzi o te zamieszki o ktorych slyszelismy.Ucieklismy od jednych w Mali glupio by bylo wpasc na drugie w Senegalu.W ambasadzie jak w zyciu-dobra wiadomosc i zla.Dobra-wizy na dzis na 15.Zla-50 euro.Insz Allach.Zwiedzamy Dakar-wszedzie patrole policji w pelnym rysztunku, a gdzieniegdzie dyskretnie stoja dzipy z 12-15 policjantami.Oczywiscie najwiecej pod palacem prezydenckim. Nigdy nie balem sie jazdy autem ale tutaj wzielismy lokalna taksowke i mam pietra.Nic w tym aucie nie dziala-a jedzie. Cud!W dodatku siedze z tylu i chyba w aucie sa pchly.O 16 mamy wizy i jedziemy w strone St.Louis.Do samego miasta wjezdzac nie chcemy, zatrzymamy sie 50-60km przed miastem i zanocujemy na dziko.O 18 po 2h jazdy przejechalismy moze 5 moze 6km i dalej jestesmy w Dakarze(no-juz na przedmiesciach ale korki dalej takie same jak w centrum).Zastanawiamy sie czy my w ogole wyjedziemy dzis z tego miasta.O 20 mamy przejechane 25km a konca korka nie widac.Dowiadujemy sie o co chodzi-w tutejszym kalendarzu jest dzis Sylwester i wszystko co zywe ucieka z Dakaru w jakiestam miejsce swietowania i my jedziemy(stoimy) na tej trasie. O 22 mamy dosc.Czas leci, jedziemy niewiele, w dodatku padamy na pysk po wczorajszym przelocie.Zjezdzamy w boczna droge (po liczbie smieci widac ze nie jest czesto jezdzona) odjezdzamy tyle zeby nas nie bylo widac z glownej trasy i przy ogrodzeniu niezamieszkalej posiadlosci rozbijamy sie.Po 10 min przychodzi gospodarz i zaprasza nas do nocowania w srodku-u niego na placu.Uff-ale mamy szczescie. Oczywiscie zgadzamy sie.Zawsze to bezpieczniej.Robimy kolacje-jakies miejscowe specjaly:oberzyny, ciciorka, humys.Zdania na temat tego jedzenia sa podzielone-mnie to smakuje jak ....cos. A jak sie to cos posoli i popieprzy- to smakuje jak jak solone i pieprzone cos.Kladziemy sie spac a ja w duchu zastanawiam sie nad dziwnoscia tego swiata:tutaj obca osoba po ciemku wpuszcza 8 zupelnie obcych osob innego wyznania i religi do siebie na spanie, a kilka dni temu w misji katolickiej stworzonej do pomocy ludziom, kiedy prosi cie o pomoc wspolwyznawca tej samej religi bedacy w obcym kraju......... Ech-lepiej spac i przelknac te przeklenstwa ktore cisna sie na usta.

4.02

Raniutko ruszamy.Konczy nam sie wiza tranzytowa a do granicy 350km.Niestety w pierwszym napotkanym miasteczku policja blokuje glowna droge i kaze nam jechac rownolegla przez miasteczko.A tam dzien targowy.Jedziemy 3km/h praktycznie ludziom po palcach.Po loewej mamy 3cm luzu a po prawej moze 5cm.Wrzeszcza na nas, krzycza, nie chca sie rozstepowac.Niektore rozlozone na drodze stragany musza przesuwac pod sciany zebysmy przejechali.Tracimy 1,5h na to miasteczko(o nerwach nie wspomne).Jedzie z nami Ibrachim-zabralismy go wczoraj z Dakaru - i troche pomaga.Wracamy do glownej trasy.Przez ponad 100km od Dakaru jest niesamowicie duzo policji.Stoja co 200-300m raz po lewej raz po prawej.Jakby szpaler-jeden stoi w polu widzenia drugiego.Niepokoi nas bron dluga na piersiach,niekiedy kilka przygotowanych barierek na poboczu, niekiedy zwiniete kolczatki do blokowania drogi.Kurcze-co tu sie szykuje Ze sie tak przygotowali?Po 100km policja znika poza standartowymi posterunkami zandarmeri.Po poludniu zwiedzamy St.Louis-senne miasteczko z zabudowa kolonialna.Prawie cale St.Louis lezy na 2 wyspach, prawie sami rybacy.Jedziemy na ROSSO-promowe przejscie z Mauretania na rzece Senegal.Dzis konczy sie tranzytowka a Maurowie po zmierzchu zamykaja granice.Zdazylismy do Rosso na 18.Ludzie-co tu sie dzieje!Opadlo nas stado sepow-samych przewodnikow mamy ze 30(kazdy pokazuje w inna strone), sprzedawcy, wymiana walut, dzieciarnia, myjacy auta, moze nawet i ufoludki tam byly-w tym rejwachu i tak bysmy ich nie zauwazyli.Prom podplywa dosc szybko-wjezdzamy.Larum, wrzeszcza, cos krzycza, kazdy cos chce.Obsluga promu tez cos wrzeszczy, klepie rekami po busie.Costam chca-nie mamy tego.Zjezdzamy z powrotem z promu.Po 10 min okazuje sie ze czegostam brakuje-mamy to tylko nie pokazalismy w jakims okienku policji.Jak juz to wyjasnilismy-prom odplynal i to ostatni dzis.Policjant rozklada rece i zegna sie "do jutra".Zastanawiamy sie juz nad spaniem w tej wiezy Babel.Pol godziny pozniej podjezdza superutko (ford Kuga ale na tutejsze warunki to luksus).Podchodzimy i rozmawiamy.Gosc okazuje sie senatorem z Mauretani, wraca od rodziny.Dzwoni z komorki i z usmiechem oznajmia ze prom podplynie za pol godziny.Troche mamy stracha bo nie jestesmy do konca odprawieni.Dyplomata z usmiechem bierze nasze papiery i po paru minutach mamy juz wszystko.Nawet po drugiej stronie

MAURETANIA

Specjalnie dla goscia otwieraja zamkniete juz przejscie.Dyplomata spokojnie zalatwia swoje sprawy i pomaga nam zalatwic nasze.Az milo patrzec jak dumni celnicy chodza jak w zegarku i to po zamknieciu granicy.Odprawa-godzinka.Szukamy jeszcze po nocy ubezpieczenie dla busa na Mauretanie i po 21-w droge.Teoretycznie po zmroku w Mauretani jezdzic nie wolno, ale w praktyce jedzie sie az policja nie kaze zjechac.Nam to pasuje bo hotele tu za drogie a oberzy nie ma wiec jedziemy az nas nie zdejma z drogi i przespimy sie przy posterunku.Niby plan dobry ale jak na zlosc policji nie ma! A w ta strone fiszki szly co 5 minut!Wreszcie jest pierwsza kontrola ale wkolo posterunku piach po kostki.Jak wjedziemy-utkniemy.Na szczescie biora fiszki i puszczaja nas dalej.Druga kontrola-to samo.Piach i piach.Czasem wydmy zasypuja polowe drogi.Przed polnoca mamy juz dosc takiej jazdy.Drogi po Mauretani trudno nazwac drogami a noc i zmeczenie powoduje ze zaraz rozwalimy zawieszenie.Znajdujemy posrodku pustyni jakis maszt przekaznikowy i twarda droge do niego.Gadamy ze strozem-zgadza sie.Nawet na kolacje nie mamy sil. Namioty i spac.
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 19:21 | 14.02.2012


5.02

Cala noc wialo.Cholernie wialo i jeszcze mocniej wialo.Wiatr sie uparl zeby nas przestawic z namiotem 100m dalej.W dodatku jest zimno(dla nas oczywiscie-mam wiadomosci z Polski i az sie boje konfrontacji z Polska zima za tydzien).Do Nouakchott mamy 100km.Caly czas pustynia i rozrzucone zabudowania(?) i namioty.Typowi nomadzi.Nie ma tu wiosek czy miasteczek-kazdy sobie.Przez cala Mauretanska pustynie ciagnie sie jedna niekonczaca sie wies.Jedyne piekne widoki to wydmy.Niestety wiatr przesypuje piach az na asfalt.Widzimy duze ladowarki ktore odsypuja pas od pustyni jak u nas zima snieg.No i fiszki i jeszcze raz fiszki.O 10 dojezdzamy do Nouakchott.Bylismy tu jadac w tamta strone i wiemy ze nic tu nie ma.Jeden duzy(nawet ladny meczet)ale do obejrzenia tylko od zewnatrz,bazar,kilka budynkow murowanych a reszta to zabudowa "z niczego".Dajemy sobie 2h na targ(fajki sa tutaj po 3 Euro za karton wiec warto).Od rana nie wieje wiec wszedzie miliony, miliardy much.Gdzie nie spojrzec-muchy.O 13 wyjezdzamy na NOUADHIBOU.Szczerze mowiac juz nas niewiele cieszy czy interesuje.Jedyne uczucie to zmeczenie.Tym wieksze ze wiatr w trakcie jazdy znowu sie wzmaga.Zanosi sie na burze piaskowa.Widocznosc spada do 100-150m i wszedzie pyl piaskowy.Gdzieniegdzie znowu wiatr nawiewa nam piach na asfalt.O 20 dojezdzamy do Nouadhibou-40km od granicy Sahary Zachodniej.Znajdujemy camp bo i tak dalej jechac nie ma sensu-granice pozamykane.Nie ma co liczyc na ponowne spotkanie jakiegos dyplomaty.Poza tym na campie podobno jest goraca woda a po 3 nocach na dziko bez prysznica czujemy sie.......no - czujemy sie.W dodatku wody w baniakach mamy malo-trzeba napelnic.Na campie woda jest na serio goraca!!!Bez jaj!Pierwszy goracy prysznic od....niewazne.Wasze zdrowie!

6.02

Rano niestety wieje coraz mocniej.Na campie,miedzy budynkami tego nie czuc ale po wyjezdzie na pustynie znowu wszedzie mamy piasek i pyl.Busem rzuca przy kazdym porywie zwlaszcza kiedy wyjezdzamy zza wydm.Plan mamy ambitny:granica i gnac dzien i noc az do Marrakech.Normalnie te 1500km to 25-28h jazdy ale przy tej burzy nic nie jest normalne.Od rana przeprosilismy sie z dresami, koszulami i polarami.Jakby to smiesznie nie brzmialo w Polsce,my tutaj przy 15-18st C drzymy jak osiki.Podobno "przyzwyczajenie jest druga natura" a my jestesmy przyzwyczajeni przez ponad miesiac do innych temperatur.

SAHARA ZACHODNIA

Ponad 4h na granicy.Nawet auto na rentgena nam wzieli.Ruszamy po 14, wieje niesamowicie.Wokol siebie mamy mgle tylko w nietypowych kolorach:pomaranczowo-bezowa.Kazda przerwa na papieroska to walka z drzwiami aby otworzyc je, a potem jeszcze wieksza zeby drzwi zamknac.Caly dzien i noc jazda na polnoc.Na szczescie przed wieczorem wiatr troche sie uspokaja.Dalej wieje ale juz nie wzbija tyle pylu i widocznosc sie poprawia-dobra wiadomosc przed nocna jazda.Zla jest taka ze mamy nawiane "jezory" piasku na asfalt, niektore na cala szerokosc jezdni.
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 21:04 | 14.02.2012


7.02

Ok 2 w nocy mijamy Laayoune-stolice Sah.Zach. Tankujemy(smieszne pieniadze-niecale pol euro za litr ropy), papierosik i w droge.Zimno a w dodatku wieje nam w aucie-opadla nam boczna szyba od kierowcy i nie da sie podniesc.Po ciemku nie da sie naprawic wiec przytrzaskujemy drzwiami koc. Co prawda kierowca nic nie widzi w lewo ale na Saharze zbyt wielu skrzyzowan nie ma. I tak wieje(troche mniej) i prowadzimy opatuleni w koce i spiwory.

MAROKO

Ok 8 jest juz na tyle jasno (i cieplo) ze stajemy pod samymi gorami Atlasu na naprawe szyby.Przy okazji wymieniamy olej i robimy sniadanko.Na dodatek robimy porzadki w busie, bierzemy sie za czyszczenie szyb-robimy wszystko zeby z godzinke byc poza busem i rozprostowac kosci po 24h jezdzie.Jeszcz przed nami 6-7h jazdy do Marakeszu.O 10 sloneczko grzeje juz na tyle silnie ze czujemy sie "normalnie".Podziwiamy widoki Antyatlasu a pozniej Atlasu Wysokiego.Piekne widoki gor, opuncji, aloesow i drzew arganowych.No i slynne kozy pasace sie na drzewach.O 17 jestesmy w Marakeszu.Zaklepujemy nocleg w hotelu i mamy caly wieczor dla siebie.MARRAKECH-kto byl ten wie o co chodzi, a kto nie byl-temu i tak nie opisze placu cudow (PLACE JAMAA EL FNA), setek restauracyjek, naganiaczy mowiacych we wszystkich jezykach swiata(o dziwo-po polsku bardzo dobrze),bazaru,pokazow czy smaku na miejscu wyciskanych owocow. Dla mnie-nr1 wsrod chetnie odwiedzanych miejsc.

8.02

Spie w busie na parkingu i pomimo dresu i spiwora w nocy szukam jeszcze koca.Rano przychodzi ekipa z hotelu a my idziemy na plac cudow na placki z bialym serem i pyszna kawke.Jedziemy na polnoc i przerwe na obiadek mamy juz w Rabacie. Reszta ekipy "wita" sie z dawno zapomnianymi czapkami, rekawiczkami(jest ok 10-12 st C ale wieje).Wieczorkiem dojezdzamy do MOULAY.Fajny kurort nad Atlantykiem ale teraz jest zupelnie pusty.Jest po sezonie, w Maroku wczesna wiosna.Mijalismy cale polany ukwiecone na zolto lub pomaranczowo.Teraz w kurorcie cisza i spokoj. Znamy to miejsce i mamy miejsce pod nocleg-dlugi parking wdluz wybrzeza atlantyku,ale najpierw jedziemy na glowny pasaz na kolacje.Odganiamy naganiaczy z restauracji


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 11:54 | 15.02.2012

Odganiamy naganiaczy z restauracji-tam sa tylko gotowe dania 3x drozsze.Idziemy na targ rybny.Wieczorem najlepsza pora, wszystko kupisz za pol ceny.Przy targu jest punkt gdzie gosc ma tylko patelnie z goracym olejem, krzesla i stoly....i tyle.Reszte (co chcesz miec usmazone)kupujesz sam na targu. My idziemy na latwizna-dajemy szefowi 100 dirhamow i prosimy o "mix".Po 5 min gospodarz wraca z zakupami a po kolejnych 10 min wjezdzaja na stol najpierw krewetki, potem kalmary, najdluzej smarza sie rybki.Wszystko swiezutkie, przepyszne.Jedzenie oczywiscie tradycyjnie-palcami. Po kolacji pod sciana mamy umywalke i resztki wycisnietych do ryb cytryn(rece myje sie cytryna a nie mydlem-lepiej usuwa zapach ryb).A po wyjsciu na dwor mamy na deser swiezutkie truskawki.Pycha!Jedziemy na parking nad oceanem i robimy wieczor pt "pozegnanie z Afryka" oraz swietujemy imieniny.Temperatury coraz gorsze, tu jest tylko 5-6 st C i od oceanu zdrowo wieje. Pakujemy sie spac do namiotow i busa.
CDN


EDI dołączył
07.09.2011

EDI 13:00 | 15.02.2012

9.02

Rano przepakowujemy torby i plecaki.Wyciagamy wszystko co daje lub zatrzymuje cieplo, a do plecakow laduja krotkie gatki i koszulki, maski i rzezby, pierdoly z hebanu i inne cuda.Szybka kawka/herbatka i na sniadanie wracamy na glowny pasaz.Placuszki, costam z harisa i kawka-palce lizac.Po sniadaniu chwila niepewnosci:busik nie chce odpalic.Nawet fakt ze przezornie zgasilismy go na gorce i mamy 200m na dol nic nie daje-nawet "na pych" nie lapie.Glupio tak by bylo utknac 100km od Tangeru.Pol godziny kombinowania i bus odpala-cud.Wiemy tyle co nic.Moze pomoglo szarpanie koncowkami wstryskow, moze klemami akumulatora a moze wyczyszczenie wycieraczek czy plucie przez lewe ramie?-Insz Allah.Poniewaz nowy port jest poza Tangerem ruszamy najpierw do miasta wydac ostatnie dirhamy i zrobic zapasy na powrot przez europe.Kupujemy oststnie prezenty,zjadamy ostatnie tadziny i lazimy po medynie Tangeru.Widac ze miasto wypieknialo.Ostatni raz bylem tu 3 lata temu ale wtedy port byl jeszcze w miescie i bylo strasznie zawalone.Odkad wybudowali nowy port 15km od miasta a stary przerabiaja na przystan dla jachtow-Tanger wyciszyl sie i wypieknial.O 15 ruszamy do portu na prom.Pomiedzy Tangerem a portem pojawiaja sie na szybie auta pierwsze krople deszczu.Niby to niewielka mzawka ale to pierwsze krople ktore widzimy od 1,5 miesiaca.No i w oddali widzimy juz Europe.Jeszcze na granicy marokanska "trzepanka", auto na rentgen, troche kontroli i o 18 podjezdzamy pod nasz prom.Prom podplywa, wyladowuje auta i ......nic.Przez 1,5h zadnej informacji a co gorsza czesc aut z kolejki zawraca i gdzies jedzie.Dowiadujemy sie ze prom ma awarie a na tej lini plywa tylko ten jeden.I nic z tego ze mamy na ta linie wykupiony bilet powrotny."Dzis nie pojdzie, a jutro nie wiadomo-jak usuna awarie"-taka informacje slyszymy.Trzeba zacisnac ze zlosci zeby i kupic bilet na inna linie a ten bilet reklamowac po 2 stronie.

10.02

Prom ma odplynac o 23 ale ze czeka na innych z zepsutego promu-wyplywamy dopiero ok 1.W Alcaseras jestesmy przed 4.Idziemy zwrocic bilety-niestety agent oddaje tylko polowe powrotnego traktujac to jako zwykly zwrot niewykorzystanego biletu.Mozemy co prawda skladac reklamacje ze wzgledu na awarie-ale to trwa i spedzilibysmy tu ze 3 dni(o ile w ogole cos bysmy wywalczyli).Chrzanic to-bierzemy te pare groszy i walimy do domu.

I wlasciwie to tyle jesli chodzi o afryke.
Do domu mamy jeszcze 2,5 dnia jazdy (razem 7 tygodni) i 3200km (lacznie zrobimy 22,5tys km) ale poniewaz watek ma w nazwie "Afryke Zachodnia"-skoncze go tuz po przeplynieciu Ciesniny Gibraltarskiej.

KONIEC

ps podaje rowniez linka do relacji tej samej wyprawy innego uczestnika.Co 2 relacje to nie jedna a odpada subiektywnosc postrzegania faktow
www.extrek.pl/forum/viewtopic.php?t=28&postdays=0&postorder=asc  &start=0



Strefa Globtrotera

Forum dyskusyjne

Aby korzystać z forum należy być zarejestrowanym użytkownikiem Globtroter.pl. Kliknij [TUTAJ], jęśli jesteś nowy.

Wypowiedzi użytkowników publikowane w Globtroter.pl są prywatnymi opiniami osób korzystających z Forum.

Globtroter.pl zastrzega, że nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i w żaden sposób nie utożsamia się z poglądami wyrażanymi w tym miejscu.

Wszelkie wątpliwości prosimy kierować na adres: globtroter@globtroter.pl.

Redakcja Globtroter.pl zastrzega sobie prawo do moderowania i redagowania wypowiedzi na Forum bez podania przyczyn, zamieszczanie treści reklamowych jest zabronione.

Jak dodać wątek

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie [tutaj]
  2. Zaloguj się (na każdej stronie)
  3. Utwórz nowy wątek na forum [tutaj]
X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2000 - 2015 Globtroter.pl