Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Wyprawa do AFRYKI ZACHODNIEJ 2011/2012 cz1 > MAROKO, SAHARA ZACHODNIA, MAURETANIA, MALI, BURKINA FASO, GHANA


EDI EDI Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie GHANA / TAMALE / przy drodze do Parku Mole / SiostryOpis wyprawy busem z Wrocławia do Zatoki Gwinejskiej

Witam.
Głównie znajomków (dla nich powstaje ten wątek-niech wiedzą gdzie szukać moich zwłok) ale i innych globtroterów serdecznie zapraszam.
Wątek rozpoczynam przed wyjazdem - bo i linka trzeba zapodać, no i ktoś nie daj Bóg pomyśli "wyjazd i chejka".
Nie ma tak dobrze - najpierw ok. tysiaka - szczepionki (w liczbie bliżej nieokreślonej ale duuuuużej), moskitiery, muggi, szpraje, Malarony ..... no i kilka flaszek trzeba postawić (a nuż nie wrócimy...., inny powód-profilaktycznie na malarię itd).
Wyprawa jest 2 edycją (trochę poszerzoną). Poprzednia edycja opisana jest również na Globtroterze:

tytuł: Do i po Afryce Zachodniej. > MAURETANIA, MALI, BURKINA FASO
autor: piotr102

Ruszamy busem trochę przerobionym na potrzeby wyprawy w 9 osób jako wyprawa partnerska (każdy na własną odpowiedzialność-to nie biuro podróży), przed nami ok 23.000 km i ciekawe kraje:Maroko, Sahara Zach., Mali, Mauretania, Burkina Faso, Togo, Benin, Ghana,Gambia, Senegal i jeszcze cośtam po drodze(poza tą dużą piaskownicą).
A chcemy zobaczyć to:

http://maps.google.com/maps/ms?msid=214110226056599808439.0004b1536b4fb530d8014&msa=0&ll=7.874265,-0.933838&spn=6.60215,7.305908

Ruszamy 27.12 a szczęśliwy (mam nadzieję) powrót - po 7 tygodniach, ok 15 lutego. Postaramy się spisywać wrażenia podczas przejazdów, a co kilka dni poszukać kafejki internet. i uzupełnić wątek (na ile często-sprawdzimy realia afrykańskie).
Na razie pakowanie i .....Święta. A jeśli Boże Narodzenie - to i życzenia. Dla wszystkich Globtroterów spokojnych, zdrowych i radosnych Świąt. Obyście odwiedzili te miejsca o których marzycie (albo w realu, albo palcem na mapie)

27,28.29.12

Jedziemy sobie.Na razie na terenie Niemiec,Francji czy Hiszpanii porwania nam nie groza.Dopiero w okolicach Malagi powoli ociepla się, zaczynają się gaje oliwek, palmy-ogólnie coś się dzieje. Po drodze pierwsza niespodzianka - Mauretania od kilku dni zmieniła zasady przyznawania wiz. Koniec z wizami na granicach-teraz chcą wcześniej wiedzieć kto do nich jedzie, wiec tylko w ambasadach. Tak jakby to europejczycy robili im wiece w stolicy. Do wyboru mamy Paryż, Madryt czy Rabat? Decydujemy się na Rabat- problem jest w tym ze będziemy w Rabacie w piątek a wiza to dzień roboczy czekania. A ze wypada sobota i niedziela - no to wypadnie 3 dni w Maroku no i Sylwester nie tam gdzie planowaliśmy.....Co będzie to będzie
Dojeżdżamy do Alcesiras ok 13 szybciutko bilety na prom(nawet nie tak drogo-bus + 9 osób 190 Euro, ale po targach kupujemy w 2 strony za 300 euro).Szybciutko bo prom o 14. Stajemy przed 14 w kolejkę i.......ok 16 prom przypływa a o 17 nawet jesteśmy w środku.

Maroko

W Maroku jesteśmy ok 19 odprawa, wymiana kasy i gonimy jak najbliżej Rabatu żeby zaraz jak najwcześniej z rana dobijać się do ambasady Mauretanii. Dojeżdżamy ( z małymi nieoświetlonymi niespodziankami na autostradzie) do Kenitry. Nawet fajny camp, ceny niedrogie no i jest gorący prysznic!!!

30.12

6.30 pobudka, kawka na śniadanko i gonimy do Rabatu.O 8 stajemy grzecznie pod ambasadą Mauretanii, a już o 9 wiemy ze z naszych planów nici. Dzień czekania i koniec (a ponieważ mamy piątek dla nas to 3 dni).
Co robić - poszwendamy się po Maroku.
Szwendamy sie po Rabacie.Wieczorkiem uciekamy na dzika plażę na nocleg a tu niespodzianka - zamiast dzikiej plaży z przed roku znajdujemy budowę kompleksu hoteli. Na szczęście na końcu plaży znajdujemy spokojny parking i po chwili podchodzi ......\"AMIGO\".
Prawdziwego imienia tego gościa nie da się zapamiętać ale ze on co drugie słowo - Amigo - no to jest Amigo. Podobno stróżuje tutaj i za 30 DH/ekipa mamy nocleg (na fajki mu brakło?) Cezar ma (miał) fajny bimber wiec Amigo po pierwszym kieliszku oczami zamrugał i FRIEND się zmieniło w FAMILY, po 2 kolejce dal nam klucze od kanciapy do spania a po 3 kielichu zaprosił nas na kiff

31.12

Trzeba te czekanie na wizę jakoś zagospodarować wiec decydujemy się na FES. Większość z nas już go przerabiała wiec garbiarnie i farbiarnie sobie odpuszczamy - czyli standarcik -medyna i suk. Noc na campie i najpierw o 23 (bo w Polsce północ) a potem północ zgodnie z lokalnym zegarem - mamy 2 sylwestry

01.01

SZCZEŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

Rano jako jedyny nadający się za kierownice z przerażeniem słucham planów ekipy na dziś. Z planów na mapie wynika ze reszta ekipy chce w 1 dzień objechać cale Maroko.Ja tutaj mam podejrzanie sucho w gardle a tym sie na pielgrzymki zebrało...
Ruszamy - najpierw dokarmić makaki do Parku pod AZROU, potem towarzystwo decyduje sie na MEKNES - standartowy suk i medyna a na koniec dochodzą do wniosku ze na noc najlepiej wrócić nad Atlantyk do Amigos-a. Jedziemy - zapałki pod powieki i jadę.
Amigos na nasz widok aż się poślinił ale klucze do kanciapki do spania dal. Kiff-u też nie pożałował.

02.01

Wiercimy się z nudów na plaży do 13 bo i tak Maurowie wizy wydaja od 15.
Z nudów kupujemy od Amigosa rybkę (jakieś 2,5 kg-podobno ZĘBACZ) i jeszcze nam przygotuje tadżin.
W końcu - dość siedzenie - ruszamy do Rabatu po wizy.
Delegacja poszla do ambasady a ja klepie ten tekst wiec nie wiem co dalej......
CD
Mamy wizy !!! Krótka narada i decydujemy nadgonić stracony czas. Czyli rwiemy do Mauretanii na strzał. Może wreszcie schowamy te czapki i rękawiczki. Wieczorkiem mijamy Marakesz (trochę żal omijać ale może da się go zrobić w drodze powrotnej) i Agadir. Czas mamy tylko na zakupy na obrzeżach Marakeszu (niestety - to co najważniejsze jest już zamknięte - co za cymbał wymyślił supermarket do 23 a monopolowy do 20?).Ale nic - rwiemy z tym co nam zostało, susza nam nie grozi.

03.01

Cały dzień można podsumować
0-300 km - jaka piękna pustynia...
300-600 km - dalej ta pustynia?...
600-1000 km - kiedy skończy się ta cholerna pustynia?...
1000-1500 km - rzygam już ta pustynia...

SAHARA ZACHODNIA

...a w międzyczasie?- 2 kamienne minipiramidy po obu stronach drogi w TAH (podobno mijamy zwrotnik Raka czy jakiśtam), obiadek w LAAYOUNE - stolica Sahary Zachodniej (nawet dobry tadzin), no i zaczynają się przygody... Motocyklista zapatrzył się na nasze panie i ledwo - ledwo wyhamował milimetry za autem. Śmiejąc się do naszych pań pokazywał jak mało brakowało po czym puścił sprzęgło i ........łup! Podnosząc się i otrzepując gestami pokazywał ze nic mu nie jest. No i zaczęły się fiszki (karteczki z podstawowymi danymi osoby). Wypełnianie ich jest mozolne i trwa wieki a potem 3 kontrole pod rząd i znowu długopisy do reki. Lepiej narobić 10 kpl na wszelki wypadek.
Ok.3.00 jesteśmy na granicy Sahary Zach i Mauretanii. Oczywiście zamkniętej jak wszystkie granice w Afryce po zmroku. Granica czynna od 8 ale na wszelki wypadek ustawiamy się w kolejce.

PS Mała dygresja do moich znajomych z reala
Siedzę na tej granicy i patrzę w niebo i wokół siebie. Reszta ekipy poszła spać a mnie jakoś spanie odeszło. Jest po prostu niebiańsko cicho i spokojnie. Na niebie miliony gwiazd że w Europie tego nie uświadczysz a szum Atlantyku i potęga pustyni robią wrażenie.
Tego duetu na pewno nie stworzył człowiek - jego pazerność, chciwość i pozostawianie po sobie wszystkiego co w jego mniemaniu jest odpadem świadczy o tym.
Nie stworzyła tez tego Matka Natura- ona jest zbyt bezpośrednia i drapieżna. Taki sielski obrazek u niej skutkuje oczekiwaniem na walkę i dramatyczne sceny....
No wiec .........?
Czasami trzeba przejechać tysiące km żeby poczuć co miał na myśli Bóg tworząc ten padół łez. Zabawne jest to ze trzeba uciec z krainy sanktuariów i świątyń opatrzności, czerni i purpury, kolęd i datków, z kraju tysięcy budynków które (podobno) maja nam Go przybliżać -żeby choć trochę zrozumieć co nam dał.

04.01

Chyba brakuje mi takiego restartu jak komp. Coś czuje ze czas na zresetowanie mojego twardziela - cośtam wódki jeszcze zostało i chyba Maurowie tego nie skasują. Ale przyjemności zostawmy na wieczór.
Na razie wstajemy rankiem - granica od 8 wiec jak to w Afryce celnicy zjawiają się o 9.30 a odprawiać zaczną....... INSZ ALLACH.
Na szczęście nie jest źle i po 10 kontrolach (dokumenty, fiszki, bus,papierów i jeszcze innych papierów) granica za plecami ok.12.30 wyskakujemy na pas ziemi niczyjej i tu kolejna łamigłówka - pustynia a na niej 15 dróg - raczej śladów opon na piasku z czego 13 nieprzejezdnych dla takiego auta jak nasze. Ot i mamy quiz w południe - który wybrać. Oczywiście przewodnik za kasę pomoże rozwiązać quiz ale ekipa decyduje się na Zrób To Sam zgodnie z naukami p. Adama Słodowego. No i kończy się tak jak można się domyślić - po 10 min stoimy zakopani po ośki bo kamienista droga zmieniła się w piaszczysta pułapkę. Oczywiście po chwili pojawia się i siada paru miejscowych którzy za 50 EURO pomogą nas wyciągnąć, ale twardym trzeba być..... po godzince w 40 st C sami (no-nie do końca ale jednak za free) stoimy na kamiennej drodze. A przed nami..

MAURETANIA

Fiszki, fiszki i jeszcze raz fiszki.
Kontrola co chwile a fiszek coraz mniej. Długopisy do reki (na szczęście Piotr wyprodukował pustych blankietów tak z pół tony ) i jedziemy...
Urozmaiceniem była kontrola gdzie nie chcieli fiszek za to przez 20 min przewracali nam bagaże w poszukiwaniu alkoholu. Pamiętacie zabawę w ciepło-zimno? Jak byli blisko schowków było nam naprawdę ciepło, ale potem- zimno, zimno. Po 20 min dali spokój i na szczęście mamy przy czym siedzieć dziś wieczór.
A siedzimy w NAWAKSZUT-stolicy Mauretanii. Hotelik fajny(Oberż Sahara), ciepła woda znowu jest zimna, wódki nam nie znaleźli więc... dobranoc

05.01

Reset mózgu się powiódł (te 60% bimberku Cezara robi swoje) Znowu trzeźwo i praktycznie - nostalgia won.
Z rana jedziemy do ambasady Mali złożyć wnioski no i wymienić kolejna kasę (tym razem UGIJE Mauretańskie). Wizy maja być gotowe na 15 wiec ruszamy zwiedzać Nouakchott. Niestety od rana wieje Harmatan-pustynny wiaterek ale wszystko jest jakby za mgłą i straszna posucha w ustach.Mam wrażenie ze po wypiciu wody ten pyl i tak trzeszczy w ustach. Wszystko jest strasznie zapylone. Mam ubaw na targu - najpierw chce 4 kartony papierosów a Maur ma tylko 2 wiec na migi pokazuje mi że poleci po resztę a ja mam pilnować kramu. No to przypominam sobie Franka Dolasa jak handlował z Arabami i wrzeszczę podobne głupoty. Jacyś Niemcy robią nam zdjęcia a ja nawet sprzedaje 2 papierosy na sztuki(?)-nie wiedziałem że tak można ale facet z sąsiedniego straganu kiwa potakująco. Nawet nie znam nominału który dostałem, ale właściciel po powrocie jest zadowolony. Potem bardziej dla ciekawości pytamy o strój Mauryjski (25 000 Ugija - nie dam tyle przecież to 80 Euro) mówię ze zostało mi tylko 5000 i zapominam o sprawie. Ale gościu jest twardy - mija pół godziny i już zapomniałem o stroju a ten dogania mnie po drugiej stronie targu (jak ten skubaniec mnie znalazł - to pół km dalej zatłoczonego bazaru!) i już chce tylko 6000. Po 10 min dogadujemy się na 15 Euro (jakieś 5400). Chcemy już wyrwać się i jechać do portu ale mamy kolejnego z zegarkami.... Mowie ze nie ma kasy ale mam kilka komórek (serdeczne dzięki pani z PLUS-a za to ze pozwoliła mi pogrzebać w salonie w pudle ze starymi komórkami które zdają klienci). W końcu za 3 komórki (wszystkie popsute) mam 6 zegarków i nowe okulary przeciwsłoneczne. Zwiedzamy port rybacki - wszędzie zakaz fotografowania(nawet morza). Łazi za nami policja i obserwuje nas. Wszędzie stragany z rybami - smród nie z tej ziemi. Kupujemy rybkę na kolacje i jedziemy po wizy. Po drodze robimy xero fiszek-mamy już dość wypełniania. 9 osób x 20 kopi wychodzi 2 zlote. Mamy dość Harmatanu wiec ruszamy w stronę Mali.Do wieczora pustynia, pustynia, pustynia. Boimy się kontroli wiec szybciutko rozrabiamy spirytus z Ice Tea - będzie na wieczór. Nocleg w miejscowości ALEG w hostelu.

06.01

Wyruszamy z samego rana-ostatni dzień gdzie mamy Mauretańską polisę na auto a do Mali jeszcze 700 km. Niestety od rana wieje. Droga fatalna-więcej jedziemy po piachu niż po asfalcie. Dziura na dziurze na liczniku rzadko kiedy 30km/h. Do tego coraz mocniej wieje i sypie piaskiem. Część aut zatrzymuje się w osadach i nie jedzie dalej -wiatr nawiewa piach na drogę. Postanawiamy jechać dalej - boimy się tylko o filtry powietrza i wszystkie elementy smarowane-ten pyl jest naprawdę wredny. Za oknami busa pustynia ale nie taka z pocztówek czy filmów-tutaj wygląda to jak walka czerwonego z zielonym (właściwie szaro-blado-zielonym) Wszędzie czerwony, ceglasty piach i tysiące kępek zieleni. Widać na oko ze zielone przegrywa. Co parę km kontrola i fiszki - zaczynamy się niepokoić czy nam ich wystarczy. Ok 19 na jednej z kontroli policja nakazuje nam zjechać i tu nocować - dalej nas nie puszcza bo zapada zmrok (w Mauretani jazda po zmroku jest zabroniona). Pozwalają nam się rozłożyć kolo posterunku - będzie bezpieczniej. Rozkładamy się koło nich robimy kolacje i...... ponieważ to muzułmanie i alkohol jest tu zabroniony to pijemy monopolowy krupniczek z kubków (bimber Cezara za bardzo pachnie na odległość). Podpatrują nas ale ze kubki - no to nikt nic nie mówi. Na szczęście przestaje wiać i można pod gwiazdami przy stoliku z kubkiem w ręce....pograć w "Mafię".

07.01.

Skoro świt - śniadanko. Żegnamy policjantów i gonimy dalej (te gonimy to 25 km/h)
Trzeba strasznie uważać bo na drodze więcej braku asfaltu niż asfaltu no i wyłazi na drogę wszystko co popadnie i kozy i wielbłądy(te chociaż reagują na klakson) ale krowy,ludzie już nie. A totalna ignorancja zagrożenia to osły - wjedziesz mu w dupę a się nie ruszy (nawet nie wiedziałem ze jest na świecie stworzenie bardziej uparte od Maciarewicza). Brakuje nam już fiszek bo kontrole są non stop. Z braku fiszek dajemy paszporty ale spisywanie danych strasznie długo trwa no i chcą kadu (prezent/łapówka/fant).Na sam koniec Mauretani jeszcze tylko kapeć i wizyta u miejscowego speca i ....granica

MALI

Nie do końca - jeszcze za szlabanem na ziemi niczyjej posterunek i ....fiszki
Już na dzień dobry Mali nam się podoba - celnik Malijski widząc nas idzie do ławki pełnej miejscowych, głośne WON! (tak sobie przetłumaczyliśmy) bierze pusta ławkę, zanosi do cienia i zaprasza nas żeby siadać. Ale klasa! Odprawa w Nioro szybko,wymieniamy euro na CEFA (frank afrykański) i jedziemy dalej. Różnica z Mauretanią - jakby przeskoczyć z Ukrainy do Polski. Dużo czyściej, domy już nie pojedynczo ale zgrupowane w wioski, są drogowskazy (!!!) no i ludzie uśmiechnięci, wózki z osiołkami grzecznie jada poboczem a nie środkiem drogi - słowem luksus. Znikają wielbłądy coraz więcej bydła.
W Nioro szukamy budynku radia - blisko radia wiemy o dobrym noclegu. Odpalamy jeszcze busa na wypad na kolacje do miasta, a po powrocie idziemy 100 m dalej na miejscową dyskotekę. Nie wiem czy większe wrażenie zrobiłby czarny transwestyta wchodząc do siedziby PiS-u... Ale jest fajnie. Wracamy na nocleg ale spać się nie chce - 27 st C niebo gwiaździste nade mną a prawo moralne........

08.01

Ruszamy z rana bo mamy trochę do Bamako a chcielibyśmy jeszcze dziś złożyć wnioski wizowe w ambasadach.Po drodze widzimy jak powoli zmienia się teren-powoli pustynia przechodzi w sawannę (sahel) .Podziwiamy bardzo soczyste koloru ubrań tutejszych kobiet-bardzo intensywne kolorowe stroje no i obowiązkowo kosze lub garnki na głowach. Podstawowa forma transportu tutaj. Uśmiechają się ,machają rekami-widać tu biedę ale i szczerość, radość. Dokuczają nam zwłaszcza na postojach stada much i stada dzieci. Jedne i drugie latają za nami stadami, obłażą z każdej strony i po odpędzeniu po 10 sekundach wracają. Z tym ze muchy nie wyciągają rak i nie chcą Kadu...Za oknami zaczynają się baobaby i kopce termitów. Stajemy w wioskach-za zdjęcia chcą cukierków, ciuchów. Czasem dajemy pluszaki.Ale zabierają nam nawet śmieci, puste plastikowe butelki czy papierki po czekoladzie.Do Bamako docieramy spóźnieni-nic już dziś nie załatwimy. Jedziemy do Auberge Diamana (oberż Dżamaja).Logujemy się w campie, szybki prysznic i z przewodnikiem ruszamy w miasto szukać knajpek z muzyka afrykańska, no i zimnego piwa którego tak brakowało w islamskiej Mauretani. Udaje się to średnio ( zwłaszcza muzyka) ale i tak spać lądujemy ok.1 w nocy

9.01

Rano jedziemy do ambasady Burkina-Faso.Po drodze mamy konsulat Togo-wstępujemy spytać o tzw. multiwizy VET-niestety już ich nie ma. W ambasadzie w cenniku odnajdujemy dyzo tańszą wizę grupowa-ale urzędas twierdzi ze nie mamy papierka ze podróżujemy grupa (biuro podroży albo potwierdzenie z Polskiej ambasady)- mamy kupować 3x droższe wizy indywidualne. Kombinujemy, idziemy do innego urzędasa, a w międzyczasie dziewczyny napotykają dumnego pana w garniturku (cholera wie-ambasador? konsul?) i robią płaczliwą minę. Gościu schodzi do nas, opieprza urzedasa - i mozemy robic grupowke.Zamiast 95 Euro placimy po 35.Mamy wrocic ok 15
Zwiedzamy Bamako - wlasciwie jezdzimy od 1 targowiska do 2. Kazde z innym tematem-jedne odziez, duperele, metalowe,warzywniaki, drewniane-setki, setki targowisk.Scisk, kurz i wszedobylskie motorki.Jest nas 9 osob ale rzadko kiedy nasza grupa liczy ponizej 20-zawsze z nami 10-15 handlarzy kitu,szmelcu,pamiątek i jeszcze tam czegos. Jak sie jeden odczepi-na jego miejsce wskakuje 2 innych.Tempereatura ok 50st C.Po drodze setki busikow-wszyskie zielone, wszystkie stare merce i wszystkie rownie szalone i nieprzewidywalne-staja, ruszaja, zawracaja i obsluga strasznie wrzeszczy. Kapitalizm 15-17 latkow w najdrapiezniejszym wykonaniu
Zaraz o 15 odbieramy wizy i szybko uciekamy z Bamako.Obiad robimy za miastem.Jedziemy na wschod.Wieczorkiem szukamy wioski na spanie-takiej naturalnej.Odbijamy 5 km od drogi i mamy folklor.Zaraz przybiegaja dzieciaki-obowiazkowe Kadu. Dajemy widokowki z Polski,cukierki,dlugopisy. Tomek na kartce rysuje skad przyjezdzamy-po minach widac ze troche my UFO-ki, a troche swoje ala inne.
Spimy kolo wsi na pustyni

10.01

Rano na sniadanie mamy znowu gosci-tym razem przynosza kus-kus(pół na pół z piachem). Robimy zdjecia-tym razem my chcemy kadu-wskazujemy 1 dzieciaka (obiecalem Ewie malego murzynka) ale dzieciak sie boi ze to na serio.Ruszamy. Do 11 jest OK ale pomiedzy 11 a 17-tragedia. Sucho, goraco jak na patelni.Wszystkie poranne zalozenia juz w poludnie biora w leb.Szukamy gar-kuchni ale wszedzie byle-co.Od Segou piasek znowu zolty-jakas odmiana po czerwieni.Wszedzie gdzie nie staniemy-Kadu.W koncu jemy przy drodze ... cos i dalej.
Wszedzie po drodze \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"hopki\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"-przewaznie je zauwazamy ale czasem nie... i wtedy \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"na malysza\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"-ustalamy rekordy w dlugosci lotu i stylu ladowania.
Dojezdzamy do Djenne(Dżane)-najwiekszy i najstarszy meczet w Afryce Zach.Do samego Djenne nie wjezdzamy-wczesniej jest prom na ktory bus nie wejdzie-ekipa wskakuje na prom pieszo i po 2 stronie rzeki Bani (doplyw Nigru) bierze taryfe do Djenne.
Po zmroku ekipa wraca z gosciem-Dagon ktory chce nas poprowadzic po Kraju Dagonow. Mamy to w planie pojutrze. Siadamy do negocjacji-prowadzimy je \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"po polsku\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\". Dagon alkochol lubi ale po paru minutach jedyne co nam odpowieda to\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"ENAF,ENAF\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\" Dobijamy targu bo inaczej dobijemy Dogona i za 210 Euro mamy przewodnika na 2-dniowy trip. Umawiamy sie na campie w Bankass. W trakcie rozmowy oczywiscie mnostwo dzieciakow wokol nas, krzycza, wrzeszcza, bija sie o kazda pusta butelke po coli czy wodzie. Dagon krzyczy co chwile ale daje to cisze na 20 sek.
Tez mnie zmeczyly negocjacje z Dagonem-ide spac

11.01

Rano o 6 budzi nas walka o ...nasze smieci.Dzieciaki skoro swit rozdrapaly to co zostawilismy wieczorem.Ktokolwiek nie wystawi glowy z namiotu slyszy \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"hello mister\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\" i tacka z koralikami czy innym badziewiem pod nos-moze rozespany cos kupi? O 8 ruszamy do MOPTI.Decydujemy na odpuszczenie sobie HOMBOR (slynna Reka Fatimy) i TOMBOUCTOU (niebezpiecznie-tam ostatnio porwali Francuzow, no i zaczyna sie Festiwal na pustyni wiec roznych dziwadel bedzie tam bez liku-tak mowil wczoraj Dagon). Zal mi zwlaszcza Reki Fatimy ale musimy nadgonic 1 dzien.W Mopti bardzo ciekawy port rzeczny no i duzy bazar.Jest to dawne centrum przeladunku soli. Ciagle lazimy w 20 osob. Oprocz naszej 9 zawsze kręci sie 10-12 sprzedajacych costam. Wyciagam pare komorek i po pol godziny mam tasaki,noze, koszulki reprez.Mali. Za porzadna maczete do komorki dodaje spodnie i t-shirt (i tak mialy zostac w afryce a mam mniej prania)
Goraco.Uciekamy na polwysep skalny-to juz kraina Dogonow.Obiadek w gar-kuchni w BANDIAGARA. Jeszcze uzupelnienie zapasow - woda,piwo i orzeszki coli (te ostatnie to obowiazkowy podarek za zdjecie lub zwiedzanie wioski Dogonow) i ruszamy do BANKASS.Znajdujemy camp NOMO nasz guajd juz czeka.Jest potwornie goraco-kazde wyjscie z auta to jak wejscie do pieca hutniczego. Na campie(wlasciwie to karawansjer) rozkladamy sie na dachu pod golym niebem.Czyste niebo, gwiazdy, lekki wietrzyk, 28st C. Idealna noc

12.01

Ruszamy o 7.30 na 2-dniowy trip.Wjezdzamy na skalny plaskowyz-potezne czerwone glazy (masy nawet nie jestem w stanie okreslic), czesc z nich stoi na czubku i wydaje sie ze w kazdej chwili runa w te czy w inna strone.Cala kraina DOGONOW lezy na skraju uskoku BANDIAGARA(Bandziagara). 250-m uskok ciagnie sie kilometrami.Uskok jest pionowy a co kilka kilometrow nawet dolem wyplukany-czyli stajemy pod poteznym nawisem skalnym-tu dawniej Dogoni mieszkali i dalej stoja ich zabytkowe osady. Suchy klimat doskonale to zakonserwowal.Pod historycznymi wioskami potezne rumowiska glazow a dopiero na wyplaszczeniu-dzisiejsze wioski.Fajne sa nazwy tych wiosek CHiGIBOMBO (czigibombo),KAMI KAMBOLA, ENDE i inne. Caly dzien z naszym guajdem zwiedzamy (cwaniak-po dojechaniu do wioski za pare groszy bierze podwykonawce i kiedy my chodzimy caly czas siedzi po barach)
Jak to w Mali-cale chmary dzieciakow-rzucaja sie doslownie na wszystko.Niedopalek papierosa zadeptany butem zostaje wyciagniety i triumfalnie pokazany kolegom.
Na noc ustalamy z guajdem ucieczke na pustynie-z dala od dzieciakow.Zna fajne miejsce.
Po drodze na to miejsce zakopujemy sie. I to totalnie-po same osie.Kolejne proby podkopania powoduja ze auto siedzi pol metra za nisko i trze podwoziem..
Ustalamy ze spimy tu (dziewczyny juz szukaja drzewa i robia ognisko)a guajd rano przyprowadzi autko 4x4.Juz po ciemku, ostatnimi silami udaje nam sie wyciagnac busika z dolka ale dalej stoimy na sypkim piachu i po nocy nie chcemy ryzykowac.Zwlaszcza ze pachna juz pieczone kielbaski.

13.01

Pobudka z rana i bierzemy sie za wypychanie busika.Po godzince busik stoi na twardym a my mamy przenoszenie calej masy rzeczy wypakowanych wczoraj zeby bus byl lzejszy.Przyjezdza guajd i ruszamy na drugi dzien tripu.Zaczynamy od treku 15 km-jestesmy ciekawi jak wejdziemy na ten klif.Okazuje sie ze niedaleko jest zleb i koryto rzeki. Wchodzimy na plaskowyz i ruszamy do wioski na gorze.Sa tu 2 wioski, ale druga jest Animistow. Dla nas niedostepna.Powrot guajd (oczywiscie powykonawca-nasz zostal na dole) pyta czy ta sama trasa czy chcemy trudniej.Wiadomo co wybieramy.Przecinamy koryta rzek w poprzek-gora, dol, gora, dol.2 duze rzeki i kilka mniejszych.Te kaniony maja po 40-50m ale od erozji powstaly \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"schody\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\". Trzeba tylko uwazac bo czesc jest luzna.Na dole rzek-kamienie wypolerowane i śliskie - tez trzeba uwazac.Robi sie goraco-dlatego zaczelismy z rana. Schodzimy z klifu jaskinią (miejscowi mowia-tunel) i przepieknym kanionem(100-120m) wracamy do busa.
Troche jestesmy wypluci wiec z rozpedu robimy jeszcze jedna wioske ale mamy juz dosc dzieciarni i zamieszania.Postanawiamy wracac do karawansjeru, tyle ze po drodze zakopujemy sie jeszcze 2 razy.Po wczorajszym mamy juz wprawe-lopata i dywaniki gumowe pod kola i raz,raz - jedziemy dalej. Na campie o 15 i robimy sobie wolne. Cale popoludnie na pranie i odpoczynek

14.01

6rano-jeszcze ciemno ale spadamy-chcemy dzis przeskoczyc az do PO-czyli cale Burkina Faso.Zimno-polary na plecy a po drodze w Koro widzimy miejcowych w kurtach i kapturach. Widze nawet goscia w kombinezonie narciarskim.Ale o 9 jak dogrzeje-od razu upal.Szutrowka do granicy w Kiri.Przed granica troche wariactwa bo na 1 posterunku cos tam z polisy wyrywaja, a km dalej kolejna kontrola i o ten wyrwany kawalek pytaja.Tlumaczymy, wyjasniamy (na migi)-nic.Policjant pokazuje ten kawalek i czeka. Mamy dosc.Pokazujemy mu niech dzwoni na tamten posterunek i teraz my zakladamy rece i czekamy. Chyba mu sie znudzilo bo po 5 min macha \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"jechac\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\". Wieje-mnostwo pylu,w zebach zgrzyta

BURKINA FASO

W poludnie wjezdzamy do B-Faso. Dalej szutrowka i straszna tarka.Obiad w OUAHIGOUYA-tu zaczyna sie asfalt.W Burkinie zauwazamy ze dzieci potrafia byc mile i nienatretne (odpukac)
Widac ze tu jest wiecej wody-na straganach pojawia sie marchew,papryka, pomidory.Stragany z dykty i blachy-spora roznica po glinianym budownictwie Mali. W gar-kuchni jemy....cos. Czesc z nas ma to \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"cos\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\" z ryzem a czesc z makaronem.Na szczescie pierwszy raz nie musimy zmieniac kasy po granicy (Mali, B-Faso,Benin,Togo, Niger, Senegal i jeszcze tam ktos maja jedna walute).Zabawne jest to ze tutaj to nam robia zdjecia-teraz my wyciagamy rece i chcemy Kadu
Stolice B-Faso - OUAGADOUGOU (ŁAGADUGU) robimy na strzal - bedziemu tu w drodze powrotnej (mam nadzieje).Mijane budynki robia wrazenie-architektura jest przepiekna i roznorodna.Bardzo duzy kontrast z dziurawymi drogami,polowa nie ma asfaltu no i te wszedobylskie stragany.Tak jakby miasto nie umialo sie zdecydowac czy ma byc nowoczesne czy tradycyjne.Wieczorem dobijamy do PO.Logujemy sie na campie i idziemy w miasto cos zjesc i szukac internetu.

15.01

Rano spimy dluzej-taki bonus za wczorajsza gonitwe.O 9 ruszamy do TIEBELE-jednej z bardzo niewielu osad ANIMISTOW dostepnych dla turystow.Bierzemy guajda-najpierw seria nakazow i zakazow (jest tu bardzo wiele obostrzen-gdzieniegdzie nie wolno stanac a tam usiasc itd).
Niby wolno robic zdjecia ale zawsze guajd musi spytac no i nie ma rozchodzenia sie-cala grupa razem.Uprzedza ze tu nie ma ostrzezen- jeden blad i wypad. Wioseczka robi wrazenie.Szalenie ciekawa i intrygujaca.Nie jest na pokaz-tu naprawde mieszkaja ludzie w zgodzie z wielowiekowa tradycja.Ok 12 ruszamy do GHANY.Formalnosci wyjazdowych niewiele tylko targi z cinkciarzami na granicy sa burzliwe i krzykliwe.Az pogranicznicy uspokajaja ich (i nas tez).Bierzemy 2 CEDI za 1 Euro i na szczescie to juz koniec z nowymi pieniedzmi. Pozostale kraje w ktorych bedziemy to strefa CEFA i maja ta sama walute co Mali, Burkina.I bardzo dobrze bo w potfelu mamy juz maly kantor-Marokanskie dirhamy, Mauretanskie UGIJE, potem CEFA z Mali i reszty wspolnoty a teraz CEDI Ghanskie.Do tego Euro i dolary-uffff.Najgorsze jest nauczenie przeliczania wartosci towarow-po 2 dniach lapiesz co jest tanie co drogie,ale po 3 wyjezdzasz i nauka jest od nowa.I jeszcze tu 1000 a tu 5.Na dodatek nie mam dzis do tego glowy bo moj zołądek oglosil rewolucje.

GHANA

Houston - mamy problem.Odprawa osobista-5 minut, ale odprawa samochodu-nie da rady, nie mamy CPD (specjalne ubezpieczenie auta w PZMot-nigdzie nie pisalo ze jest w GHANIE obowiazkowe).Godzine gadamy najpierw z urzednikiem, potem z oficerem na koncu gadamy z szefem przejscia.CPD i koniec.Wychodza sie naradzic co z nami zrobic i po chwili decyzja-mamy czekac do jutra (dzis niedziela) i wykupic jutro jakies miejscowe ubezpieczenie.Zjawia sie nawet agent tej ubezpieczalni.Wkurzeni wracamy do busa i relacjonujemy reszcie co i jak.Agent idzie z nami i strasznie kreci-raz cena jest taka, raz inna, dodaje jakies prowizje-rozrzut od 100 do 300 euro.Po naradzie nasze dziewczyny ida pogadac \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"po swojemu\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\".Ide z nimi prosto do szefa-a co !Szef powtarza uparcie dziewcznom jeszcze raz to samo i jeszcze raz, na poparcie otwiera internet aby nas przekonac. Czyta na glos, potem z uwaga po cichu. I SUPRISE !!! Z internetu wynika jak byk ze z Zielona Karta i naszym Brawn Police nie potrzebujemy CPD! A oni biora od europejczykow na zasadzie-zawsze tak bylo.Dyskutuja z oficerem i agentem a my uparcie Zielona Karta pod ich nosy- to jest to samo.Kilka pytan i o dziwo szef bierze nasza strone.Oficer sie stawia ale widzimy ze cos sie posuwa. W koncu decyzja-mozemy jechac bez CPD. Zawiedziony agent bierze tylko nasza Ziel.Karte do ksero.Xerowanie trwa z pol godziny a my z szefem gadamy o Polsce i z radosci dziewczyny zaprzaszaja go do nas.Wreszcie po 18 po 5,5h w kurzu, pyle i sloncu ruszamy do Ghany.Jestesmy padnieci wiec dojezdzamy tylko do NAVRONGO.Reklamy przy drodze wskazuja pierwszy-lepszy hotel ale cena zwala nas z nog, wiec po reklamach szukamy gast-hausu.Podobno wszystko jest.Potem sie okazuje ze swiming-pool jest-ale bez wody, klimatyzacja jest-ale nie dziala i ciepla woda jest-ale jest zimna. Czyli standartowe-WELCOME TO AFRICA!

16.01

Wstajemy o 6 i o dziwo jest juz jasno.W Mali czy Burkinie jasno robilo sie po 7 a tu od 5.30.
Noc mam nieciekawa.Zoladek funduje mi 3 alarmy i bieg w pelnym rysztunku-tego nie przerabialem od czasów wojska.No ale flore bakteryjna zmieniamy co 3-4 dni wiec nie ma sie co dziwic.Mauretania i Mali-to glownie owoce:mango,papaja,awocado i suche kus-kus i ryze(do tego z kozliną).Burkina i Ghana to juz pola upawne-bataty,maniok, warzywa i makarony,kasze. A ze korzystamy z tego co jest no to czasem ten czy tamten maja klopot.Jedziemy na TAMALE.Pierwsza kontrola na drodze - i znowu temat CPD.Wysylamy dziewczyny,pokazuja Zielona Karte i dla żartow polskie pieniadze-puszczaja, ale mamy coraz wiekszego stracha co bedzie dalej. W koncu trafimy na sluzbiste a wtedy...INSZ ALLACH.Za oknem juz typowa sawanna.Robimy kilka postoi.Na szczescie tutaj wiaterek chlodzi-wczesniej grzal.Co chwile hopki i policja-na szczescie bardziej ich interesuje pogadac niz sprawdzac papiery.W poludnie stajemy i zjadamy smażone...bataty?Kasawa?Jakby sie nie zwalo-jest OK(tylko zoladek po minucie przypomina ze jest odmiennego zdania)) 13 jestesmy w TAMALE.Zar sie leje z nieba.Wg ksiazki jest tu jakis meczet naj...Okazuje sie ze z tych naj to chyba najbardziej przecietny. Duzy i brzydki.Obiadek w miescie i ruszamy. Wsiadajac sprawdzamy temperature-48,6 na zewnatrz i ponad 60 w busie.Za miastem jest wiaterek i da sie wytrzymac ale w centrach miast-tragedia.Lubie saune w styczniu ale nie 10h dziennie.Jedziemy w strone Rezerwatu MOLE-dzis wjezdzac nie ma sensu ale kimniemy sie w LARABANGAi z samego rana ruszymy na dzikie lowy.Trasa do Larabanga-tragedia.Nie dosc ze szuter to w dodatku niesamowita tarka.Przy 30/h amortyzatory wpadaja w taki rezonans jakby chcialy same odjechac.Do tego potworne dziury.80 km robimy w 4,5h.Pyl niesamowity a jak przejedzie auto z przeciwka to jedziemy w jego kurzu przez 2-3 km.Umordowani i zakurzeni po sam spod slipek znajdujemy hostel juz po zmroku.

17.01

Rano ruszamy na safari.Rezerwat MOLE troche rozczarowuje.Antylopy,malpy i guzce ale my szukamy czegos wiekszego.Wreszcie przed samym wyjazdem mamy slonie.Przewodnik ze sztucerem wychodzi z busa (tak na wszelki wypadek) a my pstykamy fotki.Jedziemy w strone KINTAMPO ale inną drogą.Mamy dosc wczorajszej tarki i dziur.Miejscowy tlumaczy inną(lepszą) droge.Podobno tylko 1,5h i jestesmy na asfalcie tylko nie ma jej na mapie.Po drodze w jakiejs wiosce jemy obiadek-tutejszy specjal FUFU ( wielka kluska z manioku ubijana na miejscu przez kobiety w wyzlobionym w drzewie korytku-klucha zajmuje caly gleboki talerz z pikantnym sosem i śladami miesa).Po obiadku ruszamy....i jest coraz ciekawiej.Przewodnik nic nie mowil ze droga sie rozwidla i krzyzuje z innymi.Jedziemy na czuja.GPS pokazuje \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"brak trasy\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\" ale droge asfaltową TAMALE-KUMASI mamy caraz blizej.I wtedy nasza szutrowa droga sie konczy.To znaczy jest jakas sciezka dalej ale nie na naszego busika.I znow- wioska, miejscowi, gadanie-kazdy pokazuje w inna strone.Wychodzi na to ze do KUMASI dojedziemy i w prawo, i w lewo, do gory, na dol....tylko nie tedy.Wybieramy na oko opinie najkumatszego.Cofamy sie 20 km i skrecamy wg wskazania.Po paru km pytamy innych-podobno dobrze.Niewiele widac bo droga wije sie przez busz,sciany zieleni po obu stronach, do tego dym bo caly czas wypalaja polacie buszu (pytalismy-robia kontrolowana pozary poszycia).Tam gdzie nie wypalone trawa na 3m.Kluczymy tymi \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"drogami\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\" sciany zieleni powoduja ze nie ma przewiewu,termometr pokazuje 49,6(w busie to samo).A sloneczko coraz nizej,a my z coraz wiekszym strachem.Wreszcie ok 18 sloneczko zachodzi a my rownoczesnie wyjażdzamy na asfalt! W sam czas bo jezdzic po tych trasach po zmierzchu....Oczywiscie wszystkie plany wziely w leb.Do wodospadow w KINTAMPO nie zdazymy.Szukamy guest-housu(w poprzednich krajach byly to OBERŻE ale Ghana to byla kolonia brytyjska wiec sa gasthausy). Jak na zlosc nic nie ma przy trasie i na noc zajezdzamy aż do KINTAMPO.Padnieci bierzemy pierwszy-lepszy hotel (hotel LIVE-nawet fajny) i spac.

18.01

Rano zarzadzamy pobudke na 6.30 i bez sniadania ruszamy pod wodospady.Tam spokojniej i luzniej, robimy sniadanie. Wodospady-1 klasa (może poza faktem ze ten 70 metrowy ma ze 40m a ten 40-m - moze 25m, ale w afryce to norma).Nie robimy planow bo i tak wszystkie biora w leb.Chcemy tylko dotrzec do KUMASI.Na mapie to proste ale afryka nauczyla nas ze tu nic nie jest proste.Po drodze patrzymy na Ghane.Malo tu aut.Wszystko co zywe jezdzi na rowerach i motorkach.Ciekawostka-niedoceniany u nas TICO tutaj jest podtawowa taksowka.W Polsce to ledwie sie wloklo a tutaj 5 osob w srodku,ladunek i na dachu i w bagazniku że tylna klapa sie nie domyka- i gna to do przodu 2x szybciej niz my po dziurach i dolach zawieszeniem szorujac po drodze.Po drodze do KUMASI zmienia sie roslinnosc za szyba na rownikowa.Widac kokosy, bananowce i drzewa bambusowe, po obu stronach sciana dzungli, w powietrzu czuc wilgoc.Nie ma juz wypalarni wegla drzewnego.W KUMASI jestesmy o 15 znajdujemy nawet hotel ale miasto jest fatalne.Smrod, zaduch,goraco-postanawiamy odpuscic sobie i podjechac ile sie da na CAPE COAST.Kolo BEKWAI znajdujemy fajny gasthaus.Wlasciciel-mily starszy Ghanczyk, doktor, kilka lat pracowal na Ukrainie.Zapowiada sie ciekawy wieczor, ale.......Kiedy my we 3 negocjujemy nocleg, reszta ekiry siedzi w busie na poboczu i jest swiadkiem bardzo groznego wypadku kobiety na drodze.Nie wdaję sie w szczegoly-czesc z naszych ma to przed oczami a wyglada to drastycznie(5m od nas).Kobiete zabieraja do pick-upa i odjezdzaja,ale na miejscu pojawilo sie juz duzo gapiow i z braku lepszego obiektu gapia sie na nas i gadaja o nas.Nie mielismy z całą tą sytuacja nic wspolnego,ale zaczynaja sie pomruki, wskazywanie nas palcami.Zbiera sie ich coraz wiecej a najwiecej do powiedzenia maja ci co przyszli po fakcie.Robi sie naprawde nieprzyjemnie, wiec rezugnujemy z noclegu u milego doktora i jedziemy dalej.Brakuje nam tylko oskarzenia ze to czary bialych ludzi sa winne calej sytuacji.20km dalej znajdujemy inny gasthaus i w nienajlepszych nastrojach idziemy spac

19.01

O 7 jedziemy na CAPE COAST.Poludnie Ghany jest zamozniejsze-inne domy, mniej motorkow a wiecej aut.Pierwszy dzien od \\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\"nie pamietam\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\" jest pochmurno.Niewiele to daje-jest potwornie parno choc jest tylko 33 st C. Leje sie z nas pot.Przed miastem-nie uwierzycie-radar! 64km/h zamiast 50.W kraju gdzie auta wygladaja jak....wszystko tylko nie auta, gdzie nie maja lusterek, szyb, lamp,gdzie kazdy jezdzi gdzie chce i jak chce-my za predkosc placimy 50 CEDI(25 Euro).Szkoda nam czasu wiec placimy.Pojawiaja sie plantacje ananasow,kokosow. Przypadkowy zjazd w boczną droge na przerwe-okazuje sie ze to zjazd na fabryke oleju palmowego.Przyjezdza wlasciciel i oprowadza nas po fabryczce.14 lat mieszkal w Niemczech i teraz tez tam bywa w interesach-calosc produkcji idzie do Niemiec.Dojezdzamy do CAPE COAST-fajne nadmorskioe miasteczko. Jestesmy najdalej na poludnie jak zakladala nasza trasa-teraz juz tylko w strone Europy.Najpierw na wschod(Togo, Benin), a potem juz praktycznie wracamy (okreznie bo przez Senegal i byc moze Gambie).Na liczniku-11 tys km.
Z CAPE COAST jedziemy do ELMINA-male portowe miasteczko obok.Oczywiscie obowiazkowa kapiel w oceanie(wlasciwie w Zatoce Gwinejskiej).Rybki, piwko.Nasz oklejony busik robi wrazenie-niestety nie wszedzie dobre.Jest troche zaczepek, ale w normie.Dzieciaki tylko sa tu wyjatkowo bezczelne i nachalne.Wieczorkiem dojezdzamy pod park KAKUM na nocleg

Zdjęcia

GHANA / TAMALE / przy drodze do Parku Mole / SiostryBURKINA FASO / Po / Tiebele / Tradycyjne malunki naścienne we wsi animistówGHANA / TAMALE / wieś niedaleko wjazdu do Parku Mole / Biały MeczetGHANA / TAMALE / droga do Parku Mole / cieżka droga nas czeka....GHANA / Kintampo / pod wodospadami Kintampo / daltonizm???

Dodane komentarze

[konto usuniete] dołączył
17.06.2006

[konto usuniete] 2017-09-05 23:09:22

Zazdroszcze wam szczerze. Super wyprawa. Podoba mi się narracja autora:)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl