Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Wyprawa do AFRYKI ZACHODNIEJ 2011/2012 cz2 > GHANA, TOGO, BENIN, BURKINA FASO, MALI, SENEGAL, MAURETANIA, SAHARA ZACHODNIA, MAROKO


EDI EDI Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie BENIN / Ouidah / Ouidah / Opis wyprawy busem z Wrocławia do Zatoki Gwinejskiej i powrót

20.01

Cały dzień dosłownie leje się ze mnie.Rano prysznic i wycierając się wycieram już pot.Pod parkiem jesteśmy o 8,30 ale otwierają o 9,30 a ja mam już 3 mokre ręczniki.Niby jest tylko 32,8 C ale wilgotność i ściany zieleni osłaniają nas przed wietrzykiem.W trakcie jazdy przewiew schładza, ale jak się stanie od razu "kąpiel soute". Po zwiedzeniu parku mam ciekawą sytuację.Obok nas stoi autobus szkolny.Dzieciaki wracają ze zwiedzania, ale pojedynczo czy po 2,3. Ci co wrócili czekają na resztę. Ktoś zaczyna klepać na bębenek.Na początku to mnie irytuje, ale potem włącza się 2,3,5 bębenek i rytm zaczyna się robić ciekawy.Po chwili mam koncert LIVE muzyki afrykańskiej (czasem nawet z solówkami raz tego bębenka, raz innego).Wracamy nad Atlantyk pod ACCRE. Chcemy spokojnie posiedzieć do północy na plaży, a nocą ruszyć na lotnisko-Cezar odlatuje ok 6 więc chcemy być na 3,4 w Accrze. Niestety nie przyleci zmiennik Cezara- dziewiąta osoba na trasę powrotną. Połamał się i z gipsem trudno ganiać po Afryce-ale o tym wiemy od tygodnia.Wieczór nad oceanem też bierze w łeb.Najpierw nie dają posiedzieć i popływać jacyś "opiekunowie plaży", potem policja chce....diabli wiedzą czego oni chcą.Policjant krzyczy, pluje i macha rękami a jego angielski jest......no, nie będę się wyrażał.
Zniechęceni jedziemy do hostelu (policja za nami-sprawdza czy nie wrócimy na plażę).W hostelu nie bierzemy noclegu tylko parking do północy, może 1 w nocy.Chcemy spokojnie pogadać, pożegnać Cezara.

21.01

Ok 1 w nocy ruszamy do ACCRY na lotnisko. Pusto, cisza, stajemy pod terminalem oczywiście sprawdzając znaki zakazów.Idziemy sprawdzić odloty i poszukać kibelków.Po 10 min wracamy i ..... mamy blokadę na kole a 4 policmajstrów stoi i czeka na haracz. Na nic rozmowa z nimi - cholera w końcu my mamy racje! (stoimy PRZED znakiem zakazu postoju!) Każda próba rozmowy to z ich strony krzyki, machanie rękami,przerywanie w połowie zdania - chamstwo i wulgarność.Grożą zaaresztowaniem busa.Twierdza ze w ich kraju zakaz obowiązuje PRZED ZNAKIEM !!!!!!!Parodia.W końcu mamy dość.Nie chce nam się tu stać i czekać nie wiadomo na co.Zdania w grupie są podzielone ale większość decyduje - płacić i wyrywać z tego kraju czym prędzej!Mamy dość Ghany - ich nachalności i łapówkarstwa. Mieliśmy w planie jeszcze ACCRE i zaporę na Volcie i jeden park, ale odpuszczamy sobie.Przez ostatnie 3 dni jesteśmy obiektami takiej nachalności i policji i przewodników czy jakichś opiekunów plaż, nawet straganiarki czy dzieci są tu po prostu złośliwi.Oczywiście było to wszędzie (mniej lub więcej), ale tu osiągnęło apogeum chamstwa. Nawet dzieciaki, które wszędzie chcą KADU - tutaj nie bawią się w Kadu, ale prosto z mostu "give me money". Płać - bo jesteś biały i masz kasę. Czysty rasizm tylko w odwróconej formie.Zresztą usankcjonowany, bo posiłek dla nas jest 3x droższy, w muzeach i parkach są cenniki dla miejscowych i 5x drożej dla innych. Już to przerabialiśmy w innych krajach, ale tam było z uśmiechem, żartem. Tutaj każda próba rozmowy kończy się krzykami i machaniem rękami. Nie wiem czy dobrze oddaje tutejszy klimat - wcześniej napisałem tylko o 3-4 nieprzyjemnych rzeczach, ale tego są naprawdę dziesiątki drobnych przykrości tylko po co było o tym pisać? Ale niestety te drobiazgi najlepiej oddają tutejsze nastawienie do nas. Jedziemy - jak najszybciej, aby tylko stąd wyjechać.To nie kraj dla nas (chyba, że ktoś lubi się bawić w Św.Mikołaja i rozdawać kasę na lewo i prawo).
Nie wszystko w tym kraju jest negatywne - widoki za oknem są przepiękne (zwłaszcza dżungla i ocean robią wrażenie).Wspaniała jest koegzystencja religijna,w wioskach obok siebie stoi kościół baptystów, katolicki, metodystów i meczet (przy drogach mnóstwo reklam kościołów, wspólnot i szkół pod wezwaniem Św. Jakiegośtam).No i alkohol - za paczkę 20-tu pięćdziesięciokilogramowych whiskaczy, czy czyścioszek (łatwo obliczyć -1 litr)= 3,5CEDI. Czyli ok 2 Euro.Niestety tutejsi ludzie i ich stosunek do nas burzy to wszystko. Jedziemy na LOME w TOGO. Za resztę CEDI tankujemy busa do pełna (już Cedi nie będą potrzebne).Teraz będzie kilka krajów we wspólnocie walutowej CEFA. Granice przekraczamy w DENU - o dziwo o 10:30 zaczynamy odprawę, a o 12 już jesteśmy po odprawie. Jak na Afrykę - tempo zabójcze.

TOGO

Logujemy się w LOME - stolicy TOGO w fajnym hoteliku LOLA przy samym oceanie (bardzo fajny szef - Ken).Postanawiamy odpocząć tu jeden dzień, wyczyścić busa z pyłu i piachu, zrobić pranie i w ogóle - odetchnąć od codziennej jazdy.Ken naprawdę pomaga jak może.Pranie, sznurki do suszenia, wieczorkiem idzie z nami na plażę - podobno po zmroku niebezpiecznie samemu, więc idzie z nami.Zapraszamy go (i pomagiera - Krisa) na poczęstunek w"polskim" stylu.Po godzince już jesteśmy friendy a nawet "family". Jest strasznie parno, ale widok oceanu i ponad 2-m fal rekompensuje nam to.

22.01

Dobrze, że mamy dzień przerwy, bo i tak bus nie odpala. Ghańskie paliwo już wcześniej szarpało silnikiem a teraz bus zastrajkował. Ken zabiera ekipę w miasto, a po drodze załatwia, pomimo niedzieli, mechaników. Ekipa rusza z Kenem zwiedzać, a my z Piotrem wracamy z mechanikami. Trudno - internet i plaża muszą poczekać - i tak przed nami jeszcze sprzątanie busa Robię pranie i stwierdzam u siebie początki daltonizmu. Piorę niebieskie - woda czerwona, piorę zielone - woda czerwona, białe - też czerwona. Reszta ekipy uspokaja, że maja to samo więc to nie daltonizm tylko wszędobylski pył z pustyni. Już się bałem, że tak jak Franz Maurer w "PSACH" widział wszystko pluszowe - ja mam czerwone.W południe bus chodzi - mechanicy się spisali. Częstuje ich POLISZ SAMTING SPESZJAL i reszta ekipy po powrocie z miasta ma dobrą wiadomość.Kąpiemy się w południe.Rano nie wolno pływać - takie są odpływy, że mogłoby znieść w morze.Do 17 smażymy się, każdy szuka cienia i ochłody, ale to nie takie proste.Miejscowi drzemią w cieniu, ale nam się to nie udaje.Za ciepło, za parno.O tej porze nawet bryzy nie ma - jak to śpiewał MAANAM "powietrze lepkie i gęste".Po 17 słoneczko folguje i rusza się wiaterek.Ludzie wychodzą na ulice - zaczyna się życie. Kończymy porządki busa - wszystko oczywiście czerwone.Internet, kolacja w knajpce i siedzimy przy piwku i coli do nocy.

23.01

Pobudka o 7 i o 8 ruszamy. Żegnamy Kena - umawiamy się za 2-3 dni (i hotel i szef na tyle fajni, że postanawiamy tu wrócić przed powrotem do Burkiny). Jedziemy wzdłuż Atlantyku do BENINU.Po drodze mamy 2 atrakcje w Togo i 3 w Beninie, ale chcemy je zrobić"od końca".Po prostu, aby dojechać do Burkina Faso musimy jednym z tych krajów lecieć do góry - na północ, a Togo ma lepsze drogi niż Benin. Ok 10 granica. Nie jest źle, tylko nasze wiadomości o tym, że mając wizę Togo nie musimy mieć do Beninu - są nieaktualne. Trzeba wizę i to wcale nie tanią - 10 tys CEFA (15 Euro) za 48-godzinna tranzytówkę. Przy okazji - zaczyna mi brakować pustych stron w paszporcie. Wszyscy tu zamiast stempelka walą wizę - naklejkę na całą stronę, a dopiero potem jeszcze 2 stemple.

BENIN

Ok 13 jesteśmy w OUIDAH - szukamy voodoo.Nie znajdujemy, ale za to mamy świątynię Pytona oraz szlak niewolników (tędy ich prowadzono od centrum OUIDAH do portu) zakończony słynną "bramą bez powrotu".Już same nazwy oddają wszystko.Przy okazji sprawdzam jakość tutejszych usług fryzjerskich goląc głowę na "zero". Sanepid pewnie by zamknął tą budę (jak 99 procent innych), ale ja jestem zadowolony. Niech się czacha opala (sorki dla Tomka-Czachy - nie o ciebie idzie). Ok 17 jesteśmy w GANVIE. Co prawda przejeżdżaliśmy przez COTONOU - stolice Beninu, ale odpuszczamy sobie zwiedzanie. W tej duchocie nie ma się co pchać dobrowolnie do piekarnika.Samo GANVIE (wioska na jeziorze na palach zamieszkiwana zgodnie z tradycjami) - nie ma co próbować opisywać.To trzeba po prostu zobaczyć i przeżyć. Płynie się tam pół godziny, potem zwiedzanie i pół godziny z powrotem. Po powrocie z jeziora mamy godzinkę do zmroku, więc uciekamy w stronę ABOMEY (dawna stolica Dahomeyu).Dziś już nie zdążymy pozwiedzać,ale zawsze co dziś ujedziemy - tyle jutro mniej. Znajdujemy oberż w jakiejś pipidówie przy drodze-okazuję się że oberża jest jeszcze wierszą atrakcją niż wioska na palach (na oko oberża jakieś 100 lat starsza od tej wioski a stan.......) Prysznic = wiadro + miseczka do polewania się. Bierzemy 1 pokój ( taki wymóg - i tak nikt w nim nie będzie spal) ale przynajmniej mamy spanie w namiotach w ogrodzonym miejscu. Szybki wypad do miejscowej gar-kuchni i kładziemy się.Próbując usnąć w namiocie mam drugi nieustanny prysznic - w sosie własnym. Ok północy otwieramy z Tomkiem moskitierę w namiocie i z ulgą wystawiamy głowy na zewnątrz. Uznajemy, że lepsza jest BYĆ MOŻE malaria czy ukąszenie, niż PEWNE uduszenie się.

24.01

Rano budzi mnie żołądek. 2 dni siedział cicho, ale dziad jest uparty.Wieczorem niby tylko makaron z jajkami (w domu bym za coś takiego żonę prześwięcił a tu wsuwam i siedzę cicho) ale w gar-kuchni dodali do tego jakichś cudacznych przypraw. Poranna kawa tez działa jak katalizator. No ale kawka i ze 2 kęsy są obowiązkowe - malarone nie wolno brać na czczo. Potem "śniadanko mistrzów"- malarone+stoperan+osłonka. Od samych pigułek jestem najedzony.Staramy się nie patrzeć na naszą oberż - potworna ruina. Zostaliśmy tu, bo szukanie czegoś innego po zmroku to tutaj drogowe szaleństwo. Niesamowita ilość dziur, slalomem jedziemy i my i ciężarówki z naprzeciwka, nieoświetleni piesi idący poboczem (albo i nie poboczem) oraz szaleńcy na motorkach - oczywiście nieoświetlonych. Lepiej było brać nocleg jak leci i nie szukać kłopotów.Ruszamy do ABOMEY-droga to temat na odrębna powieść. 105km - ponad 4 godziny.Tragedia. Czegoś takiego dawno nie widziałem. Droga chyba z czasów koloni, a niepodległy Benin przez kilkadziesiąt lat czasem sypnie to tu, to tam trochę piachu w najgłębsze dziury - ot i tyle.Tu się nie omija dziur, bo to niemożliwe.Tu się wybiera gorsze zło, czyli wielka dziurę po prawej czy jeszcze większa po lewej. I to do końca nie zawsze, bo albo nas wyprzedzają i trzeba jechać tylko swoim pasem (bez omijania dziur), albo ciężarówki z naprzeciwka omijając swoje dziury biorą kurs kolizyjny na nas i trzeba spieprzać na pobocze. Ciekawostka co do ciężarówek - mniej więcej tyle samo widzimy jadących co rozwalonych w rowach i rozkraczonych na poboczach (albo i na środku drogi). Niesamowite dziury, średnia wieku aut 35-40 lat oraz 2-3 krotne przeładowanie ciężarówek powoduje, że tyle samo ich jeździ co stoi (albo leży) na poboczu i liże rany.Śmiejemy się w busie, że już wiemy czemu Francuzi wymyślili rajd Paryz - Dakar. Powód jest prosty - rajdu Paryż - Cotonou nikt by nie ukończył. Zero zwycięzców (no chyba ze ktoś na rowerze). O 12 jesteśmy w ABOMEY,zwiedzamy targ voodoo i dawna stolice Dahomeyu (włącznie ze słynnym tonem z ludzkich czaszek i świątyniami do budowy, których użyto zaprawy rozrabianej ludzką krwią). Trochę to trwa, bo każdy z władców miał swój pałac, więc są jednorazowe i jest ich kilka. Ot i tyle w Beninie, wracamy do Togo. Nawet foldery reklamujące Benin wymieniają te 3 atrakcje + park na północy, ale fatalna droga zniecheca (trzeba jechać 350km).

TOGO

O 20 przekraczamy granice, ale tu zegarki znowu się cofa więc mamy 19. Po godzince jesteśmy znów w hotelu LOLA w LOME.Kena nie ma, ale pomagier Kristof ściska nas jak starych znajomych (nawet misiaczki lecą) i oczywiście pyta czy wieczorem będzie "samting speszjal". Ponieważ na jedzenie nie mam ochoty (jak wojna z żołądkiem to wojna - zagłodzę dziada) wyciągam Ghanską wódkę, Kristof przynosi napój z Togo, częstuje go papierosem z Mauretani i śmiejemy się, że mamy "internaszional iwning"

25.01

Rano - jakby inaczej - śniadanko mistrzów i uciekamy na północ.Czeka nas cały dzień jazdy. Nie znamy stanu dróg więc nie wiemy czy zrobimy 200 czy 500km (okazuje się, że 350). W południe stajemy przy stoisku z pieczystym. Na 4 patykach jak na krzyżu rozpostarte.....no nie wiemy co. Na szczura to za duże, na nutrie za małe, jakieś takie wiewiórkowate, ale 2-kilogramowa wiewióra?Korzystamy z bezpłatnej próbki i odpuszczamy sobie. Bardzo słodkie mięso i jakoś dziwnie przyprawione. W dodatku nie umiemy ustalić ceny - raz 2 tys, raz 10 tys. Stajemy na obiad 20km dalej. W gar-kuchni zamawiam coś, zmielone z czymś, upieczone w czymśtakim i mocno przyprawione czymśtam. Jeśli dalej nie wiecie co jadłem - to witam w klubie! Oczywiście żołądek bulgotem zgłasza veto, ale kto by się dziadem przejmował. Dzieciarnia tutaj oblega nas z daleka, nieśmiało. Śmieją się, przypatrują ale dystans 3-4m jest cały czas. Ciekawostka - prym wiedzie 7-8 latek w koszulce Celtiku nr7 i ŻURAWSKI na plecach.Po kilku zdjęciach ciekawość przeważa i podchodzą zobaczyć siebie na wyświetlaczu aparatu. Z 10-15 dzieciaków na początku robi się ponad 30. Obawiamy się trochę takiego stada i cukierki dajemy dwóm mamom do rozdzielenia. Wsiadamy do auta i....oglądamy "Bitwę pod Grunwaldem" Matejki tylko na żywo i w dodatku z fonia. Droga nie najlepsza, więc nie czekając na zmierzch szybko znajdujemy oberże - nie chcemy ryzykować jazdy po zmierzchu. Wychodząc z oberży na zewnątrz na papierosa spotykamy oczywiście kolejną"gwardię" w wieku od 1 do 7-8 lat. I znów - nieśmiałość, zdjęcia, oglądanie.Tym razem dostają widokówki z Polski (najlepsze wzięcie mają te ze śniegiem).Ponieważ chce pojednania z żołądkiem kolacje ograniczam do rosołku Knorra i spać.

26.01

W nocy-o dziwo-budzi mnie szczypanie zimna. Już zapomniałem jakie to uczucie - przeważnie próbując zasnąć lało się ze mnie, a budziłem się tez zlany potem. A tu - surprise. Pierwsza twardo przespana noc od 2 tygodni. Rano dowiaduje się ze mój żołądek nie dając sobie rady solo zwołał kumpli i teraz mamy strajk zbiorowy. Więcej nas przechodzi nab"śniadanko mistrzów".Ruszamy dalej na północ w stronę Burkina-Faso. Zostało nam 2 dni wizy i 320 km. Są jeszcze atrakcje po drodze ale ich zobaczenie uzależniamy od stanu dróg. Drogi takie sobie ale ok. 13 mamy na tyle za sobą ze zjeżdżamy obejrzeć TAMBERMA VOLEY (jedyny obiekt w Togo wpisany na listę UNESCO). 25 km szutrem i mamy grupę wsi o zabudowie domów - wież obronnych. Żyją tu i mieszkają w tych domach. Na nasz przyjazd przebierają się w tradycyjne stroje i tańczą jakieśtam ichniejsze techno. Musimy jeszcze poczekać na oficjalne pozwolenie króla wioski na fotografowanie i można pstrykać. Do wieczora robimy jeszcze ponad 100 km i dojeżdżamy do MANGO. Nie widać żadnego spania wiec pytamy na posterunku żandarmerii. Po 10 min rozmowy(głównie rekami) żandarmi delegują jednego ze swoich na motorze-mamy eskortę i przewodnika.Eskorta bierze na motor jedna z naszych pan i jedziemy. 10 min później mamy spanie i to niedrogo-gliniarz pomaga ustalić cenę. Wieczorne wyjście na jedzonko i piwko,no i spać. Wreszcie chłodno. Opatulam się kocem z tylu busa-tutaj przynajmniej chłód pozwala odpocząć nie tak jak na południu. Ponieważ cały dzień ze wszystkich potraw zdzieram cala pikantna posypkę z ichniejszych przypraw - żołądek siedzi cicho. Śmiejemy się ze tylko taka warstwa ostrych przypraw chroni to jedzenie (leżące czasem kilka godzin) od much czy innego robactwa. Otwarte drzwi busa na oścież - aż upajam się chłodem (nie bez znaczenia jest fakt ze przed wyjściem na kolacje znalazłem w oberży działającą lodówkę i po rozmowie z szefowa wrzuciłem tam napój + male procentowe co-nieco, wiec upajam się tez chłodnym drinkiem)

27.01

Wreszcie wyspany-noc bez przewracania się z boku na bok, bez wycierania się z potu, kamienny sen przez 7h. Kawka, śniadanko (nareszcie bez stoperanu - odpukać). Ostatni dzień wizy TOGO wiec ruszamy. Do granicy co prawda tylko 120 km ale....to jest Afryka. Wczoraj np była blokada drogi bo jedzie jakaś rządowa kolumna, podobno za 10 min. Te 10 min strasznie się przeciągnęło. Po 1,5 h w słońcu wreszcie nas puścili. Na szczęście na noc wrzuciłem do lodówki 2 napoje wiec do południa mamy chłodne picie(mamy już dość cieplej wody i Coli -nie gaszą pragnienia tylko brzuch pełny tej cieplej brei). Ok 12 jesteśmy na granicy Togo-Burkina Faso.Nie opisywałem jeszcze granic a to tutaj tez inna bajka. Przeważnie jest to szpaler rozpadających się szop i po lewej i po prawej. I szukaj tu 3-4 właściwych budynków (zero oznakowania - może to posterunek, może sklep a może prywatna chałupa). Podjedziesz pod szlaban - wracaj z powrotem bo nie masz tego czy tamtego papierka (czego konkretnie nie wiemy bo tutaj wszystko francuskojęzyczne). I szukaj tu człowieku szopy nr 1, potem 2 itd. Zrobisz wyjazd z jednego kraju-witamy w drugim!Osobno wiza, osobno odprawa, potem odprawa auta, potem pieczątki i osobno szlaban(lub łańcuch, w ostateczności beczka na środku drogi). Każdy z urzędasów za święty obowiązek uważa przekartkować nasze paszporty - znalazł co prawda swoja wizę ale co tam - dalej są fajne kolorowe wizy z Rosji, Ukrainy, Turcji czy Iranu. Nawet pieczątki z Chorwacji go interesują. Zamiast kupować gazety - ma tu bezpłatną lekturę. Zabawne jest kiedy urzędasowi w mundurze nie chce się ruszyć tyłka z cienia i posyła swojego "przydupasa" w cywilu (kreci się ich tu bez liku).Ten z kolei giął się w ukłonach pół godziny, więc podchodząc do nas ma bardzo ważną minę. Czasami strasznie macha rekami i krzyczy. Opieprzony kuli ogon i leci się wypłakać do urzędasa. Inna rzecz to fiszki (czasem po 2 - na wyjazd i na wjazd).Te fiszki to cale arkusze gdzie nasza ósemka ma po 15-20 pozycji. Po cholerę im mój zawód, adres w Polsce, czy imię i nazwisko rodowe matki??? A wszystko to w słońcu, kurzu, pyle i odganianiu setek sprzedawców wody, napojów, orzeszków, kart telefonicznych, pomarańczy, pasków do spodni i czego tam jeszcze chcecie. Jak już masz wszystko - pod szlaban i łebek za opuszczenie łańcucha chce 1000 CEFA. Za co? Za auto! Średnia na granicy to 2-3h. Dodajcie do tego smród gar-kuchni, spalin z ciężarówek, zgiełk, temperaturę i brak cienia, zmęczenie drogą i niezliczonymi formularzami. No i setka miejscowych cwaniaków którzy za kasę (czasami niemałą-nie myślcie że objedziecie za 10 Euro!) pomagają rozwiązać ten węzeł gordyjski. Ci cwaniacy są przygotowani na każdą ewentualność - widzieliśmy gościa w koszulce Barcy i czapeczce Realu! To jest być przygotowanym na każdą sytuacje!

BURKINA-FASO

Już norma-jedziemy i jedziemy, dziury i dziury, postój-dzieci-zdjęcia-cukierki i tak cały dzień. Za oknem już typowa sawanna. Dla europejczyka nie obeznanego z Afryką to malunek gdzie artyście pomyliły się kolory: ziemia nie brązowa ale we wszystkich odcieniach czerwieni, trawa nie zielona tylko słomiano - płowa, drzewa i krzewy-szare. Nawet koryta mijanych rzek zamiast lazuru - tylko żółty piach i brunatne kałuże. Abstrakcja czy surrealizm (nigdy nie bylem dobry z malarstwa).Tylko tam gdzie wypalali sawannę - i trawa i ziemia i drzewa-czarne. To akurat krajobraz jak z "piórkiem czy węglem" p.Zina. I tylko osioł na środku drogi pod każdą szerokością geograficzna jest dokładnie taki sam. W końcu zmęczyliśmy te nasze dzisiejsze 450 km. Już po zmroku (czego nie lubimy) wjeżdżamy do OUAGADOUGOU (ŁAGADUGU) - stolicy B-Faso. Pierwszy hotel - porażka. Obie nerki musiałbym sprzedać. Ale drugie podejście jest OK. Mamy pokoik 5-os a nas 3 idzie spać do busa.

28.01

Rano jak zwykle Afryka musi nam zrobić niespodziankę. Kładliśmy się spać w pustej zatoczce przy Pensjonacie SARAH, a wstajemy i wychodzimy z busa....w środeczku targowiska. Nawet drzwi ciężko otworzyć .Otoczeni straganami,przekupkami i jakimiś gar-kuchniami wychodzimy ziewając i przeciągając się. Śniadanie i kawka pośrodku straganów i pół godziny wyjeżdżamy z tego mętliku (czasami "na żyletkę"). Jedziemy w kierunku BOBO-DIOULASSO. Cały dzień jazdy i ok 17 jesteśmy w BOBO. Bardzo nietypowy meczet + stare miasto z jego 4 strefami. Wieczorem w knajpce przyglądamy się nie tyle meczowi ( akurat jest Puchar Afryki i gra Ghana-Mali) o ile reakcjom otaczających nas. Oglądałem mecze w pubach w Anglii, w kafejkach we Włoszech czy Turcji ale reakcje tutaj są o wiele gorętsze niż ich klimat. A jesteśmy w Burkina-Faso wiec to nawet nie jest mecz gospodarzy. Wczoraj w pensjonacie w OUAGADOUGOU był mecz Maroko-Gwinea. Nawet nie musiałem pytać komu kibicują Burkinczycy - po jednej z bramek dla Gwinei podrzucali z radości wszystkim co mieli w rekach aż rozbili wentylator 2m nad głowami. Dziś siedzimy w knajpce i czekamy aż się ściemni. Szukamy dziś spania na dziko a rozbijając namioty za dnia wzbudzamy za duże zainteresowanie. 20 km za BOBO odbijamy w boczna szutrówkę, potem jeszcze boczna i mamy fajna polankę na sawannie.Kolacja, namioty, mycie z 5-litrowego bukłaka i spać.

29.01

Rano mamy gości i to podwójnych. Po wyjściu z busa od razu widzę trójkę czekających dzieci. Siedzą grzecznie i czekają na nasze plastikowe butelki, opakowania, słoiki itp. Drugich "gości" widzimy po chwili bo parkując po nocy nie zauważyliśmy ze wieś jest 200 m od nas, a my stoimy w pasiece (tylko zamiast uli maja tu dziuple w drzewach) .Na szczęście jest koniec pory suchej, wszystko wyschnięte, kwiatów nie ma wiec i "gości" jest niewielu. Śniadanko-duszona cebulka (miała być z boczkiem ale boczek śmierdzi) i ruszamy do BANFORY- niewielkiego sennego miasteczka, ale z mnóstwem atrakcji wokół. Najpierw "skalne domy"-niesamowite formacje skalne, 3km dalej wodospad KARFITUELA-z dołu niby nic ale wchodzimy na gore (10 min spaceru w 40 st C) i mamy w naturalnych nieckach swoiste jacuzzi a siadając na skalnych stopniach pod wodospadem - wspaniale "bicze szkockie\\\\\\\\\\\\\\\". Tutaj 40 st C a tu chłodny, górski strumień- ....ach!!! Po zejściu na parking handel moimi ciuchami za ichniejsze regionalne ciuchy oraz rękodzieła. I znowu - 4 rzeczy mniej do prania (i tak żonka kazała mi tych rzeczy bron Boże nie przywozić z powrotem). Obiadek w Banforze - nie uwierzycie - w McDonaldzie. Ale poza nazwa ten lokal ma z firma niewiele wspólnego. Tutaj w przeciwieństwie do naszych McDonaldów maja dobre żarcie. Próbujemy ozorków baranich, mięsa z batatami,a ja dodatkowo omlet z pomidorami i mielonym mięskiem wołowym. Pycha! Potem jeziorko z krokodylami i hipopotamami (hipopotamów akurat zabrakło na stanie) i jedziemy zwiedzać iglice skalne po drugiej stronie miasteczka. Ponieważ mamy już dość tej drogi ( na mapie zaznaczona jako żółta krajówka a w praktyce szuter i tarka) 3km za iglicami znajdujemy oberż i zostajemy.O dziwo - na totalnym zadupiu ta oberż w porównaniu do innych to ekstraklasa. Miły, nienachalny gospodarz, wygodne fotele, okrągłe domki regionalne jako 2-os sypialnie (mnie tam wsio rybka-i tak śpię w busie). A zamówiona kolacja kuskus na 4 osoby okazuje się porcja na pluton wojska.Nie dość ze pyszny to jeszcze najadamy się w ósemkę a i tak polowa zostaje.

30.01

Wszystko co mile szybko się kończy. Dziś tak milo nie będzie -100 km do granicy, potem granica Burkina-Faso- Mali ( ok południa więc w najgorętszym okresie dnia) i jeszcze 450 km do Bamako. Oczywiście wszystkiego nie damy rady ale spróbujemy ile się da. Ok 9 jest już gorąco. Im dalej od równika i oceanu tym dnie są coraz gorętsze, za to noce rekompensują chłodem ( 20-24 st C hehehe). Zmienia się teren i asortyment na straganach. Coraz mniej warzyw i roślin sadzonych(bataty, kasawa, marchew), nie widzimy już ananasów i kokosów. Zamiast tego to co samo rośnie -mango, papaja, avocado i jeszcze z 10 innych owoców których nazw i tak nie ma sensu pamiętać bo 2 wioski dalej nazywają się inaczej. O 13 na granicy- 97km w 4h - prędkość podróżna w Afryce. Burkina zegna nas najlepiej jak umie. Granica - konstrukcja z krzywych patyków pokryta słomą i kilku celników. Jeden zajmuje się naszymi paszportami a reszta wskazuje nam krzesełka w cieniu i częstuje nas zapiekanka z ryżu i mięsa. Z pól godziny bawią nas rozmowa i jedzonkiem i bon voyage.

MALI

Na szczęście to przejście jest male i senne. Nie ma kurzu, pyłu atmosfera senna wiec i odprawa mija szybko - o 14 jedziemy już przez Mali. Tylko pieczątek przybywa w paszporcie a pustych stron ubywa w zastraszającym tempie. Potem już tylko droga i droga. Kilka postojów, fajnych spotkań i sytuacji z miejscowymi ludźmi ale trudno opisywać każda drobna sytuacje. 150 km przed Bamako zjeżdżamy w boczna drogę, w napotkanej wiosce szukamy \\\\\\\\\\\\\\\"patrona\\\\\\\\\\\\\\\" wioski i pytamy o możliwość spania przy wiosce.Zawsze to trochę bezpieczeństwa i ochrona przed dzieciakami. Rozkładamy się i mamy kolejny wieczór na sawannie pod gwiazdami.

31.01

DZIŚ SA MOJE URODZINY
KTÓRE OBCHODZĘ BEZ RODZINY
WYSOKO DALEKO WŚRÓD MANOWCÓW
W HANGARZE DLA SZYBOWCÓW

Nie pamiętam na ile to cytat, na ile moja interpretacja. Lubie czasami cytować autora tych slow pomimo ze gość był zdrowo rąbnięty (oczywiście to moja subiektywna opinia). Ale i tak spora cześć jego utworów jest mi bliska. Jedziemy dalej - kierunek Bamako. Na liczniku 13.5tys km, w kalendarzu zostało 2 tygodnie, a na mapie jeszcze 4 kraje Afryki. Już 30km przed Bamako widać pierwsze zielone busiki tak charakterystyczne dla tego miasta.Te wyjeżdżające poza miasto jeszcze maja drzwi, szyby, lusterka i lampy.W centrum w takie detale się nie bawią. Nawet siedzenia to dwie drewniane ławki wzdłuż burt auta. Jedziemy najpierw do ambasady Mauretani. Co prawda wizy powrotne przez Mauretanie mieliśmy robić w Dakarze w Senegalu, ale mamy niepokojące informacje.W Dakarze i na północy Senegalu rozruchy.W trakcie manifestacji zabito policjanta a policja podobno rozgania manifestacje przy użyciu ostrej amunicji.Takie informacje dostajemy SMS-ami z Polski. Ponieważ Senegal ma być kolejnym krajem po Mali-nie wiemy co robić. Na wszelki wypadek walimy robić wizy Mauretanskie tutaj. Ok 12 jesteśmy w Bamako (jak ja kocham ten smród, gwar, ścisk i upal bez przewiewu). Po drodze SMS-y latają jak szalone-teraz jest wersja ze nie jest aż tak źle. W ambasadzie Mauretani dowiadujemy się ze tu wizy do nich są 3x droższe niż w Dakarze. Nie wiem czy zaważyła sprawa ceny wiz czy tego ze w Senegalu nie jest tak źle, ale decydujemy-jedziemy do DAKARU (Mauretani w żaden sposób nie da się ominąć. Teoretycznie można przez Algierie ale ta zamknęła i zaminowała cala granice z Marokiem-ot Afryka) Gdzieś te wizy zdobyć musimy. Na razie zwiedzamy Nationale Museum (porażka) i Central Market (już lepiej) i szwendamy się po Bamako. Znajdujemy oberż no i do nocy-urodzinki.

PS do dnia dzisiejszego:
Spaliśmy w wielu dziwnych miejscach. I na dziko, i u tubylców, w meczetach i przy posterunkach policji. Dziś pierwszy i jedyny raz na tej wyprawie odmówiono nam noclegu i wyproszono nas (pokoje wolne były)- w MISJI KATOLICKIEJ w Bamako. Nawet fakt ze nie potrzebujemy pokoi, mamy spanie w busie i namiotach - nic nie pomógł. Szczytem wszystkiego była odmowa na nasza prośbę o zostawienie busa na godzinkę - dwie celem poszukania innego noclegu na piechotę. W centrum Bamako naprawdę trudno o zaparkowanie busa. Odmówili i grzecznie wyprosili. Nie spodobało im się ze jest nas 5 facetów i 3 panie oraz fakt ze dziewczyny pytały o pokój dla nich (wszystko jasne- nie jesteśmy małżeństwami). Wyjeżdżając głośno, wyraźnie i po angielsku (niech dziady zrozumieją) wyraziliśmy swoje zdanie na temat miłości bliźniego \\\\\\\"po katolicku\\\\\\\".Epitety i przymiotniki których używaliśmy pominę - inaczej admin zbanuje mi watek.

1.02

No i mamy na serio problem. O 9 wyjeżdżamy z BAMAKO droga na KAYES a na przedmieściach mamy blokadę i to wcale nie pokojowa .Na drodze poukładali w poprzek kamienie i krawężniki .Wszystkie próby objechania bokiem blokują nastolatki z kamieniami w rekach. Albo zawracaj albo kamieniem po szybach (jeden przykład widzieliśmy). Zawracamy do centrum i próbujemy inna droga - to samo tylko jeszcze bardziej nerwowo - tu się już leją z kierowcami ciężarówek. Ponieważ na KAYES są tylko te 2 drogi wracamy do Bamako. Nie za bardzo wiemy co robić - wyjechać z miasta się nie da,a w mieście zamieszki mogą się zacząć wieczorem.W dodatku nie wiemy czy przejechanie barykady coś nam da - jeśli zamieszki są w całym Mali wpadniemy na kolejne bez noclegu. Decydujemy się spytać o sytuacje w ambasadzie Niemiec (Polskiej w Mali nie ma). Jeden z nas trochę \\\\\\\" wiec się dogadamy. Niemcy absolutnie zaskoczeni ale po kilku minutach i kilku telefonach już nam mówią ze to rozruchy lokalne a nie w całym Mali. Wracając do centrum widzieliśmy wojsko jadące w stronę przedmieść, ale wolimy trochę odczekać w centrum. O 13 wyjeżdżamy jeszcze raz z Bamako w stronę blokad - może wojsko już rozgoniło ten bajzel? Nasza ekipa podzielona glosami co robić ale nie ma się co dziwić- od protestujących bardziej się boimy tych co przy okazji chcą trochę porozrabiać i poszaleć. Na blokadzie trochę spokojniej ale przejechać się nie da, kamienie dalej w poprzek drogi tylko łamiących blokadę mniej.Na dodatek podpalili opony na środku szosy. Miejscowi mówią ze to nie jedna blokada tylko 30-40km i kilkanaście blokad wiec nawet przejechanie 1-2 nic nie da.Na potwierdzenie ich słów widzimy kilka słupów dymu co kilka kilometrów - ślad że tam też palą opony. Próbujących przejechać blokadę szarpią i odganiają. Czekamy może coś się ruszy ale od 15 ludzi na blokadach przybywa.Oglądamy to z pewnej odległości - bliżej lepiej się nie pchać. Ok 16 dajemy sobie spokój. Wracamy do hotelu - nic tu nie wskóramy. Boimy się tylko ze na wieczór zamieszki z przedmieścia przeniosą się do centrum. Na szczęście wieczór w hotelu mamy spokojny. Ustalamy pobudkę na 4.30 i wyjazd na 5. Spróbujemy wyjechać z Bamako kiedy murzynki będą jeszcze spać.

2.02

Udało się - wyjechaliśmy z Bamako. O 5 jeszcze ciemno i trzeba uważać bo na drodze zostały kamienie po blokadach. Pozostałości blokad ciągną się 40km od Bamako i było tych blokad 50-60. Jedziemy cały dzień. Z Bamako mamy 750km do Senegalu, a potem jeszcze 700 do Dakaru. Chcemy zdążyć jutro do 15 złożyć wnioski wizowe w ambasadzie Mauretani. Jeśli zdążymy i tak wizy dadzą raczej w poniedziałek wiec byłyby 3 dni na Senegal. Ale to mało realne.Przez te zamieszki w Bamako jesteśmy 1,5 dnia \"w plecy\". Zachód Mali to kraina baobabow i padłego bydła. No i sepów które siedzą i na jednym i na drugim. Pierwsze 400km-bajka a potem-tragedia.To już nawet nie są dziury, czasem asfaltu jest mniej niż braku asfaltu. Chyba tylko my się tym przejmujemy i zwalniamy bo ciężarówki wala przez te dziury nawet nie zwalniając. Dużo ich za to rozwalonych na poboczach,czasami widać ze leżą tu od miesięcy. Ale czasem wyklepią to-to i z krzywą ramą, jadąc prawie bokiem idzie na trasę. Blokuje 3/4 drogi bo oś jazdy ma się nijak do osi pojazdu.W dodatku wszystko przeładowane 2-3x. O 20 jesteśmy na granicy w DIBOLI.

SENEGAL

Który to już raz mamy problem z Carnet de Pasaz (CPD)? Znowu się go domagają i tym razem nie ma żartów. 2h wałkowania i dostajemy jedynie 48-h tranzytówkę do ROSSO. Mamy wjechać i wyjechać i zapomnieć o Dakarze - tak mówi pogranicznik. Co mu będziemy tłumaczyć ze i tak nie mamy wiz do Mauretani i ze Dakar musimy zrobić tak czy tak. Gorzej ze wizy Mauretanskie wydaja na drugi dzień roboczy a jutro jest piątek. Nawet jak się uda złożyć jutro wnioski - odbiór raczej będzie w poniedziałek a to dużo więcej niż 48h. Zobaczymy. Najwyżej pójdziemy na policje i pod jakimś pretekstem spróbujemy przedłużyć wizy. Po 22 ruszamy z granicy.Decydujemy gnać cala noc non-stop. Trochę pocierpimy bez noclegu ale musimy zdążyć do tej ambasady.

3.02

Co tu można pisać po całodziennej i całonocnej jeździe? 28h jazdy non-stop i o 10 jesteśmy pod ambasada Mauretani. 1450 km w 28h-jak na Afrykę to chyba rekord po tych dziurach. Na szczęście cisza i spokój jeśli chodzi o te zamieszki o których słyszeliśmy. Uciekliśmy od jednych w Mali głupio by było wpaść na drugie w Senegalu. W ambasadzie jak w życiu - dobra wiadomość i zła. Dobra - wizy dadzą na dziś na 15. Zła - 50 euro . Insz Allach. Zwiedzamy Dakar- wszędzie patrole policji w pełnym rynsztunku, a gdzieniegdzie dyskretnie stoją dżipy z 12-15 policjantami. Oczywiście najwięcej pod pałacem prezydenckim. Nigdy nie balem się jazdy autem ale tutaj wzięliśmy lokalna taksówkę i mam pietra. Nic w tym aucie nie działa-a jedzie. Cud! W dodatku siedzę z tylu i chyba w aucie są pchły .O 16 mamy wizy i jedziemy w stronę St.Louis. Do samego miasta wjeżdżać nie chcemy, zatrzymamy się 50-60km przed miastem i zanocujemy na dziko .O 18 po 2h jazdy przejechaliśmy może 5 może 6km i dalej jesteśmy w Dakarze (no - już na przedmieściach ale korki dalej takie same jak w centrum). Zastanawiamy się czy my w ogóle wyjedziemy dziś z tego miasta. O 20 mamy przejechane 25km a końca korka nie widać. Dowiadujemy się o co chodzi - w tutejszym kalendarzu jest dziś Sylwester i wszystko co żywe ucieka z Dakaru w jakieśtam miejsce świętowania i my jedziemy (stoimy) na tej trasie. O 22 mamy dość .Czas leci, jedziemy niewiele, w dodatku padamy na pysk po wczorajszym nocnym przelocie .Zjeżdżamy w boczna drogę (po liczbie śmieci widać ze nie jest często jeżdżona) odjeżdżamy tyle żeby nas nie było widać z głównej trasy i przy ogrodzeniu niezamieszkałej posiadłości rozbijamy się. Po 10 min przychodzi gospodarz i zaprasza nas do nocowania w środku - u niego na placu. Uff - ale mamy szczęście. Oczywiście zgadzamy się. Zawsze to bezpieczniej. Robimy kolacje - jakieś miejscowe specjały kupione w sklepie :oberżyny, cieciorka, humus. Zdania na temat tego jedzenia są podzielone - mnie to smakuje jak ....coś. A jak się to coś posoli i popieprzy- to smakuje jak jak solone i pieprzone \"coś\". Kładziemy się spać a ja w duchu zastanawiam się nad dziwnością tego świata: tutaj obca osoba po ciemku wpuszcza 8 zupełnie obcych osób innego wyznania i religii do siebie na spanie, a kilka dni temu w misji katolickiej stworzonej do pomocy ludziom, kiedy prosi cie o pomoc współwyznawca tej samej religii będący w obcym kraju......... Ech-lepiej spać i przełknąć te przekleństwa na temat \"klechostanu\" które cisną się na usta.

4.02

Raniutko ruszamy. Kończy nam się wiza tranzytowa a do granicy 350km. Niestety w pierwszym napotkanym miasteczku policja blokuje główną drogę i każe nam jechać równoległą drogą przez miasteczko. A tam dzień targowy. Jedziemy 3km/h praktycznie ludziom po palcach. Po lewej mamy 3cm luzu a po prawej moze 5cm. Wrzeszcza na nas, krzyczą, nie chcą się rozstępować. Niektóre rozłożone na drodze stragany muszą przesuwać pod ściany żebyśmy przejechali. Tracimy 1,5h na to miasteczko (o nerwach nie wspomnę). Jedzie z nami Ibrachim - zabraliśmy go wczoraj z Dakaru - i trochę pomaga. Wracamy do głównej trasy. Przez ponad 100km od Dakaru jest niesamowicie dużo policji. Stoją co 200-300m raz po lewej raz po prawej. Jakby szpaler-jeden stoi w polu widzenia drugiego. Niepokoi nas bron długą na piersiach, niekiedy kilka przygotowanych barierek na poboczu, niekiedy zwinięte kolczatki do blokowania drogi. Kurcze - co tu się szykuje że się tak przygotowali? Po 100km policja znika poza standardowymi posterunkami żandarmerii. Po południu zwiedzamy St.Louis-senne miasteczko z zabudowa kolonialna.Prawie cale St.Louis leży na 2 wyspach, prawie sami rybacy. Jedziemy na ROSSO-promowe przejście z Mauretania na rzece Senegal. Dziś kończy się tranzytówka a Maurowie po zmierzchu zamykają granice. Zdążyliśmy do Rosso na 18. Ludzie-co tu się dzieje! Dopadło nas stado sępów - samych przewodników mamy ze 30 (każdy pokazuje w inna stronę), sprzedawcy, wymiana walut, dzieciarnia, myjący auta, może nawet i ufoludki tam były-w tym rejwachu i tak byśmy ich nie zauważyli. Prom podpływa dość szybko-wjeżdżamy. Larum, wrzeszczą, coś krzyczą, każdy coś chce. Obsługa promu tez coś wrzeszczy, klepie rekami po busie. Cośtam chcą - nie mamy tego .Zjeżdżamy z powrotem z promu. Po 10 min okazuje się ze czegośtam brakuje - mamy to tylko nie pokazaliśmy w jakimś okienku policji. Jak już to wyjaśniliśmy - prom odpłynął i to ostatni dziś. Policjant rozkłada ręce i zegna się \"do jutra\". Zastanawiamy się już nad spaniem w tej wieży Babel. Pól godziny później podjeżdża super autko (ford Kuga ale na tutejsze warunki to luksus).Podchodzimy i rozmawiamy. Gość okazuje się senatorem z Mauretani, wraca od rodziny.Dzwoni z komórki i z uśmiechem oznajmia ze prom podpłynie za pół godziny. Trochę mamy stracha bo nie jesteśmy do końca odprawieni. Dyplomata z uśmiechem bierze nasze papiery i po paru minutach mamy już wszystko. Nawet po drugiej stronie

MAURETANIA

Specjalnie dla gościa otwierają zamknięte już przejście. Dyplomata spokojnie załatwia swoje sprawy i pomaga nam załatwić nasze. Aż miło patrzeć jak dumni celnicy chodzą jak w zegarku i to po zamknięciu granicy. Odprawa-godzinka. Szukamy jeszcze po nocy ubezpieczenie dla busa na Mauretanie i po 21-w drogę. Teoretycznie po zmroku w Mauretani jeździć nie wolno, ale w praktyce jedzie się aż policja nie każe zjechać. Nam to pasuje bo hotele tu za drogie a oberży nie ma wiec jedziemy aż nas nie zdejmą z drogi i prześpimy się przy posterunku. Niby plan dobry ale jak na złość policji nie ma! A w ta stronę fiszki szły co 5 minut! Wreszcie jest pierwsza kontrola ale wkoło posterunku piach po kostki.Jak wjedziemy-utkniemy.Na szczęście biorą fiszki i puszczają nas dalej.Druga kontrola-to samo. Piach i piach.Czasem wydmy zasypują polowe drogi.Przed północą mamy już dość takiej jazdy.Drogi po Mauretani trudno nazwać drogami a noc i zmęczenie powoduje ze zaraz rozwalimy zawieszenie. Znajdujemy pośrodku pustyni jakiś maszt przekaźnikowy i twardą drogę do niego.Gadamy ze stróżem-zgadza się. Nawet na kolacje nie mamy sil. Namioty i spać.

5.02

Cala noc wiało. Cholernie wiało i jeszcze mocniej wiało. Wiatr się uparł żeby nas przestawić z namiotem 100m dalej.W dodatku jest zimno (dla nas oczywiście - mam wiadomości z Polski i aż się boje konfrontacji z Polska zima za tydzień). Do Nouakchott mamy 100km. Cały czas pustynia i rozrzucone zabudowania(?) i namioty.Typowi nomadzi.Nie ma tu wiosek czy miasteczek - każdy sobie.Przez cala Mauretanską pustynie ciągnie się jedna niekończąca się wieś. Jedyne piękne widoki to wydmy. Niestety wiatr przesypuje piach aż na asfalt. Widzimy duże ładowarki które odsypują pas od pustyni jak u nas zima śnieg. No i fiszki i jeszcze raz fiszki.O 10 dojeżdżamy do Nouakchott. Byliśmy tu jadąc w tamta stronę i wiemy ze nic tu nie ma. Jeden duży (nawet ładny meczet) ale do obejrzenia tylko od zewnątrz, bazar, kilka budynków murowanych a reszta to zabudowa \"z niczego\". Dajemy sobie 2h na targ (fajki są tutaj po 3 Euro za karton wiec warto). Od rana nie wieje wiec wszędzie miliony, miliardy much .Gdzie nie spojrzeć - muchy.O 13 wjeżdżamy na NOUADHIBOU. Szczerze mówiąc już nas niewiele cieszy czy interesuje. Jedyne uczucie to zmęczenie. Tym większe ze wiatr w trakcie jazdy znowu się wzmaga .Zanosi się na burze piaskową. Widoczność spada do 100-150m i wszędzie pyl piaskowy.Gdzieniegdzie znowu wiatr nawiewa nam piach na asfalt. O 20 dojeżdżamy do Nouadhibou - 40km od granicy Sahary Zachodniej. Znajdujemy camp bo i tak dalej jechać nie ma sensu - granice pozamykane. Nie ma co liczyć na ponowne spotkanie jakiegoś dyplomaty. Poza tym na campie podobno jest gorąca woda a po 3 nocach na dziko bez prysznica czujemy się.......no - czujemy się. W dodatku wody w baniakach mamy mało - trzeba napełnić. Na campie woda jest na serio gorąca!!!Bez jaj!Pierwszy gorący prysznic od....nieważne. Wasze zdrowie!

6.02

Rano niestety wieje coraz mocniej. Na campie,miedzy budynkami tego nie czuć ale po wyjeździe na pustynie znowu wszędzie mamy piasek i pyl. Busem rzuca przy każdym porywie zwłaszcza kiedy wyjeżdżamy zza wydm. Plan mamy ambitny: granica i gnać dzień i noc aż do Marrakech. Normalnie te 1500km to 25-28h jazdy ale przy tej burzy nic nie jest normalne .Od rana przeprosiliśmy się z dresami, koszulami i polarami. Jakby to śmiesznie nie brzmiało w Polsce, my tutaj przy 15-18st C drzymy jak osiki. Podobno \"przyzwyczajenie jest druga natura\" a my jesteśmy przyzwyczajeni przez ponad miesiąc do innych temperatur.

SAHARA ZACHODNIA

Ponad 4h na granicy.Nawet auto na rentgena nam wzięli. Ruszamy po 14, wieje niesamowicie. Wokół siebie mamy mgłe tylko w nietypowych kolorach: pomarańczowo-beżowa. Każda przerwa na papieroska to walka z drzwiami aby otworzyć je, a potem jeszcze większa żeby drzwi zamknąć. Cały dzień i noc jazda na północ. Na szczęście przed wieczorem wiatr trochę się uspokaja. Dalej wieje ale już nie wzbija tyle pyłu i widoczność się poprawia - dobra wiadomość przed nocna jazdą. Zła jest taka ze mamy nawiane \"jęzory\" piasku na asfalt, niektóre na cala szerokość jezdni.

7.02

Ok 2 w nocy mijamy Laayoune-stolice Sah. Zach. Tankujemy(śmieszne pieniądze - niecałe pół euro za litr ropy), papierosik i w drogę. Zimno a w dodatku wieje nam w aucie - opadła nam boczna szyba od kierowcy i nie da się podnieść. Po ciemku nie da się naprawić wiec przytrzaskujemy drzwiami koc. Co prawda kierowca nic nie widzi w lewo ale na Saharze zbyt wielu skrzyżowań nie ma. I tak wieje(trochę mniej) i prowadzimy opatuleni w koce i śpiwory.

MAROKO

Ok 8 jest już na tyle jasno (i ciepło) ze stajemy pod samymi górami Atlasu na naprawę szyby.Przy okazji wymieniamy olej i robimy śniadanko. Na dodatek robimy porządki w busie, bierzemy się za czyszczenie szyb-robimy wszystko żeby z godzinkę być poza busem i rozprostować kości po 24h jeździe. Jeszcze przed nami 6-7h jazdy do Marakeszu. O 10 słoneczko grzeje już na tyle silnie ze czujemy się \"normalnie\".Podziwiamy widoki Antyatlasu a później Atlasu Wysokiego. Piękne widoki gór, opuncji, aloesów i drzew arganowych. No i słynne kozy pasące się na drzewach. O 17 jesteśmy w Marakeszu. Zaklepujemy nocleg w hotelu i mamy cały wieczór dla siebie. MARRAKECH - kto był ten wie o co chodzi, a kto nie był - temu i tak nie opisze placu cudów (PLACE JAMAA EL FNA), setek restauracyjek, naganiaczy mówiących we wszystkich językach świata(o dziwo-po polsku bardzo dobrze),bazaru,pokazów czy smaku na miejscu wyciskanych owoców. Dla mnie-nr1 wśród chętnie odwiedzanych miejsc.

8.02

Śpię w busie na parkingu i pomimo dresu i śpiwora w nocy szukam jeszcze koca. Rano przychodzi ekipa z hotelu a my idziemy na plac cudów na placki z białym serem i pyszna kawkę. Jedziemy na północ i przerwę na obiadek mamy już w Rabacie. Reszta ekipy \"wita\" się z dawno zapomnianymi czapkami, rękawiczkami (jest ok 10-12 st C ale wieje). Wieczorkiem dojeżdżamy do MOULAY. Fajny kurort nad Atlantykiem ale teraz jest zupełnie pusty. Jest po sezonie, w Maroku wczesna wiosna. Mijaliśmy cale polany ukwiecone na żółto lub pomarańczowo. Teraz w kurorcie cisza i spokój. Znamy to miejsce i mamy miejsce pod nocleg-długi parking wzdłuż wybrzeża Atlantyku,ale najpierw jedziemy na główny pasaż na kolacje.Odganiamy naganiaczy z restauracji - tam są tylko gotowe dania 3x droższe. Idziemy na targ rybny.Wieczorem najlepsza pora, wszystko kupisz za pół ceny.Przy targu jest punkt gdzie gość ma tylko patelnie z gorącym olejem, krzesła i stoły....i tyle. Resztę (co chcesz mieć usmażone)kupujesz sam na targu. My idziemy na łatwizna - dajemy szefowi 100 dirhamow i prosimy o \"mix\".Po 5 min gospodarz wraca z zakupami a po kolejnych 10 min wjeżdżają na stół najpierw krewetki, potem kalmary, najdłużej smażą się rybki.Wszystko świeżutkie, przepyszne.Jedzenie oczywiście tradycyjnie-palcami. Po kolacji pod ściana mamy umywalkę i resztki wyciśniętych do ryb cytryn(ręce myje się cytryna a nie mydłem-lepiej usuwa zapach ryb).A po wyjściu na dwór mamy na deser świeżutkie truskawki. Pycha! Jedziemy na parking nad oceanem i robimy wieczór pt \"pożegnanie z Afryka\" oraz świętujemy imieniny. Temperatury coraz gorsze, tu jest tylko 5-6 st C i od oceanu zdrowo wieje. Pakujemy się spać do namiotów i busa.

9.02

Rano przepakowujemy torby i plecaki. Wyciągamy wszystko co daje lub zatrzymuje ciepło, a do plecaków lądują krótkie gatki i koszulki, maski i rzeźby, pierdoły z hebanu i inne cuda. Szybka kawka/herbatka i na śniadanie wracamy na główny pasaż. Placuszki, cośtam z harisa i kawka - palce lizać. Po śniadaniu chwila niepewności: busik nie chce odpalić. Nawet fakt ze przezornie zgasiliśmy go na górce i mamy 200m na dol nic nie daje - nawet \"na pych\" nie łapie. Głupio tak by było utknąć 100km od Tangeru. Pol godziny kombinowania i bus odpala-cud.Wiemy tyle co nic. Może pomogło szarpanie końcówkami wtrysków, może klemami akumulatora a może wyczyszczenie wycieraczek czy plucie przez lewe ramie?-Insz Allah. Ponieważ nowy port jest poza Tangerem ruszamy najpierw do miasta wydać ostatnie dirhamy i zrobić zapasy na powrót przez Europe. Kupujemy ostatnie prezenty,zjadamy ostatnie tadziny i łazimy po medynie Tangeru. Widać ze miasto wypiękniało. Ostatni raz bylem tu 3 lata temu ale wtedy port był jeszcze w mieście i było strasznie zawalone. Odkąd wybudowali nowy port 15km od miasta a stary przerabiają na przystań dla jachtów-Tanger wyciszył się i wypiękniał. O 15 ruszamy do portu na prom. Pomiędzy Tangerem a portem pojawiają się na szybie auta pierwsze krople deszczu.Niby to niewielka mżawka ale to pierwsze krople które widzimy od 1,5 miesiąca. No i w oddali widzimy już Europe.Jeszcze na granicy marokanska \"trzepanka\", auto na rentgen, trochę kontroli i o 18 podjeżdżamy pod nasz prom. Prom podpływa, wyładowuje auta i ......nic.Przez 1,5h żadnej informacji a co gorsza część aut z kolejki zawraca i gdzieś jedzie.Dowiadujemy się ze prom ma awarie a na tej linii pływa tylko ten jeden.I nic z tego ze mamy na ta linie wykupiony bilet powrotny.\" Dziś nie pójdzie, a jutro nie wiadomo-jak usuną awarie\" -taka informacje słyszymy. Trzeba zacisnąć ze złości żeby i kupić bilet na inna linie a ten bilet reklamować po 2 stronie.

10.02

Prom ma odpłynąć o 23 ale ze czeka na innych z zepsutego promu - wypływamy dopiero ok 1. W Alcaseras jesteśmy przed 4.Idziemy zwrócić bilety-niestety agent oddaje tylko polowe powrotnego traktując to jako zwykły zwrot niewykorzystanego biletu. Możemy co prawda składać reklamacje ze względu na awarie-ale to trwa i spędzilibyśmy tu ze 3 dni (o ile w ogóle coś byśmy wywalczyli). Chrzanić to-bierzemy te parę groszy i walimy do domu.

I właściwie to tyle jeśli chodzi o afrykę.
Do domu mamy jeszcze 2,5 dnia jazdy (razem 7 tygodni) i 3200km (łącznie zrobimy 22,5tys km) ale ponieważ watek ma w nazwie \"Afrykę Zachodnia\"- skończę go tuz po przepłynięciu Cieśniny Gibraltarskiej.

KONIEC
Pss podaje również linka do relacji tej samej wyprawy innego uczestnika. Co 2 relacje to nie jedna a odpada subiektywność postrzegania faktów.
www.extrek.pl/forum/viewtopic.php?t=28&postdays=0&postorder=asc &start=0

Zdjęcia

BENIN / Ouidah / Ouidah / BENIN / Abomey / . / co by tu zrobić z prezentem?BENIN / Cotonou / Jezioro GANVIE / wieś na palachBENIN / ABOMEY / po muzeum Abomey / SzczęśliwyBURKINA FASO / BANFORA / . / formacje skalne z dołuBURKINA FASO / BANFORA / . / formacje skalne z góryGHANA / ACCRA / . / Wódeczka w GHANIETOGO / sokode / jedna z wiosek przy drodze / NASI TU BYLI?TOGO / środkowe TOGO / - / przekąska w drodze...

Dodane komentarze

baobab-ka dołączył
02.10.2015

baobab-ka 2017-01-01 12:43:03

Niestety, o wizycie w Mali dziś możemy tylko ze smutkiem pomarzyć...

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl