Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Fra Li Monti czyli droga przez góry dzień 17 i 18 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Bastia / Bastia_1Ostatnie dwa dni naszego pobytu na Korsyce

Bastia
Wstajemy wcześnie rano o 5.00. Musimy zdążyć do pociągu, którym dzisiaj mamy pojechać do Bastii. Cieszymy się na tą podróż, ponieważ trasa prowadzi przez góry i jest bardzo malownicza - jak to wyczytaliśmy w przewodniku. Pociąg będzie przejeżdżał przez Vizzavonę, to jest miejscowość, w której nocowaliśmy w czasie wędrówki. To dla nas dodatkowa atrakcja. Po spakowaniu rzeczy idziemy pod bramę campingu i jak można się było spodziewać, jest zamknięta. Kręcimy się chwilę, szukając jakieś otwartej furtki, albo dziury w ogrodzeniu. Niestety, jak na złość camping jest szczelnie ogrodzony. Całe szczęście, że zauważyliśmy jakiegoś wczasowicza, który wyszedł przed bungalow (na campingu można też wynająć domki), zapalić papierosa. Podchodzę do niego i proszę o otwarcie bramy. Otwiera bramę uwalniając nas z tej pułapki. Ruszamy na dworzec. Po drodze mijamy kwitnące kaktusy (opuncja indyjska bardziej znana jako opuncja figowa). Na ulicach całkiem pusto. Nikt się nie spieszy do pracy. W otwartych od rana kafejkach siedzi po kilka osób, popijając kawę i czytając gazety. Z czego oni żyją?, zastanawia się Marek. Pewnie z dotacji, których i Francja i Unia Europejska nie skąpią dla tego regionu. Wyspa z powodu jej strategicznego położenia, tak sądzę, bo bogactw naturalnych tu nie uświadczy, była w swojej historii często najeżdżana i przechodziła wiele razy spod jednego panowania pod drugie. Rządzili tu kolejno Grecy, Kartagińczycy, Rzymianie, Wandalowie, Frankowie, którzy podarowali wyspę Papieżowi, który z kolei podarował ją Królestwu Pizy. Nie spodobało się to Królestwu Genui, więc wyspę podzielono pomiędzy te dwa królestwa. Genua jednak nie poprzestała na tym i zajęła całą wyspę. Wcześniej jednak Papież Bonifacy VIII przekazał wyspę Królestwu Aragonii, czyli dał to, co już kiedyś Papież Grzegorz VII podarował Pizie. Trudno się w tym wszystkim połapać. Wszystkie te konflikty Korsykanie oczywiście chcieli wykorzystać, co raz wzniecając powstania w celu osiągniecia niepodległości. Jedno z nich doprowadziło nawet do niepodległości wschodniej części wyspy. Genua, nie mogąc sobie poradzić z postępującą anarchią, przekazała wyspę Bankowi św. Jerzego. Dziwnie to brzmi, ale w tym czasie to była organizacja, co prawda handlowa, ale z własną armią. To właśnie z inicjatywy Banku wzniesiono cytadele i wieże strażnicze wzdłuż całego wybrzeża. Wiem, że przynudzam, ale chciałem wyjaśnić pochodzenie tych tak rozpowszechnionych tutaj cytadeli. Wobec powyższych wydarzeń nie ma się co dziwić, że ruchy niepodległościowe były i są bardzo silne na Korsyce, a doszedłem dopiero - i to w wielkim skrócie - do roku około 1500-nego. Następne lata obfitowały w nie mniej dynamiczne wydarzenia. Przeskoczmy jednak do przodu, od razu o ponad 200 lat. Od czasu odkupienia wyspy przez Francję od Królestwa Genui w 1768 roku, nastroje antyfrancuskie wybuchały często i gwałtownie. Dzieje Korsyki są długie i ciekawe, ale wracając do czasów współczesnych, (znowu 200 lat do przodu) to w latach 70 dwudziestego wieku powstał Narodowy Front Wyzwolenia Korsyki (FLNC), który zamachami i terrorem chciał wywalczyć niepodległość. Chyba trochę zapędziłem się z tą historią, ale już dochodzimy do sedna odpowiedzi, dlaczego Paryż przeznacza rocznie dla Korsyki ponad 1mld euro dotacji i stosuje ulgi podatkowe i ubezpieczeniowe. Chce w ten sposób zminimalizować poparcie dla ruchów nacjonalistycznych i separatystycznych. Polityka rządu Francji, chyba nie specjalnie się sprawdza, biorąc pod uwagę, że w tym roku na Korsyce było już 20 zamachów bombowych. A może właśnie dlatego są te zamachy, żeby Paryż nie zapomniał o dotacji? Ostatni, o którym wiem, był 2 lipca 2012 roku. Wysadzane są przeważnie „Résidence secondaire”, czyli domy letniskowe bogaczy, ale też inne budynki. Zamachy są tak przeprowadzane, żeby przypadkiem komuś nie zrobić krzywdy. Bomby są podkładane w nocy gdy budynki są nieczynne, a właściciele wcześniej ostrzegani. Korsykanie wiedzą, że żyją z turystyki i nie poparliby niczego, co prowadziłoby do gwałtownego ograniczenia napływu turystów. O dotacjach z Unii Europejskiej można powiedzieć jeszcze więcej ciekawych rzeczy np. o takim zjawisku jak „Fałszywi hodowcy”, ale nie mam pewności czy ktoś by chciał to czytać. Skoro już wiemy skąd Korsykanie mają pieniądze na całodzienne siedzenie w kawiarni i rozumiemy ich niespecjalny zapał do pracy (oczywisty skrót myślowy) oraz dlaczego w każdym mieście jest cytadela, możemy spokojnie kupić bilety i ulokować się na dworcu w oczekiwaniu na pociąg. Pociąg odjeżdża punktualnie. Od momentu, gdy pociąg TGV zawiózł mnie z Paryża do Marsylii, czyli ponad 800 km w 3 godziny, żywię dla kolei francuskich wielki podziw. W pociągu jest sporo pasażerów, ale prawie wszyscy mają miejsca siedzące, a już z pewnością ci, którzy tak jak my, wsiadali na początkowej stacji, czyli w Ajaccio. Towarzystwo międzynarodowe, obok siedzi duża grupa, której narodowości nie potrafimy dokładnie określić. Odzywają się rzadko, a język jakim się posługują to z pewnością słowiański, raczej z grupy południowosłowiańskich, czyli Chorwaci, Czarnogórcy, Słoweńcy albo Serbowie z tym swoim staro-cerkiewno-słowiańskim. W każdym razie naród postawny, chłopy po 2 metry, a kobiety wcale im nie ustępowały, pod względem postury. Grzecznie usuwają się z kadru, gdy robimy zdjęcia przez okno pociągu. Dalej ulokowali się Włosi i trajkotają jak najęci. Co za gaduły. Pociąg przejeżdża nad wspaniałymi dolinami, tylko nieco za blisko urwiska, jak na mój gust. Przejeżdżamy przez Vizzavonę, która jest jak pamiętamy granicą pomiędzy południową i północną częścią szlaku GR20. Pociąg zatrzymuje się też w Ponte Leccia, miejscowości, w której pierwszego dnia pobytu na Korsyce, nie udało nam się złapać „stopa”, jadąc do Calenzany. Do Bastii dojeżdżamy na południe. Pasażerowie pociągu tak się jakoś szybko rozeszli, że nagle zostaliśmy sami na peronie. Nie wiemy za bardzo, w którą stronę się udać. Nie chce mi się szukać w GPS-ie więc leniwie idziemy kierując się instynktem. Szósty zmysł działa bez zarzutu. Już o 12.30 dochodzimy do Biura Informacji Turystycznej, w którym zanim o cokolwiek zapytałem, miałem już w ręce mapkę i wiedzę, że autobus na camping odjeżdża z przystanku po przeciwnej stronie ulicy. Ja jednak, jako turysta upierdliwy, co wyraziło się w zdziwieniu pani obsługującej, zapytałem o inny camping. Jest, ale daleko i trudno tam dojechać. Tak jakby ten polecany był blisko, 5 km od Bastii. Na Korsyce niedaleko Bastii znajduje się Dom Świętego Jacka (Maison Saint Hyacinthe) prowadzony przez polskie siostry zakonne ze Zgromadzenia Maryi Niepokalanej. Mieliśmy w planach odwiedzić ten dom, a może i tam zanocować. Oglądając mapkę zorientowałem się, że na camping wskazany w informacji jedzie się w tym samym kierunku, co do wspomnianego klasztoru. Tak więc już bez zastanowienia idziemy na przystanek. Na przystanku okazuje się, że mamy pecha. Autobus odjeżdża regularnie co godzinę, oprócz godziny 13.00. Pewnie kierowca ma w tym czasie to ich słynne „midi”(dosłownie południe, a tak się określa godzinną lub dwugodzinną przerwę w pracy na posiłek, która zaczyna się przeważnie o godz. 12.00). W każdym razie czekamy na autobus do godziny 14.00. Korzystamy z wolnego czasu robiąc zakupy i posilając się na murku w cieniu drzewa. Na dwadzieścia minut przed planowanym odjazdem podjeżdża „nasz” autobus. Kupujemy bilety u kierowcy (1.20 euro) proszę go przy tym, aby powiedział kiedy wysiąść, żeby było blisko campingu. Po kilkunastu minutach jazdy kierowca daje znak do wysiadania. Rzeczywiście jest niedaleko do campingu. Sprawdzam jeszcze na GPS-ie jak daleko jest do Domu Świętego Jacka. 2,5 km. Nie ma tam czym dojechać, a my już jesteśmy trochę zmęczeni podróżą i upałem. Postanawiamy zostać tutaj na campingu w Miomo, bo tak nazywa się ta miejscowość. To nie był dobry pomysł, chociaż z początku wydawało się, że będzie nieźle. Miasteczko wydaje się sympatyczne, na plażę bardzo blisko, a i do autobusu niedaleko. Tak nam się zdawało do momentu dotarcia do campingu. Jeśli na którąś z pań recepcjonistek mówiłem, że była niezbyt miła to ją bardzo przepraszam. Ta tutaj to prawdziwa wiedźma. Najpierw czekaliśmy, aż łaskawie podniesie wzrok znad biurka i raczy nas zauważyć, a potem, gdy zapytała czy mamy duży namiot, na moją odpowiedź, że mamy taki mały, jak na jedną osobę, to się wydarła, że ją interesuje czy mamy duży namiot, a nie jak bardzo mały. Musiałem się chwilę zastanowić, żeby dojść do wniosku, że jest w tym jakaś logika. Domyśliłem się, że moje wyjaśnienie dotyczące namiotu odebrała, jako sugestię obniżki ceny. Skoro za większy namiot jest podwyżka, to za całkiem mały powinno być taniej. Ja jednak nie miałem tego na myśli, chociaż powinienem. Jak nas na koniec tego uroczego przyjęcia skasowała, to już wiedziałem dlaczego jest taka drażliwa na punkcie cen. Pewnie codziennie wysłuchuje utyskiwania na tą ich drożyznę. My jednak tylko na dwie noce, więc jakoś przebolejemy te 45 euro. To jednak jeszcze nie koniec przebojów z panią recepcjonistką. Wyznaczyła nam pod namiot miejsce numer 6. Szukamy tabliczki, jak na innych campingach, ale nigdzie nie widać oznaczenia. Pytamy innych obozowiczów, ci pokazują nam miejsce gdzie powinniśmy się rozbić wyjaśniając, że numery są namalowane na podłożu. Podłoże to ułożone płyty chodnikowe i to nich mamy rozbić namiot. Wariactwo. Gdy już się rozbiliśmy wiedźma z recepcji przylatuje, już nie pamiętam czy na miotle, czy à pied - i wydziera się, że to jest 9 a nie 6. Mówi, że łatwo to poznać, bo obok jest 8. Przeliczam szybko w pamięci i faktycznie dziewiątka jest po ósemce. Babsko wredne, ale kieruje się żelazną logiką. Stanowiska są nieco oddalone od siebie i żeby tą 8 zobaczyć trzeba kawałek podejść, co nie omieszkałem, chociaż ze strachem, jej zakomunikować. Do rozmowy włączyli się ci, którzy nam wskazali to miejsce i to chyba ze względu na nich, pani niczym Główny Dowódca na dystrykt Bastia i okolice łaskawie pozwoliła nam tu zostać. Niedaleko nas (na miejscu nr 7) rozbiło się dwóch gości, takich, że jak sobie ich przypomnę, to jeszcze mi skóra cierpnie, chociaż namiot mają całkiem normalny. Tatuaże na całym ciele, na twarzy próżno się doszukiwać, choćby znikomych śladów inteligencji i bez przerwy bawią się nożami. Po rozłożeniu namiotu Marek idzie na plażę, a ja wracam się do Bastii. Obaj przemykamy na paluszkach obok recepcji nie chcąc obudzić smoka. Mam szczęście, bestia mnie nie goni i na autobus nie czekam długo. W Bastii wyszukuję na GPS-ie Centrum Handlowe. Znajduje kilka, wybieram takie, do którego droga prowadzi przez Stary Port i ….cytadelę. Dwa miejsca warte odwiedzenia według przewodnika. Jedyny problem to odległość. Prawie 5 km. Co to dla mnie, myślę sobie, bez bagażu to „pikuś”. Przyspieszam kroku, bo ostatni autobus do Miomo odchodzi o 19.00 i nie uśmiecha mi się „drałować” kolejne 5 km gdybym nie zdążył wrócić. Rzeczywiście, Stary Port wgląda malowniczo i ma to coś, co sprawia, że wieczorem miło byłoby tu spędzać czas. Cytadelę mijam bokiem i docieram do miejsca, gdzie GPS pokazuje, że powinno się znajdować Centrum Handlowe. Moje wyobrażenie o Centrum Handlowym znacznie się jednak różni od tego, co miał na myśli twórca mapy w GPS. Bar, jeden sklep zamknięty, drugi otwarty z jakimiś ciuchami. Wszystko w niskiej zabudowie na obszarze nie większym niż parking przy moim bloku, to całe centrum. Niepocieszony poszukuję w pobliżu jakiegoś dużego sklepu. Jest „Hyper U” prawie kilometr dalej. Zastanawiam się chwilę i myślę sobie - Tyle przeszedłem to i kilometr przejdę. Trudno nie dostrzec genialności tej myśli. Znajduję sklep i robię drobne zakupy. To znaczy trochę na dziś wieczór, trochę na jutro rano i trochę już do domu. Do domu na przykład kawę Arabica 100 proc. za 1.13 euro. Ja kawy nie piję, ale wziąłem na spróbowanie ze względu na cenę. Żona mówiła, że całkiem dobra. Jeśli chodzi o kawę to kupiłem jeszcze 4 paczki Carte Noire, której cena około 3 euro za paczkę jest o połowę niższa niż w Polsce. Błąkam się jeszcze chwilę po sklepie, ale nic nie biorę, bo pamiętam, że muszę iść z tym 6 km. I tak mam sporą torbę do niesienia. Wracam szybkim krokiem i po drodze już nie rozglądam się za zabytkami. Ważne, że zdążyłem na autobus. Marek też już wrócił z plaży. Mówi, że jak wracał, to się zagapił i zamiast jak zawsze, przeczołgać się poniżej dolnej krawędzi okna recepcji, przeszedł normalnie, co za lekkomyślność. Wystraszył się, bo w recepcji coś się poruszyło. Postanawiamy pomodlić się do Świętego Jerzego. Chyba w Luwrze, na obrazie, widzieliśmy jak zabija smoka to i hydrze da radę. Siadamy na płytkach obok namiotu i konsumujemy, to co przyniosłem. Dokładnie nie będę opisywał co to było, żeby nie podpaść pod jakiś paragraf ustawy „O wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi” (z 26. X. 1982 r. Dz.U nr 35 poz.230). Noc coraz bliżej, więc mówię Markowi, że ze względu na naszych sąsiadów o twarzach seryjnych morderców, będziemy trzymać w nocy wartę. OK. mówi, ja pierwszy. Gdy się już całkiem ściemnia wpełzam do namiotu, a Marek „ryje się” za mną. - Wartę masz - mówię - na zewnątrz. - Nie, w środku będę czuwał - on na to. Niechętnie się godzę i miałem rację. Usnął zanim ja zdążyłem zamknąć oczy, wartownik z Bożej łaski. Na wszelki wypadek odwracam się nogami w kierunku wejścia. Jak będą urzynać głowy, to z moją będą mieli trudniej. Jestem bardzo przywiązany do swojej głowy i mam nadzieję, że jak obetną Markowi to zaspokoją swoje mordercze instynkty. Usypiam zaraz potem.
Rano po przebudzeniu, sprawdzam, czy mam głowę na swoim miejscu? Jest. Nogi? Są. Marek się nie rusza, pewnie mu ucięli ten durny łeb. Sprawdzam resztę swoich członków i wszystkie są na miejscu. Następnie oglądam zamek w śpiworze, bo mi się coś zacina. Markiem się nie zajmuję, wychodząc z założenia, że jemu i tak już nic nie pomoże. Nagle mój współlokator się poruszył, co mnie zdziwiło niepomiernie, bo myślałem, że bez głowy człowiek nie ma prawa się ruszać. Zaraz jednak widzę, że ze śpiwora wygląda głowa i to przymocowana do reszty ciała, co zaskakuje mnie jeszcze bardziej. - Nie budziłem ciebie, bo tak spałeś, że postanowiłem czuwać całą noc - mówi ta głowa. Tutaj pewnie duża część słyszących to zdziwiłaby się po raz trzeci, ale nie ja. Znam go jak zły szeląg. OK. - To ja będę całą następną noc czuwał tak jak ty tą -odpowiadam spokojnie. To pierwszy i jedyny dzień, gdy nie mamy nic w planach. Nic nie musimy. Nie idziemy w góry, nie jedziemy do innego miasta. Głupiejemy od tej niezależności, bo nie możemy się zdecydować, co robić. Czy jechać do Bastii? Czy może pójść na plażę? Czy może odwiedzić Dom Świętego Jacka? Na śniadaniu decydujemy, że pojedziemy do Bastii. Idziemy na przystanek i jako jedyni czekamy na autobus. Na przystanku nie ma rozkładu, ale po tych pustkach oceniamy, że autobus nieprędko przyjedzie. Nie spieszymy się jednak nigdzie i spokojnie obserwujemy przejeżdżające samochody. Po kilkunastu minutach zaczynają przychodzić inni chętni na jazdę do Bastii. W Bastii, kręcimy się w zasadzie bez celu. Przy okazji znajdujemy przystanek, z którego odjeżdżają busy na lotnisko. Spotykamy pomnik okrętu podwodnego „Casabianca”, który zasłużył się podczas II wojny światowej. 27 XI 1942 roku, gdy Niemcy chcieli przejąć francuska flotę, okręt Casabianca uciekł z Toulonu i popłynął do Algieru. Potem jeszcze współdziałał przy wyzwalaniu Korsyki. Wystarczy wyjść z pomiędzy budynków centrum, a już widać góry. Znudziło nam się to łażenie i jedziemy na plażę obok naszego campingu. Na plaży spędzamy resztę popołudnia. W Bastii kupiłem kartki pocztowe i znaczki. Po powrocie na camping postanawiam wysłać życzenia do naszych przyjaciół z Bretanii. Nie ma tu stołu i nie bardzo jest gdzie je napisać. Pomyślałem, że połączę przyjemne z pożytecznym i pójdę na kolację do restauracji i tam sobie napiszę kartki. Zastanawiam się, co jest pożyteczne, a co przyjemne. Decyduję, że napisanie kartek jest przyjemne, a kolacja pożyteczna. Proponuję Markowi, żeby szedł ze mną, ale jemu już się nie chce nigdzie ruszać. Zje coś na miejscu. Idę więc sam do przytulnej knajpki, którą widzieliśmy rano niedaleko przystanku. W restauracji zamawiam danie dnia, mule (małże) z frytkami. Czekając na zamówienie piszę kartki. Akurat skończyłem, gdy na stół wjechały małże i frytki na ogromnym półmisku i dodatkowo pusty garnek na puste muszle. Bardzo lubię owoce morza i gdy tylko spróbowałem, natychmiast zmieniam decyzję, co jest pożyteczne, a co przyjemne. Kartki chowam pod serwetki, żeby ich nie „uciapać”, co niechybnie by się stało. Oprócz mnie zajęte są jeszcze cztery stoliki. Wszyscy ulokowaliśmy się na zewnątrz restauracji pod parasolami, gdzie jest dużo przyjemniej. Przy stoliku obok mnie młody człowiek pije kir, to koktajl z czarnej porzeczki zmieszany z białym winem. Takie trochę to damskie, ale we Francji bardzo popularne. Zamawia jeden za drugim, widocznie mu smakuje. Za nim rozbawione towarzystwo, co raz wybucha śmiechem, ale nie wiem czym się raczą, bo obsiedli stolik dookoła. Z głośników słychać muzykę. Jest bardzo miło i żałuję, że Marek nie chciał przyjść. Minęła 22.00 gdy wychodzę z restauracji. Za posiłek plus piwo zapłaciłem 16 euro. Dałem Pani 20 euro, dzięki czemu dowiedziałem się, że jestem bardzo miły. Wolałbym być taki, bez napiwku, ale dobre i to. Nie chcę jeszcze wracać do namiotu i siadam chwilę na ławce przy plaży. Obserwuję jak dwa ogromne promy płyną w jednym kierunku. Oba oświetlone jak ulice Las Vegas. Pięknie to wygląda. Nagle jeden z nich zmienia kierunek i odbija na prawo. Domyślam się, że płynie do Livorno we Włoszech, gdzie podróż trwa tylko 4 godziny w porównaniu z 6 godzinami do Nicei. Jeszcze bliżej jest z Korsyki na włoską Sardynię. Z Bonifacio to tylko 12 km, jakby się człowiek zawziął to można i wpław przepłynąć. Wracam do namiotu i widzę, że Marek zaprzyjaźnił się z seryjnymi mordercami. Widzę jak rozmawiają i czuję pewien niepokój. Gdy ja się zbliżam, to oni odchodzą i wtedy już niepokój zamienia się w paniczny strach. Pewnie zmówił się z nimi na mnie. Nie daję jednak nic poznać po sobie. Pytam, co robił przez ten czas, gdy mnie nie było, odpowiada, że nic specjalnego. Pogadał chwilę z sąsiadami, całkiem mili goście - mówi - i nie muszę trzymać warty, mogę śmiało spać. No tak, chce ułatwić im robotę. Pewnie chce się zemścić za tą świnię, której mu nie dałem zarżnąć w lesie. Żałuję teraz, bo świnię i tak zeżrą Korsykanie, a ja przynajmniej bym żył. Dobra, co będzie to będzie myślę sobie. Idziemy się myć i zaraz potem spać. Rano się budzę cały i zdrowy. Może i fajni ci nasi sąsiedzi, chociażby z tego powodu, że nie urżnęli mi łba. Nie musimy się spieszyć. Samolot mamy o 16.05. Pakujemy jednak dobytek i idziemy na przystanek. Na autobus czekamy dosyć długo, ale mamy czas. W Bastii krążymy chwilę po ulicach, ale postanawiamy jechać na lotnisko, chociaż jest dopiero 9.00. Na lotnisku też nie możemy sobie znaleźć miejsca, podświadomie chyba chcemy już być jak najszybciej w domu. Ruszamy z plecakami do miasteczka oddalonego o 3 km od lotniska. Zaraz jednak zatrzymuje się samochód i pyta gdzie nas podwieźć, bo on jedzie do Calvi. Dlaczego nam się nie trafił taki gość w pierwszy dzień, gdy tam właśnie chcieliśmy dojechać „stopem”? Mówię, że my tylko do Lucciana. Chętnie nas podwiezie. Pytam Marka siadasz z tyłu czy z przodu? I wtedy niespodzianka. Facet pyta, a właściwie stwierdza - Polacy!. Ja też jestem Polakiem. Pytam go czy poznał po czymś, że jesteśmy Polakami i dlatego się zatrzymał? On na to, że nie. - Często się zatrzymuję, gdy widzę turystów z plecakami -mówi. Miał na imię Robert i był bardzo miły, ale opowiadał takie niewiarygodne rzeczy, że nawet przy najlepszej woli z mojej strony nie mogłem w to uwierzyć. Najpierw powiedział, że prowadzi Gite Allegrini-Dottori w miejscowości Algajola. Wynajmują w pełni wyposażone domki dla turystów. W pełni sezonu taki domek kosztuje 1300 euro za tydzień. Taki bungalow jest przewidziany na 5 osób, ale nie wnikają, jeśli jest więcej osób. OK. to było jeszcze do przyjęcia. Dał mi nawet wizytówkę, ale wizytówka była firmowo-reklamowa, nie było żadnych nazwisk i taką wizytówkę może mieć każdy. Wystarczy wejść do recepcji campingu i wziąć ich kilka czy kilkanaście. Potem jednak pojechał po całości. Służył w armii amerykańskiej, następnie w jednostkach specjalnych w Polsce. Trzy razy był postrzelony, 4 razy przeszedł GR20, ma 40 walk w „klatce”, a jego rodzina miała taki majątek w Polsce, że cały Bieszczadzki Park Narodowy powstał na posiadłościach jego przodków. Reszty nie pamiętam, bo nie przywiązywałem do tego wagi. Pomijając te bzdury Robert był bardzo miły. Zawiózł nas do Lucciana poszedł z nami do sklepu, gdzie zrobiliśmy jeszcze zakupy, bardziej raczej z nudów niż z potrzeby, a potem nas odwiózł z powrotem na lotnisko. Sądzę jednak, że z tymi opowieściami to przesadził. Nie mam pretensji, on nas obwiózł, a my grzecznie i z należytym podziwem wysłuchaliśmy jego rewelacji. Obopólna korzyść. Znowu mamy sporo czasu, ponieważ nasza wyprawa do miasteczka trwała znaczniej krócej niż na piechotę. W czasie tego czekania przychodzi mi na myśl, że mieliśmy sporo szczęścia jeśli chodzi o pogodę. Deszcz nie padał ani razu i nie było też burzy, co w górach jest zawsze niebezpieczne. Doczekaliśmy się jednak wreszcie odlotu samolotu. Po półtorej godziny lotu jesteśmy już na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Dojazd z tego lotniska do Paryża jest stosunkowo łatwy, ponieważ dochodzi tutaj linia szybkiego metra RER B. Trzeba tylko pamiętać, żeby mieć monety do automatu, aby kupić bilet. Jedziemy do mojej szwagierki, gdzie mamy nocować i tam spotykam się z moją córką Agnieszką. Spędza tutaj cały miesiąc i dopiero pod koniec lipca będziemy się ponownie widzieć, już w Polsce. Jemy szybką kolację i wychodzimy jeszcze „na Paryż”. Przed chwilą pisałem o pogodzie na Korsyce. W Paryżu leje jak z cebra. Dobrze, że te gwałtowne ulewy są krótkotrwałe. Całkiem już późno wracamy i kładziemy się spać. Rano pobudka o 7.00, śniadanie i na lotnisko. Samolot wylatuje o 11.40 więc przed 14.00 jesteśmy w Krakowie. Dojeżdżamy szybką kolejką do dworca głównego i natychmiast łapiemy pociąg „Hetman”, którym dojeżdżamy do Dębicy. Czujemy się trochę nieswojo, bo ani Marek, ani ja nie jechaliśmy pociągiem w Polsce pewnie ze 20 lat. Bilety kupujemy u konduktora. Teraz to można to zrobić bez konsekwencji. Jest tylko niewielka dopłata do biletu. Niepotrzebnie latałem za konduktorem, żeby zgłosić brak biletu. Jesteśmy już porządnie głodni, ponieważ posiłek planowaliśmy w Krakowie, ale nie było na to czasu. W Dębicy zanim przyjeżdża po nas samochód, zamawiamy w dworcowym barze zapiekanki. Całkiem miło i tanio. Kończymy jeść, gdy podjeżdża syn Marka, aby nas zabrać do Mielca. Po drodze wypytujemy o najnowsze wiadomości tak jakby nas nie było z pół wieku. Dojeżdżamy wreszcie do domu (mieszkanie w bloku z wielkiej płyty niewiele większego niż nasz namiot, ale jednak dom). Kładę się wygodnie na łóżku, włączam telewizor i słucham wreszcie wiadomości w ludzkim języku. To chyba wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, żeby opisać naszą wędrówkę po górach. Tak się już definitywnie kończy nasza wyprawa i ta relacja. Obiecałem ograniczać swoje gadulstwo, ale chyba nie bardzo mi to wychodzi, zwłaszcza w tym odcinku. Przepraszam. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że to były opisane dwa dni.

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy to czytali. Dzięki temu mogłem jeszcze raz przeżyć tą wyprawę.
Yansza

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Bastia / Bastia_1FRANCJA / Korsyka / Bastia / Bastia_2FRANCJA / Korsyka / Bastia park / Bastia_3FRANCJA / Korsyka / Bastia  / Bastia_4FRANCJA / Korsyka / Miomo camping / Bastia_5

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl