Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

I cz Chiny w dwa tygodnie: Pekin - Pingyao - Xi'an - Luoyang - Pekin; PEKIN > CHINY


Jolenka Jolenka Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / Badaling / Badaling / Chiny mur flagaChiny często pojawiają się na Waszej liście miejsc "do odwiedzenia" :-) Polecamy więc kolejną relację z tego kraju, pierwsza część- Pekin.

Wyprawa do Chin
Chiny
11 – 24 IX 2013
Plan podróży po Chinach
Pekin – Datong – Pingyao – Xi’an – Luoyang – Pekin
Plan zrealizowany
Pekin – Pingyao – Xi’an – Luoyang - Pekin

Zdjęcia: Badaling, Badaling, Chiny mur flaga, CHINY
Badaling, Badaling, Chiny mur flaga, CHINY




11 IX
Wyjeżdżamy z Krakowa, jest chłodno i mży. Najpierw komunikacja miejska na dworzec, później najtańsza opcja dostania się do warszawy – Polski Bus, naprawdę dobre ceny, ale taaaak mało miejsca, że te godziny podróży ciągnęły się bardzo i potem wszystko bolało, na drogę powrotną wybraliśmy już pociąg jednak Polski Bus dojeżdża na ul. Wilanowską – kawałek od centrum, więc trzeba jeszcze podjechać metrem do centrum. Postanowiliśmy przyjechać do wawki dzień przed wylotem, żeby się dobrze wyspać.
Po nocy w Warszawie, śniadanie i ruszamy na Szybką Kolej Miejską, którą docieramy na lotnisko. Nieco zestresowani tym, co przed nami…
Na lotnisku bez żadnych problemów, wsiadamy w samolot do Dubaju.
Lotnisko w Dubaju robi wrażenie, jest duże i nowoczesne, posiada również wspaniałe leżanki, na których można się przespać kilka godzin. Do następnego samolotu mamy jeszcze 5 godzin, więc korzystamy z możliwości drzemki.

12 IX
Wsiadamy do pięknego, dużego samolotu…..
Podróżujemy z liniami Emirates, dlatego, że bilety u nich były najtańsze, ale linie są absolutnie godne polecenia. Dobre samoloty, miła obsługa, bardzo dobre jedzenie i dobrej jakości alkohol i duży wybór, na pytanie, czy jest może whisky, stewardessa zapytała, którą z pięciu rodzajów podać . Wino również było dobrej jakości i zdecydowanie pasowało do jagnięciny z brokułami i pieczonymi ziemniakami. Generalnie podróż Emiratesami wspominamy w 100% pozytywnie i polecamy.
Po 8 godzinach lotu lądujemy w Pekinie. Tutaj małe zamieszanie na początku, bo po wejściu na lotnisku musimy jeszcze wsiąść do kolejki, która dopiero zawozi nas do głównego terminalu, to lotnisko też jest spore.
Po odbiorze bagażu szukamy możliwości wymiany pieniędzy. Do Chin nie można wwozić Yuanów, więc mamy jedynie dolary, które musimy wymienić, żeby przynajmniej mieć na transport do centrum i pierwszy nocleg.
Okazuje się, że kantory na lotnisku pobierają bardzo dużą prowizję, aż 30 zł za transakcję (wymienialiśmy tylko około 300 zł). Jeśli więc macie możliwość zabrania ze sobą jakiejś startowej gotówki, to lepiej przemycić trochę. Na miejscu już spokojnie wymieniamy w Bank of China – bardzo dobry kurs i bez prowizji.
Na lotnisku jest informacja turystyczna, w której dowiadujemy się, ile może mniej więcej kosztować taksówka do naszego hostelu (Beijing Hyde Courtyard Hotel), który już wcześniej sobie zarezerwowaliśmy przez Booking.com. Decydujemy, że nie znając zupełnie miasta, lepiej będzie na początek nie stresować się i użyć jednak taksówki, która nie jest droga.
Z bagażami i odrobiną gotówki udajemy się w kierunku oznaczonym jako taxi.
Przy wyjściu czeka „pani taksówkowa”, która zarządza ruchem, pozwala iść lub każe czekać, kieruje do określonej taksówki (jest ich sporo) i nie ma dyskusji, możemy tylko mieć nadzieję, że nie trafiamy na jakąś podejrzaną. Trafiliśmy na absolutne godziny szczytu, była około 17:00, więc powroty z pracy i maaaaasa samochodów. Odległość około 30 km jechaliśmy około godziny.
Taksówka kosztowała 125 Y (w tym już opłata za autostradę), więc całkiem przyzwoicie jak za godzinę jazdy. Ostatecznie uważamy, że taksówka była dobrą decyzją, cięęęężko byłoby nam znaleźć ulicę, na której był nasz hostel, była to mała, wąska uliczka w dzielnicy hutongów (Shijia Hutong).
Na miejscu w hostelu okazuje się, że nie ma naszego pokoju, ale przynajmniej jest nasza rezerwacja, więc dostajemy inny pokój z widokiem na uliczkę i dachy hutongów, jesteśmy już zmęczeni, więc zadowoli nas cokolwiek.
Przy meldowaniu się poproszono nas o 200 Y depozytu, nie przewidzieliśmy tego w naszym budżecie startowym, więc nie mieliśmy na to pieniędzy, chyba zrozumieli i odpuścili, pozwolili nam się zameldować bez depozytu (jedyny taki wyjątek w Chinach).
Hostel był bardzo przyzwoity i w świetnej lokalizacji. Nasz pokój miał 2 duże łóżka, klimatyzację (która w Chinach jest chyba standardem, bo nawet w najtańszym hoteliku, w którym byliśmy, była dobrze działająca klimatyzacja), czajnik, kubeczki, telewizor oraz łazienkę z kosmetykami i grzebieniami
Łazienka była maleńka, jak zazwyczaj w Chinach, kabiną prysznicową była cała łazienka, czyli po wzięciu prysznica w całej łazience jest potop.
Po odświeżeniu się, wybraliśmy się na poszukiwanie wody i piwa, ażeby nie uschnąć, nie zabraliśmy naszych fiszek ze słówkami, więc nie było łatwo, ale ostatecznie udało się kupić co trzeba, posługując się bogatą gestykulacją.
Naszym pierwszym posiłkiem była gotowana kukurydza sprzedawana na ulicy – pyszna.
Dzień pierwszy w Chinach pozostawił niezatarte wspomnienia, wychodząc na naszą uliczkę, naprawdę tradycyjną, można było się poczuć jak w filmie, gwar, pełno motorków, Chińczyków, wszędzie uliczne jedzenie, dużo kolorów i zapachów…


13 IX
Wyspaliśmy się dobrze, potem leniwe wstawanie (zmiana strefy czasowej trochę miesza). Na śniadanko wybraliśmy się do najbliższej knajpki dla lokalsów na kluseczki na parze z mięsem, okazało się, że będzie to nasze śniadaniowe pożywienie już do końca pobytu, niezależnie, gdzie będziemy. To chyba z resztą, wg naszych obserwacji, najpopularniejsza pozycja w śniadaniowym, chińskim menu. Za cały czas naszego pobytu udało nam się spróbować bułeczek z mięsem, warzywami i ze szpinakiem, ale nigdy nie było wiadomo, na co się akurat trafi, bo tego akurat nie było w naszym słowniczku, więc zawsze była niespodzianka – a z czym będzie dzisiaj?


Zdjęcia: Pekin, Pekin, Chiny uliczka z motorkiem Pekin, CHINY
Pekin, Pekin, Chiny uliczka z motorkiem Pekin, CHINY



Zaczęliśmy poszukiwania banku, bo aby móc ruszyć dalej z planem podróży, potrzebowaliśmy Yuanów. Szukaliśmy Bank of China, który był blisko, ale nie mogliśmy go znaleźć, w końcu spotkaliśmy jakiegoś Europejczyka (chyba Anglik), ubranego w tradycyjny strój chiński i z nim w końcu mogliśmy się dogadać po europejskiemu, on dla nas zrobił po chińsku wywiad wśród Chińczyków i wytłumaczył nam, jak trafić do banku i udało się - hurra.
W banku znajdującym się przy Qianmen Dajie (taki główny, reprezentacyjny deptak prowadzący do Tiannanmen) miłe zaskoczenie – obsługa mówiła po angielsku. Wymiana gotówki nie przebiega może ekspresowo, ale naprawdę nie ma się na co skarżyć, w miarę sprawnie i porządnie.

Dostajemy nasze Yuany (wymieniliśmy tylko połowę dolarów na razie) i ruszamy na poszukiwanie biletów – czyli najbardziej niepewna część naszego planu.
Po drodze marzy nam się kawa, w Chinach ciężko dostać kawę, polecam zabrać sobie ze sobą w bagażu, bo na miejscu jest ciężko. W końcu kupujemy kawę na wynos w Macku.
Jedną z najbardziej stresujących dla nas kwestii było kupno biletów na kolejne etapy podróży. Przed wyjazdem wyczytaliśmy, że bilety można kupić tyko z miejscu wyjazdu, a nie można kupić wszystkich od razu np. w Pekinie, więc nie wiadomo, jaki bilet i kiedy uda się kupić, bo pociągi są w Chinach bardzo obleganym środkiem transportu. Ku naszej radości i zdumieniu okazało się jednak, że biuro biletowe znajduje się niemal tuż przy naszym hostelu. Mało tego - jedna osoba tam mówi po angielsku! My pokazujemy panu pieczołowicie przygotowane fiszki z napisanym po chińsku – jaki chcemy pociąg, jaka klasa itd… a on nam odpowiada po angielsku, jaka ulga na początek już. Jesteśmy w siódmym niebie, a tu jeszcze informacja, że spokojnie w tym jednym biurze możemy kupić bilety na całą podróż! Więc ważna informacja – bilety można kupić w jednym miejscu na całą trasę, o ile tylko są dostępne oczywiście.
Naszym pierwszym punktem jest Datong, a zaraz po nim – Pingyao. Okazuje się jednak, że nie ma biletów do Datong w terminie, który nas interesuje, a w innym, późniejszym, nie ma biletów z Datong do Pingyao. Pan biletowy każe nam wrócić po 12:00, że po tej godzinie się czasem jakieś bilety odblokowują i można spróbować raz jeszcze.
Idziemy więc oswajać okolicę, stację metra, która jest blisko i najbliższe uliczki oraz plac Tiannanmen – tak, jest duży.
Po powrocie do biura biletowego okazało się, że nie pojawiły się żadne nowe bilety. Decydujemy się na odpuszczenie Datong i kupujemy bilety do Pingyao od razu, tam nie ma za wiele połączeń, ponieważ nie jest bardzo popularne, ale czytaliśmy, że warto je zobaczyć (i warto naprawdę!). Nie ma jednak biletów wyjazdowych z Pingyao, postanawiamy spróbować jutro.
W planie był tylko jeden nocleg w Pekinie, a później już wyjazd dalej, ale bilety udało się kupić dopiero na kolejny dzień, więc dokupiliśmy jeszcze jedną dobę hotelową w Hyde za taką samą cenę, jak wcześniej przez Booking.com
Przed wyjazdem umówiliśmy się ze znajomymi i rodziną, że będziemy się kontaktować m.in. przez Facebooka, jako że w Chinach jest łatwy dostęp do Internetu, ale już połączenia telefoniczne z Europą są bardzo drogie. Połączyliśmy się więc z hotelowym wifi już pierwszego dnia, ale cały czas były jakieś problemy dziwne, tak jakby Internet nie działał, albo działał wybiórczo.
I tak oto doszło do wymiany zdań, która bardzo zapadła mi w pamięć. Zapytałam młodej dziewczyny na recepcji
Ja - czy w Chinach można korzystać z Facebooka
Chinka – proszę?
Ja- mam problemy z zalogowaniem się na Facebooka, nie wie pani dlaczego? Czy jest z tym jakiś problem w Chinach?
Chinka (z oczami pełnymi zmieszania i zdumienia) – a co to jest Facebook??
I tak oto w końcu dowiedzieliśmy się czegoś, o czym wcześniej nie przeczytaliśmy – w Chinach jest cenzura Internetu. Facebook i Youtube na przykład są zakazane (!), Google działają, dopóki nie wpisujemy nieprawomyślnych haseł. Kiedy wpisujemy „turystyka w Chinach” – wszystko działa cacy, ale kiedy chcemy wygooglować „cenzura Internetu w Chinach” – nagle Google przestają działać! Baaaardzo ciekawe zjawisko dla Europejczyka.
Postanowiliśmy jeszcze coś tego dnia pozwiedzać, skoro nie wyjeżdżamy jeszcze. Wróciliśmy do hostelu przebrać się, jako że było bardzo ciepło i duszno i gęsty smog nad Pekinem (na początku myśleliśmy, że to taka mglista pogoda po prostu, ale to była taka mgła jak nad Krakowem – baaardzo ciemna i za miastem już jej nie było).

Na pierwszy ogień zwiedzania poszła Świątynia Lamy (Pałac Harmonii i Spokoju) i Świątynia Konfucjusza – są bardzo blisko siebie, w zasadzie po dwóch stronach ulicy jedna obok drugiej i łatwo się tam dostać metrem.
Wsiedliśmy do niebieskiej linii metra na naszym przystanku Qianmen i bez przesiadki dojechaliśmy do stacji Yonghegong (Lama Temple).
Pałac Harmonii i Spokoju, zwany Świątynią Lamy był pierwszym miejscem o tradycyjnej architekturze, jakie zwiedzaliśmy i zrobił na nas ogromne wrażenie. Można się było przenieść w czasie, poczuć magię tego miejsca. Piękne budowle, bogate zdobienia (nawet nasz barok przy tym wysiada), złote dachy z finezyjnymi zakończeniami, magia intensywnych kolorów… Spędziliśmy tam około godzinę, na dziedzińcu spotkaliśmy jeszcze mnichów z Tybetu, ale nie dało się z nimi porozumieć inaczej, jak na migi, więc niewiele porozmawialiśmy.

Zdjęcia: Pekin, Pekin, Świątynia Lamy, CHINY
Pekin, Pekin, Świątynia Lamy, CHINY



Wychodząc ze Świątyni spotkaliśmy jeszcze polską wycieczkę, która właśnie przyjechała do pałacu, ale nie zatrzymywaliśmy się, jako że czekał na nas jeszcze Konfucjusz.

Świątynia Konfucjusza jest bardzo blisko lamaistycznej, może 5 min drogi. Wstęp do niej jest trochę droższy (mimo, że jest mniejsza i mniej ciekawa), bilety studenckie można kupić tylko jak się jest urodzonym po 1990 roku, czyli się nie załapaliśmy. U Konfucjusza spędziliśmy około 45 minut (spokojnie wystarcza), wrażenie już nieco mniejsze niż w poprzedniej.
Powrót do metra. Polecam przy wejściu do metra (przed skanowaniem bagaży) – pokazać pani z obsługi (jest ich sporo wszędzie) nazwę stacji, do której chcemy dojechać, lub punkt na mapce metra, gdzie chcemy dotrzeć, ona nas wówczas pokieruje do właściwego wejścia, bez tego, można pójść źle.
Metro w Pekinie jest nowoczesne i dobrze zorganizowane. Jest bardzo czysto, są opisy po angielsku, w przedziałach metra jest również w czasie jazdy podawana informacja po chińsku i po angielsku, jaka jest następna stacja, jest też podawane, czy jest to stacja przesiadkowa, na przykład, że następna stacja to Dongzhimen i tam możemy się przesiąść do pociągu jadącego na lotnisko; to bardzo ułatwia podróżowanie metrem.
Wracamy do hostelu na chwilę, perę minut odpoczynku i wyruszamy dokładniej zwiedzić naszą dzielnicę hutongów. Trafiamy na drugą stronę głównego deptaka, gdzie postawiona jest wzorcowa mini dzielnica hutongów. Wygląda to tak, jakby coś tam zostało wyburzone i na tym miejscu zbudowano od nowa piękne hutongi w tradycyjnym stylu. Jest tam dość pusto, ale czysto i klimatycznie, ta pokazowa część nie jest jeszcze całkiem skończona, no i jest…sztuczna.
Czas na pierwsze wieczorne piwko w knajpce. Wchodzimy do knajpy pełnej Chińczyków, każdy z nich ma na stole sporo piwa, więc zamawiamy po piwie, nie upewniwszy się wcześniej co do ceny – ostatni raz. Cenna rada – zawsze upewnijmy się ile coś kosztuje, bo możemy zostać oszukani. My za nasze piwo zapłaciliśmy prawie 3 x drożej niż normalnie, a na prośbę wyjaśnienia tej ceny, pan podaje nam dowolną, droższą pozycję w menu, mówiąc, że właśnie to dostaliśmy, nie rozróżniamy ślaczków, więc nie ma podstaw do dyskusji. Mając więc już w głowie nauczkę na dalsze dni, spokojnie pijemy zimne piwo, wokół sami Chińczycy, głośni, bekający, plujący, śmiecący na podłogę i pijący duuużo piwa.
Sławek intensywnie studiuje menu, porównując ślaczki z tymi, które sobie wydrukowaliśmy do podręcznego słownika, koncentruje się oczywiście na alkoholu, udało mu się zlokalizować w karcie znaczki odpowiadające za piwo, będzie to jeszcze nie raz przydatne w czasie naszej podróży.
Przed kolacją udajemy się do sklepu, żeby kupić coś, co widzieliśmy w restauracji, jakiś dziwny, bardzo mocny alkohol, nie podobny do niczego, później okazuje się że to baijiu. Kupujemy je w sklepie za 5 Y (za 100 ml), szaleństwo. W Chinach alkohol jest wszędzie, w każdym najmniejszym sklepiczku i jest bardzo tani, szczególnie piwo i baijiu.
Odwiedzamy jeszcze nasze biuro biletowe, aby zapytać, czy przypadkiem nie pojawiły się bilety z Pingyao do Xi’an, których nie udało nam się kupić razem z innymi, była to jedyna brakująca pozycja biletowa naszej trasy. Niestety biletów na sleepery nadal nie ma, zaryzykujemy więc próbę kupienia ich na miejscu już, nie mamy wyjścia. Podróż 9 godzin hard seatem z małą przestrzenią na nogi i w ogóle małą przestrzenią może się skończyć tym, że cały następny dzień będziemy musieli przespać ze zmęczenia, zamiast zwiedzać, nie decydujemy się więc na tę opcję.
Czas na kolację, nie wiemy dokąd się udać, więc wybieramy miejsce, gdzie byliśmy na śniadaniu. Na pierwszy raz, nieświadomi jeszcze panujących tutaj zasad – zamówiliśmy po europejsku – każdy coś dla siebie. Po wstępnej analizie menu okazało się że dania kosztują ok. 25 – 50 Y, a napoje również nie są najtańsze, ale była to chyba jedna z nieco droższych knajpek.

Sławek zamówił kurczaka z chili, porem i orzechami (28Y), ja makaron sojowy z jajkiem i jakimś zielonym warzywem (nie wiemy co to było) oraz nitkami czegoś niezidentyfikowanego (28Y), do picia Sławek zamówił baijiu, a ja czarną herbatę, która okazała się być ice tea z butelki. Do rachunku doliczyli nam jeszcze 10 Y nie wiemy za co, bo nie szło się dogadać inaczej, niż po chińsku. Jedzenia była masa, wtedy przekonaliśmy się, że w Chinach zamawia się jedzenie na stół a nie dla jednej osoby (w Europie Grecy w czasie kolacji w tawernach robią podobnie), jedna porcja wystarcza dla dwóch osób. Mając to co zamówiliśmy i już wciskając na siłę, nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego. Zrozumieliśmy wówczas zachowanie się kelnerki, kiedy chcieliśmy zamówić na początku dwa dania z kurczakiem – wyśmiała nas trochę i patrzyła na tak zaskoczona, sądząc zapewne, że albo się pomyliliśmy w zamówieniu, albo jesteśmy chorzy na głowę; nieco zmieszani wówczas ulegliśmy i zamówiliśmy jednego kurczaka i jeden makaron - i całe szczęście.
Miejsce wybraliśmy sobie na zewnątrz, przy uliczce, w między czasie spadł szybki, ciepły deszcz i zrobiło się pustawo i klimatycznie. Jedzenie było dobre, no i jedliśmy głuuugo, bo pałeczkami ciężko schwytać małego orzecha, a to były początki wprawiania się w pałeczki.
Po kolacji jeszcze spacer do najbliższego, maleńkiego sklepu po zimne piwko. Piwo w Chinach jest standardowo w butelkach 0,6 l i jest raczej słabe, nie ma informacji o ilości alkoholu, ale raczej w okolicach 3%.
Po powrocie do hostelu zastaliśmy pokój wysprzątany i świeże ręczniki i papier. W naszym hostelu cały czas był ciepła woda, co podobno nie jest normą w Chinach, ale my mieliśmy z tym tylko pozytywne doświadczenia, zawsze mieliśmy ciepłą wodę. Po prysznicu cała łazienka długo pływa jeszcze, jako że część prysznicowa nie jest niczym oddzielona (norma w Chinach, szczególnie w Pekinie), więc umywalka, kosz, toaleta – wszystko to tworzy kabinę prysznicową. Ale po jakimś czasie można się przyzwyczaić.
Koniec drugiego, pełnego wrażeń dnia. Po dwóch dniach czujemy się, jakbyśmy byli już w Chinach tydzień

13 IX
Rano mieliśmy w planie pojechać do Świątyni Nieba, ale tak bardzo nie chciało nam się wstawać, że poleniuchowaliśmy dłużej. Chyba przytłoczył nas smog i nie pozwolił wstać rano z łóżka. Wstaliśmy więc późno i zaczęliśmy dzień od odwiedzin naszego biura biletowego, mówiący po angielsku kolega kazał nam wrócić po 12:00, poszliśmy więc na śniadanko.
Tym razem wybraliśmy inną knajpkę, obok tej, w której dzień wcześniej piliśmy piwo. Zamówiliśmy dużą michę pierogów (tym razem nie klusek, tylko normalnych pierogów) z mięsem i warzywami, było ich ponad 20 szt, cena – tylko 15 Y, porcja nie do przejedzenia dla dwóch osób na śniadanie, do tego oczywiście piwko – cena 6Y, czyli dokładnie 3 x mniej niż wczoraj za to samo piwo w knajpie obok; dodatkowo obsługa odrobinę kumała po angielsku, bardzo niewiele, ale zawsze coś. Najedliśmy się do pełna, nie dojedliśmy tej porcji i zapłaciliśmy za śniadanie śmieszne pieniądze (pierogi dla 2 osób i dwa piwa – 27 Y czyli około 13,50 zł) Tak nam się tam spodobało, że odwiedzaliśmy to miejsce jeszcze wielokrotnie.
Powrót do hostelu, musieliśmy się spakować już i wykwaterować, bagaże zostawiliśmy w recepcji (przechowalnia bagaży to po prostu stolik pod ścianą w recepcji). Z małym plecakiem ruszamy w Pekin, najpierw do Biura Biletowego, ale pan kazał nam dać sobie jeszcze 20 minut, co nas niezmiernie ucieszyło, bo desperacko potrzebowaliśmy kawy, bo nadal byliśmy zupełnie nieprzytomni po przebudzeniu (zmiana czasu? dużo wrażeń?), znaleźliśmy blisko McDonalda, kupiliśmy kawę, po której poczuliśmy się znacznie lepiej. W Chinach kawa nie jest powszechna, raczej nie ma jej w knajpkach, jest w kawiarniach, ale bardzo droga, więc najprościej udać się po nią do Macka albo KFC – bo są wszędzie.
Powrót do biura biletowego – niestety nie pojawiły się bilety na jakikolwiek sleeper z Pingyao do Xi’an, trzeba więc będzie kombinować na miejscu. Ku naszej wielkiej radości okazało się, że są bilety na pozostałe części naszej trasy i to w takich pociągach i o takich godzinach, jak chcieliśmy! Radość, radość!
Mieliśmy już bilet na hard sleeper Pekin – Pingyao.
Brakowało biletu Pingyao – Xi’an – do skombinowania na miejscu.
Kupiliśmy jeszcze bilety na pociąg G (chcieliśmy zobaczyć, jak się śmiga pociągiem 300km/h) z Xi’an do Luoyang oraz bilet powrotny z Luoyang do Pekinu nocny, pośpieszny i jeszcze w soft sleeperze – hurra!
Nasze skarby (bilety) schowaliśmy bezpiecznie i ruszyliśmy, żeby coś jeszcze dzisiaj zobaczyć w Pekinie przed wyjazdem.
Deptakiem Qianmen doszliśmy do Bramy Przedniej, a potem na Plac Tiananmen. Po drodze oczywiście skanowanie bagaży.

Wstęp na Tiananmen jest bezpłatny. Plac jest naprawdę duży, odwiedza go też masa Chińczyków, byliśmy tam niedługo przed obchodami święta narodowego, więc zaczynało się na palcu malowanie trawy na zielono. Przynoszono masę kolorowych kwiatów w donicach, z wielkich telebimów atakowały nas piękne filmy propagandowe z powiewającą dumnie w tle czerwoną flagą. Po przejściu całego Tiananmen docieramy do Bramy Niebiańskiego Spokoju, na której wisi słynny portret Mao Zedonga.
Brama Niebiańskiego Spokoju jest narodowym symbolem Chin – jest nawet umieszczona w godle republiki. Była to brama stanowiąca barierę pomiędzy Pałacem Cesarskim a światem zewnętrznym, dziś przechodzi się przez nią do Zakazanego Miasta. Z tarasu na szczycie bramy 1 października 1949 roku Mao Zedong ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej.
Po wejściu przez bramę trzeba przejść jeszcze kawałek, aby dojść do kas biletowych. Po praz pierwszy postanawiamy spróbować szczęścia z udawaniem studentów. Każde z nas studia skończyło już daaawno temu, ale ja znalazłam swoją starą legitymację studencką, a Sławek studencką książeczkę zdrowia (oba dokumenty nie ważne już od dobrych kilku lat), ale Chińczycy nie znają naszego alfabetu, więc trudno jest im zrozumieć cokolwiek z naszych dokumentów. Bilety do Zakazanego Miasta kosztowały 60Y/os, zapytałam tylko czy mają studenckie i pani w kasie bez sprawdzenia legitymacji sprzedała mi bilety studenckie po 20Y/os! Pięęęęęknie. Jeszcze mały stres bo przed wejściem były sprawdzane bilety, denerwowaliśmy się, czy nie będą dokładnie sprawdzać tam legitymacji, ale nie, weszliśmy gładko, jak po maśle. Na miejscu wzięliśmy sobie audio guide po polsku (taki w sumie chiński-polski) – koszt 40 Y, całe zwiedzanie było więc bardzo tanie.

Muzeum Pałacowe (Gu Gong), czyli Zakazane Miasto jest przepiękne i baaardzo duże. Niestety jest najpopularniejszym - obok Chińskiego Muru – punktem chińskich wycieczek, więc mimo, że nie był to weekend, w środku były dosłownie tłumy biegających i przepychających się Chińczyków (strach pomyśleć, jak wygląda to w weekend).
Dookoła sami Chińczycy, bardzo niewielu białych, jesteśmy więc
atrakcją (na Tiananmen było to samo), ludzie przyglądają się nam, odważniejsi robią nam zdjęcia, a najodważniejsi robią sobie zdjęcia z nami. Czujemy się jak celebryci.

Zdjęcia: Pekin, Pekin, Chiny Zakazane Miasto, CHINY
Pekin, Pekin, Chiny Zakazane Miasto, CHINY



Z Zakazanego Miasta wychodzi się od strony północnej, czyli przeciwnej niż nasz hostel, postanawiamy obejść Gu Gong dookoła na nogach. Co chwilę podjeżdżał do nas jakiś rikszarz, chcąc nas podwieźć, jeden z rikszarzy był osobą, która ze wszystkich spotkanych przez nas w Chinach, najlepiej mówiła po angielsku, zrobił wrażenie, ale i tak pokonaliśmy tę trasę pieszo, co polecam, bo jadąc autobusem niewiele się zobaczy. Ale można się takim spacerem dobrze zmęczyć.
Po powrocie, zmęczeni poszliśmy do naszej ulubionej knajpki na obiad, znów zamówiliśmy za dużo i już po połowie nie mogliśmy jeść dalej. Wszystko było pyszne: wieprzowina słodko – kwaśna (28Y), mój ulubiony przysmak – przystawka – szpinak na zimno z orzechami (12Y), dwie miski ryżu (4Y), makaron z warzywami (moje drugie ulubione danie tutaj) (18Y), 3 piwa (18 Y).

Zdjęcia: Pekin, Pekin, Chiny kolacja Pekin, CHINY
Pekin, Pekin, Chiny kolacja Pekin, CHINY



Szpinak jest bardzo ciekawy, nigdy nie jadłam czegoś takiego. Jest co cały szpinak – liście i łodyżki chyba sparzony wcześniej, bo wyglądał jak po duszeniu, jednocześnie lekko kwaskowaty (jakby z octem ryżowym), lekki posmak czosnku oraz prażone orzechy, też nie wiemy jakie – efekt rewelacyjny.
Makaron nietypowy, nie sojowy, raczej chyba jajeczny, ale takie grube i długie pasma z pomidorem, papryką, czosnkiem, kapustą i cebulą.
Wieprzowina – dużo mięsa w panierce usmażonego w gęstym sosie słodko – kwaśnym.
Ryż – zbity, łatwo go jeść pałeczkami.
Najtrudniej było nam zjeść pałeczkami ten makaron – uciekał strasznie. Cały duży obiad z przystawkami i piwem kosztował 78 Y, czyli niecałe 20 zł na osobę, a taka ilość spokojnie starczyłaby dla przynajmniej 3 osób.
Powrót do hostelu. Bardzo wygodne jest to, że można tam tak długo jeszcze korzystać ze wszystkiego po wykwaterowaniu. Mamy stolik, wygodne siedzenia, prąd, internet i popijamy spokojnie piwko robiąc rezerwację kolejnych hoteli, skoro mamy już bilety. W między czasie korzystając z telefonu internetowego zainstalowanego na smart fonie dzwonimy do domu, do Polski.
Przy stoliku poznajemy parę Holendrów, którzy są w drodze już od roku i planują jeszcze kilka miesięcy przynajmniej. Wymiękamy przy nich.
Hotele w Pingyao, Xi’an i Luoyang zarezerwowane (nadal korzystamy z Booking.com), możemy podróżować dalej bez stresu. O północy mamy pociąg do Pingyao z dworca centralnego (tutaj trzeba uważać, bo większość pociągów odjeżdża z dworca zachodniego, a nie centralnego!). Postanawiamy na wszelki wypadek być wcześniej, około 21:00. W między czasie zaczął padać deszcz, więc zanim dotarliśmy na dworzec, byliśmy dobrze przemoczeni.

Dworzec centralny jest wielki i nie łatwo się domyślić, jak do niego wejść! Jest tam tłum ludzi i ani jedno z wejść, nie jest tym właściwym. Zdesperowani prosimy jakąś młodą Chinkę o pomoc pokazując jej nasze bilety, ona ciągnie nas za sobą, musimy jej zaufać, idziemy posłusznie za nią. Ona zaprowadza nas do jakiejś kolejki i każe tam stać. Byliśmy przekonani, że te kolejki, to są do kas biletowych, a my przecież mamy bilet… Okazało się że to były kolejki do wejścia na dworzec, każdy musi przejść przez wąskie przejście i pokazać w okienku swój bilet i paszport, bez tego nie ma prawa wejść na dworzec w ogóle. W końcu więc się nam udaje. Po wejściu jeszcze tradycyjne skanowanie bagaży, no i szukamy naszej poczekalni. Na dużej tablicy przy wejściu wyświetlają się numery pociągów i godziny odjazdu i obok nich – numer poczekali, która jest przypisana dla danego pociągu, idziemy więc do swojej poczekalni nr 7. No i właśnie – poczekalnia… wyjątkowe miejsce… w takim miejscu jak to, można poczuć codzienne Chiny.

Poczekalnia jest wielka, jest w niej masa miejsc siedzących i nieprzebrany tłum Chińczyków. Wchodzimy do poczekalni, wszystkie oczy zwrócone na nas, jesteśmy znów małą sensacją, czujemy wlepiony w siebie wzrok przechodząc wzdłuż rzędów siedzeń, jak gwiazdy na czerwonym dywanie. Wszystkie miejsca siedzące są zajęte, co do jednego, na niektórych ludzie śpią rozłożeni na kilku, na niektórych siedzą, a na innych siedzą bagaże, siaty i wory nie wiadomo z czym. Do pociągu jeszcze 3 godziny, gdzieś by się pasowało ulokować. Wiele osób siedzi po prostu na ziemi, więc idziemy ich śladem. Przedtem biorę chusteczkę i przecieram podłogę… o zgrozo, chusteczka po przetarciu jest smoliście czarna, jest totalnie brudno. No nic, siadamy obok Chińczyków, którzy jedzą orzeszki, plują łupkami na ziemię i cały czas na nas patrzą, non stop, bez obciachu.

Muszę iść do łazienki przebrać się, bo jestem w bluzie z długim rękawem, a tutaj jest nieznośny upał, zabieram koszulkę na ramiączkach i idę do damskiej toalety. A tam smród taki, że najlepiej byłoby przez to przejść na bezdechu, ale aż tak dobrych płuc nie mam, do tego połowa Chinek kuca nad dziurami w toaletach przy otwartych drzwiach (nie na oścież, no ale dobrze widać co jest w środku), a sprawdziłam – te drzwi mają funkcję zamykania
Toalety – tak jak w całych Chinach – dziura w ziemi i na Małysza.
Sławek kupuje sobie cole i baijiu w kiosku w poczekalni i robi sobie drinka. Baijiu z colą – paskudztwo, to można pić chyba tylko czyste, jest bardzo aromatyczne.
Do pociągu jeszcze 2 godziny, za około godzinę trzeba będzie się przenieść bliżej bramek, żeby się ustawić w dobrej pozycji do szybkiego wejścia. Miejsca są zapisane na biletach, więc raczej nikt nam ich nie zajmie, ale problemem jest miejsce na bagaż, Chińczycy worzą ze sobą maaasę bagażu, a półka na bagaże w hard sleeperze jest niewielka jak na taką ilość osób. Aby więc mieć gdzie położyć swoje tobołki, trzeba się dostać do przedziału jak najszybciej, zanim wlecą tam inne pakunki.
Próbowaliśmy się jako niezorientowani biali dostać do poczekalni dla soft sleepera, ale niestety pani porządkowa była surowa i nieugięta, nie wpuściła nas, robiła wyjątek tylko dla staruszków i rodzin z małymi dziećmi.
W poczekalni pierwszy raz zetknęliśmy się z typowymi chińskimi spodenkami dla dzieci – z rozcięciem na pupę. Dziecko biega sobie całe ubrane, ale z pupą na wierzchu. Standard w Chinach, ale w naszym odbiorze – mega niehigieniczne.
Zbliża się czas odjazdu, idziemy się ustawić bliżej do wejścia do bramek. Sławek poszedł zagadać z przewodniczką polskiej wycieczki emerytów, która miała jechać tym samym pociągiem, no i zniknął na dłużej, a w tym czasie aktywowały się nasze bramki!!! A ja sama – duży plecak, duża walizka, mały plecak i polary, i masa Chińczyków cisnących na mnie z każdej strony. Alllle dałam rady, zaciągnęłam siebie i nasze bagaże do kolejki i nie dałam się zadeptać, zajęłam nam jedno z pierwszych miejsc i nie odpuściłam – brawo ja. Cały czas nerwowo i z nadzieją spoglądałam, czy Sławek zdąży nadejść zanim zostanę zmiażdżona. Chińczycy się gapili, co za blondynka z taką ilością bagażu i jeszcze do tego sama?! W końcu Sławek przyszedł, zdawało się, że trwało to wieczność. Teraz stoimy razem w czołówce peletonu, otwarto bramki, ruuuuszyliśmy, choć nawet jak byśmy się nie poruszali, to porwałby nas rwący strumień ludzi. Ale przepychaliśmy się dzielnie, prawie tak dobrze, jak Chińczycy, którzy mają ogromny dar wpychania się w kolejkę – tym razem nie popuściliśmy, nikt się nie wepchał. Przy naszym wagonie nr 14 jesteśmy pierwsi, lepiej być nie mogło, oddajemy bilety pani wagonowej, za to dostajemy tymczasowe, niebieskie plastiki. Jako pierwsi kładziemy na półkę swoje bagaże i przemoczone buty, żeby wyschły przez noc, wszystko pięknie się zmieściło, a my ułożyliśmy się wygodnie na nasze środkowe łóżka. Jak dla mnie łóżko jest idealne, dla Sławka trochę za krótkie, bo to tak raczej na chiński rozmiar mierzone. Nad nami i pod nami Chińczycy, w całym wagonie jesteśmy jedynymi białymi.

Zdjęcia

CHINY / Badaling / Badaling / Chiny mur flagaCHINY / Pekin / Pekin / Chiny uliczka z motorkiem PekinCHINY / Pekin / Pekin / Świątynia LamyCHINY / Pekin / Pekin / Chiny kolacja PekinCHINY / Pekin / Pekin / Chiny Zakazane Miasto

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl