Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

III cz Chiny w dwa tygodnie: Pekin - Pingyao - Xi'an - Luoyang - Pekin; Xi'an > CHINY


Jolenka Jolenka Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / Xi'an / Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników / Xi'an Terakotowi WojownicyDojazd do Xi'an, co zobaczyć i kiedy, Dzielnica Muzułmańska, Terakotowa Armia - dojazd i zwiedzanie, bilety, jak wyjechać do Luoyang.

Do Xi’an dojechaliśmy po południu. Świeciło słońce, było gorąco (wieczorem temperatura spadła do około 35 stopni), ale przyjemnie. Miasto, mimo, że spore, wydawało się dość uporządkowane (jak na Chiny) i przyjazne. Mając na starcie francuskiego kolegę z mapą postanowiliśmy dojść do hostelu pieszo. Mieliśmy nauczkę z Pingyao, ale tutaj wydawało się znacznie łatwiej i tak faktycznie było. Na skrzyżowaniu dróg pożegnaliśmy się z Francuzem, którego potem jeszcze spotkaliśmy przypadkiem w muzeum Terakotowych Wojowników.
Po drodze zapytaliśmy pewnego Chińczyka, czy dobrze idziemy pod podany po chińsku adres. Po chwili zgromadził się już wokół nas mały tłumek ciekawskich, zaskoczyło nas bardzo mile to, że starszy Chińczyk który z nami rozmawiał znał angielski, potem dołączył się młody chłopak, również mówiący po angielsku, otwarł w telefonie mapę i dokładnie wytłumaczył nam drogę do hostelu i faktycznie trafiliśmy bezbłędnie. Czyli pierwszy kontakt z lokalsami w Xi’an uznaliśmy za bardzo pozytywny i w zasadzie dalej było podobnie.
Obawialiśmy się naszego wyboru hostelu, jako że był nowy i nie miał za wiele opinii na Booking.com, a tymi ocenami sugerowaliśmy się przy poszukiwaniach noclegu. Okazał się być fantastyczny – był najlepszym jakościowo hostelem, w jakim byliśmy w Chinach. Był nowy, tani, bardzo czysty, duże pokoje (!), ładne łazienki z oddzielnym miejscem na prysznic, wygodne łóżka i jeszcze do tego śniadanie w cenie. Jego minusem był wysoki depozyt – 200 Y, mimo iż w opisie na Booking.com podana była informacja, że depozyt nie jest w ogóle pobierany. Wielkim plusem był fakt, że obsługa hotelu (głównie pracownicy recepcji) mówiła dobrze po angielsku. Młodzi ludzie na recepcji byli bardzo mili, odpowiadali na wszystkie pytania, chętnie pomagali we wszystkim – szczerze polecamy to miejsce.
W trakcie meldowania się poznaliśmy Witka – jedynego spotkanego przez nas w podróży Polaka, który wraz z rodziną podróżował na własną rękę, tak jak my. Spędziliśmy z nim wieczór słuchając jego opowieści o Wietnamie, którymi tak nas nakręcił, że w planie na najbliższą podróż mamy Wietnam.
Wieczorem poszliśmy na kolację. W Xi’an nie ma niestety takich knajpek jak w Pekinie, trudno nam było znaleźć jakieś miłe miejsce.

Ostatecznie skończyliśmy w czymś wyglądającym jak taki trochę fast food, ale z chińską kuchnią. Zupełnie nikt nie mówił tam po angielsku więc komunikacja odbywała się na migi. Zamówiliśmy makaron z kurczakiem i warzywami na ostro – niezły, ale bez szału i do tego sałatkę, zamiast której podano nam coś dziwnego – beżowe nitki o dziwnej fakturze i dziwnym smaku… Dziś sądzimy, że był to makaron z tofu, ale pewności nie ma. W trakcie jak jedliśmy zaczęli gasić światło, co oznaczało, że mamy sobie już pójść… Po długich migowych kombinacjach udało nam się kupić pojemniczek (1Y), do którego przełożyliśmy resztę kolacji, aby dojeść w hotelu. Po wyjściu udaliśmy się do sklepiku, aby kupić coś na ugaszenie mojego podniebienia po pikantnym jedzeniu. Piwo było meeega tanie – 2,5 Y (około 1,30 zł) za butelkę 0,6 już z kaucją. Wieczorem dokończyliśmy makaron, wypiliśmy piwko i do spania.

16 IX
Rano zeszliśmy na śniadanie – tosty, jajko sadzone, bekon, masło, dżem i kawa, ogólnie niezłe, ale potem zaczęłam się źle czuć i chorowałam przez kolejne 4 dni prawie. Być może nie był to efekt tego śniadania, bo Sławek czuł się dobrze, ale ja byłam skazana na kilkudniową dietę i spadek formy. Chyba w Chinach nie należy jeść europejskiego jedzenia, lepiej wchodzi chińskie ;)
Po śniadaniu wyszliśmy wymienić resztę pieniędzy do banku. Nadal wierni Bank Of China znaleźliśmy niedaleko ich oddział. Tym razem było nieco dłużej – pan kasjer przeglądał każdy banknot dokładnie po kilka razy, trwało to wieczność, a ja myślałam, że w między czasie zemdleję przy tym okienku z gorąca i mdłości. Już chyba musiałam się zrobić zielonkawa na twarzy, bo w końcu pan się sprężył i sfinalizował wymianę. Ledwo żywa, ale z nowymi Yuanami odkryłam dzięki Sławkowi, że chłodna Coca Cola ma działanie lecznicze i sprawia, że na jakiś czas mijają mdłości i można normalnie funkcjonować. Tak więc już do końca pobytu w Chinach, zawsze mieliśmy ze sobą małą butelkę Coli (można to kupić wszędzie za śmieszne pieniądze) i wypiliśmy jej naprawdę dużo, mimo iż w Polsce trzymamy się od takich napojów z daleka. Przez te kilka dni wypiłam więcej Coli niż przez całe życie i nie żałuję, dzięki niej (i innym tabletkowym cudom) mogłam dalej podróżować i zwiedzać.
Niemal z przed naszego hostelu pojechaliśmy autobusem nr 103 (1Y/os) do stacji kolejowej, pod którą są przystanki autobusów podmiejskich. Stanęliśmy w dłuuuugiej kolejce do autobusu nr 306 do muzeum Terakotowych Wojowników. Przed nami było kilkadziesiąt osób, ale po załadowaniu jednego autobusu, niedługo podjeżdżał kolejny, więc ostatecznie czekaliśmy chyba około 45 minut tylko (w pełnym słońcu i upale, z butelką chłodnej Coli w ręce). Cena autobusu do Terakotowej Armii to 7Y/os, to bardzo tanio biorąc pod uwagę, że jest to ponad godzina jazdy!
Jak tylko ruszyliśmy, nasza pani biletowa przejęła rolę przewodnika i jakiś czas dość głośno rozprawiała o czymś, nie zrozumieliśmy nic, a po chińskim wykładzie niestety nie nastąpiła inglisz werszyn.
Po jakimś czasie zajechaliśmy pod jakieś turystyczne miejsce gdzie wszyscy wysiedli, zmieszani nieco, że to jakoś szybko i nie będąc pewni czy to już tutaj wysiedliśmy, bo autobus opustoszał. Podeszliśmy do kasy tegoż przybytku z mapką na której była miniaturka Terakotowej Armii i pani na migi dała nam do zrozumienia, że to zuuuupełnie nie tutaj. Autobus naturalnie już odjechał. Po chwili podjechał jakiś inny autobus – niebieski, pokazaliśmy miniaturkę miejsca, gdzie chcemy się dostać, pani pokiwała głową, że tak, no i wsiedliśmy – musieliśmy zapłacić jeszcze po 3 Y za osobę. Tuż po dokonaniu zapłaty autobus stanął na drodze i zrobiło się zamieszanie, wszyscy zaczęli wychodzić. Nie chcieliśmy znów stracić autobusu, więc się ociągaliśmy z tym wychodzeniem, ale kazano nam opuścić autobus ze wszystkimi. Ostatecznie okazało się, że się zepsuł i wepchnięto nas do kolejnego autobusu, którym już szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce. Dobra rada więc – zawsze zanim wysiądziemy trzeba pokazać kierowcy nazwę (po chińsku) lub zdjęcie miejsca, w którym faktycznie chcemy wysiąść.

Na miejscu udaliśmy się w poszukiwaniu kas biletowych, idąc wytrwale za tabliczkami z napisem Tickets oraz strzałką, w jakim kierunku należy podążać, po dłuższym czasie, niemal już przy wejściu stwierdziliśmy, że coś tu nie gra, ale szczęśliwie spotkaliśmy naszego znajomego Francuza, który zaprowadził nas do kas, które – jak się kazało – były prawie zaraz za wejściem (tylko po prawej stronie z boku, nie widać ich od razu), więc szukanie owych kas zabrało nam jeszcze ze spacerem tam i z powrotem ponad pół godziny (w upale oczywiście ;) ). Wejście tam było jednym z droższych na naszej drodze, więc zależało nam na biletach ulgowych. Zestresowana i bardzo się spiesząc podeszłam do kasy, żeby kupić bilety. Przybrałam wyraz twarzy niewinnej, spieszącej się i nieco nierozgarniętej turystki i poprosiłam o bilety studenckie. Pani zażądała okazania legitymacji studenckich, więc zagłębiłam się w otchłań plecaka i nerwowo szukałam tych dokumentów, trochę to szperanie trwało i pani już odpuściła i sprzedała na bilety zniżkowe, zamiast 150 Y/os, to 75Y/os, więc pełen sukces. Chcieliśmy koniecznie dogonić polską wycieczkę, którą zauważyliśmy szukając kas, aby podpiąć się pod ich przewodnika i dowiedzieć się może czegoś, czego nie mieliśmy w swoich notatkach i książce. Mimo upału pobiegliśmy więc spod kas do muzeum, dobiegliśmy zziajani do bramek, a tam niespodzianka – kontrola dokumentów do biletów ulgowych. Robiąc dobrą minę do złej gry wyciągnęłam swoją nieważną już pięć lat Euro, a Sławek swoją starą jak świat studencką książeczkę zdrowia i puścili nas! Hurrra
Puściliśmy się dalej biegiem za polską wycieczką, złapaliśmy ich w pierwszej hali, potem okazało się, że niepotrzebnie, bo przewodnik nie mówił nic ciekawego, w ogóle niewiele mówił. Zwiedziliśmy najpierw muzeum, a potem pierwszą i drugą halę. Naszym zdaniem – zdecydowanie trzeba to zobaczyć. Na nas hala wypełniona niesamowitymi figurami wojowników zrobiła duże wrażenie. Każda figura jest inna, ma inne rysy twarzy, włosy, strój… Nie bez powodu jest to tak ważny i znany zabytek.

Zdjęcia: Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Terakotowi Wojownicy, CHINY
Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Terakotowi Wojownicy, CHINY



Od rana trwają problemy z żołądkiem leczone na bieżąco Coca Colą i tabletkami z Polski, przeznaczonymi na „lekkie problemy żołądkowe” (bo przygotowani pod tym kątem jesteśmy aż po sole fizjologiczne na końcowy etap odwodnienia ;) ).
Jeszcze parę zdjęć w parku przed muzeum – piękne miejsce, okazała fontanna, drzewka, ławeczki, a w tle góry. Żyć nie umierać.
Do Xi’an wracamy niebieskim autobusem opisanym wyraźnie Xi’an – Teracota Warriors Museum – koszt 8Y/os, podróż bardzo komfortowa, jest klimatyzacja (co nas wielce cieszy, bo upał i mdłości to średnie połączenie). Wracamy ponad godzinę; niebieski autobus jedzie inną, sporo dłuższą drogą, około 15 – 20 min dłużej.
Robimy małe zakupy w sklepiku w Xi’an: piwo (dla Sławka), cola (dla mnie), herbatniki (dla mnie żeby jednak coś przełknąć) i wielka zupka chińska (dla Sławka – on ma pancerny żołądek). Zupka chińska w Chinach jest zupełnie inna niż nasza wersja europejska.

Makaron w takiej zupce zazwyczaj jest sojowy (przezroczyste, glistowate nitki), przyprawy zupełnie inne; spożywana przez Sławka wersja jest bardzo, bardzo pikantna. Różni się też rozmiar, standardowa ichniejsza zupka jest taka, jak nasze chińskie – polskie dwie lub trzy. Cena to 4,5 Y i była to jedna z droższych dostępnych w sklepiku.
Po powrocie do naszego super hostelu bierzemy prysznic w pięknej „europejskiej” łazience (jak można docenić takie małe udogodnienia, na które na co dzień nie zwracamy uwagi ;) ), potem podwieczorek – Sławek zupka i piwo, a ja herbatniki i leki na żołądek. Krótka drzemka i relaks, po czym ok 19:00 wyruszamy na spacer po mieście. Myśleliśmy, że wieczór to nienajlepsza pora, żeby coś zobaczyć, zwiedzić, ale okazuje się, że jeśli chodzi o Xi’an to jest absolutnie najlepsza pora. Noc tętni życiem i kolorami i wtedy warto to wszystko zobaczyć.
Najpierw znajdujemy Wieżę Dzwonów, w nocy jest fantastycznie oświetlona i robi niesamowite wrażenie, aż trudno oczy oderwać – perła chińskiej architektury, oświetlona wieloma kolorowymi lampami, stojąca w środku nowoczesnego miasta. To trzeba zobaczyć i polecamy dopiero po zmroku. Kawałek dalej jest Wieża Bębnów – równie piękna, też podświetlona i wyglądająca jak z bajki; kawałek chińskiej magii wklejony w środek tętniącego życiem i samochodami centrum. Obie wieże można zwiedzać, my nie weszliśmy, bo bilety były dość drogie, ale nie sądzę, aby coś przebiło efekt wizualny „z zewnątrz”.

Zdjęcia: Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Wieża Bębnów, CHINY
Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Wieża Bębnów, CHINY



Chcieliśmy też zobaczyć słynną Dzielnicę Muzułmańską, o której czytaliśmy w przewodniku… I okazało się… że ostatecznie było to chyba najciekawsze miejsce jakie zobaczyliśmy w czasie naszej podróży. Do dzisiaj często tę dzielnicę wspominamy.

Idąc tam po zmroku trafiamy w kompletnie inny świat – eksplozja kolorów, zapachów i dźwięków, można całym sobą wchłaniać to pulsujące życie. Najbardziej klimatyczne miejsce na naszej chińskiej trasie. Masy ludzi, ogromne ilości jedzenia ulicznego – od prażonych orzechów włoskich, poprzez owoce wszelakie, warzywa, bakalie, mięsa (przechowywane w tragicznych warunkach), owoce morza, jajka, chałwa robiona na miejscu, różne tradycyjne potrawy, podpłomyki i wiele, wiele innych, do tego kramy ze świecidełkami różnej maści. Bardzo wtedy żałowałam, że akurat będąc w Xi’an się pochorowałam. Chciałoby się tam tylu rzeczy spróbować!
Przechadzając się uliczkami Dzielnicy Muzułmańskiej natrafiliśmy nawet między stoiskami z jedzeniem – na trumnę, a wokół niej wielu ubranych w biel mężczyzn czuwających przy zmarłym – ciekawe doświadczenie.

Zdjęcia: Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an szaszłyki, CHINY
Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an szaszłyki, CHINY



Kupiliśmy coś wypiekanego w piecach, było jeszcze gorące i tak pięknie pachniało i okazało się, że było to bardzo podobne do chlebka – taki gorący, pachnący podpłomyk lekko posypany sezamem i pachnący czosnkiem (5Y). Było to przepyszne i mój żołądek przyjął ten pokarm bogów bez problemu. Tak się wytęskniliśmy za pieczywem przez ostatni tydzień! W Chinach nie ma bowiem pieczywa, serów i wędlin, do których jesteśmy przyzwyczajeni (można by zapytać – to co oni jedzą?! ;) ). Zdecydowanie był to wieczór pełen wrażeń, poczuliśmy się wprost przepełnieni energią i magią tego miejsca, chyba najlepszy wieczór z całego wyjazdu.

Zdjęcia: Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Dzielnica Muzułmańska stoisko kolorowe z jedzeniem, CHINY
Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Dzielnica Muzułmańska stoisko kolorowe z jedzeniem, CHINY



Po powrocie do domu zaczęliśmy szukać noclegów w Pekinie, jako że jeszcze tam wracamy. Zbliża się ich największe święto narodowe i ceny w stolicy zaczynają wyraźnie rosnąć. W końcu decydujemy się na Hyde Hostel, w którym już byliśmy. Został już tylko pokój DeLux, droższy (bo niby duży i z jakimś patio – tylko gdzie tam może być patio, bo jakoś nie kojarzymy?!), ale nie ma nic bardziej ekonomicznego, więc rezerwujemy co jest. Potem, już na miejscu, okazało się, że pokój de lux oczywiście nie ma żadnego patio (podobno to jakiś błąd na Booking.com), a jedyna różnica w stosunku do pokoju ekonomicznego (dosłownie – JEDYNA) jest taka, że pokój de lux jest o około pół metra (no może metr) szerszy… Reszta jest identyczna.

17 IX
Rano czuję się lepiej, postanawiam nawet zjeść trochę „europejskiego” śniadania i wypić kawę i od razu czuję się gorzej, więc może ma to związek z tymi śniadaniami albo kawą… No ale Sławek nadal bez szwanku. Postanawiamy zobaczyć Pagodę Dzikiej Gęsi. Na recepcji obsługa dokładnie tłumaczy co i jak i którym autobusem jechać. Jeśli komuś przyjdzie do głowy się tam przespacerować, bo na mapie to przecież nie tak daleko, to przypominam – w Chinach wszędzie jest daleko! Autobusem jedziemy tam około 30 minut.

Przed pagodą jest park fontann – zajmują naprawdę sporą powierzchnię. Miejsce jest bardzo ładne, ale okazuje się, że tam również trzeba przyjść po zmroku, kiedy są pokazy fontann i świateł (podobno robi wielkie wrażenie), my zobaczyliśmy tylko czyścicieli fontann i trochę stojącej wody. Na Pagodę Dzikiej Gęsi również nie wchodzimy odstraszeni nieco dość drogimi biletami.

Zdjęcia: Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Pagoda, CHINY
Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników, Xi'an, Xi'an Pagoda, CHINY



Wracamy raz jeszcze do dzielnicy muzułmańskiej. Kupujemy chlebek (4Y), ale już odpiekany, a nie świeży. W dzielnicy muzułmańskiej nadal sporo ludzi i co kawałek jedzenie, ale dużo mniej niż w nocy i już nie robi takiego wrażenia. Sporo jest stoisk z mięsem różnej maści – wątroby, nogi, całe wiszące na hakach kręgosłupy jeszcze oblepione trochę mięsem, trochę mięs leżących na ziemi, w brudzie i ogólnie warunki higieniczne takie, że Sławek rezygnuje w końcu ze zjedzenia czegoś tam i idzie do KFC, gdzie przy happy hours kupuje zestaw (Zinger – ostrzejszy niż w Polsce, frytki i cola) za 15Y! Happy Hours są w KFC i niektórych Mc Donaldsach od 11:00 do 14:00 i można wtedy najeść się za grosze, jeśli mamy ochotę na coś niechińskiego.
Powrót do hotelu i zbieranie się do wyjazdu. Obsługa naprawdę na medal, aż nie do wiary. Najpierw wytłumaczyli nam i rozrysowali, jak mamy dojechać na dworzec północny (bezpośrednio spod hostelu jest metro – linia 2, koszt 3Y/os), znaleźli i wydrukowali mapę Luoyang wraz z informacją, jak z dworca szybkich pociągów w Luoyang (ten dworzec jest na obrzeżach miasta) dojechać do naszego hotelu wraz z numerami autobusów i trasą, jaką jadą przez miasto, mało tego, jeszcze zadzwonili do naszego hotelu w Luoyang, żeby się upewnić, jak mamy tam dojść. No byliśmy zachwyceni taką bezinteresowną pomocą. Zostawiliśmy im w prezencie pocztówkę z Krakowa z pozdrowieniami po polsku.
Metro w Xi’an było najładniejszym i najnowocześniejszym metrem, jakie dotychczas widziałam. Czyste, przyjazne, nowoczesne – szklane ściany po obu stronach peronu, a w nich rozsuwane szklane drzwi – cicho i bezpiecznie.
Dworzec Północny (też na obrzeżach miasta) okazał się również piękny i nowoczesny. Jest to bardzo duża, przestronna i jasna hala, przypomina lotnisko, wszystko lśni, w środku panuje idealna temperatura, z głośników leci relaksująca muzyka, kilka czystych sklepików z normalnymi cenami, jak by ktoś zgłodniał jest też KFC i Mc Donalds lub pomieszczenie z wrzątkiem do zalania chińskiej zupki. W damskiej toalecie było chyba z 50 umywalek i masa czystych toalet. No po prostu wypas. Zrobiło na nas wrażenie.
Przechodzimy bez pośpiechu przez dobrze zorganizowane bramki i wsiadamy do pociągu. Chcieliśmy przynajmniej raz skorzystać z możliwości przejechania się szybkim pociągiem G2012. Pociąg jedzie ok 300 km/h, jest czyściutki, dobrze działa klimatyzacja (aż za dobrze, można zabrać coś ciepłego ze sobą). Pociąg pędzi po torach zbudowanych na długich palach, więc nie jedzie po ziemi, tylko spory kawałek nad nią i to w zasadzie przez zdecydowaną większość trasy. Polecamy ten środek transportu – bardzo szybki i komfortowy.

Zdjęcia

CHINY / Xi'an / Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników / Xi'an Terakotowi WojownicyCHINY / Xi'an / Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników / Xi'an Wieża BębnówCHINY / Xi'an / Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników / Xi'an szaszłykiCHINY / Xi'an / Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników / Xi'an Dzielnica Muzułmańska stoisko kolorowe z jedzeniemCHINY / Xi'an / Xi'an Muzeum Terakotowych Wojowników / Xi'an Pagoda

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl