Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

IV cz Chiny w dwa tygodnie: Pekin - Pingyao - Xi'an - Luoyang - Pekin; Luoyang > CHINY


Jolenka Jolenka Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / Luoyang / Shaolin / Chiny - ShaolinPora na IV część relacji z podróży do Chin- tym razem poczytajcie o dojeździe do Luoyang, Shaolin, Groty Longmen i wjeździe do Pekinu.

Z dworca szybkich pociągów w Luoyang wsiadamy w autobus 33 (1Y/os) i jedziemy przez caaaaaaaaaałe miasto (ponad pół godziny) do dworca głównego. Nasz hotel ma być około 5 min od dworca właśnie. Wysiadamy z miejskiego i od razu zaczynamy pytanie Chińczyków, gdzie jest nasz hotel (mieliśmy karteczkę ze ślaczkami oczywiście), ale nikt nie wie. Chińczycy, jak już się przekonaliśmy w Pingyao, nawet nie wiedząc, i tak pokażą co drogę, więc efekt był taki, że do hotelu, który był 300 m od dworca szliśmy ponad pół godziny w upale (w nocy było 36 stopni). W końcu uratował nas jakiś młody chłopak, włączył nawigację w telefonie i nas zaprowadził na miejsce. Okazało się, że hotel w rzeczywistości ma zupełnie inną nazwę, niż na Booking.com i to powodowało, że nie mogliśmy go znaleźć, bo hotelu o nazwie, jaką mieliśmy w rezerwacji po prostu nie ma.
Obsługa w hotelu mówi tylko i wyłączni po chińsku, po angielsku nie rozumieją nawet „ok”, nic. Strasznie ciężko było się porozumieć z nimi. Mapka w hotelu i wszystkie ważne informacje - tylko po Chińsku, hotel zdecydowanie nastawiony jest na chińskich gości. Ale nie ma co narzekać, było bardzo tanio – 135 Y za pokój, to był nasz najtańszy hotel, a warunki całkiem przyzwoite, no i świetna lokalizacja. Pokój był całkiem niezły – duże łóżko, biurko, niezła łazienka (z kabiną prysznicową!!!) z przyborami toaletowymi, czyste ręczniki, czajniczek i kubeczki, klimatyzacja i WIFI – czegóż chcieć więcej?!
Pierwsze co robimy – prysznic, coś cudownego po tym upale. Sławek idzie na zakupy – 3 piwa, zupka chińska oraz duża woda – 15 Y.

18 IX
Pobudka w Luoyang, najbardziej wysuniętym na południe punktem naszej podróży, im dalej na południe tym cieplej i tym słabsza znajomość języków innych niż chiński – w Luoyang prawie zerowa.

Na dzień dobry Sławek pomaszerował do hotelowej restauracji na śniadanie (przy tak niskiej cenie noclegu jeszcze było do tego dość wystawne śniadanie), a ja męczyłam się z okropnie wyglądającą owsianką instant przywiezioną z Polski, ażeby cokolwiek jednak wrzucić do żołądka.

Zdecydowaliśmy, że hotel jest ok i chcemy wykupić w nim jeszcze jeden nocleg… No i zaczęły się schody. Jak to wytłumaczyć osobie, która nie ma bladego pojęcia co się do niej mówi i nie rozumie nawet „ok”? Nie da się, w żaden sposób. Na szczęście mieliśmy tablet, na którym Sławek uruchomił naszą poprzednią rezerwację na Booking.com i użył opcji: pokaż w języku kraju, wówczas cała rezerwacja przetłumaczyła się na ślaczki, pokazaliśmy to pani na recepcji i zakumała w końcu i przedłużyła nam (mieliśmy w każdym razie taką nadzieję) pobyt w naszym pokoju. Tak naprawdę przekonamy się, jak wrócimy wieczorem, czy mamy jeszcze rzeczy w swoim pokoju.
Potem zaczęliśmy poszukiwania autobusu do Shaolin, powinno to być gdzieś bardzo blisko naszego hotelu, mieliśmy na szczęście na karteczce po chińsku zapisaną nazwę, ale i tak było ciężko. Pytaliśmy kolejnych osób podtykając im pod oczy naszą fiszkę z nazwą i nic, już zaczynaliśmy wątpić, ale w końcu jakaś pani nam wskazała kierunek (co jeszcze oczywiście nic nie znaczyło). Trafiliśmy na jakiś mały, zapyziały dworzec autobusowy, oddalony od kolejowego o około 2 – 3 minuty (ponoć są dwa i tylko jeden z nich jest właściwy do celów turystycznych – jak się okazało później – nie ten). Nadal posługując się naszą karteczką zostaliśmy wciągnięci przez Chinkę do pomieszczenia w którym były kasy biletowe. Jesteśmy zjawiskiem oczywiście, budzimy powszechne zainteresowanie, jesteśmy tam tak strasznie biali… Moja kolejka przy kasie. Wtykam pani za szybkę moją karteczkę z celem podróży, ona rozsądnie wpisuje mi na niej cenę biletów – 40Y/2 os, kiwam głową, płacę i dostajemy bilety. Potem wśród przekrzykiwań Chinek zostaliśmy przekazani dosłownie jednej z nich, która wyprowadziła nas z pomieszczenia kas, potem zawołała drugą, która przejęła nas i zaprowadziła do autobusu (mamy nadzieję, że właściwego, nie ma szans tego sprawdzić); traktowano nas jak dzieci we mgle (albo vipów ;) ). Nasz autobus okazał się być starym busem bez klimatyzacji, dodam, że było naprawdę baaaaaardzo ciepło, a mój żołądek słabo to znosił, więc chcieliśmy ruszyć jak najszybciej. Autobus powinien ruszyć za 10 minut, ale po tych 10 minutach nic się nie działo, czekamy kolejne 10 i kolejne 10, powoli bus się załadowuje Chińczykami… Nie będę już opisywać przyjemności gotowania się w metalowej puszcze, ale ostatecznie ruszyliśmy w 1,5 godziny po wejściu do busa!!! Kierowca czekał, aż samochód zapełni się na ful i dopiero potem ruszył. Bardzo się ucieszyliśmy, że w końcu jedziemy. Ale ujechaliśmy może 1 km, a kierowca już zatrzymał się wyluzowany na długie, spokojne tankowanie samochodu. Ruszyliśmy znowu, brawo. Przyzwyczajeni do tego, że Chińczycy jeżdżą jak wariaci i piraci drogowi byliśmy w szoku; nasz kierowca jechał cały czas 60km/h! Wszyscy nas wyprzedzali, jechaliśmy tak wolno nawet na drodze szybkiego ruchu; to na pewno była nasza najwolniejsza jazda w Chinach. W busie byli oczywiście sami lokalsi, więc trochę się wyróżnialiśmy. Po około pół godziny jazdy kierowca znów się zatrzymał, żeby wpuścić do busa jakiegoś znajomego sprzedawcę kukurydzy, oczywiście jedna osoba kupiła sobie intensywnie pachnącą w tym upale kukurydzę i naturalnie była to kobieta siedząca tuż obok nas, no jakżeby inaczej…
Nie ujechaliśmy potem zbyt daleko, a bus znów zatrzymał się na jakimś zadupiu, ponieważ jednej z pasażerek zachciało się winogron, a w tej wsi były akurat uprawy i rolnicy sprzedawali swoje owoce przy ulicy. Kierowca też zdecydował, że chce trochę winogron. Bus stał więc na ulicy, a kierowca z pasażerką chodzili sobie od rolnika do rolnika i próbowali różnych winogron nie mogąc się zdecydować, które kupić. Moja cierpliwość była już wtedy mooooocno nadwyrężona. Ostatecznie dojechaliśmy na miejsce po 2,5 godzinach, czyli po 4 godzinach od momentu wejścia do busa. Pod koniec drogi trasa prowadziła przez piękne tereny, wyjeżdżaliśmy na bardzo wysoką górę serpentynami, w dół ostre zbocze, wąska droga, a kierowca, który dotychczas tak się wlókł, nagle nabrał wigoru i zaczął szaleć na tych wąskich serpentynach, na dobre obudziliśmy się z letargu jak zaczął wyprzedzać na ostrych zakrętach, gdzie zupełnie nie było wiadomo, czy coś nie wyjedzie z naprzeciwka, a jedyną drogą ucieczki przed ewentualnym zderzeniem, byłoby wpadnięcie w przepaść, ale widoki były fantastyczne i emocje niezapomniane. W pewnym momencie w busie zrobiło się małe zamieszanie i zrozumieliśmy, że Chińczycy każą nam wysiadać (normalnie przy drodze w jakimś dziwnym miejscu), nikt inny tam nie wysiadał, tylko my. Okazało się że już jesteśmy na miejscu, a ten autobus jedzie do jakiejś wsi i tylko mija Shaolin, więc całe szczęście, że kierowca był przytomny i pamiętał, żeby nas wyrzucić w odpowiednim momencie.

Shaolin położone jest w przepięknej okolicy – góry, lekko snująca się mgła, zieleń lasów i cisza – coś zupełnie nowego dla nas w Chinach – cisza i spokój…
Naturalnie spróbowaliśmy znów kupić bilety studenckie (50Y/os, bo normalne kosztowały 100Y/os). Pani w kasie bardzo długo sprawdzała nasze „legitymacje”, w końcu zawołała koleżanki i zebrało się gremium debatujące nad naszymi dokumentami, więc już zrobiło nam się nieco ciepło… Kiedy lekko zestresowana podeszłam znów do kasy po zakończeniu intensywnej debaty nad polskimi studentami, dostałam bez problemu dwa studenckie bilety.
Pogoda fantastyczna, błękitne niebo, ciepłe słońce, na razie bez upału. Spacer do świątyni jest bardzo przyjemny, cudownie jest wreszcie zaznać w Chinach względnej ciszy i poprzebywać w zielonej okolicy.

Zdjęcia: Shaolin, Luoyang, Chiny - Shaolin, CHINY
Shaolin, Luoyang, Chiny - Shaolin, CHINY


Świątynia jest piękna, niezwykle klimatyczne miejsce, szczególnie mając na uwadze jego historię i legendy narosłe wokół Shaolin. Po zwiedzeniu świątyni, która zdecydowanie wygląda całkowicie inaczej niż w moich wyobrażeniach zbudowanych na filmach i bajkach o kung fu. Nie ma tam dłuuuuugich schodów pnących się po skałach w górę, ani medytujących mnichów. Świątynia jest w górzystym terenie, ale bez przesady, wchodzi się z drogi po prostu, a część świątyni przeznaczona na ćwiczenia i medytację dla mnichów jest oddzielona i nie można do niej wchodzić. Mnisi, których spotykamy w części do zwiedzania to wyszkoleni do kontaktu z turystami pracownicy oraz osoby pilnujące porządku i poszanowania miejsca. W ostatniej sali możemy zobaczyć słynną powgniataną podłogę, na której odbywały się systematyczne, długie ćwiczenia, zazwyczaj dość statyczne, przez co w podłodze co kawałek jest wyżłobienie w miejscu, w którym stały poszczególne osoby.

Za świątynią jest Las Pagód, robiący naprawdę duże wrażenie. Jest to spory teren z masą różnych pagód, mniejszych, większych, bardziej lub mniej zdobionych, które wyglądają zachwycająco na tle gór.

Zdjęcia: Shaolin, Luoyang, Chiny - Shaolin Las Pagód, CHINY
Shaolin, Luoyang, Chiny - Shaolin Las Pagód, CHINY


Na wysokości świątyni pojawia się wielu naciągaczy, odciągają turystów od świątyni, mówiąc, że to nie tutaj, że Shaolin jest dalej, że oni zaprowadzą. Są to naganiacze do kolejki linowej, na siłę ściągają ludzi do kolejki, którą można wyjechać na górę. Też się przez chwilę nabraliśmy, popychani na siłę przez jednego z naciągaczy, ale w końcu się zorientowaliśmy że coś jest nie tak i wróciliśmy do świątyni, po zwiedzaniu podeszliśmy pod tę kolejkę mając plan wyjazdu na górę, ale naganiacze byli tak nachalni i drażniący, że nie dało się niczego dogadać normalnie, a panie w kasach nie mówiły ani jednym słowem po angielsku, więc nie mogąc poznać ceny i opędzić się od naprzykrzających się Chińczyków po prostu stamtąd odeszliśmy.

Na początku terenu świątynnego jest miejsce, w którym odbywają się pokazy walki. Bilet do świątyni jest jednocześnie biletem jednorazowego wstępu na pokaz. Pokazy odbywają się cyklicznie, co jakiś czas, jest wywieszony harmonogram, więc można sprawdzić godziny. My postanowiliśmy najpierw iść pozwiedzać i w drodze powrotnej pójść na konkretną godzinę na pokaz.

Sam pokaz jest ciekawy, wart zobaczenia. Niesmak pozostawia jego otoczka – wszystko na sprzedaż. Przy wejściu są nam robione zdjęcia i później możemy kupić swoje zdjęcie wprasowane w kiepski sposób w grupę adeptów kung fu, albo na tle walczących kung fu fighterów itp. – kicz do potęgi; później w czasie pokazu są sprzedawane płyty DVD, po pokazie musimy przejść przez alejkę wypełnioną kramami z różnym badziewiem i na końcu przed budynkiem jest mała wieża bębna i wieża dzwonu, przy której wiele osób chce sobie zrobić zdjęcie – i naturalnie jest to dodatkowo płatna przyjemność. Mimo tej obrzydliwej komercyjnej otoczki – zdecydowanie warto.
W drodze powrotnej trafiliśmy jeszcze na treningi chłopców w różnym wieku ze szkoły kung fu przy Shaolin. Na dwóch wielkich betonowych boiskach ćwiczyły setki tak samo ubranych uczniów, na różnych poziomach zaawansowania. Też zdecydowanie warto to zobaczyć.
Przy wyjściu nagabuje nas jakiś Chińczyk próbując sprzedać bilety na autobus powrotny do Luoyang. Odmawiamy, bo już podchodzimy nieufnie do takich rzeczy, idziemy po prostu na plac z autobusami i tam na miejscu już pod autobusem kupujemy od niego bilety, kosztują nas 50 Y za dwie osoby, nieco drożej niż w tę stronę, ale okazuje się, że jest to autobus, a nie busik i jedzie się dość komfortowo i co najważniejsze – jesteśmy na miejscu po 1,5 h! Szkoda, że nie znaleźliśmy tych autobusów na drogę do, bylibyśmy na miejscu ze 2 – 3 godziny wcześniej
Przed autobusem poznajemy parę Polaków backpakersów, co nie jest częste, więc całą drogę powrotną rozmawiamy z nimi. Po przyjeździe pomagamy jeszcze parze zdesperowanych Słowaków znaleźć dworzec kolejowy, bo za chwilę mają pociąg i nie wiedzą gdzie iść, zaprowadzamy ich więc szybko na miejsce i chyba zdążyli.
Wracamy do hotelu nie mając pojęcia czy mamy jednak przedłużoną rezerwację, ale karta działa, a pokój jest wysprzątany, więc wygląda na to, że wszystko jest jak trzeba. Bierzemy orzeźwiający prysznic i idziemy na kolację, tym razem do KFC, bo ja jeszcze nie reaguję dobrze na Chińskie smaki, a bułka z kurczakiem mam nadzieję, że się przyjmie. Zinger oczywiście nie jest z fileta, tylko z tego, co się wrzuci akurat, tym razem było to jakieś brązowawe mięso, ale dobre i się przyjęło.
Ważna rada – w Luoyang nie obowiązują w praktyce przepisy ruchu drogowego, szczególnie w relacji pieszy – zmotoryzowany. Musimy pamiętać, że jeśli stoimy na przejściu dla pieszych i mamy zielone, to wcale nie znaczy, że nie będą po tym przejściu jeździć samochody lub skuterki tuż przed naszymi nosami, bo na pewno będą. Trzeba bardzo uważać. Pieszy nie ma żadnych praw. Najlepszy sposób przemieszczania się jest taki, żeby to robić jak Chińczycy – na luzie i na bezczelnego, szybko, odważnie i kontaktowo, przeciskając się i nie patrząc na światła drogowe czy inne rzeczy, bo to nie ma większego sensu.

19 IX
Pakujemy swoje graty przy akompaniamencie setek wściekłych klaksonów od świtu zza okna. Mamy okno od strony ulicy i dzięki nieszczelnym oknom sporo wrażeń dźwiękowych z zewnątrz. W końcu budzę się zdrowa, więc po spakowaniu się idziemy na chińskie śniadanko do malutkiej knajpki naprzeciwko dworca, jemy kluseczki z mięsem – 8Y za 9 szt.
Wymeldowanie się przebiegło zadziwiająco gładko, bo trafiliśmy na młodego Chińczyka, który mówił po angielsku (szkoda, że nie było go w poprzednich sytuacjach). Zostawiamy swoje bagaże na recepcji i jedziemy zwiedzać.
Pod hotelem wsiadamy w autobus K81 (można też autobus 81, bez K), który po przejechaniu przez całe miasto zawozi nas prosto pod groty Longmen, chyba są one ostatnim przystankiem tego autobusu, autobus kosztuje 1,5 Y za osobę.
W kasie próbujemy kupić bilety studenckie, bo wejście jest bardzo drogie, ale tym razem nie mamy już tyle szczęścia, bo bilety zniżkowe są tylko dla studentów z Chin, więc płacimy pełną kwotę, czyli 120 Y od osoby, to bardzo drogo, jak na Chiny, ale zdecydowanie warto.

Groty Longmen to ogromny obszar po dwóch stronach rzeki (jaskinie wschodnie i zachodnie), wygląda to fantastycznie i jest chyba najpiękniejszym miejscem, jakie widzieliśmy w czasie naszej podróży. Jeśli chcemy podziwiać groty w całej okazałości, to trzeba wziąć dobre buty, bo jest sporo wspinania się po drabinkach, nawet przy dobrej kondycji można się tam porządnie zmęczyć.

Zdjęcia: Longmen, Luoyang, Chiny Louyang - Groty Longmen, CHINY
Longmen, Luoyang, Chiny Louyang - Groty Longmen, CHINY


Był upał, w cieniu około 35 stopni, duszno, a dookoła masa Chińczyków, którzy też chcą pozwiedzać. Wspinamy się na wszystkie drabinki, im wyżej, tym mniej ludzi. Większość Chińczyków zostaje na dole, bo z dołu też przecież widać, mało komu chce się wychodzić do góry, dzięki czemu możemy pocieszyć się trochę luźniejszym otoczeniem mając niektóre miejsca tylko dla siebie, a widoki z góry są świetne.
Największe wrażenie zrobił na nas ogromny 17-metrowy budda wykuty w skalnej grocie i podobnie wysokie postacie po jego prawej i lewej stronie. Po zwiedzeniu pierwszej strony (ona jest zdecydowanie ciekawsza) wchodzi się na most, z którego można zrobić zdjęcia całej ściany grot i przechodzi się na drugą stronę gdzie są kolejne groty, ale już mniej atrakcyjne i mała świątynka oraz dom jakiegoś byłego dygnitarza.

Zdjęcia: Longmen, Luoyang, Chiny Longmen Duży Budda, CHINY
Longmen, Luoyang, Chiny Longmen Duży Budda, CHINY


W Longmen już całkiem czujemy się jak celebryci, Chińczycy patrzą na nas jak na jakieś zjawiska, ukradkiem robią nam zdjęcia. Jedna para podeszła do nas i usilnie przypominając sobie kilka angielskich słów ze szkoły zapytała czy mogą sobie z nami zrobić zdjęcia, byli przeszczęśliwi, kiedy się zgodziliśmy i po sesji powiedzieli nam pięknie – łelkom in czajna - poczuliśmy się jak gwiazdy na czerwonym dywanie.
Całe zwiedzanie trwało około 3 – 4 godziny, wchodząc wszędzie plus czas na zdjęcia, do tego 30 min na kupienie pamiątek i dojazd w każdą stronę około 30 minut.

Po powrocie zostaje nam jeszcze dużo czasu, idziemy więc na spacer po mieście, a Sławek zwiedza sklepy i stragany z telefonami. Postanowiliśmy znaleźć jakieś lokalne miejsce na lunch. Weszliśmy przypadkiem w jakąś dziwną uliczkę i miejsce, gdzie był tłumek Chińczyków, podeszliśmy i okazało się, że podają tam przepysznie wyglądające, podsmażane pierogi. Bardzo chcieliśmy ich spróbować, no i staliśmy się atrakcją dnia usiłując kupić sobie pierogi. Z części zewnętrznej, gdzie się je wydawało (przy uliczce pod dachem) wysłali nas na migi do środka, gdzie znaleźliśmy kasę, pokazaliśmy ręką co chcemy zamówić i ile, zapłaciliśmy 10Y, dostaliśmy bloczek, który wymieniliśmy na zewnątrz na miskę pierogów. Wyglądało to trochę jak nasz bar mleczny, pierogarnia, taka lokalna, tania jadłodajnia. Z naszą michą pierogów wróciliśmy do środka i była to scena niemal jak w filmie. W środku tchnącej taniością jadłodajni masa rozwrzeszczanych, skupionych na sobie i znajomych lub swoich dzieciach swoich Chińczyków, nagle wchodzimy my i WSZYTSKIE oczy wlepiają się w nas, śledzili KAŻDY nasz ruch. Ja siedziałam przy stoliku, a Sławek odważnie wstał przynieść miseczki z przyprawami i chiński tłum ze skupieniem obserwował każdy jego najmniejszy ruch. Nie mieliśmy na stole sosu sojowego, więc nieporadnie szukaliśmy go gdzieś wzrokiem, każdy to widział naturalnie i jeden z widzów tego przedstawienia, miły, starszy Chińczyk wstał dzielnie i podał nam sos. Alllleż wydarzenie. Za te 10Y pierogów było strasznie dużo i były przepyszne, z mięsem, warzywami i grzybami (chyba, bo pewności nigdy nie ma), skórka była podsmażona, chrupiąca – coś fantastycznego! Oboje najedliśmy się do pełna i to jeszcze – ku ogromnej radości i przy ciągłej obserwacji Chińczyków – jedząc pałeczkami. Pod kątem gastronomicznym było to chyba najfajniejsze miejsce w jakim jedliśmy, bardzo lokalne, zdecydowanie poczuliśmy tam ducha normalnych, codziennych, współczesnych Chin.

Zdjęcia: Luoyang, Luoyang, Luoyang - Pierogi, CHINY
Luoyang, Luoyang, Luoyang - Pierogi, CHINY


Po lunchu kupiliśmy w kiosku zimną Colę 0,5l za 3 Y, bardzo nam się podobały te ceny… Pod hotelem jeszcze kupiliśmy od pani z obwoźnego handlu owocami (z motorka) wielki kawałek słodkiego, aromatycznego melona na patyku. Nie były to wąskie paseczki, jak w Pekinie, ale naprawdę ogromne, wydrążone z pestek, soczyste kawałki nabite na dwa patyki, bo jeden by nie wystarczył i kosztowało to 2 Y! Kupiliśmy w końcu aż 3 kawałki, ostatniego nie mogąc już naturalnie dojeść. Dawno nie dostarczyliśmy sobie już tylu witamin, niesamowicie nam smakowała taka odmiana.
W hotelu wypiliśmy parę łyków polskiej wódki, której jeszcze trochę zostało, aby się odkazić w środku po tych pierogach i melonach i zminimalizować ryzyko ewentualnego kolejnego zatrucia.
Czekając na pociąg odpoczywaliśmy w hotelowym, klimatyzowanym lobby, potem korzystając w obleśnej łazieneczki umyliśmy się i przebraliśmy koszulki i na 18:00 poszliśmy już z bagażami na stację.
Na drogę powrotną do Pekinu udało nam się kupić bilety na soft sleeper. Po wejściu do stacji pokazaliśmy nasze bilety i od razu zostaliśmy pokierowani do jakiegoś innego miejsca niż wszyscy i przekonaliśmy się, czym się różni poczekalnia ogólna od tej dla soft sleepra… No jest nieco inaczej. Jest to średniej wielkości pomieszczenie, klimatyzowane, z miękkimi, ładnymi kanapami z wrzosową tapicerką i stoliczkami, lekko przytłumionym światłem, ciszą oraz obsługą, która dba, aby w odpowiedniej chwili wyjść na właściwy pociąg. Vip room po prostu, bardzo miło się spędzało czas w tej poczekalni.

Zdjęcia

CHINY / Luoyang / Shaolin / Chiny - ShaolinCHINY / Luoyang / Shaolin / Chiny - Shaolin Las PagódCHINY / Luoyang / Longmen / Chiny Louyang - Groty LongmenCHINY / Luoyang / Longmen / Chiny Longmen Duży BuddaCHINY / Luoyang / Luoyang / Luoyang - Pierogi

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl