Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Pod niebem Patagonii > ARGENTYNA, CHILE, PARAGWAJ, URUGWAJ


ludziepodrozuja ludziepodrozuja Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie URUGWAJ / Montevideo / Montevideo / Rejs przez AtlantykKiedy marzysz o czymś bardzo mocno, uważaj bo marzenie może się spełnić...
Z pozoru niewinna rozmowa podczas niedzielnego spaceru zapoczątkowała przygodę naszego życia.
Wydawać by się mogło, że Ameryka Południowa jest poza naszym zasięgiem...

Ameryka Południowa pociągała nas od dawna. Kiedy wreszcie zapadała decyzja o kolejnej wyprawie wybór padł właśnie na ten rejon świata, a konkretnie na Argentynę, Chile, Urugwaj i Paragwaj. Przygotowania trwały ponad rok i obejmowały wiele zagadnień, począwszy od sposobu transportu siebie i dwóch naszych motocykli, przez skompletowanie i przygotowanie sprzętu po naukę hiszpańskiego. Ale najważniejsze były zmiany zawodowe, które pozwoliły nam wyjechać na wiele miesięcy z Europy.





Pewnego grudniowego poranka zapakowaliśmy nasze motocykle BMW F 650 na przyczepkę i wyruszyliśmy do Hamburga. Tam wsiedliśmy na statek cargo płynący do stolicy Urugwaju -Montevideo. Miesiąc spędzony na statku był niezapomnianym przeżyciem i okazją do wyciszenia się. Leniwie płynący czas podczas rejsu dał nam odczuć, że zaczęła się wreszcie nasza wyprawa. Kiedy po drugiej stronie Atlantyku, w upalny styczniowy dzień wyjechaliśmy ze statku, nasze umysły były już głodne nowych wrażeń. Naszym celem było najniżej położone na świecie miasto Ushuaia. Po drodze przekonaliśmy się jak gościnni są mieszkańcy tego rejonu. Podczas awarii jednego z motocykli w czasie ogromnej burzy zostaliśmy dosłownie zabrani ze stacji benzynowej w maleńkiej miejscowości do domu przypadkowych ludzi. Udzielili oni nam schronienia i pomogli w reanimacji motocykla. Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc po drodze. Między innymi, kolonię pingwinów w Punta Tombo, park skamieniałych drzew. W tej części Argentyny cały czas musieliśmy pamiętać o małym zasięgu naszych motocykli na jednym zbiorniku paliwa. Patagonia jest jednak pustkowiem i to ogromnym. Przy każdym tankowaniu uzupełnialiśmy też trzy karnistry z paliwem. Bez nich daleko byśmy nie ujechali. Przejechaliśmy przez Puerto San Julian, zwiedzając szybko nabrzeże i okolicę. W sezonie można tu obejrzeć wieloryby i pingwiny. Wykorzystaliśmy chwilowe osłabnięcie wiatru i pojechaliśmy do następnego miasteczka Piedra Buena, gdzie zostaliśmy na noc. Po raz pierwszy od wyruszenia z Montevideo spaliśmy w hotelu. Pomimo lata, temperatura w Patagonii nas nie rozpieszczała. Podróżowaliśmy już we wszystkich warstwach ubrań motocyklowych. Rano przy śniadaniu spotkaliśmy dwóch Hiszpanów na BMW 1200 GS. Robili trasę z Ushuaia do Santiago de Chile. Wymieniliśmy się cennymi informacjami. Na swoją podróż mieli „tylko” 5 tygodni. W takich momentach uświadamialiśmy sobie jak fajnie było móc długo podróżować!





Atak na Ushuaia rozpoczęliśmy po dwóch dniach pobytu w Rio Grande. Minęliśmy wielkie jezioro Lago Fangano, mające około 100 km długości i drugie trochę mniejsze Lago Escondido. Droga zaczynała wspinać się pomiędzy wzniesieniami, pogoda się popsuła. Na kaskach pojawiły się krople, a w powietrzu gęstniała mgła. Mijaliśmy rosnące, nienaturalnie powykręcane drzewa. Gałęzie swoim kształtem przypominały jakieś filmy grozy… Powoli zjechaliśmy w dół, niebo przejaśniło się i ujrzeliśmy piękne zielone góry, ośnieżone szczyty i słońce. Te fantastyczne widoki to nagroda za wszystkie dni spędzone w siodle, aby tutaj dotrzeć. Wjechaliśmy do parku narodowego Tierra del Fuego i osiągnęliśmy najbardziej na południe wysunięty punkt naszej wyprawy. Niżej drogą lądową już się nie da. Za miastem skończył się asfalt. Kilkunastokilometrowy odcinek prowadził nas do bramy parku narodowego, a potem na ostatni 3079 km drogi numer 3. Jechaliśmy nią od samego Buenos Aires z niewielkimi przerwami.
Park słynie z niezwykle silnych wiatrów, a w konsekwencji ze skarłowaciałej przyrody. Zaparkowaliśmy pod samą tablicą informującą z informacją, że jesteśmy na końcu świata. Potem jeszcze mały spacer na platformę widokową, skąd rozpościera się wprost bajeczny widok. Wszystko w zasięgu wzroku i ręki, morze, góry, lasy, strumienie… KONIEC ŚWIATA…





Po kilku dniach pobytu w tym pięknym zakątku rozpoczęliśmy podróż na północ. Do Porvenir, małej miejscowości nad cieśniną Magellana w Chile dojechaliśmy malowniczą szutrową drogą. Cali w kurzu i piasku dotarliśmy do malutkiego portu kilka kilometrów za miastem. Jedyny prom w tym dniu odpływał za dwie godziny, całkowicie odkryty. Obsługa zabezpieczyła nasze motocykle pasami, a my udaliśmy ogrzać się do części pasażerskiej. Dosyć mocno ochłodziło się, ale byliśmy w końcu na Ziemi Ognistej. Kolejnych kilka dni zwiedzaliśmy park narodowy Torres del Paine z imponującymi jeziorami lodowcowymi.
Granica w Cerro Castillo to malutka placówka, gdzie ponownie wjechaliśmy do Argentyny. Cała odprawa trwała chwilę, a pozwolenie wjazdu na motocykle wypisano nam odręcznie. Jeszcze przed wyjazdem zastanawialiśmy się, czy nie będzie nam potrzebny carnet de Passage, jednak okazało się, pomimo informacji z PZM-tu o konieczności jego posiadania, że nie ma takiej potrzeby. Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów szutrem i byliśmy na słynnej w Patagonii „ruta 40”. Ciągnie się ona, aż do samej granicy z Boliwią na północy, około 5000 km. W Tapi Aike gdzie miało być paliwo zastaliśmy zamknięte na kłódki dystrybutory. Całe szczęście, że mieliśmy przezornie zabrane dodatkowe bańki. Uzupełniliśmy nasze zbiorniki i ruszyliśmy dalej. Tego szczęścia nie miał spotkany szwedzki motocyklista na nowiutkim KTM, jednak jego większy zbiornik pozwalał mu dojechać do kolejnej stacji. Przynajmniej tak twierdził…



Podczas kolejnych kilku tygodni podróży przez argentyńską Patagonię przeszliśmy mocną szkołę jazdy na motocyklach. Nie wspominałem jeszcze, że była to nasza pierwsza tak daleka wyprawa na jednośladzie. A na dodatek piękniejsza połowa drużyny prawo jazdy robiła specjalnie na ten wyjazd. Pomimo to świetnie dawała sobie radę na trudnym terenie i z mocno obciążonym bagażami motocyklem. Oprócz tego nasze maszyny pomimo gruntownego przygotowania ich w Polsce do takiej drogi czasem miały swoje humory. Były to drobne awarie układu zapłonowego, zabrudzone filtry paliwa, czasem mała naprawa po upadku maszyny. W większości sami, a czasem z pomocą lokalnych mechaników dawaliśmy radę naprawiać je i jechać dalej.
Po zmaganiach z rosnącym wiatrem dojechaliśmy do El Calafate. Rozbiliśmy namiot na campingu, a w nocy testowaliśmy nasze śpiwory, pomimo tylko kilku stopni powyżej zera dały radę. Następnego dnia pojechaliśmy do Parku Narodowego Los Glaciares, około 60 km obejrzeć lodowiec Perito Moreno. To wielkie pokłady lodu, wysokie na około 60 metrów i szerokie na ponad 5 kilometrów. Czoło lodowca jest bardzo postrzępione. Co jakiś czas słyszeliśmy huk i grzmot pękających fragmentów lodu, którego duże bloki spadły do szmaragdowej wody.
W El Chalten widzieliśmy imponujący szczyt Fitz Roy. Naga skała, bardzo strzelista wyróżnia się w krajobrazie. Widać ją już wiele kilometrów przed miejscowością. Droga prowadziła poprzez puste ogromne i prawie płaskie przestrzenie. Przez około 250 km nie spotkaliśmy żadnej chociażby pojedynczej budowli. Miejscowość jest malutka, parę uliczek, a na każdej hotel, hostel lub hosteria. Typowo turystyczne miejsce. Znaleźliśmy camping i rozbiliśmy namiot. Słońce grzało coraz mocniej. Każdego dnia, kiedy przemieszczaliśmy się na północ, było coraz cieplej.
Kolejne dni były ponownie próbą dla naszych umiejętności i motocykli. Setki kilometrów patagońskich szutrów i porywistego wiatru. Jednego z popołudni dojechaliśmy do pięknie położonego kanionu gdzie znajduje się Cueva de las Manos, czyli Jaskinia Rąk. To malowidła odzwierciedlające widok dłoni na skale. Jest ich setki, duże i małe. Jaskinia nie jest do końca jaskinią. Raczej dużym zagłębieniem w skale gdzie tysiące lat temu koczowały zamieszkujące tę okolice plemiona. Kiedy zapadł zmierzch zdecydowaliśmy się rozbić dziki obóz kilkanaście kilometrów dalej, pośród zupełnego pustkowia. We wzmagającym się wietrze ustawiliśmy namiot i w zapadających ciemnościach poszliśmy spać. Do namiotu zabrałem spory nóż myśliwski, na wszelki wypadek, kilkadziesiąt metrów od namiotu znalazłem padlinę guanaku, nadjedzoną przez jakieś drapieżniki…
W San Martin de los Andes odwiedziliśmy cukiernię „Mamusia”. Pyszne wyroby z czekolady produkowane w tej fabryczce polskiego emigranta i serdeczna z nim rozmowa, pozostaną na zawsze w naszej pamięci. Setny dzień w podróży spędziliśmy w Mendozie. Rejon słynący z produkcji oliwy i win, czego nie omieszkaliśmy sprawdzić odwiedzając kilka winnic. Na campingu poznaliśmy parę motocyklistów z Kanady na Suzuki DR 350. Wreszcie obraliśmy kierunek ponownie na Chile, minęliśmy najwyższy szczyt obu Ameryk, Aconcagua i Puente del Inca, a następnie imponującymi serpentynami zjechaliśmy w kierunku wybrzeża Pacyfiku.



Trochę z powodów finansowych, trochę z uwagi na to, że sezon się kończył i było raczej chłodno kraj ten potraktowaliśmy trochę tranzytowo. Oczywiście odwiedziliśmy stolicę, Santiago de Chile i nadmorskie miejscowości: Vina del Mar, Valparaiso, La Serena. Piękne miasta, które pozostaną długo w naszej pamięci. W kilkanaście dni, nie spiesząc się jednak zbytnio, przejechaliśmy głównie Panamericana na północ. Gdzieniegdzie mijaliśmy łachy piachu pozałamywane wiatrem i tworzące piaszczyste grzbiety. Zagłębialiśmy się powoli w pustynię Atacama. To jedno z najsuchszych miejsc na ziemi. Przed Antofagastą zatrzymaliśmy się obok ogromnej rzeźby w kształcie dłoni - to Mano del Desierto. Jeszcze w Polsce czytałem o tym fajnym miejscu i wreszcie udało nam się tam dojechać! Dookoła prawdziwa pustynia, piach i skały. Pedro de Valdivia to kolejne i jedno z ciekawszych miejsc na naszej trasie. Trochę się tam czuliśmy dziwnie. A to dlatego, że w naprawdę sporym mieście byliśmy zupełnie sami. Jego mieszkańcy opuścili je ponad 20 lat temu, po tym jak zamknięto pobliską kopalnię saletry. Większość budynków tam jest parterowych, oprócz kościoła, szpitala i jeszcze kilku innych. Całość pokryta kilku centymetrową warstwą piasku i saletry. Powybijane szyby w oknach, skrzypiące drzwi i hulający wiatr dopełniały atmosfery grozy. Wjechaliśmy tam mieszcząc się na styk w dziurze obok zamkniętej na dwie kłódki ogromnej bramy. Obok drzwi wejściowych do niektórych domów, pokryte grubą warstwą pyłu stały stoły, butelki, zardzewiałe wiadra, czy buty. Obok jednego z budynków, dałbym głowę widziałem wieko od trumny. Chociaż moja żona twierdziła, że to niemożliwe…



Ostatnim miejscem w Chile, gdzie się zatrzymaliśmy na dłużej było San Pedro de Atacama. Typowo turystyczne miejsce, same hostele i knajpki. Ale nie można go pominąć, gdyż jest bazą wypadową na Salar de Atacama. To ogromne solnisko leżące na wysokości około 2400m n.p.m. Wieczorem doświadczyliśmy niecodziennego zdarzenia… Trzęsienia ziemi! Kiedy dotarło do nas co to jest wyskoczyliśmy na równe nogi z łóżka. Podłoga w prawo i w lewo się unosiła. Szybko naciągnęliśmy spodnie na siebie, w tym samym momencie zgasło światło. Wyłączył się prąd w całym mieście. Wybiegliśmy z pokoju. Na parkingu stał już właściciel ze swoja żoną i dzieckiem. Nikogo więcej w tym małym hotelu poza nami nie było. Właściciel był bardzo zdenerwowany. Powiedział nam, że to się nie zdarza często, żeby tutaj, w San Pedro de Atacama były wstrząsy. Na szczęście wstrząsy się już nie powtórzyły. Rano w wiadomościach zobaczyliśmy, że w Iquiqe było ogromne trzęsienie ziemi, którego echa odczuliśmy wczoraj wieczorem. Ewakuacje ludzi z miasta i potężne zniszczenia. Gdybyśmy nie zmienili planów i jechali do Peru wzdłuż chilijskiego wybrzeża, kto wie, co by się działo. Na całym wybrzeżu chilijskim ogłoszono alert tsunami.
W ostatnich dniach nasze plany podróżnicze trochę się zmieniły. Podjęliśmy decyzję, że wracamy nad wybrzeże Atlantyku do Willa Gessell, gdzie byliśmy na samym początku wyprawy, do przyjaciół którzy zaprosili nas na święta Wielkanocne i kilkutygodniowy pobyt u nich. W drodze do nich przejeżdżaliśmy przez Salinas Grandes, Cordobę, Rosario i wiele ciekawych miejsc. Odległość około 1500 km pokonaliśmy nie spiesząc się za bardzo i zatrzymywaliśmy się na trochę we wszystkich tych miejscach.



Pobyt w Willa Gessel nie obfitował w za wiele podróżniczych elementów dlatego można go pominąć. Trochę ponad miesiąc minął nam szybko i pełni energii, żegnani przez naszych przyjaciół ruszaliśmy znowu w drogę. Brakowało już nam tego uczucia kiedy to wsiadasz na motocykl i jedziesz przed siebie. Droga którą teraz przemierzaliśmy była nam już znana. Jechaliśmy do Buenos Aires gdzie zrobiliśmy 3 dniowy postój u znajomych motocyklistów z klubu Tigres de la Ruta. Po małym wypadku ze spadnięciem łańcucha na 100 km przed Buenos Aires postanowiliśmy, że wymienimy zużyte już tylne opony, zębatki i łańcuchy w obu motocyklach. Nie ma co ryzykować chociaż miałem nadzieję, że jakoś wytrzymają, ale przed nami jeszcze do przejechania około 4 tyś km. Naszym następnym celem były oddalone o prawie 1500 km wodospady Iguazu. Trochę monotonną drogę z Buenos Aires pokonaliśmy na 3 razy. Jednego z nich ruszaliśmy przy gęstej mgle i lekkim kapuśniaczku. Niestety w tym dniu szczęście nam nie dopisało i rozpadało się na dobre. Efektem tego było suszenie większości rzeczy w hoteliku. Jednak muszę przyznać, że pomimo kilkugodzinnej jazdy w sporym deszczu ubrania dały radę. Owszem woda przeciekła w niektórych miejscach do środka, ale tylko przy szyi spod kasku, w rękawicach, no i oczywiście buty były mokre.
Na Wodospady Iguazu zarezerwowaliśmy sobie więcej czasu. W jednym dniu oglądaliśmy je ze strony argentyńskiej, a drugiego z brazylijskiej. Obie strony trzeba koniecznie „zaliczyć”. Podejście pomostem pod Garganta Del Diablo i widok na przelewające się niesamowite ilości wody jest niezapomniany. Szum, a właściwie grzmot tej ogromnej ilości wody jest imponujący. Dla bardziej odważnych i nie bojących się całkowitego przemoczenia jest możliwość popłynięcia łodzią pod sam wodospad na dole. Drugiego dnia wrażenia ze strony brazylijskiej były równie niezapomniane. Wodospady Iguazu są jednym z cudów Świata wartych obejrzenia! Przed wyjazdem z Puerto Iguazu zrobiliśmy pamiątkową fotkę na styku granic Paragwaju, Argentyny i Brazylii, a następnie skierowaliśmy się do miejscowości Wanda, w której można spotkać wiele rodzin potomków polskich emigrantów. Ta część podróży obfitowała w polskie akcenty. Koło Apostoles, odwiedziliśmy też fabrykę yerba mate i muzeum Juana Szychowskiego. To polski emigrant, który na początku ubiegłego wieku zbudował do dziś funkcjonujące przedsiębiorstwo.
Do Paragwaju jechaliśmy z lekka obawą, wszyscy nas ostrzegali jak tam jest niebezpiecznie… Na granicy odstaliśmy w długiej kolejce, ale potem cała procedura poszła w miarę sprawnie. Minęliśmy przygraniczne Encarnacion, a około 60 km dalej leży Trynidad i kilka innych ruin misji jezuickich na tym terenie jakie chcieliśmy zobaczyć. Najstarsza z nich to San Ignacio Guazu. To pierwsza misja założona w tym rejonie. Niejako serce zarządzania redukcjami.
Powoli kończyła się nasza podróż. Już od 2 tygodni znaliśmy termin powrotu. Jeszcze na początku wyprawy mieliśmy plan, aby sprzedać gdzieś motocykle w Ameryce Południowej. Ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na powrót z nimi do domu. Trochę się do nich przyzwyczailiśmy… I ponownie płynęliśmy przez Atlantyk statkiem razem z motocyklami.



Upraszcza to cała sprawę i nie trzeba martwić się o wysyłkę maszyn i potem o różne ukryte opłaty portowe, które mogą niemile zaskoczyć. Oczywiście niektórzy mogą to uważać za stratę czasu, ale nie my. W Urugwaju kilka dni gościliśmy u znajomej rodziny, chłonąc ostatnie momenty pobytu w Ameryce Południowej. Byliśmy w stałym kontakcie z naszym agentem i śledziliśmy pozycję naszego statku w internecie. Ostatniego dnia wsiedliśmy na pokład wraz z czwórką innych pasażerów i ruszyliśmy w ponad 3 tygodniowy rejs do Europy…
To była fantastyczna ośmiomiesięczna wyprawa, podczas której doświadczyliśmy wielu fantastycznych wrażeń, spotkaliśmy przyjacielskich i pomocnych ludzi, zobaczyliśmy spektakularne cuda natury. Na własnej skórze odczuliśmy patagońskie wiatry i wiemy, co to znaczy podróżować motocyklem na koniec świata. Wyprawa ta na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci.
Pełną relację dzień po dniu możecie znaleźć na stronie www.ludziepodrozuja.pl

Zdjęcia

URUGWAJ / Montevideo / Montevideo / Rejs przez AtlantykARGENTYNA / Misiones / Puerto Iguazu / Wodospady IguazuARGENTYNA / Chubut / Patagonia / PatagoniaARGENTYNA / Santa Cruz / Perito Moreno / Lodowiec Perito MorenoCHILE / Magallanes / Chile / Torres del PaineARGENTYNA / Ziemia Ognista / Patagonia / UshuaiaARGENTYNA / Santa Cruz / Cueva de las Manos / Cueva de las ManosARGENTYNA / Santa Cruz  / Cueva de los Manos / Cueva de las ManosARGENTYNA / Jujuy / Paso de Jama / Andy - ArgentynaARGENTYNA / - / Argentyna / Mostek

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

03-15
Iran - trzy tygodnie podróżowania samodzielnie lub w towarzystwie miejscowych

W październiku i listopadzie 2017r spędziłem 21 dni podróżując po Iranie. To była moja pierwsza podróż poza Europę samodzielnie. Generalnie pomimo dość napiętego planu i obaw na początku, radziłem sobie dobrze i udało się zrealizować plan prawie w całości.

03-01
A wiatr będzie ci targał włosy

„Varsovia – 14047 km”, informuje drogowskaz, umieszczony wśród wielu podobnych na tarasie widokowym Cerro w Punta Arenas. – No to mnie tym razem wywiało!

03-04
Iran - informacje praktyczne i ci...
03-01
Wakacje na Islandii...
02-03
Wymarzone Filipiny...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl
koniec koniec }); //}); koniec koniec