Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Skandynawia 2019 - Laponia, Nordkapp, Senja, norweskie fiordy - cz. 1 > NORWEGIA, LITWA, ŁOTWA, ESTONIA, FINLANDIA, SZWECJA, DANIA, NIEMCY


macciej macciej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NORWEGIA / Troms / Senja / SenjaWyprawa do Skandynawii w 2019 to już mój piąty samochodowy wyjazd w ten piękny rejon. Naszym celem w tym roku jest przejechanie całego półwyspu - od najdalej wysuniętych na północ i wschód miejsc, aż po sam południowo-zachodni kraniec Norwegii.

Wyprawa do Skandynawii w 2019 to już mój piąty samochodowy wyjazd w ten piękny rejon. Jadę sprawdzonym składem z poprzednich wyjazdów. W samochodzie oprócz naszych bagaży, namiotu, śpiworów i tym podobnych rzeczy jadą też 3 kartonowe pudła pełne jedzenia. Nasza trasa będzie dość długa i zajmie nam około dwóch tygodni, a ceny żywności w krajach skandynawskich są jak na polską kieszeń wręcz skandaliczne. Najlepiej uniknąć kupowania czegokolwiek poza słodyczami na drogę, bo akurat te skandynawskie bardzo lubimy. Jedzie jednak z nami kilkanaście różnych konserw, kilka paczek makaronu i kaszy, kilka litrów mleka, różnego rodzaju gotowe zupy i nieco serów i wędlin. Naszym celem w tym roku jest przejechanie całego półwyspu - od najdalej wysuniętych na północ i wschód miejsc, aż po sam południowo-zachodni kraniec Norwegii. O ile w roku poprzednim skupiliśmy się na górach w południowej części Norwegii, to teraz planujemy co najwyżej jedną górską wycieczkę, choć nie byle jaką, bo wejście na Glitertinden - drugi co do wysokości szczyt kraju. W zeszłym roku zdobyliśmy sąsiedni Galdhopiggen, który jest kilka metrów wyższy. Oba wierzchołki będą ładnie wyglądały w kolekcji górskich wejść. Jednak nie trzymamy się kurczowo tego planu, zobaczymy co przyniesie życie.


Ruszamy bladym świtem 12 sierpnia, w poniedziałek. Od rana jest dość ciepło, obawiamy się upału, bo nawet mimo działającej klimatyzacji jest to niezbyt miłe w długiej trasie. A dziś mamy do pokonania 800 km, całkiem sporo. Ekspresowa trasa S8 w stronę Białegostoku pozwala na komfortową i szybką jazdę. Jednak tuż pod miastem jest jakaś jej przebudowa, dwupasmówka znika i skręcam na tym placu budowy nie tam gdzie trzeba. Na szczęście daje się łatwo zawrócić. 8 rano, ludzie jadą do pracy, więc ruch jest spory. Objeżdżamy miasto i kierujemy się w stronę Augustowa. Pogoda jest piękna, słoneczna, a droga przez wspaniałe lasy jest bardzo przyjemna. W końcu docieramy do obwodnicy Augustowa, gdzie zatrzymujemy się na posiłek w znanym fastfoodzie z wielkimi złotymi łukami. Upał daje się już we znaki. Z ulgą ruszamy dalej. W Suwałkach zatrzymujemy się jeszcze na małe zakupy. Pieczywo warto kupić dziś, by było jak najświeższe. Tankujemy do pełna na pobliskiej stacji i ruszamy dalej. Po kilkunastu kilometrach jazdy przekraczamy granicę polsko-litewską w Budzisku. Na Litwie są podobne ograniczenia prędkości jak w Polsce, ale warto jechać przepisowo, bo mandaty są bardzo wysokie. Zresztą zawsze staram się jeździć przepisowo, szczególnie poza granicami kraju. Droga Via Baltica która się poruszamy omija miejscowość Mariampol i tu niespodzianka. Dotąd niemal do samego Kowna jechało się taką zwykłą drogą. A teraz jest nowa, dwupasmowa ekspresówka. Można jechać płynniej i szybciej. Mijamy Kowno, przecinamy malowniczą w tym miejscu dolinę Niemna. Skręcamy na Kłajpedę, a później na Rygę. Dalsza droga jest dość monotonna, przecinamy wielkie rolnicze obszary Litwy. Kraj jest niemal zupełnie płaski, widoków nie ma żadnych szczególnych. Gdy objeżdżamy miasto Poniewież, trafiamy na korek. Coś się stało? Okazuje się ze to remont jednego z wiaduktów i obowiązuje tu ruch wahadłowy. Jednak duża ilość powolnych ciężarówek sprawia, że ma jednej zmianie świateł przejeżdża tylko kilka pojazdów. W końcu pokonujemy to miejsce i już bez przeszkód ruszamy dalej na północ. Jeszcze jakaś godzina jazdy i przecinamy granice litewsko-łotewską. Krajobraz nie zmienia się, ale zmienia się nieco architektura. Mam wrażenie, że na Łotwie najsilniej odcisnął swoje piętno ZSRR. Jakieś bloki, betonowe smutne przystanki, na szczęście sama droga jest względnie dobra. Czuję że powoli ogarnia mnie znużenie, ale postanawiam dociągnąć aż do obwodnicy Rygi, gdzie jak pamiętam jest stacja benzynowa, na której zamierzam zrobić krótką przerwę.

Po dłuższej chwili wjeżdżamy na upragnioną stację, ale okazuje się mało ciekawa - widocznie pamięć mnie myliła. Bez żalu jedziemy dalej. To obwodnica łotewskiej stolicy - jest to jednak zwykła droga z wielkimi rondami, nie żadna autostrada. Przejeżdżamy po koronie wielkiej zapory, mijamy elektrownię wodną. Skręcamy na... Moskwę. Zawsze mnie to ciekawiło, że Łotwa jest jedynym krajem bałtyckim, gdzie są podane odległości do stolicy Rosji. To niemal 1000 km stąd. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w Salaspils - typowym poradzieckim blokowisku na peryferiach Rygi. Tu jakaś przekąska i kilka minut na rozprostowanie kości. Pora jednak jechać dalej. Znów skręcamy na północ, teraz kierując się już na Tallin. Za Rygą droga robi się zdecydowanie bardziej urokliwa. Prowadzi przez piękne sosnowe lasy wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Są tu liczne miejscowości wypoczynkowe, a sam asfalt jest bardzo dobrej jakości. Pogoda jednak wyraźnie się psuje, co i rusz przejeżdżamy przez falę deszczu. Robi się też znacznie chłodniej. Było dotąd 30 stopni, a teraz jest 16-17. Postanawiam już się nie zatrzymywać, tylko dojechać do Estonii. Tam mamy sprawdzone miejsce na kempingu obok nadmorskiego hotelu. To jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Mijamy Salacgrivę i wreszcie granicę łotwesko-estońską. Po kilku kilometrach jazdy skręcam w lewo, w stronę morza. Jeszcze chwila i docieramy do hotelu Lepanina w miejscowości Kabli. Miejscowość to za dużo powiedziane. Po prostu jest tu hotel nad samym brzegiem morza i wokoło tylko las. Cisza i spokój.

Szybko rozbijam namiot i rozwijamy nasze maty i śpiwory. Pora coś zjeść, dokręcam więc palnik do kartusza. Wlewamy do menażki jedną z gotowych zup, druga czeka na swoją kolej. Jednak dość silny wiatr sprawia, że niewielki gazowy płomień bardzo wolno podnosi temperaturę. Osłaniam palnik karimatą, teraz wszystko idzie sprawniej, choć i tak trzeba poczekać. Niepokoi mnie mocno to co widzę nad morzem. Przesuwa się nad nim wyraźny burzowy front, z wyraźnym ciemnym czołem, z którego biją pioruny. Na szczęście nie idzie on dokładnie w naszym kierunku, a raczej wzdłuż brzegu. Jednak gdy zerkam w telefonie na mapę opadów mina mi rzednie - owszem, największe opady poszły już na północ, ale nad ranem możemy się spodziewać kolejnej burzy. No cóż, trzeba do namiotu wziąć jak najmniej rzeczy. Nad morzem pojawia się kolejny front z wyraźną linią szkwału. Widać jak powierzchnia wody zaczyna się marszczyć i zmieniać barwę, a czoło wiatru zbliża się do nas z każdą sekundą. Zapinam namiot i proponuję byśmy pierwsze uderzenie deszczu i wiatru przeczekali w samochodzie. Na szczęście okazuje się dość słabe i krótkotrwałe. Co więcej, po przejściu frontu pogoda wyraźnie się poprawia i możemy cieszyć oczy wspaniałym zachodem Słońca. Chwilę jeszcze gadamy, wypijamy po przywiezionym z Polski piwku, ale w końcu kładziemy się spać. Noc jest przyjemnie chłodna, ale w śpiworach jest bardzo komfortowo.


13 sierpnia

Noc zgodnie z przewidywaniami okazała się deszczowa, ale na szczęście nie burzowa. Namiot jest mokry, ale nie mamy wyjścia, trzeba go zwinąć w takim stanie w jakim jest. Nie ma czasu czekać aż podeschnie. Jemy śniadanie, potem poranna toaleta i ruszamy dalej w drogę na północ. O 13:30 mamy prom z Tallina do Helsinek, więc minimum godzinę wcześniej musimy być już w porcie. A to niemal 2 godziny jazdy, nie wiemy czy w ogóle pozostanie czas na spacer po mieście. W sumie nie ma jakiegoś obowiązku, po tallińskiej starówce już spacerowaliśmy dwa lata temu. Tankujemy jeszcze w pobliżu naszego hotelu. Trasa jest równie malownicza jak jej łotewski odcinek za Rygą - wspaniałe sosnowe lasy. Mijamy Parnawę, potem coraz więcej obszarów rolniczych. Naszą wesołość budzi nazwa miasteczka - Uulu. Od razu na poczekaniu wymyślamy dowcip. Gdzie mieszkają pszczoły? W Uulu ;) Czasem zdarza się taka głupawka, ale to pozwala na urozmaicenie dość monotonnej jazdy. Docieramy wreszcie do drogi ekspresowej, która doprowadza nas do Tallina. Estońska stolica jest bardzo ładna, jej przedmieścia są silnie zadrzewione i dodaje jej to uroku. Przecinamy centrum miasta i gdy do portu zostało dosłownie 500 m okazuje się że... droga jest totalnie rozkopana i nie ma przejazdu. Na szybko coś kombinuję, zawracam i próbuję objechać feralne miejsce od strony tallińskiej starówki. Udaje się, ale strzałki do promowego terminala D prowadzą gdzieś dalej na wschód. Cały terminal też jest w przebudowie, więc już nawet nie patrzę na mapę w telefonie, tylko grzecznie jadę tak jak pokazują tabliczki. Wreszcie docieramy do bramek, które są zupełnie z innej strony nabrzeża niż były dotychczas. Odprawa idzie błyskawicznie, dostajemy karty pokładowe i ustawiamy się w kolejce na wielkim placu. Pozostała godzina do odejścia promu. Nie byłoby więc nawet czasu na jakiekolwiek zwiedzanie.

Prom którym płyniemy to SS Megastar. Najnowszy nabytek lini Tallink. Dotąd płynąłem na pokładzie promów Star i Superstar. Megastar sądząc z nazwy musi więc być jeszcze większy i nowocześniejszy. Prom pojawia się wkrótce w porcie, wyjeżdża z niego kilkaset samochodów, które całkowicie korkują wyjazd z portu. Potem zapalają się zielone światła i ruszamy stronę otwartych drzwi na dziobie. Dolny pokład zajmują ciężarówki i autokary, samochody osobowe wjeżdżają po rampie na górny. Parkujemy zgodnie ze wskazaniami załogi, zabieramy plecaki z podręcznymi rzeczami i aparatami i ruszamy na pokład pasażerski. Jak każdy tego typu prom, nasz statek jest wyposażony we wszelkie wygody. Są tu restauracje, sklepy bezcłowe, jest sala gdzie gra orkiestra, kasyno, pokłady widokowe itp. Na promie mamy spędzić 2 godziny, więc niezbyt długo. Postanawiamy od razu udać się na otwarty pokład na rufie. Pogoda jest bardzo dobra, więc przyjemnie będzie posiedzieć na zewnątrz. Zajmujemy jakieś krzesełka. Naszą uwagę przykuwa kilka mew, które są ewidentnie przyzwyczajone do ludzkiej obecności. Chodzą po pokładzie i wręcz żebrzą o jedzenie. Wyciągamy chleb i najpierw rzucamy im kawałki, które łapczywie połykają. Później jedzą nam po prostu z ręki. Ludzie wokół... zaczynają nam robić zdjęcia! Daję kromkę chleba jakiejś kobiecie o azjatyckich rysach i zachęcam ją by sama spróbowała. Mewy są tak natarczywe, że potrafią dość mocno dziobnąć w rękę, ale pani jest zachwycona. W końcu stwierdzam że dosyć tej rozpusty, ale ptaszyska uporczywie wpatrują się w nas przez cały niemal rejs!

Tallin szybko zostaje za rufą i niknie na horyzoncie. Przez jakiś czas znajdujemy się na pełnym morzu, ale potem pokazuje się fińskie wybrzeże i Helsinki. Jesteśmy już coraz bliżej. Robimy nieco zdjęć i w końcu ruszamy pod pokład, do naszego samochodu. Z promu wyjeżdżamy względnie szybko, ale to co później dzieje się w Helsinkach dosłownie przechodzi ludzkie wyobrażenie. Stajemy w ogromnym korku. Skrzyżowanie i wjazd na obwodnicę miasta są w przebudowie, są tu jakieś zwężenia i bezsensownie ustawione światła. Pojawiają się patowe sytuacje - jedni nie mogą zjechać ze skrzyżowania, bo nie pozwalają na to światła, więc blokują innych, a ci z kolei blokują tych pierwszych. Światła zmieniają się po kilka razy i nikt nie jest w stanie wyjechać! Nie rusza się ani jeden pojazd. Oczywiście nie ma żadnej policji, która by pokierowała ruchem. Ktoś jednak nie wytrzymuje, przejeżdża na czerwonym i w końcu powoli przesuwamy się do przodu. Zanim wjeżdżamy na obwodnicę, mija jednak... półtorej godziny. Niemal tyle ile płynęliśmy przez Zatokę Fińską. Dla mnie totalna paranoja, by wyjazd z promu był tak zdezorganizowany. A wyjeżdżaliśmy gdzieś na początku, ci co są za nami jeszcze długo poczekają.

W końcu wjeżdżamy na obwodnicę. Uff!!! Wreszcie jedziemy, choć i tu są jakieś remonty i lokalne korki. Mijamy jednak Helsinki i zjeżdżamy na autostradę nr 4, w stronę Lahti. Znam ją, jechałem nią już kilka razy. Jest ładna, prowadzi przez rolnicze, a potem leśne tereny. Cała Finlandia ma wyraźnie polodowcową rzeźbę. Wszędzie jest pełno skał i skalistych pagórków. Aby przeprowadzić drogi trzeba było niwelować teren i wysadzać skały, co dobrze widać z autostrady - w skałach na poboczu są ślady wierceń i miejsc gdzie zakładano ładunki. Mijamy wreszcie Lahti. Powoli zaczynam planować jakiś nocleg. Jest znany mi kemping w Heinoli, ale wolę dojechać nieco dalej. Za Heinolą autostrada się kończy, a w lewo odbija droga na Jyväskylä i Oulu. To najkrótsza trasa na północ, ale w tym roku plan jest nieco inny. Chcemy dotrzeć na wschód kraju, do Karelii. Jest tam wspaniałe i ogromne jezioro Pielinen, które można podziwiać ze szczytów okolicznych wzgórz. To wydłuża naszą trasę, ale uznajemy że warto. Do najbliższego miasta, Mikkeli, zostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Według nawigacji jest tu kemping, oddalony jakieś 20 km na północ od głównej drogi. Trzeba zjechać na drogi lokalne. Tu ruch jest absolutnie zerowy. Co i rusz widać zza ściany lasu taflę jeziora. To środek Pojezierza Fińskiego, nie ma się co dziwić. Gdy do wskazanego celu został niespełna kilometr, muszę skręcić w leśną szutrówkę. Martwi mnie nieco fakt, że nie ma żadnych tabliczek mówiących o kempingu. Jednak... jest! Całkiem spory, zastawiony przyczepami. Idziemy na recepcję, ale tu niespodzianka. Okazuje się, że można tu przyjechać kamperem lub z przyczepą, ale nie można rozbić namiotu! To znaczy można, pod warunkiem, że przypłynie się łodzią lub przyjedzie rowerem. Trochę to dla mnie dziwne i niezrozumiałe, no ale nie mam zamiaru się kłócić. Chłopak z recepcji mówi nam, ze w Mikkeli, 30 km stąd jest duży i ładny kemping i z pewnością będzie jeszcze czynny. Jest prawie godzina 20, a moje doświadczenie mówi mi, że z obecnością obsługi na recepcjach o tej godzinie bywa różnie.

Do Mikkeli prowadzi lokalna, ale bardzo dobra droga przez pagórkowate leśne tereny. Czas mija szybko, szczególnie że nie jadę jakoś wolno. Martwię się, czy kemping będzie jeszcze czynny. Okazuje się jednak że jest, na recepcji jest obsługa. Meldujemy się, dostajemy zawieszkę na lusterko w samochodzie. Rozbijamy się, na szczęście pogoda jest ładna, więc mokry namiot ma okazję nieco przeschnąć. Jemy kolację korzystając z kempingowej kuchni. Niedaleko nas rozbijają namiot Polacy - rodzina z Gliwic. Są już od wielu dni w podróży, wcześniej byli w Norwegii, teraz jadą już do Polski. Na kempingu są miejsca do grillowania i jest zapas drewna. Rąbię kilka brzozowych pieńków na szczapki. Przygotowuję korę. I co? I nic! Drewno jest dosłownie niepalne! Jest co ciekawe suche, rąbie się bardzo łatwo. Ale po prostu nie utrzymuje płomienia. Zapala się i ogień niemal natychmiast gaśnie. Z czymś takim się jeszcze nie spotkałem i dosłownie wprawia mnie to w osłupienie. Rozpaliłem w życiu setki ognisk, ale coś takiego widzę po raz pierwszy. W całej okolicy nie ma innego drewna niż ta nieszczęsna brzoza. Rozpalenie ognia wydaje się wręcz sprawą honoru, ale w końcu odpuszczam. Pierwszy raz poległem na takiej próbie i co gorsza nie umiem tego zjawiska wytłumaczyć. Nie raz rozpalałem ogień i mokrym drewnem, a tu suche i się w ogóle nie pali! Coś niesamowitego. Pijemy jeszcze piwko nad jeziorem, oglądamy wschodzący Księżyc i meteory z roju Perseidów. Pora jednak iść spać. Jutro czeka nas znów długi odcinek.


14 sierpnia

Rano znów jest mokro, w nocy nieco padało. Po raz kolejny zwijam mokry namiot, mogę go co najwyżej otrzepać z większych kropel, ale jest i tak wilgotny. Jest tu też wyraźnie chłodniej niż w Estonii, zaledwie kilka stopni powyżej zera. Co prawda jest wcześnie rano, za kilka godzin zrobi się cieplej. No ale za kilka godzin będziemy już w zupełnie innym miejscu. Pakujemy się i ruszamy w dalszą drogę. W Mikkeli chcę zatankować, ale o dziwo automat na stacji nie akceptuje mojej karty. Nie ma dramatu, w baku jest jeszcze trochę paliwa. Po kilkunastu kilometrach jazdy docieramy do stacji, gdzie już bez problemów tankuję do pełna. Droga jest wręcz książkowo fińska - piękny i gesty las, co i rusz jakieś jezioro i zupełny brak cywilizacji. Naszą ogólną wesołość wzbudza billboard przy drodze, przedstawiający jakiegoś człowieka i wielki napis kurvaa. Nie wiemy co to oznacza w języku fińskim, ale wygląda to zabawnie. Jeszcze trochę jazdy na wschód przez pojezierze fińskie i wjeżdżamy do miasta Varkaus. Miasto jest niewielkie, ale i tak jest tu ograniczenie do 40 km/h. Obok jest jakaś fabryka lub duży tartak - sterczą tu dwa wysokie kominy, w charakterystycznym skandynawskim stylu - mają coś w rodzaju wzmocnienia, które spiralnie go oplata, taki komin wygląda jak wielkie wiertło. Mijamy fabrykę i znów wjeżdżamy w las. Las jest dominującym elementem krajobrazu, nawet bardziej niż jeziora. Właściwie cały czas jedzie się tu lasami.

Drogą nr 23 kierujemy się do Joensuu. To jak na fińskie warunki całkiem spore miasto, coś w rodzaju stolicy Karelii Północnej. Są tu bunkry i linie okopów z czasów Wojny Zimowej, ale nie zatrzymujemy się przy nich, nie ma na to czasu. Kierujemy się teraz na północ, drogą nr 6. To główna droga wschodniej części kraju, stoją nawet przy niej tabliczki z nazwą Via Karelia. Tu kończą się też wszechobecne fotoradary, ale też i ruch maleje niemal do zera. Monotonia lasu i pustkowi daje mi się we znaki, zaczyna mnie nieco męczyć senność, którą na szczęście udaje mi się odpędzić. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i dotrzemy do miejscowości Koli, gdzie czeka nas atrakcja, którą chcemy zobaczyć. Wreszcie skręcamy w lokalną, boczną drogę i po kilku dalszych kilometrach docieramy do morenowych wzgórz. Szosa wspina się mniej więcej do połowy ich wysokości, gdzie jest sporych rozmiarów parking. Zostawiamy samochód i ruszamy pod górę stromymi schodkami. Jest tu też coś w rodzaju kolejki górskiej, ale to chyba dla osób niepełnosprawnych, bo schodami jest co najwyżej kilka minut podejścia. Mimo to, po tych kilku minutach czujemy że wreszcie się ruszyliśmy po wielu godzinach siedzenia. Od razu robi się nam lepiej, taki wysiłek bywa pobudzający i zbawienny. Docieramy na wyżej położony parking przed małym hotelem i kolejnymi schodkami i ścieżką na szczyt Ukko-Koli.

Z wygładzonego przez lodowiec skalistego wierzchołka roztacza się niesamowita panorama południowej części jeziora Pielinen. To jedno z największych fińskich jezior, ma powierzchnię 8 razy większą niż nasze Śniardwy. Jezioro ma ponad 100 km długości i kilkadziesiąt szerokości, więc nawet mimo tego, że znajdujemy się dobre 200 metrów wyżej, to nie widzimy nawet jego połowy. Widzimy za to ogromną ilość wysp i wysepek, tworzących miejscami istny labirynt. Ukko-Koli to popularny punkt widokowy, ale na szczęście nie ma zbyt wielu turystów i możemy w spokoju zrobić nieco zdjęć. Zimą w Parku Narodowym Koli jest dużo tras narciarskich, które obecnie są szlakami pieszymi. Nie mamy jednak w planach żadnych dłuższych spacerów, zależało nam głównie na samym widoku na jezioro. Choć utrzymuje się nad nim pewna warstwa chmur i mgły, to nie możemy narzekać, bo widok jest bardzo rozległy. W pewnym momencie stawiam nogę na wydawałoby się suchej skale i momentalnie but mi wyjeżdża a ja ląduję na kamieniach. Na szczęście kończy się na stłuczonym łokciu.

Zdjęcia: Ukko-Koli, Karelia Północna, Jezioro Pielinen, FINLANDIA
Ukko-Koli, Karelia Północna, Jezioro Pielinen, FINLANDIA



Wracamy do samochodu i ruszamy w dalszą drogę. Planowałem dotarcie dość daleko na północ kraju i w sumie optymalnie byłoby jechać nadal drogą nr 6, do Kuusamo. Jednak reszta ekipy nigdy nie była w Rovaniemi, w wiosce św. Mikołaja. Miejsce może i komercyjne, ale bardzo ciekawe i grzech tam nie zajrzeć, skoro już i tak będziemy w pobliżu. Modyfikuję więc nieco trasę, ustawiam nawigację na Rovaniemi. Gdy mijamy miasto Kajaani, zjeżdżamy na drogę nr 78, która wiedzie prosto do stolicy Laponii. To jednak ponad 300 km jazdy, tyle co z Warszawy do Trójmiasta, a my jesteśmy już po wielu godzinach spędzonych w samochodzie. Uznaję, że Rovaniemi będzie dobrym miejscem na nocleg, bo jest tam kilka kempingów. A z samego rana możemy odwiedzić Mikołaja.

Trasa okazuje się jeszcze bardziej pusta niż Via Karelia. Tu po prostu nic nie jeździ, zdarza się że nic nie mijamy przez dobre 20 minut. Nie ma tu też w zasadzie zabudowań, tylko niewiarygodnie wielkie obszary tajgi. Pogoda zaczyna się psuć, mijamy kilka deszczowych frontów. Każdy taki opad jest na szczęście dość lokalny, bo po jego przejechaniu znów pokazuje się słońce. Martwię się jednak co będzie na kempingu, bo na horyzoncie znów ukazują się czarne chmury. No ale w sumie to i tak nie mam żadnego wpływu na pogodę. W jakiejś maleńkiej miejscowości zatrzymujemy się i kupujemy w sklepie trochę skandynawskich cukierków na wagę. Bardzo je lubimy i są dosłownie punktem obowiązkowym każdego takiego wyjazdu. Na drodze zaczynają pojawiać się renifery. To niemal wizytówka Laponii, zwierzęta bardzo ładne i ciekawe, choć praktycznie wszystkie hodowlane. Biegają jednak zupełnie luzem, często po prostu stają na środku drogi i niezbyt chętnie z niej schodzą. Trzeba na nie uważać, szczególnie gdy wyjeżdża się zza jakiejś górki. Czasem trzeba użyć klaksonu, by renifer raczył nas puścić ;) Odległość do Rovaniemi maleje powoli, czas strasznie się ciągnie. W końcu jest poniżej 100 km, jeszcze dobra godzina jazdy. Jest już wieczór, na miejscu będziemy po 20. W końcu docieramy do celu podroży. Kierując się wskazaniami nawigacji dojeżdżam na miejski kemping. Jest całkiem duży i ma całkiem dobry standard. Pada jednak deszcz, więc chwilę wstrzymuję się z rozbiciem namiotu. W końcu pogoda się poprawia, szybko rozstawiam nasz dom i układam maty i śpiwory. Może teraz namiot choć trochę przeschnie?

Jemy jakąś kolację w kempingowej kuchni, dziś są to klopsy ze słoika z makaronem. Nie jest to może danie królewskie, ale można się napchać. Wypijamy ostatnie piwka przywiezione z Polski. Wieczór jest bardzo ładny, na północy słońce podświetla od dołu ciemne chmury. Jest sierpień, więc mimo że miasto leży na lini koła podbiegunowego, to słońce na krótko, ale zachodzi. W nocy jest jednak zupełnie jasno, tak jak w czasie zmierzchu. Sen morzy nas szybko, dzień był dość męczący.


14 sierpnia

Noc już niemal tradycyjnie okazuje się deszczowa. Znów muszę zwijać wilgotny namiot, na szczęście rano już nie pada. Zjadamy jakieś szybkie śniadanie i pakujemy się do samochodu. Jest znów zimno, dosłownie kilka stopni powyżej zera. W sumie do jazdy temperatura jest optymalna. Jedziemy kilka kilometrów na północ od miasta, gdzie znajduje się Napapirii - wioska świętego Mikołaja. Jest to bardzo komercyjne miejsce i później będą tu tłumy turystów. Teraz jednak jesteśmy zupełnie sami. Fotografujemy się na lini wyznaczającej przebieg północnego koła podbiegunowego. Czekamy kilka minut, aż otworzą pocztę. Wysyłamy kartki do Polski - można je wrzucić do skrzynki normalnej, albo takiej, z której kartki dotrą dopiero na święta. Wizyta u Mikołaja jest możliwa od 10, nie mamy zamiaru tyle czekać, szczególnie że i tak nikt nie chce płacić grubych pieniędzy za zdjęcie z Mikołajem. Tankujemy jeszcze do pełna na pobliskiej stacji i ruszamy na północ. Ruch na drodze E75 jest dość duży, to w końcu główna droga w Laponii i droga w kierunku Nordkappu. Po kilkunastu kilometrach jazdy jednak ruch się zmniejsza i choć nie jest aż tak pusto jak wczoraj, to jedzie się bardzo przyjemnie. W pewnym momencie droga mocno się rozszerza - to drogowy odcinek lotniskowy, których w Finlandii jest całkiem dużo. Znów mijamy sporo reniferów. Po dobrej godzinie jazdy docieramy do Sodankyla. To niezbyt wielkie miasteczko, jednak są tu dość duże sklepy. Kupujemy znów nieco słodyczy, te kupione wczoraj już zdążyły zniknąć ;)

Dalsza jazda na północ to znów ogromne i puste leśne przestrzenie. Las jest tu już wyraźnie rzadszy i niższy, tereny są bardziej podmokłe. Mijamy spore jeziora, w bok przez bagna wiodą turystyczne ścieżki ułożone z desek, po których można przejść względnie suchą stopą. My docieramy w końcu do czegoś w rodzaju niewielkiego pasma górskiego. Góry to może za dużo powiedziane, to raczej takie większe wzgórza. Jest tu jednak Saariselka - znany ośrodek narciarski. Im droga wspina się wyżej, tym gęstsza mgła. Momentami widoczność sięga zaledwie kilkunastu metrów, więc jadę wolniej, by w tych warunkach nie zderzyć się z jakimś reniferem. Po drugiej stronie wzgórz, gdy teren się obniża wyjeżdżamy jednak poniżej poziomu chmur i znów można pojechać szybciej.

Docieramy w końcu do Ivalo. To małe miasteczko na dalekiej północy Finlandii. Co ciekawe, jest tu nawet lotnisko. Jak głosi informacja na drogowskazie - do rosyjskiego Murmańska jest stąd 303 km. Robimy małe zakupy, bo dalej na północy może być już z tym problem. Tankujemy do pełna. Idziemy też do pobliskiego sklepu z lapońskimi pamiątkami i kupujemy jakieś magnesy na lodówkę. Pora jechać dalej. Za Ivalo ruch znów maleje niemal do zera, docieramy wkrótce nad jezioro Inari. To jeszcze większy zbiornik wodny niż oglądane wczoraj Pielinen, a położenie na dalekiej północy sprawia, że bywa pokryte lodem do maja i czerwca. Jezioro otaczają lesiste wzgórza, jego brzegi są skaliste i kamienne, a na samym jeziorze są setki skalistych wysp. Woda jest krystalicznie czysta. Niestety aktualnie jest duże zamglenie i traci ono nieco ze swojego syberyjskiego uroku. Robimy jednak trochę zdjęć w kilku miejscach. Oczywiście stąd widać jakiś maleńki skrawek akwenu, który ciągnie się na wschód i północ.

Zdjęcia: Inari, Laponia, Jezioro Inari, FINLANDIA
Inari, Laponia, Jezioro Inari, FINLANDIA



Mijamy maleńką miejscowość Inari. Co ciekawe, mimo że to naprawdę daleka północ, tu znów są dość wysokie lasy, złożone głównie z drzew iglastych. Za osadą odbija w prawo lokalna, ale dość dobra droga, którą wzdłuż brzegów jeziora Inari można po dobrych 150 km jazdy dotrzeć do wschodniego krańca Norwegii do Kirkenes. Rozważałem ten wariant, ale jednak pojedziemy dalej na północ drogą E75. Dalej w lewo odbija droga w stronę Nordkappu i gdy mijamy to skrzyżowanie to i tak mały ruch totalnie zamiera. Jesteśmy zupełnie sami. Przecinamy dość wysokie wzgórza, las się tu kończy. Pozostały tylko kępy niewielkich, powykręcanych, karłowatych brzóz. To obszar tzw. lasotundry - przejściowy pomiędzy tajgą i tundrą. Dość płytko pod ziemią znajduje się tu wieczna zmarzlina i cały obszar jest podmokły i bagnisty. Nie mija nas żaden samochód, wrażenie jest aż nierealne. Nie ma tu też żadnych zabudowań w zasięgu wzroku. W pewnym momencie zatrzymuję się rozbawiony tabliczką z jakąś niesamowicie długą i skomplikowaną nazwą. Nie wiemy zupełnie co ona oznacza, ale jest ciekawa sama w sobie. W ogóle w obszarze Laponii występują tabliczki z nazwami w dwóch lub nawet trzech językach - fińskim, lapońskim i norweskim. Ta dziwaczna jest tylko w jednym języku, ciężko zresztą stwierdzić w jakim, bo nie mówi absolutnie nic.

Docieramy wreszcie do maleńkiej miejscowości Utsjoki. To koniec Finlandii, zdaje się że najdalej wysunięta na północ fińska osada. Przecinamy granice norweską i... od razu zaczyna się o wiele gorsza i o wiele bardziej dziurawa droga. Norweskie drogi są chyba najgorsze w całej Skandynawii, przekonałem się o tym już wielokrotnie. Ta jest dziurawa, są odcinki w ogóle pozbawione asfaltu na kilku metrach. Jedziemy nią na wschód, w stronę półwyspu Varanger. Mapa mówi jednak, że sieć jakichkolwiek dróg jest na nim bardzo uboga i zasadniczo nie można go objechać, a tylko dojechać do konkretnych punktów i wracać tak samo jak się przyjechało. Zastanawiamy się czy warto. Varanger jest miejscem ciekawym, środek półwyspu to park narodowy. Ale trudno zaprojektować sensowną trasę. Uznajemy w końcu, że dojedziemy do miejscowości Tanabru (dosłownie oznacza to most na rzece Tana) i ruszymy na północ drogą nr 98. Pozwoli nam ona objechać fiordy nad Morzem Barentsa i zawrócić w stronę Nordkappu. Można nawet pojechać jeszcze dalej na północ, w stronę przylądka Nordkinn. Jest on najdalej na północ wysuniętym fragmentem stałego lądu Europy (bo Nordkapp leży na wyspie), jednak sam przylądek nie jest dostępny samochodem i wymaga kilku godzin marszu aby go osiągnąć. Nordkinn pozostawię sobie na inną okazję, po prostu objedziemy fiordy i wrócimy na zachód, do Lakselv.

Zgodnie z opracowanym planem docieramy do Tanabru. Tu tankujemy, co ciekawe spotykamy Polaka, który tu pracuje i pyta czy w czymś może nam pomóc :) My jednak tylko chwilę odpoczywamy i ruszamy na północ jeszcze bardziej zniszczoną drogą. Jest tu nieco zabudowań, co i rusz jest jakaś wioska. A przecież to 70 równoleżnik, naprawdę koniec świata. Mimo to mieszka tu sporo ludzi. Droga skręca na zachód i wkrótce wjeżdża w dość górzysty teren. Po niezbyt długiej jeździe docieramy nad wody Tanafjordu. Sama wąska zatoka skierowana jest na północ, ku Morzu Barentsa. Jest tu jakiś mały port rybacki i kilka domostw. Brzegi porasta tundrowa roślinność, brak tu drzew. Robimy kilka zdjęć, bo miejsce jest bardzo klimatyczne.

Zdjęcia: Tanafjorden, Finnmark, Tanafjorden, NORWEGIA
Tanafjorden, Finnmark, Tanafjorden, NORWEGIA



Dalej o dziwo dziurawy asfalt się kończy i zaczyna się nowa, równiutka i bardzo porządna droga. Zaczynają się też górskie serpentyny. Ruch tu w zasadzie nie istnieje, mijamy jakiś samochód raz na kilka minut, co i tak jest częstsze niż na północnym skraju Finlandii. Tu nie ma już żadnej roślinności poza trawą. W pewnym momencie zatrzymujemy się przy... wielkim stadzie psów. To jakaś hodowla, są to prawdopodobnie psy pociągowe i właśnie przyjechali ich właściciele i je karmią. Wszystkie jazgoczą i szczekają, wygląda to komicznie, ale razem robią straszny hałas. Jeden nawet biegnie w naszą stronę, ale mija nas zupełnie obojętnie, zatacza pętlę i wraca do stada. Nie widziałem dotąd takiej hodowli. Nieco dalej znów przystanek, a właściwie zwolnienie na zdjęcia robione z samochodu - po prawej widać ogromne, liczące kilkaset sztuk stado reniferów.

Dalsza droga prowadzi przez góry, by z powrotem zjechać w maleńkiej wiosce o nazwie Ifjord nad kolejną wąską zatokę - Laksefjord. Tu jest nawet jakaś tabliczka informująca o całej gminie Nordkynn. Stąd można pojechać dalej na północ, właśnie w stronę Nordkinnu, ale my ruszamy na zachód. Czeka nas kilkadziesiąt kilometrów przez pusty, skalisty płaskowyż. robimy nieco zdjęć w czasie jazdy, ale w sumie nie ma tu nic bardzo spektakularnego poza... jakimś głęboko wciętym kanionem. Widać go ładnie po lewej stronie. Nie ma jednak gdzie tu się zatrzymać. Stwierdzam, że zaraz dotrzemy do niego z drugiej strony. Rzeczywiście, jest tu nawet tabliczka Silfar Canyon. Parkujemy, ale po kilkuset metrach marszu nadal nie widać nawet początku kanionu, więc rezygnujemy. Diabli wiedzą jak daleko trzeba by iść by do niego dotrzeć. A my w sumie chcieliśmy tylko zrobić mu zdjęcie, a nie wchodzić do środka.

Ruszamy dalej na zachód, nad wody największego z północnych fiordów, czyli Porsangerjordu. Tu pogoda się psuje, niebo zaciągają niskie chmury i zaczyna dość mocno padać. Tu znów jest nieco wiosek i zabudowań, mija nas nawet jakiś TIR. Kierujemy się na Lakselv, największą miejscowość w okolicy, gdzie jest nawet lotnisko i gdzie dojedziemy do drogi E6, która prowadzi w stronę Nordkappu i którą poruszają się wszyscy odwiedzający przylądek. Wynajduję w Lakselv jakiś kemping, ustawiam go w nawigacji i pokonujemy w deszczu ostatnie kilometry. Trochę martwi mnie ta pogoda, bo nic przyjemnego biwakować w takich warunkach. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę i mimo deszczu wychodzę i robię kilka zdjęć... plaży. No dobrze, czegoś co wygląda jak plaża, bo pewnie nikt na niej nigdy się nie opala.

Docieramy w końcu do Lakselv, jednak kemping... nie istnieje, to podwórko jakiegoś domu. Ustawiam inny - niby coś jest, ale wygląda to strasznie słabo, więc postanawiam po prostu podjechać do centrum osady i tam dowiedzieć się czegoś na stacji benzynowej. Okazuje się, że tu nie ma żadnego kempingu. Jest jeden, ale 25 km stąd, musimy kawałek wrócić na południe, w stronę Finlandii. No cóż, trzeba to trzeba. Zauważam jednak, że jest tu też drogowskaz na jakiś hostel i hytty. Jedziemy tam kilka kilometrów szutrową drogą. Hostel rzeczywiście jest, hytty są, ale nie ma żywego ducha. Jest za to kartka z telefonem. Gdy dzwonię, to pani po drugiej stronie informuje mnie, że wszystkie hytty są już zajęte. No cóż, trzeba będzie jednak spać w tym deszczu w namiocie. Wracamy do głównej drogi i jedziemy w stronę wskazanego wcześniej kempingu. Mijamy jakąś bazę norweskiej armii - za siatką są koszarowe budynki, masa pojazdów, pilnują tego wszystkiego uzbrojeni wartownicy. Jeszcze kilka kilometrów i docieramy na kemping.

Okazuje się że tu deszcz już nie pada, choć i tak jest dość mokro. Na recepcji nie ma jednak nikogo, znów tylko kartka z telefonem. Pani po drugiej stronie podaje cenę hytty, ale jest wysoka - 750 koron, decydujemy się na namiot. Pani prosi by poczekać, bo będzie za kilka minut. Rzeczywiście trwa to trochę, ale w końcu pojawia się i meldujemy się i płacimy. Rozbijam namiot, może na wietrze nieco przeschnie. W międzyczasie jemy kolację w kempingowej kuchni. Jest tu dosłownie kilka osób, jednak jako jedyni śpimy w namiocie. Ludzie zajmujący hytty patrzą na nas z pewnym zdziwieniem. Jesteśmy jeszcze dalej na północy niż wczoraj, więc tu oczywiście też nie zapada ciemność, choć przez to, że nad nami jest gruba warstwa chmur, to światła jest niewiele. Na szczęście cały deszcz został nad morzem, tutaj noc zapowiada się względnie sucho.


15 sierpnia

Rano namiot jest wreszcie suchy! W nocy nie padało, choć oczywiście niska temperatura sprawia, że osadziło się na nim trochę rosy. Szybkie śniadanie, prysznic i ruszamy w dalszą drogę. Wracamy do Lakselv, ta samą drogą którą wczoraj to dotarliśmy, czyli E6. Dziś pogoda jest o wiele lepsza, liczę na to że się nie zepsuje, że będziemy mieć ciekawe widoki na Nordkappie. W Lakselv tankujemy do pełna. Na północy stacje są rzadko rozmieszczone, lepiej nie dopuszczać do jazdy na rezerwie. Są co prawda jakieś takie lokalne automaty, złożone najczęściej z jednego dystrybutora, ale mam obawy, że one zaakceptują moją kartę. Lepiej po prostu mieć pełen bak. Gdy byłem w tej okolicy trzy lata temu, to wiozłem ze sobą 10-litrowy kanister, ale okazało się to niepotrzebne.

Dalsza droga wiedzie wzdłuż malowniczych wybrzeży Porsangerfjordu. To jeden z największych, o ile nie największy fiord północnej Norwegii. Na Nordkapp jest 190 km jazdy, więc całkiem spory kawałek, szczególnie, że tu co chwila można się zatrzymywać na zdjęcia.

Zdjęcia: Porsangerfjoreden, Finnmark, Porsanegerfjorden, NORWEGIA
Porsangerfjoreden, Finnmark, Porsanegerfjorden, NORWEGIA



Już kilka kilometrów za Lakselv stajemy na małym parkingu. Obok nas jest kilkanaście reniferów, które nie uciekają, pozwalają z pewnej odległości robić sobie wręcz portretowe zdjęcia. Teraz zresztą renifery pojawiają się co i rusz. Pojawiają się też owce, które nie tylko spacerują drogą, ale nawet... potrafią na niej leżeć i dosłownie wylegiwać się. Dopiero dźwięk klaksonu powoduje, że łaskawie schodzą na bok. Droga jest bardzo malownicza, zdjęcia surowych krajobrazów robimy co chwila. Nie można jednak co chwila się zatrzymywać, bo w ten sposób nigdzie nie dojedziemy. Droga objeżdża dwie duże boczne zatoki, mijamy miejscowość Olderfjord. Tu droga E6 skręca w lewo, w stronę Alty. Na północ prowadzi droga E67. Krajobraz staje się teraz jeszcze bardziej surowy, znikają nawet krzewy. Wokoło rozciąga się tylko trawiasta tundra. Robimy kilka zdjęć w miejscu, gdzie wybrzeże fiordu tworzy pionową ścianę, którą droga przebija długim tunelem.

Zdjęcia: Porsangerfjoreden, Finnmark, Norweski renifer, NORWEGIA
Porsangerfjoreden, Finnmark, Norweski renifer, NORWEGIA



Dalej wrażenie końca świata jest jeszcze silniejsze. Na horyzoncie ukazują się skaliste góry wyspy Mageroya. Jeszcze kilka kilometrów, jeszcze kilka miniętych reniferów i docieramy do tunelu, który pod dnem cieśniny pozwala wjechać na wyspę. Tunel ma 7 km długości, ale zjeżdża 212 m poniżej poziomu morza. Oznacza to, że najpierw jedziemy 3 km stromo w dół, potem około kilometra płasko i kolejne 3 km jeszcze stromiej pod górę. W tunelu ciężko określić dokładnie nachylenie terenu, bo nie ma punktów odniesienia. Ale czuję jak silnik ciężko pracuje i że nie mogę się nijak rozpędzić, podjazd musi być więc naprawdę stromy. Wyjeżdżamy na skalistym pustkowiu wyspy Mageroya i po chwili przejeżdżamy kolejnym, ponad 4-kilometrowym tunelem. Za nim jest miasteczko Honningsvag, ale postanawiamy je odwiedzić w drodze powrotnej. Teraz kierujemy się na Nordkapp, na który zostało ok. 30 km jazdy. Tuż za miasteczkiem drogę przebiega nam stado reniferów z naprawdę imponującymi porożami. Ciekawie to wygląda. Droga zaczyna piąć się stromo w górę. Z poziomu morza musimy wjechać na ponad 300 m n.p.m. na rozległy płaskowyż. Mijamy liczne serpentyny, trzeba tu uważać podwójnie, bo ruch jest dość duży i to nie tylko samochodowy, ale są też rowerzyści i motocykliści. W końcu jesteśmy na płaskowyżu. Zatrzymujemy się na małym parkingu. Widać tu północne fiordy i widać już w oddali sam Nordkapp. Jeszcze kilka chwil jazdy i docieramy do szlabanów. Gdy byłem tu poprzednim razem było po południu, a ja chciałem zostać na całą noc. Dziś chcemy być tu góra 2 godziny, ale i tak bilet wjazdu w dość bandyckiej cenie jest ważny 24 godziny i krócej (czyli taniej) się nie da. Trudno, co robić. Zostawiamy samochód na sporym parkingu, ubieramy się cieplej. Wieje mocno i na zewnątrz jest 6 stopni, mimo że nie ma specjalnych chmur i przenika słońce.

Obchodzimy całą okolicę. Najpierw idziemy na zachód, skąd widać Knivskjellodden. To sąsiedni przylądek, najdalej na północ wysunięty fragment wyspy. Nordkapp nie jest najdalej na północ wysuniętym punktem lądowej Europy, bo leży na wyspie. Miejscem tym jest Nordkinn, który zresztą widać hen daleko, po wschodniej stronie. Na samej wyspie Mageroya najdalej na północ wysuniętym punktem też nie jest Nordkapp, tylko właśnie pobliski Knivskjellodden. Nordkapp jest jednak osiągalny drogą asfaltową i jest bardzo widokowy, co sprawia że jest tłumnie odwiedzany, w przeciwieństwie do dwóch innych punktów naj. Gdyby uznawać jednak lokalizacje na wyspach to znacznie dalej na północ są wysunięte archipelagi Svalbardu i Ziemi Franciszka Józefa - to 1100 km bliżej bieguna niż Nordkapp. Potem kierujemy się pod słynny globus. Stoi na Nordkappie od lat, wszyscy robią sobie z nim zdjęcia, więc nie możemy być gorsi. Względnie wczesna godzina powoduje, że nie ma tu dużo ludzi. Gdy byłem tu poprzednim razem, na początku lipca, to o północy były straszne tłumy - każdy chciał zobaczyć słońce w środku nocy zawieszone nad północnym horyzontem. Teraz jednak mamy połowę sierpnia, już od dwóch tygodni nawet tutaj słońce zachodzi, choć dosłownie na kilka minut, chowając się pod horyzont bardzo płytko i niemal natychmiast później wschodząc. Zjawisko Midnight Sun w sierpniu można obserwować już tylko na Svalbardzie.

Idziemy jeszcze na wschodnią część przylądka, skąd ładnie widać sam Nordkapp i centrum turystyczne. Pogoda jest jak na to miejsce dobra, widać w dole Morze Barentsa i Morze Norweskie, nie ma mgły, choć z dołu raz za razem podnoszą się jakieś chmurki. Mamy szczęście, bo często tu są fatalne warunki i ciężko coś zobaczyć. Wracamy do centrum turystycznego, zwiedzamy je, schodzimy na taras widokowy wykuty w północnej ścianie przylądka. Odwiedzamy dużą multimedialną salę kinową, gdzie w pętli jest puszczany klimatyczny film o porach roku na Nordkappie. Jest tu jeszcze inna sala kinowa, gdzie jest o konkretnych godzinach film o życiu w tych okolicach. Nie chcemy jednak na niego czekać. Jest tu nawet mała, wykuta w skałach kaplica, gdzie można się pomodlić. Powoli kierujemy kroki do samochodu.

Zdjęcia: Nordkapp, Finnmark, Przylądek Północny, NORWEGIA
Nordkapp, Finnmark, Przylądek Północny, NORWEGIA



Ruszamy w drogę powrotną. Przecinamy płaskowyż, zjeżdżamy stromymi serpentynami. Skręcamy w lewo do maleńkiej rybackiej wioski Skarsvag. Zatrzymujemy się w porcie, idziemy na krótki spacer. Obchodzimy zacumowane kutry, maleńką uliczkę. Na falochronie znajdujemy skorupy jeżowców. Robimy kilka zdjęć wąskiego fiordu. Na zboczach okolicznych gór pasą się renifery, a na drewnianych rusztowaniach suszą się ryby. Osada choć malutka to nie jest wymarła, są tu jacyś ludzie i samochody. Naszym kolejnym celem jest Honningsvag. Najpierw jedziemy zobaczyć małe i wciśnięte pomiędzy skały lotnisko. Potem parkujemy przed marketem w centrum miasteczka. Robimy krótki spacer, kilka zdjęć. Potem jeszcze małe zakupy na drogę. Honningsvag jest naprawdę położone na końcu świata, przypomina mi nieco Longyearbyen na Svalbardzie, choć jednak tu warunki są lepsze, a samo miasteczko większe. Wokół jednak ponure, arktyczne góry, podobnie jak i tam. Tu jednak da się dojechać drogą lądową, a poza miasto nie trzeba wychodzić z karabinem. Nie ma tu zasadniczo jednak nic ciekawego, poza samym faktem bycia w tak odległym miejscu i przemyśleniami jak ludzie tu funkcjonują zimą.

Powrót do Olderfjordu to znów niezliczone przystanki na zdjęcia. Znów mijamy wiele reniferów, niektóre udaje się ująć wręcz epicko - z bliska i na tle niesamowitych krajobrazów.

Zdjęcia: Porsangerfjoreden, Finnmark, Norweski renifer, NORWEGIA
Porsangerfjoreden, Finnmark, Norweski renifer, NORWEGIA



W końcu pojawia się nieco roślinności, a my odbijamy w prawo drogą E6 do Alty. Czeka nas dłuższy odcinek jazdy przez pustkowia Finnmarku. Tu jednak ruch samochodów jest już większy, być może powoduje to popołudniowa godzina. Jedzie się bardzo dobrze, droga za mojej poprzedniej wizyty w tych rejonach była w remoncie, teraz jest wręcz wzorowa. W pewnym momencie zmienia się wręcz w dwupasmówkę! Super, jedzie się idealnie. Coś mi jednak zaczyna nie pasować. Patrzę na wysokościomierz w zegarku i pokazuje on poziom morza, czyli widoczna przede mną woda to nie jakieś jezioro, tylko fiord. A pamiętam że jechało się przez płaskowyż i takiego miejsca nie kojarzę. Zatrzymuje się na chwilę i odpalam GPS w telefonie. No tak, jakoś omyłkowo skręciłem na północny zachód i jadę w kierunku miasteczka Hammerfest. Samo w sobie może być ciekawe, nie byłem w nim, ale to spory kawałek i trzeba wrócić tą samą drogą, więc rezygnujemy z tego pomysłu. Wracam dobre 10 km. No tak, był skręt na Altę, nawet oznakowany, jednak jakoś to przegapiłem sugerując się nową drogą. Teraz jedziemy już jak trzeba.

Droga przecina znów jałowe pustkowia, widoki są ładne, choć już dość monotonne. W końcu zaczynamy zjeżdżać w dół, a przed nami ukazują się wody Altafjordu. To już wybrzeże Morza Norweskiego. Zerkam na zegarek - godzina 18, niby można pojechać jeszcze sporo dalej, ale pamiętam, że dalej są duże góry i fiordy i kiepsko tam z kempingami. Poprzednio musiałem obozować na dziko. Za to w samej Alcie z pewnością jest jakiś kemping. Proponuje więc, by zakończyć jazdę na dziś i tu szukać noclegu. Pomysł zostaje przyjęty z aprobatą, wszyscy mamy dość tej jazdy. Przed samą Altą rzeczywiście jest ładny i zadbany kemping, z ciepłą i wygodną kuchnio-jadalnią. Pogoda jest nawet niezła, choć widać, że niedawno padało. Jemy kolację, chwilę odpoczywamy. W kuchni jest duszno i gorąco. W dodatku obok siedzą jacyś Włosi i gotują coś na tyle tłustego i aromatycznego, że ciężko długo tu wytrzymać. Przenosimy się do namiotu, ale sen morzy nas dość szybko. Odpływamy w objęcia Morfeusza.


16 sierpnia

Dziś koleżanka ma urodziny, więc poranek zaczynamy od życzeń i sto lat. Noc okazała się deszczowa, choć aktualnie jest względnie pogodnie. Namiot jednak jest mokry, no ale co robić? Już przywykliśmy. Szybko pakujemy się i ruszamy w dalszą drogę. Przejeżdżamy przez Altę, która jest całkiem rozległym miastem, dosłownie czymś w rodzaju metropolii w tych odludnych rejonach. Jedziemy do marketu, czekamy kilka minut nim wybije godzina 8 i otworzą drzwi. Jesteśmy pierwszymi klientami, kupujemy słodycze i czipsy na drogę. Dalsza droga wspina się w górę, wzdłuż skalistych wybrzeży Altafjordu. Są tu jakieś prehistoryczne rysunki naskalne. Jest tu też muzeum pancernika Tirpitz. Ten niemiecki okręt wojenny został zatopiony w okolicy Tromso przez alianckie bombowce, ale osiadł na dnie w płytkiej wodzie i jeszcze przez całe lata po wojnie Norwegowie pozyskiwali z niego stal i... sprzedawali ją do Niemiec. W okolicach Alty też często bywał, kryjąc się we fiordach i czekając na okazję, by zaatakować alianckie konwoje.

Muzeum pancernika niezbyt nas interesuje, jedziemy po prostu dalej. Najpierw wzdłuż wąskiej odnogi Altafjordu zwanej Langfjorden, gdzie spotykamy całe stadko reniferów. Okoliczne góry toną w chmurach, a droga wspina się coraz wyżej. W końcu wjeżdżam w gęste mleko. Widoczność dosłownie na kilka metrów, mocno zwalniam, bo nie chciałbym w takiej mgle spotkać się z jakimś reniferem. Co ciekawe, gdy mijamy górski grzbiet to mgła znika jak ucięta nożem i znów mamy piękną przejrzystość powietrza. Zjeżdżam nad kolejną zatokę - Kvaengenfjord. Widoki są bardzo ładne, dzikie i surowe. Kolejny podjazd pod górę i kolejny zjazd nad inną cześć fiordu. Droga w tej okolicy jest atrakcją turystyczną samą w sobie, zapewniając niesamowite panoramy. Przed nami ukazują się wysokie, skaliste góry pokryte lodowcami. Aż zatrzymujemy się by zrobić kilka zdjęć. To Alpy Lyngeńskie, lokalne wysokie pasmo górskie, które oferuje doskonałe drogi skiturowe i wspinaczkowe. Po kilku dalszych kilometrach pionowe ściany i skaliste szczyt zbliżają się jak na wyciągnięcie reki. Kolejne przystanki i kolejne sesje zdjęciowe.

Zdjęcia: Lyngenfjord, Troms, Alpy Lyngeńskie, NORWEGIA
Lyngenfjord, Troms, Alpy Lyngeńskie, NORWEGIA



Zdjęcia: Lyngenfjord, Troms, Alpy Lyngeńskie, NORWEGIA
Lyngenfjord, Troms, Alpy Lyngeńskie, NORWEGIA



Pogoda sprzyja, widoki są rewelacyjne. Droga prowadzi teraz na południe wzdłuż Lyngenfjordu. Potem odbija na wschód, bo musi objechać jego boczną zatokę - Kafjord. Tu góry zdają się sięgać nieba, droga wije się wzdłuż wybrzeża otoczona przez strome zbocza. Miejscami nie da się przejechać inaczej, niż wybitymi w skałach tunelami. Po kilkunastu kilometrach wracamy znów nad Lyngenfjord i znów jedziemy na południe. Fiord wreszcie kończy się, przejeżdżamy kawałek pod górę i po chwili docieramy do miasteczka Nordkjosbotn. Tu robimy mały postój, tankujemy do pełna. Odbija tu na północ droga do Tromso. Po kilku kilometrach jazdy zatrzymujemy się w punkcie widokowym i fotografujemy Balsfjord, którego wody otoczone są groźnymi i wysokimi górami.

Jedziemy dalej na południe, oddalając się teraz od wybrzeża. Naszym celem jest miejscowość Olsborg, gdzie w prawo odbija droga nr 854, prowadząca w kierunku wyspy Senja. Nawet są drogowskazy informujące o wyspie jako atrakcji turystycznej. Wyspa jest jednym z miejsc, które koniecznie chcemy zobaczyć w czasie naszej podróży. Jak ustaliliśmy wczoraj, jest wokół niej droga, która pozwala ją objechać i zobaczyć najciekawsze miejsca. Droga 854 okazuje się bardzo dobra i po kilkunastu kilometrach docieramy do Finnsnes. To spore miasto, największe jakie dotąd widzieliśmy w Norwegii. Jest tu zadbane centrum, są nawet jakieś bloki. Jestem zdziwiony, wszak jesteśmy spory kawał za kołem podbiegunowym. Ludzi jest dużo, a ruch samochodowy jest zaskakująco intensywny. Na końcu miasta jest wysoki i długi most prowadzący na wyspę. Ma niemal kilometr długości! Po jego drugiej stronie też jest gęsta zabudowa. Droga tu jest już mniej zadbana, co chwila trafiają się kilkumetrowe odcinki bez asfaltu. Ograniczenia do 60 km/h są nawet poza terenami zabudowanymi. Rozumiem, remontują drogę. Ale po co co chwila zrywać cały asfalt zostawiając szuter i żwir? Nie rozumiem tego podejścia, szczególnie, że nie ma tu prowadzonych żadnych robót. Podejrzewam nawet, że pełnią po prostu rolę garbów zwalniających.

Droga jest nijaka, widoki również. Zaczynamy się irytować. Wyspę we wszystkich opisach wręcz reklamowano jako cud natury, coś porównywalnego z Lofotami. A tu jak na razie jest najbrzydziej z chyba całej wyprawy. Liczę jednak, że gdy wreszcie dotrzemy na wybrzeże po jej drugiej stronie, to coś się zmieni. Docieramy do małego portu, otoczonego stromymi szczytami. Ładnie, ale znowu nie jakoś rewelacyjnie. Tu skręca jeszcze bardziej wąska i zniszczona droga w stronę wysokich gór i tu właśnie są oznaczenia drogi widokowej. To dalszy ciąg obwodnicy wyspy, więc tam się kierujemy. Stromo i ostro pod górę. Droga jest tak wąska, że co i rusz są poszerzenia, takie mijanki, by samochody mogły bezpiecznie przejechać. W końcu górskie jeziorko i wjazd do tunelu. Może za nim będzie ładniej?

Gdy wyjeżdżam po drugiej stronie widok zmienia się jak w kalejdoskopie. Pod nami zatoka, otoczona pionowymi skałami o fantazyjnych kształtach. Jest tu mały parking i punkt widokowy z platformą wysuniętą nad przepaść. Stąd robimy kilka zdjęć. Wygląda to wreszcie tak, jak oczekiwaliśmy. Zjeżdżamy w dół, gdzie stajemy nad małą przystanią. Z dołu też widoki są imponujące. Rzeczywiście ta strona wyspy jest piękna i wręcz pocztówkowa. Kilka kilometrów dalej jest coś w rodzaju małej plaży, skąd widok jest jeszcze lepszy. Największe widokowe atrakcje Esfjordu jednak dopiero przed nami. W osi drogi wyłaniają się skalne iglice. Jest tu parking zapchany samochodami. Ludzie idą na skaliste wybrzeże, skąd pionowe baszty prezentują się najlepiej. Wyglądają nieco jak zęby rekina. Robimy całą dłuższą sesję zdjęciową, bo widoki są tego naprawdę warte.

Zdjęcia: Senja, Troms, Senja, NORWEGIA
Senja, Troms, Senja, NORWEGIA



Zdjęcia: Senja, Troms, Senja, NORWEGIA
Senja, Troms, Senja, NORWEGIA



Pora jechać dalej, ale to dalej to zaledwie jakieś dwa kilometry, do miejscowości Esfjord. Tu jest najprawdziwsza plaża pokryta białym piaskiem. Tu również stoi sporo samochodów, bo miejsce jest bardzo urocze. Znów robimy kilka zdjęć. I znów ruszamy dalej, wąską drogą wzdłuż skalnych ścian. Kolejny tunel i... kolejny równie widowiskowy fiord - Mefjord. Parking w punkcie widokowym jest zapchany na maksa, ale kilkaset metrów dalej jest miejsce przed wlotem do kolejnego tunelu. Tu znów postój i kolejna sesja zdjęciowa. Mijają nas słowaccy rowerzyści, słysząc polski język pozdrawiają nas.

Dalsza droga jest już nieco mniej widowiskowa, choć również piękna. Jesteśmy teraz po wschodniej stronie wyspy i zaczynamy wracać do punktu wyjścia. Krajobraz łagodnieje, zaczynają się łąki i pola uprawne. Nie sądziłem, że tak daleko na północy jest tak rozwinięte rolnictwo. Znów pojawiają się denerwujące braki w asfalcie, znów co i rusz trzeba mocno zwalniać. Docieramy znów to tej brzydszej części Senji, tu gdzie są dziurawe drogi, liczne zabudowania i nieciekawe widoki. W końcu znów most i znów uliczki Finsness. I znów droga 854, którą docieramy do E6. Na stacji benzynowej robimy małą przerwę, dotankowujemy, robimy sobie kanapki i pijemy kawę. Robi się późno, pora szukać jakiegoś noclegu. Zastanawiam się, czy jechać aż do Narwiku, albo może nawet dalej. Obawiam się jednak, że będziemy tam po 20 i może już nie być nikogo na recepcji.

W nawigacji wyszukuję kemping, który nie jest przy samej drodze, ale jest niezbyt odległy od Narwiku. Mimo, że mijamy dwa całkiem dobre miejsca przy trasie, uparcie jadę tam gdzie sobie wyznaczyłem. W końcu skręcamy w szutrową drogę, która wspina się po górskim zboczu. Kemping jest, też całkiem w porządku, ale położony raz że w sporej odległości od trasy, co zapewnia ciszę, a dwa że dość wysoko, co zapewnia ładne widoki. Meldujemy się, dowiadujemy się że są tu prysznice na monety. To dość popularne rozwiązanie w Skandynawii, choć dotąd wszędzie mieliśmy prysznice wliczone w cenę noclegu. Do automatów należy mieć bilon, bez tego nie da rady się wykąpać. Przewidując taką sytuację zabraliśmy nieco drobnych. W zeszłym roku zabrakło mi 10 koron i po górskiej wycieczce nie mogłem się odświeżyć, co strasznie mnie denerwowało. Teraz postanowiłem nie dopuścić do takiej sytuacji. W przerobionym na kempingową kuchnię domu mieszkalnym jemy wyczekiwaną kolację, robimy notatki, zgrywamy zdjęcia z aparatów. Kontaktuję się z Arturem, moim kolegą, który mieszka w okolicy Molde i ustalam, że dojedziemy do niego za dwa dni. Pora kłaść się spać. Zapowiada się chłodna, ale raczej sucha noc.

Dalsza część artykułu dostępna tutaj

Całość, ze znacznie większą ilością zdjęć dostępna tutaj

Cała pętla to 7914 km pokonanych samochodem i około 250 km pokonanych promami. Łącznie ponad 8000 km w podróży, dystans jak z Warszawy do Atlanty lub Tokio. Na całej trasie udało się uzyskać średnią 77 km/h i spalanie 6,0 l/100 km. To oznacza, że spaliliśmy 475 litrów benzyny, co przy uśrednionej cenie 6,5 zł/l kosztowało nas około 3000 zł. Wszystkie pozostałe rzeczy takie jak promy, jedzenie, kempingi itp. kosztowały ok. 4000 zł. 7000 zł podzielone między uczestników... to wcale nie tak dużo, jak za 12 dni w tak długiej podróży w tak drogich krajach. Oczywiście - spanie w namiocie, jedzenie z polskich konserw... ale to co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, warte było wydania nawet 2 razy większej kwoty!

Zdjęcia

NORWEGIA / Troms / Senja / SenjaFINLANDIA / Karelia Północna / Ukko-Koli / Jezioro PielinenNORWEGIA / Finnmark / Tanafjorden / TanafjordenFINLANDIA / Laponia / Inari / Jezioro InariNORWEGIA / Finnmark / Porsangerfjoreden / PorsanegerfjordenNORWEGIA / Finnmark / Porsangerfjoreden / Norweski reniferNORWEGIA / Finnmark / Porsangerfjoreden / Norweski reniferNORWEGIA / Finnmark / Nordkapp / Przylądek PółnocnyNORWEGIA / Troms / Lyngenfjord / Alpy LyngeńskieNORWEGIA / Troms / Lyngenfjord / Alpy LyngeńskieNORWEGIA / Troms / Senja / Senja

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl