Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Skandynawia 2019 - Laponia, Nordkapp, Senja, norweskie fiordy - cz. 2 > NORWEGIA, LITWA, ŁOTWA, ESTONIA, FINLANDIA, SZWECJA, DANIA, NIEMCY


macciej macciej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NORWEGIA / Troms / Senja / SenjaWyprawa do Skandynawii w 2019 to już mój piąty samochodowy wyjazd w ten piękny rejon. Naszym celem w tym roku jest przejechanie całego półwyspu - od najdalej wysuniętych na północ i wschód miejsc, aż po sam południowo-zachodni kraniec Norwegii.

Pierwsza część relacji dostępna tutaj

17 sierpnia

Ranek już tradycyjnie okazuje się mokry po nocnych opadach. Aktualnie jednak jest względnie pogodnie, więc korzystając z tego faktu otrzepuję namiot z wody i zwijam go czym prędzej, by nie robić tego w deszczu. Jemy szybkie śniadanie i ruszamy w dalszą drogę. Dalej wiedzie przez góry, choć nie są one aż tak imponujące jak te widziane wczoraj. Wkrótce przed nami w dole ukazuje się zatoka i leżący na jej drugim brzegu Narwik. Mijamy odchodzącą w prawo drogę E10 prowadzącą na Lofoty, którą zresztą jechaliśmy dwa lata temu. Zatrzymujemy się na moment na przydrożnym parkingu, aby porobić nieco zdjęć morza i malowniczego fiordu. Ruszamy dalej i... niespodzianka. Można znacznie skrócić dojazd, pokonując zatokę po wielkim wiszącym moście. Poprzednio był dopiero w budowie i dotarcie do Narwiku wymagało dobre 20 km jazdy więcej. Teraz szybko i sprawnie docieramy do miasta. Narwik jest ważnym portem, dochodzi tu linia kolejowa ze szwedzkiej Kiruny, którą docierają tu transporty rudy żelaza. To spowodowało, że w czasie II wojny światowej dla Niemców miał on niezwykłe znaczenie strategiczne. W okolicach miasta i na wodach zatoki w 1940 roku rozegrała się wielka bitwa o Narwik. W czasie walk został zatopiony niszczyciel ORP Grom. W mieście jest pomnik ku pamięci polskich marynarzy, choć trzeba przyznać, że znajduje się w mało reprezentacyjnym miejscu.

Zastanawiam się gdzie zaparkować, docieram do samego centrum i tu zawracam, by było jednak bliżej. Zastanawia nas widok żołnierzy i policjantów, którzy obstawiają wszystkie ulice i mają przygotowane barierki. Szykuje się jakaś uroczystość? Pewnie chodzi o jakieś historyczne obchody. Zostawiamy samochód przez nieczynnym dziś supermarketem i piechotą ruszamy w stronę Gromsplass. Rzeczywiście miejsce reprezentacyjne nie jest - taka boczna dzielnica niewielkich domów, zaniedbane ulice, a sam pomnik nie jest widoczny z daleka. Robimy kilka zdjęć i wracamy. Trochę niepokoją mnie ci mundurowi i te barierki. Gdy docieramy do głównej drogi... okazuje się że jest już zamknięta! Niech to cholera! A mogliśmy przejechać, w zasadzie przejechaliśmy, tylko wróciliśmy. Okazuje się, że to nie żadne obchody historyczne tylko po prostu... wyścig kolarski. Pytam policjantów jak długo to potrwa i jak długo będzie zamknięta droga, jedyna droga na południe Norwegii. Co najmniej kilka godzin, zresztą nie potrafią tego dokładnie określić. Niech to diabli. Utknęliśmy w tej dziurze na dobre. Co robić? Pytam przezornie o możliwość objazdu, ale oczywiście takiej możliwości nie ma. Z jednej strony góry, z drugiej morze. Nie ma innych dróg poza nieszczęsną E6. Pozostał jednak otwarty wyjazd na wschód i na północ. No ale co z tego? Może jechać na Lofoty i potem popłynąć promem? Bez sensu. No to może jechać przez Szwecję? Do Kiruny i dalej na południe? To chyba najlepsze rozwiązanie, przynajmniej będziemy jechać a nie bezczynnie stać. Gdy pytam policjantki o to czy tamta trasa jest otwarta, dołącza się do rozmowy mieszkający tu Polak. Mówi że droga otwarta, ale jak słyszy że w stronę Trondheim chcę jechać przez Szwecję to robi wielkie oczy. Przecież to straszne nadłożenie drogi! Wiemy o tym doskonale, no ale co robić?

Ruszamy wzdłuż zatoki na wschód. Droga jest zupełnie pusta, widocznie mieszkańcy wiedzieli, że jest wyścig i nie ruszali się samochodami z domów. Co innego turyści w kamperach - już ustawiła się długa kolejka. Docieram do odbicia drogi E10 i ruszamy w stronę Kiruny. Drogę znam nieźle, już dwa razy nią jechałem. Wznosi się dość mocno w górę i już po kilku kilometrach względnie normalny wygląd okolic Narwiku zmienia się w skalno-trawiastą pustynię. Wjeżdżamy w Góry Skandynawskie, które w tym miejscu tworzą rozległy płaskowyż. Krajobraz jak z Księżyca. Zatrzymuję się na kilka zdjęć. Potem dalsza jazda przez ponure pustkowie i docieramy do szwedzkiej granicy. Do Kiruny pozostało 120 km jazdy przez niemal zupełnie niezamieszkałe rejony. Nie ma tu żadnych miast ani wsi, są jedynie osady złożone z kilku domów, pełniące bardziej letniskowe funkcje. Wzdłuż drogi przebiega linia kolejowa i widzimy jadący na niej pociąg z wagonami wypełnionymi rudą żelaza. W okolicy jest park narodowy Abisko, na przystanku autobusowym czeka spora grupa turystów z plecakami.

Pogoda szybko się pogarsza. Zaczyna padać, droga staje się monotonna. Nie ma tu żadnych przeszkód, żadnych skrzyżowań, można więc jechać dość szybko. W przeciwieństwie do norweskich gór nie ma tu też żadnych większych zakrętów ani wzniesień terenu. Jedynym urozmaiceniem jest ogromne jezioro Torneträsk, którego wody widać po lewej stronie przez dłuższy czas. Karłowate drzewa stają się coraz większe, by wreszcie przed samą Kiruną zamienić się w normalny las. Mijamy najbardziej na północ wysunięte miasto Szwecji. Po prawej stronie widać kompleks kopalni magnetytu - wielkie hałdy, górę którą przez lata wydobycia rozebrano do połowy, kopalniane wieże. To oczywiście nie jedyne miejsce wydobycia, cały obszar zawiera ogromne ilości tego cennego surowca. Kiruna swoje istnienie zawdzięcza właśnie kopalni. Jest jak na takie odludzie całkiem sporym miastem, bo liczy ponad 30 tysięcy mieszkańców. Jest tu lotnisko, są naprawdę duże centra handlowe. W jednym z marketów robimy zakupy - oczywiście cukierki na drogę, jakieś pieczywo, bo nasze z Polski już się kończy. Chleb kosztuje ponad 10 zł! Kupujemy też kilka jabłek, by nieco urozmaicić dietę. Koleżanka zauważa coś, na co polowała w Polsce, ale bezskutecznie - krem czekoladowy z powiększoną zawartością białka - Proteinella. Kupuje od razu dwa słoiki :)

Po dotankowaniu samochodu ruszamy dalej na wschód i południe. Droga szybko pustoszeje. Do kolejnej miejscowości związanej z wydobyciem żelaza, czyli Gällivare, zostało 100 km jazdy. Jednak na pustej drodze, gdzie tylko sporadycznie są skrzyżowania i fotoradary, średnia prędkość jest dość wysoka. Godzina z niewielkim kawałkiem i jesteśmy na miejscu. Dwa lata temu spaliśmy tu na całkiem fajnym kempingu, teraz tylko go mijamy. Niewielki ruch samochodowy kieruje się w całości drogą E10 w stronę miasta Lulea nad Bałtykiem. My skręcamy w drogę E45 ma południe. Droga bardzo przypomina te z Finlandii. Jest dobrej jakości, prowadzi przez dzikie leśne tereny, pozbawione jakichkolwiek zabudowań.

Zdjęcia: Kiruna, Laponia, Szwedzka Laponia, SZWECJA
Kiruna, Laponia, Szwedzka Laponia, SZWECJA



Na mapie też niczego nie ma. Miasteczko Jokkmokk do którego zmierzamy jest odległe o kolejne 100 km. Nawigacja informuje mnie też, że nie ma po drodze żadnej stacji benzynowej. No cóż - Laponia. Niestety cały czas jedziemy w deszczu. Po kolejnej godzinie docieramy do Jokkmokk. Tu jest stacja, więc zatrzymujemy się na niej i zalewam bak do pełna. Kolejna większa stacja jest nawet ponad 100 km stąd. Odpoczywamy chwilę korzystając z tymczasowej poprawy pogody. Robię jakieś kanapki, pijemy kawę z termosu. Obok nas siedzi rodzina Szwedów, którzy podróżują staroświeckim cadillakiem. W Szwecji co i rusz widać takie samochody w starym stylu, kiedyś natrafiłem nawet na cały zlot takich pojazdów. Widać że tu panuje jakaś moda na coś takiego. Kawałek za Jokkmokk znów przystanek - przecinamy tu koło podbiegunowe, jest specjalne miejsce, gdzie nawet można nabyć certyfikat potwierdzający to doniosłe wydarzenie ;) My jedynie robimy zdjęcia.

Ruszamy dalej na południe. Cały czas las, las, las... po prawej stronie widać sztuczne jezioro, mijamy też kilka zapór i hydroelektrowni. Las w tym rejonie przypomina ten z Finlandii - drzewa rosną czasem na gołych, ogładzonych skałach. Za ostatnią z zapór... widać tylko puste skalne koryto osuszonej niemal całkowicie górskiej rzeki. Przejeżdżamy po koronie zapory i dalej w ładnym, pagórkowatym krajobrazie pokonujemy kolejne kilometry. I znów las, las, las... Przyznam, że tak odludnych i dzikich terenów to nie widziałem nawet we wschodniej Finlandii. Tam co jakiś czas były domy, tutaj nic. Owszem, co kilkadziesiąt kilometrów zdarza się maleńka osada, ale potem znów całkowita pustka. Pogoda nareszcie się poprawia, ukazuje się słońce. Przed nami jednak w oddali znów widać ciemne chmury.

Nasza nieplanowana podróż przez Szwecję trwa już wiele godzin. Krajobraz nie ulega zmianie! Ciągle to samo. Na mapie wydawało się, że to blisko, ale mimo czasu jaki upłynął, do Östersund, do którego planowałem dotrzeć zostało ponad 300 km. Straszliwy kawał, a już robi się wieczór. Pora szukać jakiegoś noclegu. Jak na złość na tym odludziu kempingi są raz na kilkadziesiąt kilometrów. Coś ustawiam w nawigacji, ale to nadal wielki kawał drogi. W pewnym momencie przecinamy bardzo silny opad deszczu, da radę jechać może 40 km/h, a i tak nic nie widać. Opad jednak szybko się kończy i znów wychodzi słonce. Przy drodze pojawia się kilka domów, znów jest tu jakaś miejscowość. Jest tu jednak też całkiem ładny kemping, więc skręcam na niego, by dowiedzieć się co oferuje. Kemping okazuje się położony nad pięknym jeziorem (a właściwie rozlewiskiem rzeki). Recepcja jest jeszcze czynna, choć za kilka minut zamykają. Zdążyliśmy w samą porę. Okazuje się że rozbicie namiotu to 250 koron. Pani zresztą dziwi się, że przy takiej pogodzie śpimy w namiocie. Okazuje się też, że... jest tu hytta za 300 koron. Dziś jest jakaś specjalna cena. Z radością wybieramy hyttę - będzie to pierwsza noc w normalnym łóżku od kilku dni. Taki domek to komfort w porównaniu z namiotem. Robimy kolację, obchodzimy wokoło półwysep na którym leży kemping. Potem jeszcze różne wieczorne aktywności, ale zmęczenie daje o sobie znać. Robimy małe pranie, licząc że rzeczy przeschną do jutra. Rozstawiam w domku otwarty do połowy namiot. Niech przeschnie choć częściowo. Jeśli jutro dotrzemy do Molde, do Artura, to czeka nas kolejny nocleg w domu, więc lepiej by namiot był podeschnięty, by nie zgnił.


18 sierpnia

To pierwszy poranek, gdy nie musimy się jakoś mocno spieszyć ani nie musimy zwijać mokrego namiotu. Jemy spokojne śniadanie, idziemy jeszcze nad jezioro. Mimo, że wieczorem było całkiem ładnie, to okazuje się, że w nocy padało i to dość intensywnie. Opatrzność zesłała więc tą hyttę. Ustawiam w nawigacji dom Artura. To 800 km stąd! Tylko na mapie wyglądało to na względnie niewielką odległość. Skandynawia okazuje się bardzo rozległa. Wiem jednak, że 800 km jest jak najbardziej do przejechania w około 10 godzin, co sprawia, że dzisiejszy dzień należy traktować czysto przejazdowo bez zbytnich turystycznych atrakcji. Zresztą szwedzka Laponia poza gigantycznymi obszarami niezamieszkałej tajgi nie ma tych atrakcji aż tak wiele. Ruszamy kilka minut po 8 rano. Droga jest nadal tak samo pusta jak wczoraj. Z ciekawości mierzymy odległość przejechaną pomiędzy kolejnymi samochodami jadącymi z naprzeciwka. Mijamy jeden pojazd, a następny dopiero po... 15 kilometrach! Ale my jechaliśmy w jego kierunku i on w naszym. Szacuję, że od poprzednika dzieliło go dobre 25 km. To najlepiej pokazuje z jakim ruchem mamy tu do czynienia. Tak pokonujemy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, by wreszcie minąć małe miasteczko Dorotea. Jest tu lotnisko, występujące pod nazwą South Lapland Airport. Kilka kilometrów dalej zauważam grupę turystów fotografującą się przy jakiejś tablicy. No tak, tu kończy się Laponia, ale dla nich właśnie zaczyna, bo jadą z południa. I fotografują się przy tablicy powitalnej.

Dalsza droga nie jest już tak pusta. Pojawia się coraz więcej miejscowości, wzrasta ruch samochodowy. Znów tankuję do pełna. Jesteśmy coraz bliżej Östersund, które jak na szwedzkie warunki jest całkiem sporym miastem. Na szczęście nie musimy do niego wjeżdżać, miasto ma coś w rodzaju obwodnicy z dróg ekspresowych. Skręcam na drogę E14. Do granicy z Norwegią pozostało stąd ponad 150 km. Dwupasmowa ekspresówka kończy się, dalsza droga jest dobrej jakości, ale co i rusz są na niej skrzyżowania i fotoradary. Droga zaczyna zbliżać się do gór, które musimy przeciąć na naszej trasie do Trondheim. W tym miejscu jednak nie są to skaliste wysokie szczyty jak na północy, a raczej dość obłe góry, przypominające nasze Beskidy. Są tu nawet jakieś ośrodki narciarskie. W pewnym momencie wszystkie samochody stają. Kilkaset metrów od nas widzę straż pożarną i samochody policyjne. Jakiś wypadek, ale z daleka wygląda to poważnie, skoro jest tyle służb. Zapowiada się dłuższy korek i dłuższe oczekiwanie. Na szczęście wypadek nie jest jednak poważny i po kilkunastu minutach udaje się pojechać dalej. A dalej znów ruch wahadłowy, bo droga jest w przebudowie. Osiągamy w końcu wysokość 500 m n.p.m. Teren nadal jest zalesiony, podczas gdy na północy na takiej wysokości była już tylko trawa. Przecinamy norweską granicę.

Droga teraz prowadzi łagodnie w dół, zjeżdżając w piękną dolinę. Tu po norweskiej stronie jakość asfaltu jest lepsza niż po szwedzkiej. Jest tu również nieco więcej zabudowań. Pogoda się poprawia, temperatura wzrasta do 23 stopni, robi się wręcz gorąco. Do Trondheim pozostało niecałe 100 km, im bliżej miasta tym większy ruch i tym gęstsza zabudowa. Tu nie da się już jechać szybko. Wkrótce docieramy do drogi E6, z której wczoraj rano musieliśmy zjechać w Narwiku. Tu zaczyna się już dwupasmówka, która doprowadza do Trondheim. Pogoda znów się psuje, znów zaczyna mocno padać. Na autostradzie to tak nie przeszkadza, ale akurat jest godzina popołudniowego szczytu, na drodze jest duży ruch i przy zjeździe na inną autostradę w stronę Oslo tworzy się korek. Później już jednak udaje się sprawnie pojechać drogą E39, która prowadzi w kierunku Molde i Alesund. Tu jeszcze tankujemy i dzwonię do Artura, by potwierdzić nasze przybycie. Droga szybko robi się pusta, a że wiedzie brzegiem bardzo malowniczego fiordu, to jedzie się bardzo przyjemnie. Do celu pozostało nieco ponad 100 km. Czeka nas jednak jeszcze dodatkowa atrakcja - promowanie przez wody fiordu, bo droga nie ma tu ciągłości.

Gdy wreszcie docieramy do miejscowości Halsa, okazuje się, że prom właśnie podpływa. Całe szczęście! Wjeżdżamy na pokład, płacimy 150 koron. Rejs trwa dobre 20 minut, mamy czas by nieco rozprostować kości i porobić nieco zdjęć niezwykle malowniczych gór, które otaczają fiord ze wszystkich stron. I znów zaczyna kropić... pogoda dziś jest naprawdę bardzo zmienna. Chowamy się w samochodzie, bo i tak zaraz dobijamy do brzegu. Wrota otwierają się i wyjeżdżamy w Kanestraum. Jeszcze kawałek. Już mam dosyć tej jazdy. Wreszcie widać już Molde, widać pas lotniska, który leży tuż nad wodami fiordu. Wjeżdżamy do miasta obok terminalu, ale zaraz za nim jest skręt w lewo. Tu zaczyna się długi tunel, który dość stromo opada w dół, by później równie stromo wspiąć się w górę. Tunel wyprowadza nas na małą wysepkę Bolsoya i dosłownie kilometr dalej wjeżdżamy na wielki, łukowato wygięty most nad kolejną cieśniną. Jakaś wioska, skręcamy w lewo. Wreszcie docieramy do celu. Solemdalen. To mała wieś, zabudowa ciągnie się poniżej drogi. Dom Artura miał być przy głównej i mieć żółty kolor. No jest taki. Zatrzymuję się, sprawdzam jeszcze raz adres. No tutaj, ewidentnie.

Pojawia się Artur z dziećmi, witamy się serdecznie. Chwilę później do domu wraca żona Artura - Jola. Jesteśmy zmęczeni całym dniem jazdy, a tu od razu dostajemy świetną kolację. Na rozmowach czas szybko mija. Artur pyta czy jedziemy jutro, czy zostajemy dłużej. Nigdy nie nadużywałem niczyjej gościnności, ale gospodarze są tak serdeczni, że aż mi głupio zwinąć się stąd za kilka godzin. Analizuję mapę, kupuję też bilety na prom z Kristiansad do Hirsthals. Rozważamy też prom z nieco bliższego Larviku, ale totalnie nie pasują nam jego późne godziny przypłynięcia - w Danii bylibyśmy w nocy i byłby problem ze znalezieniem noclegu. Tak czy siak czeka nas jeszcze kilkaset kilometrów po norweskich drogach, a później Dania. Prom mamy za trzy dni, stwierdzamy, że choć planowaliśmy nieco dłuższy pobyt, to niespecjalna pogoda sprawia, że lepiej nieco skrócić podróż czasowo. Skoro prom mamy za trzy dni, to jeszcze cały dzień i kolejną noc możemy zostać u Artura i Joli. Potem już w dwa dni dotrzemy na nasz prom. Planujemy jakaś górską wycieczkę na jutro, w niedalekim Andalsnes są potężne i wysokie góry, jakąś trasę nawet wyszukuję w sieci. Artur przekonuje mnie jednak, że warto może wybrać się na pobliską Skalę - najwyższy szczyt w okolicy. Widok z niej ponoć powala. Jazdę w góry Jotunheimen i całodniowe, trudne i wyczerpujące wejście na Glitertinden odpuszczamy - pogoda taka sobie, szczyt trudny, pokryty lodowcem, więc jest spora szansa że się nam nie uda. Lepiej coś łatwiejszego i bliższego. Pomysł wejścia na Skalę nam się podoba, ale ostateczną decyzję podejmiemy rano. Kolejna noc pod dachem i w jeszcze bardziej komfortowych warunkach niż poprzednia.


19 sierpnia

W nocy rzecz jasna padało i to mocno, więc błogosławimy fakt spania w domu, w komfortowych warunkach. Artur i Jola jadą do pracy, my wyruszamy samochodem, ale tylko kilka kilometrów na wschód. Skala góruje nas całą okolicą, szczyt jest wyraźnie skalisty. Góra ma 1218 m n.p.m. co przy starcie niemal na poziomie morza daje całkiem konkretne, nazwijmy to tatrzańskie przewyższenie. Jedziemy według wskazówek Artura i skręcamy w boczną drogę, pnącą się zakosami w górę. Po kilkuset metrach przegradza ją szlaban. Dalej jest to prywatna droga płatna, działa to tak, że kto chce wjechać ten po prostu... wrzuca pieniądze do skrzynki i sam sobie otwiera szlaban. Norweska wiara w ludzką uczciwość zawsze mnie zadziwiała, ale tutaj to działa! My zostawiamy samochód przed szlabanem na maleńkim parkingu i ruszamy piechotą.

Z początku idziemy zwykłą, szutrową drogą. Pogoda jest niezła, masyw Skali wyraźnie wybija się w panoramie przed nami. Liczę, że ze szczytu zobaczymy naprawdę wspaniałą panoramę gór w okręgu More og Romsdal. Po jakiś dwóch kilometrach droga się kończy, jest tu zresztą parking. Skracamy w ścieżkę w stronę góry. Bardzo szybko okazuje się, że trzeba pokonać podmokły, bagnisty teren. Są tu ułożone jakieś deski i kamienie, ale pod sam koniec okazuje się, że trzeba po prostu przejść po kostki w wodzie. Nieprzyjemne, koleżanka która ma letnie turystyczne buty od razu je przemacza. Cóż robić? Idziemy dalej. Nie ma tu zasadniczo żadnego szlaku, ale jest wydeptana ścieżka, którą ludzie zdobywają szczyt. Tyle że stoimy na środku bagna, a ścieżki nie widać. Nie ma jej nawet na moich mapach w telefonie. Na szczęście z pomocą przychodzą doskonałe i dostępne online mapy norgeskart.no. Na nich widzę, że ścieżka jest w pobliskim lesie. Docieramy tam i rzeczywiście, jest! Ruszamy dość stromo w górę, w gęstym lesie i wzdłuż potoku. Idziemy i idziemy... widoków jak na razie żadnych, choć zdobywamy wysokość. Docieramy w końcu do miejsca, gdzie las rzednie, a teren robi się jeszcze bardziej stromy. Potok zmienia się w wodospad. W Tatrach wodospad tej wielkości i takiej urody byłby niezwykle popularnym miejscem. W Norwegii... są setki, o ile nie tysiące takich i większych wodospadów, wiec mimo tego, że obiektywnie piękny i duży, to jakoś nie robi on wielkiego wrażenia. Robimy mu pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej w stronę wierzchołka. Po kilkuset metrach docieramy nad górski staw, zajmujący dno polodowcowego kotła - Trollvatnet. Przypomina mi Zielony Staw Gąsienicowy - zarówno wielkością, kolorem wody jak i skalnym otoczeniem. Rożnica taka, że nie ma tu szlaku, że nie ma tu nikogo oprócz nas i że dookoła przechadzają się... owce. Tak, tak, w norweskich górach można natknąć się na chodzące luzem owce, w zeszłym roku doświadczyłem wielu takich spotkań.

Chwilę odpoczywamy, wzrokiem ogarniam trasę na szczyt. Trzeba iść skalistym grzbietem po prawej stronie, potem wejść na wierzchołek takiej większej buli którą w myślach nazywam Małą Skalą i potem już na szczyt wzdłuż grani. Wydaje się że choć stromo, to trudności nie napotkamy. Gorzej że pogoda znów zaczyna się psuć. Szczyt zaczynają zakrywać chmury. Słabo, bo jeśli to się utrzyma, to widoków nie będzie żadnych. No ale idziemy. Z początku widać jakieś pozostałości ścieżki, ale im wyżej, tym trudniej ją wynajdywać w skalnym otoczeniu. Jest stromo, teren miejscami dość mylny, są fragmenty gdzie trzeba sobie pomóc rękami. Daleko temu od trudności Orlej Perci, ale tu nie ma szlaku, tu samemu trzeba wybierać wariant podejścia, a w dodatku mgła zaczyna i nas ogarniać. Szczytu już nie widać, a i w dół widać coraz gorzej. Staram się zapamiętać jakieś charakterystyczne punkty, by w razie czego wiedzieć jak bezpiecznie wracać, jeśli widoczność jeszcze spadnie. Po lewej stronie zieje dwustumetrowe pionowe urwisko, momentami idziemy samą krawędzią grani i widok w mglistą otchłań jest nieszczególny. Zaczyna padać i to coraz mocniej.

Na wysokości 900 m n.p.m. na szczycie Małej Skali robimy rachunek sumienia. W górę wiedzie skalna grań, nietrudna i technicznie i orientacyjnie, ale w deszczu i mgle wyglądająca niezbyt zachęcająco. Skała coraz bardziej mokra i śliska. Do szczytu ponad 200 metrów w pionie. I co zobaczymy? Nic nie zobaczymy, tylko zmokniemy. Stąd momentami coś jeszcze widać, choćby jezioro w dole. Robimy kilka zamglonych zdjęć. Pogoda raczej się nie poprawi, opad będzie ciągły. Rezygnujemy z dalszej wspinaczki. Chwila odpoczynku i ruszamy w dół.

Zdjęcia: Skala, More og Romsdal, Skala, NORWEGIA
Skala, More og Romsdal, Skala, NORWEGIA



A w dół jakoś łatwiej, bo łatwiej wyszukiwać wśród skał kamienne kopczyki i ślady ścieżki. Teraz idziemy nieco inaczej, nieco dalej od krawędzi przepaści. Nagle... niemal spod nóg wyskakuje spory zając i ucieka wielkimi susami po kamieniach! Skąd zając w górach? W Polsce nigdy się z tym nie spotkałem, zresztą nie tylko w Polsce. Zaskoczenie jest tak duże, że nie daję rady zrobić mu zdjęcia.

Deszcz zamienia się w ulewę. Jesteśmy cali mokrzy. Decyzja powrotu okazała się rozsądna. Jeszcze trochę w dół, już niedaleko i dotrzemy nad jezioro. Słychać już dzwonki owiec. Wreszcie zatrzymujemy się nad stawem. Tu już nie ma aż takiej mgły, a i sam deszcz nieco słabnie. Robimy jeszcze kilka zdjęć i niespiesznie ruszamy dalej. Mijamy wodospad i wchodzimy wreszcie pomiędzy drzewa. Teraz dopiero widzimy, że podejście było naprawdę strome! Jeszcze dłuższa chwila marszu w dół i pokonujemy ostatnią, niemiłą przeszkodę - mokradło, które dało się we znaki na początku wycieczki. Odwracam się - szczyt Skali nadal schowany w chmurach. Szkoda, że nie udało się go zdobyć, bo góra okazała się niełatwa i chętnie bym stanął na jej wierzchołku. Trudno, może tu kiedyś wrócę. Idziemy szutrową drogą do samochodu. I znów zaczyna się ulewa...

Wsiadamy wreszcie do samochodu. Jesteśmy totalnie mokrzy. Ale jest dopiero godzina 16, wycieczka okazała się krótsza niż planowałem. Za wcześnie by wracać do Artura, nie będzie go jeszcze w domu. Postanawiam nie wracać od razu do Solemdalen, tylko objechać końcówkę fiordu od strony wschodniej i pojechać do Molde. Miasta w sumie nie widzieliśmy, a co tu robić z czasem? Tyle, że w mokrych i ubłoconych ciuchach głupio się między ludźmi pokazywać. Zupełnie lokalnymi drogami objeżdżamy fiord i wjeżdżamy na drogę E39, którą już wczoraj jechaliśmy. Po kilkunastu kilometrach wjeżdżamy do Molde, nad naszą głową właśnie zniża samolot i siada na widocznym przed nami pasie lotniska. Tym razem omijam skręt do tunelu i jadę prosto, do miasta. Objeżdżamy je, bo okazuje się, że nie ma tu właściwie miejsc do parkowania. A że znów pada, to stwierdzamy że wystarczy nam Molde obejrzane zza szyb samochodu. Objeżdżam całe miasto, w końcu zawracam i kieruję się w stronę lotniska. Miasto łączy w sobie stare i bardzo nowoczesne budynki, a na stokach gór widać nawet jakieś bloki. Jest niewątpliwie ciekawe, choć chyba tak jak Artur wolałbym mieszkać w pewnym oddaleniu od niego. Wjeżdżam do tunelu, tak jak wczoraj przecinam wyspę i imponujący most. Korzystając z małej przerwy w deszczu zatrzymuję się za mostem i robię mu zdjęcie. Potem już bez zatrzymań jedziemy do Solemdalen. Teraz prysznic, suszenie butów i ubrań i doskonała kolacja. Wieczór mija bardzo miło, dużo rozmawiamy. Chętnie zostałbym jeszcze jeden dzień, no ale fakt że kupiliśmy już bilety na prom jest dla nas czymś w rodzaju dead-line. Musimy pojutrze i to najpóźniej o godzinie 14 być w Kristiansand, a to niezależnie od wybranego wariantu drogi ok. 800 km jazdy. Rano trzeba więc wyruszyć wcześnie i dojechać jak najdalej. Tak by następnego dnia był już relatywnie krótki odcinek, by przez coś nieprzewidywanego nie spóźnić się na prom.


20 sierpnia

Rano wstajemy wcześnie. Artur już pojechał do pracy, śniadanie jemy więc tylko z Jolą. Pakujemy się i serdecznie żegnamy. Dziękujemy jeszcze raz za wszystko co nas tu miłego spotkało. Ruszamy w stronę lokalnego promu, którym można pokonać sąsiedni Langfjord. Gdyby nie ten prom, to objechanie zatoki słabymi drogami zajęłoby ponad godzinę. A tak, po paru minutach znajdujemy się na drugim brzegu. Okoliczne górskie szczyty toną w ciemnych chmurach, jednak wody fiordów wyglądają zjawiskowo. Teraz czeka nas objechanie końcówki Romdalsfjordu by po kilkunastu kilometrach dotrzeć do Andalsnes. Co i rusz zatrzymujemy się na sesje zdjęciowe, bo okolica jest cudna. W końcu docieramy do miasteczka. Byłem tu 2 lata temu, stąd ruszyłem w górę na niedaleką słynną Drogę Trolli. Teraz też rozpatrywaliśmy ten wariant, ale pojechanie ta drogą, choć piękne krajobrazowo, to jednak wymusiłoby podróż przez krainę fiordów - a to oznacza jazdę górskimi serpentynami i ciągłe promowania. A dziś chcemy przejechać 600 km... w tych warunkach to mogłoby być niewykonalne. Zresztą - drogi przez krainę fiordów już znamy, a drogi w stronę Lillehammer nie, więc wybieramy wariant podróży trasą E136.

Większość samochodów skręca w prawo, właśnie na Drogę Trolli. My jedziemy prosto gigantyczną górską doliną. Po obu stronach piętrzą się niebosiężne skalne ściany. Szczytów nie widać, bo toną w chmurach. Zaraz, przecież tu właśnie jest Trollveggen! To najwyższa pionowa skalna ściana w Europie, ma ponad 1200 m wysokości. Ustępuje północnej ścianie Eigeru w Alpach, która liczy 1800 m, ale tamta nie jest aż tak pionowa. Jest tu nawet specjalny parking, ale... widać tylko jakąś połowę ściany, wyżej już są chmury. Widok nawet na ta dolną połową jest imponujący. Co ciekawe, jej pierwszego przejścia dokonali Polacy, ale spędzili w niej... ponad tydzień! Rozmiary tutejszych gór i dolin przerażają, nigdzie w Tatrach nie ma aż tak dużych przewyższeń, choć w sumie ściana Małego Kieżmarskiego Szczytu, mająca 900 m wysokości, zbliża się do tych norweskich. Po sesji zdjęciowej na zatłoczonym parkingu ruszamy dalej. Dolina Romsdal jest naprawdę imponująco wielka. Jedziemy od wielu kilometrów wciśnięci między skalne ściany, a później wielkie masywy górskie. Jest tu co ciekawe... linia kolejowa. Nawet wyprzedza nas jakiś szybki pociąg. Droga wznosi się i wznosi, w końcu osiąga 600 m n.p.m. Krajobraz łagodnieje, teraz góry przypominają takie większe Bieszczady. W końcu docieramy do miasteczka Dombas. Tu tankujemy, kupujemy czipsy na dalszą drogę. Robimy też zdjęcia oryginalnego kościoła, wybudowanego w stylu który już kilka razy spotkałem, ale chyba tylko w Norwegii.

Dalsza droga wiedzie w dół kolejnymi potężnymi dolinami. Artur przestrzegał nas, by nie jechać do Lillehammer, bo trasa jest w przebudowie i są ciągle miejsca z wahadłowym ruchem. Postanawiam odbić nieco w prawo i przeciąć góry Jotunheimen - najwyższe górskie pasmo Skandynawii. Jechałem tą drogą w zeszłym roku, wiem więc czego się spodziewać. A tym wariantem ominiemy trasę do Lillehammer i Oslo. W miejscowości Sel skręcam w prawo, na jakąś lokalną drogę. W górę i w górę, szybko odzyskujemy znów dużą wysokość, ale tylko po to, by po przejechaniu przełęczy zjechać stromo w dół. Docieramy do drogi nr 15, nad bardzo piękne i duże górskie jezioro. Wygląda jak fiord, ale fiordem nie jest, to po prostu jezioro wypełniające dno doliny. Na parkingu zatrzymuję się i robimy kilka zdjęć. Kilka kilometrów dalej skręcam w lewo w drogę nr 51, gdzie od razu zaczyna się długi i stromy podjazd. Wysokościomierz w zegarku idzie cały czas w górę, osiągając w końcu 900 m n.p.m. Znikają drzewa, pozostają tylko krzewy. Pojawiają się charakterystyczne domy z darnią i trawą na dachu. Jak dla mnie to wręcz symbol norweskich gór, zaraz obok wszędobylskich owiec. Przecinamy usiany jeziorami płaskowyż, mijamy parking skąd w zeszłym roku ruszyłem na Bessegen - bardzo znany szlak trekkingowy. Droga wspina się coraz wyżej, w kulminacyjnym punkcie osiągając niemal 1400 m n.p.m. Tu już jest totalne pustkowie. Po prawej widać pokryte lodowcami szczyty gór Jotunhemien. Jest tu lokalna ciekawostka, dwa wielkie głazy, które natura pozostawiła jeden na drugim.

Zdjęcia: Jotunheimen, Jotunheimen, Góry Jotunheimen, NORWEGIA
Jotunheimen, Jotunheimen, Góry Jotunheimen, NORWEGIA



Jest zimno, bo zaledwie klika stopni powyżej zera i do tego mocno wieje, więc nie opuszczamy samochodu na długo. Tu i ówdzie jeszcze przystajemy na zdjęcia, by wreszcie zacząć zjeżdżać z płaskowyżu. Mijamy miejscowość Beitostolen, gdzie chyba wszystkie budynki, łącznie ze stacją benzynową, mają darń na dachach. Niżej i niżej. Wreszcie Fagernes. Tu chwilka przerwy, znów jakieś zakupy, tym razem słodyczowe. Dalej spodziewam się normalnej i szerokiej drogi, w końcu jedziemy w stronę Oslo. Jednak droga, choć o wiele lepsza i szersza, nadal prowadzi wielkimi górskimi dolinami i to przez dziesiątki kilometrów. Gdzieś zatrzymujemy się, tankujemy, coś zjadamy. Ale przed nami nadal spory kawałek. Droga w końcu wjeżdża w górzysty, ale o wiele łagodniejszy teren. To okolice Honefos, do Oslo jest stąd ok. 50 km. Jednak Oslo jest poza jakimikolwiek planami, chcemy je ominąć w sporej odległości. Skręcam w drogę nr 35. Przejeżdżamy przez Vikersund, gdzie widać jedną z największych na świecie skoczni narciarskich - Vikersundbakken. Nie udaje się jej jednak zrobić zdjęcia z samochodu, bo pokazuje się tylko na moment. W kolejnym mieście, Kongsberg, tankujemy i... kupujemy na stacji tandetne hot-dogi, ale w niskiej jak na Norwegię cenie 10 koron. To jakieś 5 zł, niemal jak w Polsce. Cały wyjazd na taką promocję polowaliśmy ;)

Dalsza droga to E134, prowadząca przez prowincję Telemark. Są tu całkiem spore, aczkolwiek dość łagodne w swoim kształcie góry i duża ilość jezior. Do wyznaczonego w nawigacji kempingu w Seljord zostało niecałe 100 km, ale widzę już, że nie wyrobimy się przed godziną 20. A co jak nie będzie już czynny po tej godzinie? Dalej też są kempingi, ale będziemy tam jeszcze później. Mijamy jakieś miasta pełne białych domków, przecinamy góry i przełęcze. W końcu zjazd serpentynami w wielką dolinę i docieramy do celu. Kemping jest wielki, stoi tu kilkaset bungalowów z przyczep kempingowych. Recepcja... jest zamknięta. Kartka na drzwiach mówi, że pani przyjdzie o 21, za niemal godzinę. Ale jest też możliwość samoobsługi. Jest tu skrzynka, są koperty, na kopercie należy wypisać swoje dane, adres itp. a do koperty wrzucić 200 koron i... można się rozbić. Rejestrujemy się więc w taki nietypowy sposób i rozbijamy namiot nad wodami wielkiego jeziora. Jak głosi znak - pływa tu jakiś potwór, coś jak słynny Nessie. Kuchnia kempingowa jest niewielka i ciasna, ale udaje się zrobić całkiem dobrą kolację.

Zdjęcia: Seljord, Telemark, Seljordsvatn, NORWEGIA
Seljord, Telemark, Seljordsvatn, NORWEGIA



Gdy zapada ciemność, okazuje się że niebo jest wręcz idealne. Krystaliczna przejrzystość, ani jednej chmurki. Droga Mleczna jest widoczna wprost książkowo. Robimy jej nawet kilka zdjęć, choć nie mamy statywu, ale coś improwizujemy. Robi się jednak bardzo zimno i kładziemy się spać w polarach, dodatkowo mocno zaciągając kaptury śpiworów. To południe Norwegii, a jest to najzimniejsza noc na całej wyprawie, góra kilka stopni powyżej zera.


21 sierpnia

Rano okazuje się że, a jakże... pada. A nawet leje jak z cebra. Cholera by tą pogodę wzięła! Wyczekuję przerwy w deszczu, ale nic z tego, pada jedynie nieco mniej intensywnie. Po raz kolejny zwijam zupełnie mokry namiot. Jest tak zimno, że grabieją ręce. Nie ma co tu czekać, pogoda się nie poprawi. Ruszamy dalej na południe. Do Kristiansand jest 200 km, bezpieczny dystans, by dotrzeć na prom, który wypływa o 16:30, ale lepiej zawsze być wcześniej. Droga nr 41, którą jadę ma nawet nazwę - Telemarksveggen. Jest miejscami bardzo wąska, miejscami wspina się w górę serpentynami nie gorszymi niż na Drodze Trolli. A jednak jest od niej znacznie mniej znana. Mijanie się z ciężarówkami na ciasnych zakrętach jest mało przyjemne, ale na szczęście ruch tu nie jest duży. Niestety pogoda pogarsza się coraz bardziej. Leje, wieje, jest paskudnie. Nawet krótkie sesje zdjęciowe poza samochodem są mało przyjemne i powodują zmoczenie ubrania. Droga raz na jakiś czas staje się porządna i szeroka, by znów zmienić się w wąską i zniszczoną. Coraz bliżej celu, pogoda totalnie do niczego, postanawiam ostatni odcinek już odpuścić i w miejscowości Birkeland, po małych cukierkowych zakupach już do Polski, skręcam w boczną drogą, którą po kilku kilometrach docieram do ekspresówki E18. Tu można jechać nawet 100 km/h, trasa licznymi tunelami przebija się przez okoliczne góry. Docieramy do Kristiansand, skręcamy w końcu do portu. Jesteśmy jednymi z pierwszych, jest dopiero kilka minut po godzinie 13. Obok stoi wprawdzie dużo samochodów, ale na wcześniejszy rejs promem innej lini.

Stoimy w lejącym deszczu i nudzimy się strasznie. Czas nagle zwolnił. W końcu jednak podjeżdża obsługa bramek i zapala zielone światło. Odprawa jest błyskawiczna, bo system wykrywa wcześniej zgłoszoną tablicę rejestracyjną. Gdy podjeżdżam pod bramkę pan od razu ma w ręku nasze karty pokładowe i nawet nie sprawdza dokumentów. Za bramką obsługa ustawia nas na właściwej lini i ... znów czekanie. Co ciekawe, przestaje padać, pogoda zaczyna się poprawiać. Można nawet wyjść z samochodu. W porcie stoi jakiś gigantyczny wycieczkowiec, promy samochodowe wyglądają przy nim jak zabawki. Samochody z poprzedniego promu ładują się, prom odpływa. W tym samym czasie wpływa do portu nasz. Oczekiwanie aż wyjadą pojazdy i wjeżdżamy. Jesteśmy drugim samochodem który wjeżdża na pokład, więc docieramy do samego końca drugiego piętra pokładów... stając na pochylni. Bedzie ciekawie gdy przyjdzie nam wyjechać z promu ;)

Idziemy na pokład pasażerski. Siadamy przy jakimś stoliku. Teraz kilka godzin nudy. Gdy prom wreszcie rusza, to okazuje się, że na morzu całkiem nieźle wieje i buja, śmiesznie się chodzi w takich warunkach. A na zewnętrznym pokładzie wiatr jest tak mocny, że ciężko wytrzymać dłużej. Rejs spędzamy głównie na czytaniu książek. W końcu ukazuje się duński brzeg, a my schodzimy do samochodu. Najpierw wyjeżdżają pojazdy z niższego pokładu, a potem opuszczona zostaje pochylnia wraz z nami. Trzymam hamulec, w końcu pracownik daje znak i można zjechać.

Hirsthals to maleńkie miasteczko, gdzie oprócz portu nic nie ma. Ale my mamy już sprawdzony wariant. Jedziemy autostradą do Aalborga, 60 km dalej. Jest tu całkiem porządny kemping, a co ważne - czynny i po godzinie 20. Docieramy tam niemal o 21 objeżdżając w mieście jakieś remonty dróg. Recepcja nie jest niby czynna, ale do 22 działa dzwonek, którym można przywołać kogoś z obsługi. Miła pani rejestruje nas, dostajemy... magnetyczne karty pod prysznice. Pani wyłapuje w komputerze, że byłem tu dokładnie rok temu :) Jemy kolację w wygodnej i wręcz komfortowej kuchnio-jadalni, rozbijamy namiot i kładziemy się spać. Teraz nie pada i nawet nieco wieje, namiot ma okazję przeschnąć.


22 sierpnia

Kolejny dzień to już powrót bezpośrednio do Polski. To niemal 1400 km, ale rok temu to sprawdziłem - da radę. Trzeba wstać wcześnie rano, szybko coś zjeść i ruszać. W nocy już niemal tradycyjnie - padało - więc namiot jak zwykle zwijam mokry. Ruszamy w drogę. To już nic specjalnego. Dania jest nudna i płaska jak stół, zresztą jedzie się autostradą. Utrzymując cały czas 120 km/h pokonuje się jednak dystans szybko. Po kilku godzinach wjeżdżam do Niemiec, przecinamy mostem Kanał Kiloński. Pod Hamburgiem czeka nas kawałek poza autostradą i tu mała niespodzianka. Droga jest w remoncie i jedziemy objazdem przez niemieckie wsie i miasteczka. A gdy wjeżdżamy na autostradę... oczom naszym ukazuje się gigantyczny korek. Musiał zdarzyć się jakiś wypadek. Na szczęście można zjechać od razu na wyjazd z autostrady. No ale co robić? Nie znam tego rejonu Niemiec. Włączam Google Maps. Korek jest długi, ale znika za sąsiednim węzłem. Jadę tak jak wszyscy - do jakiegoś miasteczka. Tu też już się korkuje, bo wszyscy tędy to objeżdżają. Jadę jakąś boczną drogą, w końcu wracam na autostradę. Uff... dalsza droga jest jednak długa i mecząca, bo niemieckie autostrady są w permanentnej przebudowie i jest masa ograniczeń i zwężeń. W dodatku temperatura przekracza 30 stopni, co jest szokiem po chłodnej Skandynawii. Mijamy w końcu Berlin, potem Świecko i Odrę. Jesteśmy w Polsce! Do Warszawy jest 500 km, ale jedziemy mimo zmęczenia. Ruch maleje, da radę pojechać znacznie szybciej niż w Niemczech. Wreszcie o 22 jesteśmy w Warszawie. Uff... to był długi i meczący dzień.



Całość, ze znacznie większą ilością zdjęć dostępna tutaj

Cała pętla to 7914 km pokonanych samochodem i około 250 km pokonanych promami. Łącznie ponad 8000 km w podróży, dystans jak z Warszawy do Atlanty lub Tokio. Na całej trasie udało się uzyskać średnią 77 km/h i spalanie 6,0 l/100 km. To oznacza, że spaliliśmy 475 litrów benzyny, co przy uśrednionej cenie 6,5 zł/l kosztowało nas około 3000 zł. Wszystkie pozostałe rzeczy takie jak promy, jedzenie, kempingi itp. kosztowały ok. 4000 zł. 7000 zł podzielone między uczestników... to wcale nie tak dużo, jak za 12 dni w tak długiej podróży w tak drogich krajach. Oczywiście - spanie w namiocie, jedzenie z polskich konserw... ale to co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, warte było wydania nawet 2 razy większej kwoty!

Zdjęcia

NORWEGIA / Troms / Senja / SenjaNORWEGIA / More og Romsdal / Skala / SkalaNORWEGIA / Jotunheimen / Jotunheimen / Góry JotunheimenNORWEGIA / Telemark / Seljord / SeljordsvatnSZWECJA / Laponia / Kiruna / Szwedzka Laponia

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl