Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Norwegia 2022 - wakacyjna objazdowa trasa po krainie fiordów cz. 1 > NORWEGIA, DANIA, SZWECJA, NIEMCY


macciej macciej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NORWEGIA / More og Romsdal / Alesund / Alpy Suunmorskie z oddaliOpis wakacyjnej trasy z 2022 roku, obejmującej południowo-zachodnią Norwegię.

Lipcowy wyjazd do Norwegii planuję już od kilku miesięcy i od początku w głowie miałem dość ogólny zarys trasy. Tym razem nie chcę jechać daleko na północ i pokonywać jakiś szczególnie wielkich dystansów. Ceny paliwa ostatnio mocno podskoczyły, w Norwegii jest to szczególnie mocno odczuwalne. Mimo że bogactwo tego kraju jest oparte na własnych, ogromnych złożach ropy naftowej, to i tak cena paliwa osiąga 11-12 zł za litr! Jadę tym razem z Madzią i Flo, które były już ze mną na północy kilka lat temu (czytaj tu), ale nie miały okazji zobaczyć południowo-zachodniej, najpiękniejszej części Norwegii.

Nasz plan opiera się na skorzystaniu z nocnej, promowej przeprawy z Gdyni do Karlskrony, a następnie przejechaniu przez południową Szwecję do Norwegii. Tym sposobem po południu drugiego dnia podróży będziemy na miejscu. Bilety na prom rezerwuję z dużym wyprzedzeniem i cena nie jest jakaś szczególnie wygórowana, bo zbliżona do tej, jaka była w 2018 roku, gdy udawałem się w te rejony ze znajomymi (czytaj tu). Jedzenie na wyjazd niemal w całości bierzemy z Polski i w bagażniku są trzy spore kartony wypełnione konserwami, ryżami, makaronami, mlekiem i pieczywem. Fakt podróży samochodowej pozwala na komfort zabrania większej ilości rzeczy niż minimalna - w efekcie cały tył jest szczelnie wypchany po dach.

W trasę ruszamy w czwartek przed południem, więc trasa S7 do Trójmiasta nie jest jakoś mocno zatłoczona. Jedzie się bardzo przyjemnie, a upały, które przez ostatnie dni królowały w Polsce, również nieco odpuszczają. Do Gdańska docieramy tuż przed 16, więc robią się popołudniowe korki. Nawigacja sugeruje, by zamiast obwodnicą, jechać przez środek miasta. Nieco to dziwne, no ale tak jedziemy. Trasa jest totalnie bez sensu - przez Brzeźno, Przymorze, a potem nawet wąskie uliczki Sopotu. Zaczynam się zastanawiać, czy w Trójmieście są aż takie korki, by szybciej było przez teren z ograniczeniem do 30 km/h i progami zwalniającymi. Gdy w Gdyni wyjeżdżam na większą ulicę okazuje się oczywiście, że żadnych korków nie ma. Kolejny raz przekonuję się, że algorytmy nawigacji są często bezsensowne i bezrefleksyjne kierowanie się jej wskazaniami niczego nie ułatwia ani przyspiesza. Docieramy w końcu do galerii handlowej Riviera, gdzie zostawiamy samochód. W porcie musimy być 2 godziny przed wypłynięciem, czyli o 19, co daje nam nieco czasu by przespacerować się i pójść na plażę. Okazuje się, że aleja Piłsudskiego jest w przebudowie, ale jakoś to obchodzimy i docieramy do Bałtyku.

Czasu nie pozostało zbyt wiele. Idziemy w stronę plaży miejskiej, kupujemy sobie jakieś frytki i wokół Kamiennej Góry wracamy do samochodu. Jeszcze tankowanie do pełna i jedziemy do portu. Dostałem rano SMS od Stena Line, że promy odchodzą teraz z nowego terminala, który jest znacznie bliżej centrum miasta niż stary. Jest tam, gdzie mieścił się dawny Dworzec Morski. Okazuje się też, że nowy terminal jest znacznie większy i nowocześniejszy, rodem z portów, gdzie promy samochodowe kursują znacznie częściej. Są teraz wygodne, ogromne parkingi, gdzie obsługa sprawnie ustawia samochody.

Pogoda nieco się psuje, zaczyna padać. Wkrótce przypływa nasz prom. Wyjazd samochodów trwa długo, potem jeszcze dłużej trwa wjazd. W końcu jesteśmy i my. Bierzemy ze sobą rzeczy potrzebne na noc i zostawiamy je w kajucie. Wychodzimy na górny, widokowy pokład. Deszcz już minął i zachodzące słońce tworzy kolorowy spektakl. Widoki na miasto i port są wspaniałe. O 21 odbijamy i nabieramy prędkości. W zapadającym zmroku widzimy półwysep Helski, mijamy w niewielkiej odległości sam Hel. Pora iść spać, rano pobudka przed 6, na godzinę przed przybyciem do Karlskrony trzeba opuścić kabiny, aby obsługa promu mogła zrobić porządki.

Noc mija spokojnie, ale ciężko spać jakoś głęboko - silniki promu wytwarzają wyczuwalne wibracje. Gdy wychodzimy na pokład wita nas dobra pogoda, która zapowiada piękny dzień. Przed dziobem widać już szwedzkie wybrzeże. Mijamy szkierowe wysepki i... kajakarza. Fal nie ma, ale jesteśmy jeszcze kilka kilometrów od brzegu, więc taki obrazek nieco dziwi. Schodzimy na pokład samochodowy, prom wkrótce przybija i wyjeżdżamy na zewnątrz. Nie ma na szczęście żadnej kontroli policyjnej, która mocno spowalnia wyjazd setek samochodów. Sprawnie mijamy Karlskronę i kierujemy się na Växjö. Drogi są zupełnie puste, jedzie się całkiem miło. Madzię nuży senność i zamieniamy się za kierownicą. Południowa Szwecja jest dość pagórkowata, ale odmienna od np. Kaszub. Wokoło jest pełno polodowcowych skał, a lasy wręcz rosną na głazach narzutowych.

Trasa na Växjö i Jönköping jest prosta nawigacyjnie, wystarczy pamiętać kilka numerów dróg. Nie mam potrzeby korzystania z nawigacji, bo oznaczenia są tu dobre. Jednak po 200 km w dość powolnym tempie i ja zaczynam odczuwać senność. Zatrzymujemy się tuż przed Jönköping i na jakimś placu postojowym wyjmujemy menażkę i kartusz z gazem. Pora ugotować wodę na kawę i zrobić jej zapas do termosu. Kolejna zamiana za kierownicą. Teraz z kolei ja na moment odpływam. Zmierzamy w kierunku jeziora Wener. Jest największe w Szwecji i trzecie co do wielkości w Europie, ustępując jedynie jeziorom Ładoga i Onega. Jest tak wielkie, że tworzy sporą przeszkodę terenową na prostej drodze do Norwegii i trzeba nadłożyć wiele kilometrów by je objechać. Obieramy wariant prowadzący jego wschodnim i północnym brzegiem. Gdy dojeżdżamy, pomiędzy drzewami przebija ciągnąca się do horyzontu tafla wody. Zjeżdżamy nad samą wodę, gdzie robimy krótki piknik. Idę na pobliskie wzgórze, skąd widać nieco szerzej. Nie ma oczywiście mowy by zobaczyć przeciwległy brzeg, odległy o 45 km w najbliższym miejscu i niemal 90 km w najdalszym.

Pora zbierać się w dalszą drogę. Zatrzymujemy się jeszcze po drodze w centrach handlowych w Karlstad, szukając Surströmming, czyli słynnych kiszonych śledzi, będących szwedzkim przysmakiem. Nigdzie ich nie ma. Liczę jednak, że uda się tuż przed norweską granicą. Jednak i w Charlottenbergu ich nie ma. Pani na pytanie czy są najpierw się krzywi, ale potem wyjaśnia mi, że teraz są mało dostępne w handlu, bo wszyscy jedzą je począwszy od sierpnia. Trudno, za resztę posiadanych przez nas szwedzkich koron w gotowce kupujemy jakieś słodycze na drogę.

Na norweskiej granicy czeka nas mała niespodzianka. Przywrócono kontrolę graniczną. Jest co prawda dość szczątkowa, bo strażnicy tylko pytają o cel przyjazdu do Norwegii i miejsce gdzie się jedzie, nawet nie sprawdzając dokumentów. Tym niemniej to mało spotykana sytuacja i nie wiem czemu ją przypisywać. Może wojnie na Ukrainie i napływowi uchodźców?

Droga po norweskiej stronie nie różni się niczym od szwedzkiej, poza innymi kolorami tablic informacyjnych. Teren jest lekko pagórkowaty i silnie zalesiony. Jesteśmy już zmęczeni całym dniem jazdy, ale postanawiamy pojechać jeszcze trochę na północ i poszukać noclegu. Mijamy Kongsvinger i jedziemy wzdłuż rzeki Glommy. Madzia sugeruje, byśmy poszukali miejsca do rozbicia się na dziko. Ja uważam jednak, że lepiej na kempingu. Niemal się o to kłócimy, Flo też wrzuca swoje trzy grosze. Okazuje się jednak, że o ile możliwość spania na dziko jest fajna i względnie łatwa dla rowerzysty czy turysty pieszego, to osoby zmotoryzowane mają już z tym problem. Problem jest mniejszy w bardziej odludnych rejonach na północy, ale i tam znalezienie dobrego miejsca, z płaskim terenem, dostępem do wody i jakimś widokiem jest trudne i wymaga błądzenia po jakiś zupełnie podrzędnych drogach. Tu gdzie jesteśmy każda boczna droga prowadzi do czyjegoś domu. Nad rzekę nie ma jak podjechać, ani też nie ma tam specjalnych miejsc pod namiot. Z kolei gdyby skręcić w las, to miejsce może się znajdzie, ale widoków nie będzie żadnych, za to zjedzą nas miliony komarów. Madzia i Flo w końcu kapitulują i jedziemy na kemping w Braskereidfoss. Jest dość spory, ale na uboczu. W dodatku jest tuż nad rzeką, a na polu namiotowym jesteśmy sami. Koszt też nie jest jakiś wygórowany, za to mamy dostęp do podstawowych kempingowych wygód. Zdecydowanie prościej ugotować coś i zjeść przy stole, niż w kucki. Jesteśmy też o wiele dalej na północ i zachód, w związku z czym o godzinie 23 wciąż jest jasno. Pora spać.

Rano wstajemy dość wcześnie. Pogoda zapowiada się nieźle, choć doświadczenie nauczyło mnie, że Skandynawia jest pogodowo bardzo zmienna i nie ma co przesądzać. W dodatku znów przemieścimy się w zupełnie inny rejon. Po śniadaniu pakujemy wszystko do samochodu i ruszamy na północ wzdłuż rzeki drogą nr 2 a później nr 3. To nie są jeszcze górskie rejony Norwegii, choć teren przypomina nasze Bieszczady. Wokoło krystalicznie czyste rzeczki i jeziora oraz rozległe lasy. W pewnym momencie naszą uwagę przykuwa ogromna figura srebrnego łosia. Zatrzymujemy się na pobliskim parkingu. Łoś ma dobre 15 m wysokości i jest niewątpliwie ciekawostką. Robimy krótką przerwę i całą sesję zdjęciową.

Dalsza trasa przebiega przez coraz wyższe wzniesienia, wreszcie po obu stronach drogi wyrastają prawdziwe góry. Niestety pogoda się psuje, zaczyna padać i widoczność spada. Droga nr 3 cały czas biegnie równolegle do rzeki Glommy, która wije się malowniczo. W miejscowości Tynset skręcamy w prawo i wspinamy się na wyżynę, na której zaczyna dominować karłowata brzoza, niemal jak w rejonach położonych daleko za kołem podbiegunowym. Docieramy do miejscowości Roros, która jest w planie naszej podróży. To osada górnicza, od dawna funkcjonowały tu kopalnie miedzi i węgla. Flo interesuje też lokalna społeczność, bo aż tak daleko na południe występowali Saamowie i tu można było spotkać stada reniferów.

Parkujemy w jednej z uliczek miasteczka, które kojarzy mi się z Kazimierzem Dolnym. Trzeba zapłacić za najbliższe 2 godziny w parkomacie, a ten jak na złość nie chce zaakceptować żadnej z naszych kart. W końcu się udaje. Dodatkowo przebieram się w długie spodnie, bo temperatura to zaledwie kilka stopni, a do tego dość mocno pada. Zauważam, że brakuje nam lewego światła stopu. Mam nadzieję, że to tylko żarówka, ale nie demontowałem jeszcze tylnego reflektora w samochodzie Madzi, liczę że będzie to proste zadanie.

Idziemy w górę wąskich uliczek. Madzia i Flo wchodzą do jakiejś galerii, ja czekam na zewnątrz, marznąc coraz bardziej. Wreszcie pojawiają się na zewnątrz i ruszamy pod charakterystyczny kościół. Wejście jest dość drogie jak na zwykły kościół w zapadłej dziurze, więc znów sobie odpuszczam. Jestem coraz bardziej zły, bo jak na razie, to miasteczko niczym mi nie zaimponowało. Zmieniam zdanie, gdy kierujemy się do dawnej kopalni miedzi, teraz zamienionej w muzeum. Jest tu też charakterystyczny pomnik renifera.

Muzeum trzy piętra, można tu zobaczyć zarówno modele dawnej kopalni, dawne prawdziwe wyposażenie tego budynku, różne stare zdjęcia, a także ekspozycję o kulturze południowych Saamów. Jest tu nawet galeria współczesnej sztuki jakiejś saamskiej artystki, ale jakoś zupełnie nie pasuje do reszty. Wizyta w muzeum okazuje się najciekawszym elementem pobytu w Roros i zajmuje nam dobrą godzinę.

Wracamy do samochodu. Na szczęście zdjęcie reflektora to kwestia odkręcenia dwóch śrubek i wymiany żarówki - zajmuje mi to 5 minut i samochód odzyskuje pełną sprawność techniczną. Wolałbym nie dostać norweskiego mandatu z powodu przepalonej żarówki.

Nieco zmieniamy koncepcję trasy i postanawiamy pojechać jeszcze dalej na północ, drogą nr 30. Prowadzi ona coraz wyżej i choć nie są to jakieś potężne góry, to znów roślinność zmienia się w tundrową. Osiągamy prawie 800 m n.p.m. Po minięciu najwyższego punktu rozpoczyna się łagodny i długi zjazd. Droga prowadzi głęboką doliną, wzdłuż spienionej rzeki. Obok co ciekawe biegną tory kolejowe. Mijamy jakieś zwężenia przybierające formę kanionów, wiszące kładki... a deszcz nie przestaje padać. Nieco mnie to martwi, ale liczę, że gdy zbliżymy się do morza, to pogoda się poprawi.

Docieramy w końcu do ruchliwej jak na norweskie warunki drogi E6 łączącej Trondheim i Oslo. Teraz skręcamy na południe, docierając do Oppdal, gdzie znów odbijamy w górską drogę nr 70.

Tu już zaczynają się naprawdę wysokie i poważne góry, wokoło widać liczne ośrodki narciarskie. Pokryte śniegiem szczyty toną jednak w chmurach. Nasza droga wspina się bardzo stromym zboczem głębokiej doliny. Stwierdzamy, że trzeba szukać noclegu, bo jest już po 20. Tym razem nie ma wątpliwości, że musi to być kemping, bo warunki pogodowe i temperatura oraz teren skutecznie wykluczają szukanie miejsca na dziko. Co więcej - rozważamy wzięcie hytty, by nie przemoczyć sobie więcej niż i tak przemoczyliśmy.

Droga zjeżdża stromo w dół, aż do spienionej rzeki. Dolina w tym miejscu to niejako przedłużenie fiordu, do którego się zbliżamy. Otaczają nas pionowe ściany, a szczyty sięgają 1500 m w górę. Niestety, na dwóch z kolei kempingach brak miejsc, na kolejnym nie ma żywej duszy. Docieramy niemal nad sam fiord. Tu również nie ma wolnych hytt, wszystko zajęli wędkarze, którzy mają teraz sezon połowów łososi. Ale podobno kawałek dalej mają coś wolnego.

Rzeczywiście, na pięknie położonym kempingu nie widać tłoku, idę do pobliskiego domu, do właściciela. Są wolne hytty, nawet dość korzystnie finansowo, bo tylko nieco drożej niż wczorajsze miejsce pod namiot. Okazuje się nawet, że jest tu... automat do płacenia. Wybiera się na dotykowym ekranie numer domku, przykłada kartę, a klucz i tak jest w zamku drzwi. Jednak płatność nie chce przejść, więc wracam do właściciela. Przynosi swój terminal, ale też ma jakiś problem - raz nie ma zasięgu, po chwili pada mu bateria. Trochę się śmiejemy z tego pecha. Zauważam na półce paczkę amunicji myśliwskiej w szwedzkim kalibrze 6,5x55 mm SE. Jako strzelec sportowy osobiście takiej nie używam, ale znam opinie kolegów, którzy sobie ją bardzo chwalą. Czas walki z przeciwnościami terminala zajmuje więc rozmowa o strzelectwie i polowaniach w Skandynawii. W końcu udaje mi się zapłacić.

Droga do naszej hytty to ledwie z 50 m, ale pokonuję ją pod potworny, przeszywający wiatr. Jest 6 stopni, a wiatr ma siłę huraganu, więc temperatura odczuwalna to pewnie gdzieś w okolicy zera. A jeszcze dwa dni temu męczyłem się w 32-stopniowym upale. Przeskok jest aż za duży. Cieszymy się, że znalazła się tania hytta, bo w takich warunkach nawet namiot byłby przewiewany. W dodatku na grzejniku można podsuszyć mokre kurtki.

Zdjęcia: Sunndalsøra, More og Romsdal, Sunndalsøra, NORWEGIA
Sunndalsøra, More og Romsdal, Sunndalsøra, NORWEGIA



Rano pogoda poprawia się tylko trochę. Szczyty gór dalej są skryte we mgle, jest nadal kilka stopni, ale przynajmniej nie pada. Pakujemy się, podjeżdżamy do odległej o zaledwie kilometr miejscowości Sunndalsora, leżącej już nad końcówką Sunndalsfiordu, gdzie tankujemy i podziwiamy osiedle domów położone tuż pod skalnym urwiskiem. Ciekawe czy schodzą tu kamienne lawiny...

Nasza dalsza trasa prowadzi na północ. Przejeżdżamy przez niewielkie pasmo gór i docieramy nad kolejną odnogę tego samego rozgałęzionego fiordu, noszącej nazwę Alvundfiordu. Po dalszych kilometrach znów wracamy nad Sunndalsfiord, a dokładniej na jego wcześniejszy fragment - Tingvollfiord. Trzeba przyznać, że te zmieniające się nazwy i kręte drogi nie ułatwiają orientacji. To niby ten sam fiord, ale ma się wrażenie że ciągle dociera się nad jakiś inny. Pogoda jest zmienna - raz pada, a raz wychodzi nawet słońce.

Docieramy do drogi E39 i kierujemy się na zachód, w stronę Molde. Jednak najpierw mamy zamiar pojechać na Drogę Atlantycką, którą jechałem w 2017 roku (czytaj tu). Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy pięknym, wiszącym moście, gdzie schodzimy nad samą wodę. Madzia znajduje wielką meduzę i bezskutecznie usiłuje ją podnieść i wrzucić do morza. Przekonuję, że to nie ma sensu, że meduzy giną milionami ale i mnożą się równie skutecznie. To nie jest jakaś wielce zaawansowana forma życia by ją ratować.

Podmorskim tunelem przejeżdżamy w stronę Kristiansund. Miasto ma nawet lotnisko. Jest też pięknie położone - na licznych wyspach, co przypomina lagunę. Kierujemy się na północny zachód i kolejnym podmorskim tunelem w stronę Drogi Atlantyckiej. Zwracam uwagę, że zniknęły bramki poboru opłat. Teraz ta ciekawa atrakcja jest już darmowa.

Z początku mijamy kilka szkierowych wysp, ale wjeżdżamy w tereny znacznie mniej widowiskowe. Sama droga zaczyna się nieco dalej i jej główną atrakcją jest kilka mostków, łączących skaliste wysepki. Teraz robi się coraz ładniej, więc można nacieszyć oczy widokiem. Niewątpliwie ciekawym przeżyciem byłoby pokonanie tej drogi w czasie sztormu. Na jednej z wysepek jest turystyczna trasa z udogodnieniami dla osób niepełnosprawnych. Widać też stąd słynny most, który wygląda jak wygięty. Co ciekawe - wygląda tak tylko z jednego miejsca, a z pozostałych względnie normalnie. Za to przejazd tym mostkiem nie jest niczym niezwykłym - ot mostek jak wiele innych. Dalej nie ma już szczególnych ciekawostek.

Pokonujemy teraz mało widowiskowe, choć górzyste tereny, zmierzając od północy w stronę Molde. W końcu docieramy do miasta, w którym byłem już kilka razy. W okolicy mieszka mój kolega, Artur, ale tym razem nie będzie dane nam się spotkać, bo akurat pojechał do Polski. Trudno, uda się przy innej okazji. Przez Molde przejeżdżamy szybko, kierując się do portu, gdzie wjeżdżamy na prom do Vestnes. To dość spory kawałek do pokonania wodą, prom jest duży i ma całkiem dobrze wyposażoną kabinę pasażerską, czyli miejsce gdzie można spędzić czas poza samochodem w czasie półgodzinnego rejsu.

Wypogadza się zupełnie, wychodzi słońce i robi się ciepło. To pozwala wyjść na pokład i zrobić nieco zdjęć wspaniałym, ośnieżonym szczytom widocznych przed nami Alp Suunmorskich. Stąd widać też most na drodze E136. Wkrótce dobijamy do nabrzeża w Vestnes. Po kilku kilometrach jazdy docieramy do ronda. W lewo można jechać przez widoczny wcześniej most w stronę Andalsnes, albo skierować się w prawo, a stronę Alesund. Wybieramy drugi wariant. Chcemy dziś zrobić drogową pętlę wokoło i przez Alpy Suunmorskie, by jutro wrócić w tą okolicę i skierować się do Andalsnes.

Zdjęcia: Molde, More og Romsdal, Alpy Romsdalskie z oddali, NORWEGIA
Molde, More og Romsdal, Alpy Romsdalskie z oddali, NORWEGIA



Droga wznosi się stromym podjazdem, osiągając kilkaset metrów n.p.m. Potem rozpoczyna się zjazd do miejscowości Sjoholt , gdzie będzie początek i koniec naszej pętli. Droga jest piękna, widoki są znakomite. Madzia zaczyna naciskać, byśmy gdzieś zjechali w bok, najlepiej nad sam fiord i tam zrobili sobie piknik i coś zjedli. Gdzie jednak mam zjechać? Albo to jakieś strome szutrówki, albo dojazdy do czyichś domów. Nie ma zjazdu w piękne miejsce nad wodą. Zaczynamy się kłócić. Nie chcąc zaogniać sytuacji wracam kawałeczek na jakiś parking. Miejsce może nie jest szczególnie romantyczne, ale rzeczywiście nad wodą i widok jest ładny. Jednak silny wiatr uniemożliwia sensowne rozpalenie gazu i ugotowanie czegoś. Zjadamy więc na zimno coś z naszych zapasów i tym razem Madzia jedzie już dalej.

Droga E39 jest wspaniałej urody. Wiedzie nad fiordami, wije się tak jak ich brzeg. Widoki są powalające. Docieramy do Alesund, gdzie skręcamy na południe, na przystań promową. Mamy małego pecha, bo prom ucieka nam dosłownie sprzed nosa. Musimy pół godziny poczekać na kolejny. Rejs do Festoya jest dość krótki, ale widoki na górskie szczyty są wspaniałe.

Zdjęcia: Alesund, More og Romsdal, Alpy Suunmorskie z oddali, NORWEGIA
Alesund, More og Romsdal, Alpy Suunmorskie z oddali, NORWEGIA



Droga prowadzi dalej u podnóża stromych, miejscami pionowych ścian. Siedząc na miejscu pasażera mogę wykonać kilka zdjęć. Ta droga jest atrakcją sama w sobie! Nawet bez zatrzymywania się zapewnia świetne wrażenia. Za miejscowością Volda zaczyna się szereg tuneli, a wijąca się końcówka fiordu pozostaje w dole. Wokoło góry z niewielkimi lodowcami.

Wreszcie odbijamy w lewo w drogę nr 60. Jest wąska, miejscami dziurawa i prowadzi coraz wyżej. tereny są ładne, ale to już nie dzikie rejony, a dość zaskakująco zagospodarowany rolniczo obszar. Jakieś łąki, pastwiska, woń naturalnego nawozu. Nieco wyżej teren staje się bagnisty i podmokły. Myślimy o poszukaniu miejsca do spania na dziko, ale tu problemem jest teren. O ile znajdą się drogi gdzie można pojechać w bok i nikomu nie przeszkadzać, to tu wszędzie jest bardzo mokro. Postanawiamy jechać do miejscowości Hellesylt, położonej nad Geirangerfordem. Tam jest jakiś kemping, może tam się uda? Madzia i Flo nawet znów myślą o hyttcie, gdyby cena nie była zbyt wysoka.

Gdy stromym zjazdem docieramy do miasteczka odnoszę wrażenie, że byłem tu już przejazdem w czasie którejś z poprzednich wypraw. Jest tu bardzo ładnie położony kemping, z przyzwoitymi warunkami, ale bez hytt. Hytty są na innym kempingu, w górskiej dolinie, 2 km dalej. Jedziemy tam, by się dowiedzieć o cenę. Jest jednak już sporo wyższa niż wczoraj, a ponadto pogoda zapowiada się dobrze. Wracamy do Hellesylt i rozbijamy namiot.

Gotujemy zasłużoną kolację. Postanawiamy zrobić sobie spacer do miejsca gdzie były hytty, bo na rzece jest kaskada wodospadów. Poza tym, przyda się nieco ruchu po tylu godzinach siedzenia. Spacer jest bardzo fajny. Mimo że jest już 22, to jest zupełnie jasno. Dolina jest wspaniała, płynie nią spieniona rzeka, w której też stoją wędkarze, zasadzający się na łososie. Wodospady są bardzo ładne. Co ciekawe - w samym Hellesylt jest mały stadion jakiegoś lokalnego klubu piłkarskiego. Przecież to maleńka, zagubiona w górach mieścina. Liczy 2-3 tysiące mieszkańców. Ale klub piłkarski ma. Co więcej, klub ma ponad 100 lat! Wracamy do naszego namiotu. Jest już po 23 i... nadal jest zupełnie jasno. Owszem jesteśmy daleko na północy, ale nie aż tak daleko, by sama szerokość geograficzna wyjaśniała dzień o takiej godzinie. Musielibyśmy być za kołem podbiegunowym, by to miało sens. Wytłumaczenie jest nieco inne - Norwegia jest położona o wiele dalej na zachód niż Polska, ale obowiązuje tu ta sama strefa czasowa. Gdy w Polsce o 23:30 jest już zupełnie ciemno, to w Norwegii jest to odpowiednik 22 z minutami. A jak dołoży się znacznie większą szerokość geograficzną, to mamy to co właśnie obserwuję. Jednak wschód słońca jest tu... później niż w Polsce, mimo że sama noc trwa o wiele krócej i w zasadzie nie jest nocą, tylko stanem, gdy niebo w pewnym stopniu ciemnieje, ale nie zapada pełen zmrok.

W nocy trochę wieje i pada, ale na szczęście gdy wstajemy to nie jest zbyt mokro. Tym niemniej pogoda nie zapowiada się na wybitnie dobrą. Gdy Madzia i Flo idą wziąć prysznic, ja zajmuję się szybkim złożeniem namiotu, by zabezpieczyć go przed deszczem. Zauważam, że Geirangerfiordem płynie jakiś spory statek wycieczkowy. Co ciekawe, nie skręca w kierunku końca fiordu, tylko zbliża się do naszej zatoki. Jego sylwetka rośnie i rośnie, okazuje się że to ogromna, oceaniczna jednostka. Dosłownie po kilku minutach zasłania cały widok. Madzia i Flo wracają i jak zresztą połowa ludzi na kempingu są zaskoczone nieoczekiwaną wizytą kolosa. Szybko jemy śniadanie, pakujemy resztę rzeczy do namiotu i ruszamy na północ

Droga wspina się dość stromo w górę i wkrótce wjeżdża w tunel. Po kilku kilometrach kończy się on i w tym miejscu jest spory parking i punkt widokowy na Geirangerfiord. Robimy krótką przerwę i kilka zdjęć. Naszą uwagę przykuwają też pasące się nad naszymi głowami... alpaki. Dość nietypowe zwierzęta jak na Norwegię. Dalsza droga prowadzi jeszcze kawałek w górę i oddala nas nieco od wód fiordu - zjeżdżamy teraz w dolinę pomiędzy dwoma górskimi grzbietami. Po chwili jednak docieramy do miasteczka Stranda i tym razem mamy szczęście, bo od razu wjeżdżamy na pokład promu, który po chwili odpływa. Tu odległość nie jest duża i już kilka minut później jedziemy dalej drogą nr 650 na północ. Wspinamy się znów w górę i po chwili znów stromo w dół, nad sam Geirangerfiord. Tu chwila postoju na parkingu, pora wypić poranną kawę.

Dalsza trasa jest znów niemal nad wodami fiordu. Wkrótce zamykamy naszą pętlę wokoło Alp Suunmorskich, docierając do Sjoholt i do drogi E39. Znów robi się piękna, słoneczna pogoda. Teraz jedziemy na wschód, wspinając się na odcinku dobrych 10 kilometrów na przełęcz, na której jest parking i początek kilku turystycznych szlaków. My jednak jedziemy dalej i po sporym odcinku w dół, docieramy do ronda, gdzie kierujemy się w prawo, na drogę E136 do Andalsnes. Pokonujemy wielki most, który wczoraj ładnie było widać z promu płynącego z Molde.

Madzia prosi by zatrzymać się na chwilę, bo chce porobić kilka zdjęć. Trzeba przyznać, że widoki są wspaniałe. Droga prowadzi blisko wody, ale równie blisko są wysokie ośnieżone szczyty. To już Alpy Romsdalskie, równie wysokie i strzeliste pasmo górskie jak Alpy Suunmorskie. Pokonujemy kolejne zawijasy i tunele drogi, aż przebijamy się pod dużym masywem, na odcinku niemal 7 km. Wyjeżdżamy z tunelu praktycznie w Andalsnes.

W miasteczku kierujemy się w okolice połączonego dworca kolejowego i autobusowego. Okazuje się, że w szczycie sezonu jest w okolicy płatny parking dla turystów chcących wejść na górującą nad miastem Nesakslę. Gdy byłem tu we wrześniu zeszłego roku (czytaj tu) było niemal pusto, ale teraz ciężko zaparkować. Madzia zaczyna naciskać, by na szczyt wjechać kolejką linową, zamiast tam wchodzić. Ja upieram się na wejście - kolejka to przecież poważny koszt. Trochę się kłócimy, ale w końcu ulegam. Jest już dość późno, upał daje się we znaki. Może i lepiej tylko schodzić, zamiast i wchodzić na górę? Tak czy siak bierzemy plecak, kijki trekkingowe i zakładamy górskie buty.

Kolejka w jedną stronę dla trzech osób to rzeczywiście spory wydatek. No ale cóż, podjęliśmy już decyzję. Czekamy dłuższą chwilę w klimatyzowanym wnętrzu. Wreszcie kolejka rusza. Muszę przyznać że widoki na szybko znikające w dole Andalsnes są wspaniałe. Cała jazda jest bardzo szybka, trwa tylko kilka minut i po chwili wychodzimy 700 m wyżej. Kierujemy się na sam szczyt wzniesienia i podziwiamy rozległą panoramę Alp Romsdalskich - widać doliny Romsdalen i Isterdalen, oraz m.in. Trollveggen, czyli słynną ścianę Trolli, na której szczycie stanąłem w zeszłym roku. Po dłuższej chwili rozkoszowania się widokami ruszamy w dół.

Zdjęcia: Andalsnes, More og Romsdal, Alpy Romsdalskie z Nesaksli, NORWEGIA
Andalsnes, More og Romsdal, Alpy Romsdalskie z Nesaksli, NORWEGIA



Szlak z początku jest stromy i dość eksponowany. Przy pośliźnięciu można tu polecieć w dół i nie wyhamować. Dlatego należy rozważnie stawiać kroki, a dla osób z lekiem wysokości może to być dość niemiły fragment. Nieco niżej zaczynają się drzewa i przestrzeń już tak nie przytłacza. Przytłacza za to jaskrawe słońce i upał. Nie spodziewałem się, że zrobi się tak gorąco. Docieramy w końcu do Rampestrekken - wysuniętej ponad przepaść metalowej kładki-platformy. Chwilę czekamy na nasza kolej, ale w końcu wchodzimy i robimy sobie jakieś zdjęcia. Poniżej jest źródło chłodniej wody, gdzie można ugasić pragnienie.

Dalszy odcinek jest już w lesie, ale to nie oznacza, że jest lżejszy. Jest tu mnóstwo korzeni, jest stromo, błotniście i ślisko. Trzeba iść bardzo ostrożnie. Zresztą jesteśmy świadkami jak starszy pan idący z psem upada i choć na szczęście niczego sobie nie łamie, to nie wygląda to przyjemnie. Szlak nie chce się skończyć. W głębi ducha przyznaję Madzi rację - gdybyśmy najpierw tędy podchodzili to stracilibyśmy więcej sił i znacznie więcej czasu. Kolejka, mimo jej kosztu, była dobra decyzją. Wreszcie dochodzimy do Andalsnes, mając na dzisiejszy dzień dość górskich spacerów. Wiemy jednak, że jak dojedziemy na parking ponad Drogą Trolli, to tam też zrobimy jakiś krótki spacer, więc na razie nie rozbieramy się z trekkingowych ubrań i butów. Płacimy za parking i ruszamy w dalszą drogę. Robimy jeszcze małe zakupy w REMA-1000, bo jutro może być krucho ze sklepami.

Jedziemy doliną Isterdalen, wśród niemal pionowych skalnych ścian. Docieramy w końcu do parkingu przed serpentynami Drogi Trolli, gdzie jest też słynny znak uwaga Trolle. Tu zamieniamy się za kierownicą. Ja już kiedyś podjeżdżałem tą drogą, teraz Madzia chce się z nią zmierzyć jako kierowca. Droga jest bardzo widowiskowa, z parkingu wygląda na wręcz niemożliwą do przeprowadzenia - skalna ściana zamyka dolinę całkowicie i nie ma możliwości poprowadzenia tam drogi. Jednak sprytnie wplecione w skały serpentyny pną się coraz wyżej w górę. Podjazd jest bardzo widokowy i emocjonujący, aczkolwiek dzięki licznym zakrętom nie jest jakoś specjalnie stromo. Pokonujemy mostki nad wodospadami, szczęśliwie nie mijamy się z żadnym autokarem i po kilku minutach meldujemy się na dużym parkingu na górze.

Idziemy tu na punkty widokowe, skąd serpentyny prezentują się najciekawiej. Jest tu mnóstwo ludzi, jakieś wycieczki... trudno mówić więc o jakimś komforcie czy wyciszeniu. Jak byłem we wrześniu to ludzi było zauważalnie mniej. No cóż, mamy teraz szczyt sezonu, nie ma się co dziwić. Po sesji zdjęciowej wracamy do samochodu i jedziemy dalej na południe. Droga wznosi się jeszcze przez jakiś czas, dookoła rozpościera się kamienna pustynia otoczona ośnieżonymi szczytami. Niesamowite jak na przestrzeni kilku kilometrów może zmienić się otoczenie. Droga dociera do rozległej górskiej kotliny, gdzie są niewielkie jeziora i podmokłe, niemal tundrowe tereny. W dodatku na drodze można raz po raz zauważyć owce, które ze stoickim spokojem blokują przejeżdżające samochody.

Zdjęcia: Geiranger, More og Romsdal, Droga z Andalsnes do Geiranger, NORWEGIA
Geiranger, More og Romsdal, Droga z Andalsnes do Geiranger, NORWEGIA



Droga prowadzi w dół, zaczynają się pierwsze drzewa. Pora szukać jakiegoś noclegu, choć moglibyśmy jeszcze pojechać kilka godzin. Uznajemy jednak, że pora zrobić dzień z mniejszą ilością jazdy, poza tym Madzia o 18 musi przeprowadzić jakąś internetową sesję. Kiedyś spałem na kempingu w dalszej części tej doliny, pamiętam że wtedy braliśmy hyttę, ale było tam niezłe pole namiotowe. Po kilkunastu minutach docieramy w to miejsce. Kemping niewiele się zmienił od 2017 roku, ale tym razem pogoda jest idealna. Kemping jest uroczy, otoczony pięknymi górami, jest tu internet, a nawet prysznice w cenie. Czego chcieć więcej? Gdy Madzia prowadzi swoją sesję ja z Flo rozbijamy namiot, robimy kolację i pranie, które rozwieszamy na sznurku, licząc że nadal wysoko stojące słońce wysuszy je do wieczora. Pogoda jest znakomita i znów mimo późnych godzin jest zupełnie jasno. Nawet jaśniej niż wczoraj, bo niebo jest bezchmurne.

Rano okazuje się, że niestety pogoda nie będzie już taka piękna. Nie pada, ale niebo jest zachmurzone. Ruszamy dość wcześnie, zjeżdżając jeszcze kawałek w dół i docierając do promu w stronę Geiranger. Tu mała ciekawostka - większość norweskich promów przez fiordy ma już automatyczne czytniki urządzeń autopass lub tablic rejestracyjnych i opłaty są pobierane z kart właścicieli samochodów. Ten jest wyjątkowy, bo trzeba zapłacić przykładając kartę do terminala, tak jak robiło się to jeszcze kilka lat temu. Rejs jest krótki, a po drugiej stronie od razu zaczyna się dość stromy podjazd. Okolica wkrótce robi się jałowa i skalista, a my wspinamy się wyżej i wyżej.

W końcu parking, gdzie już widać w dole wody Geirangerfiordu i początek stromego zjazdu. Jednak lepszy punkt widokowy znajduje się nieco dalej, na pierwszej z serpentyn tzw. Drogi Orłów. Stąd widać już samo miasteczko Geiranger, oraz końcowy odcinek Geirangerfiordu - wszystko położone kilkaset metrów niżej robi duże wrażenie. Jest tu też coś w rodzaju szyby z namalowanymi charakterystycznymi miejscami - jak się odpowiednio stanie, to nakłada się nam obraz z rzeczywistym i widać co jest czym. Miejsce jest zatłoczone i bardzo widokowe i muszę przyznać że dobrze, że przyjechaliśmy tu dość wcześnie. Nie ma jeszcze tłoku i dało radę zaparkować.

Zdjęcia: Geiranger, More og Romsdal, Geirangerfiord z Drogi Orłów, NORWEGIA
Geiranger, More og Romsdal, Geirangerfiord z Drogi Orłów, NORWEGIA



Zjeżdżamy stromymi serpentynami Drogi Orłów, może nawet bardziej stromymi niż te na Drodze Trolli. Kilka minut później przejeżdżamy przez Geiranger. Miasteczko to typowy kurort, akurat zawinął tu wielki wycieczkowy statek - brat bliźniak tego widzianego wczoraj. Nie ma sensu tu stawać, więc od razu kierujemy się dalej i zaczynamy podjazd kolejną porcją stromych serpentyn. Zatrzymujemy się jeszcze w punkcie widokowym, ale zwracamy uwagę, że od północy idzie fala deszczu. Pogoda jak widać zmienia się bardzo szybko.

Droga pnie się wyżej i wyżej. Zaczyna padać a temperatura spada do kilku stopni. Znów okolica zamienia się w kamienną, pokrytą śniegiem pustynię. Mijamy rowerzystę z sakwami, który pracowicie ciśnie w tych warunkach pod górę. Trzeba mieć samozaparcie. Dojeżdżamy wreszcie na nieco ponad 1000 m n.p.m. Warunki są niemal zimowe, na jeziorze Djupvatnet jest nadal lód. Mocno wieje i pada, widoczność jest słaba. Rozważaliśmy wjazd na pobliski szczyt Dalsnibba - na wysokość 1500 m n.p.m., ale teraz nie ma to sensu. Widoków nie będzie i tak żadnych, a droga jest płatna. Robimy tylko kilka zdjęć okolicy i kierujemy się dalej. Po kilku kilometrach droga zaczyna opadać i docieramy do znacznie bardziej ruchliwej drogi nr 15.

Zdjęcia: Djupvatnet, More og Romsdal, jezioro Djupvatnet, NORWEGIA
Djupvatnet, More og Romsdal, jezioro Djupvatnet, NORWEGIA



Teraz czeka nas dość długa jazda w stronę miasta Lom. Musimy objechać najsilniej zlodowacony obszar górski w Norwegii, gdzie nie ma żadnych dróg. Nasz wariant prowadzi wokoło wielkiego lodowca Jostedalsbreen, jego wschodnią stroną. Droga powoli opada, tundrowy krajobraz ustępuje miejsca terenom zalesionym. Jedzie się przyjemnie, choć pogoda nadal nie jest zbyt dobra. W jakiejś mieścinie tankujemy do pełna, korzystając z dość dobrej ceny paliwa. I dalej w dół w kierunku Lom. Wreszcie po dłuższym odcinku docieramy do tego miasteczka, położonego u stóp najwyższych w Norwegii gór Jotunheimen

Skręcamy w drogę nr 55, zwanej Sognefjellet. Jest to trasa widokowa, najwyżej położona całoroczna droga w Norwegii. Przed nami wyłaniają się szczyty gór Jotunheimen, w tym pokryty lodowcami Galdhopiggen - najwyższy szczyt Norwegii. Tu też odchodzą boczne drogi do schronisk, z których zaczynają się szlaki na tą górę. My jedziemy dalej, znów wznosząc się coraz wyżej. Niestety znów pogoda się psuje i zaczyna padać deszcz. Droga ma w kilku miejscach oznaczenia wysokości na jakiej aktualnie się znajdujemy. Przekraczamy 1000, potem 1200 m n.p.m. Jest coraz bardziej surowo, coraz zimniej. Docieramy w końcu do najwyższego punktu, na wysokość 1428 m n.p.m. Jest tu schronisko i parking. Stąd widać najwyższą część gór Jotunheimen, która pozostała już za nami. Widać potężne, poszczelinione lodowce. A przecież góry te są mimo wszystko niższe od Tatr, ale tutejsze warunki pogodowe i terenowe powodują, że zlodowacenie się utrzymuje, co sprawia, że wędrówki w tej okolicy często wymagają w pełni zimowego sprzętu i lodowcowych umiejętności. Wyjście na zewnątrz szybko powoduje silne przemarznięcie.

Zdjęcia: Sognefjellet, Vestland, Góry Joutunheimen z drogi Sognefjellet, NORWEGIA
Sognefjellet, Vestland, Góry Joutunheimen z drogi Sognefjellet, NORWEGIA



Droga prowadzi teraz przez rozległe, podmokłe i pokryte śniegiem przestrzenie. Co ciekawe, zza chmur zaczyna dość mocno przebijać słońce. Gdy zatrzymujemy się na kolejnym punkcie widokowym i wraz z Madzią podchodzimy na najbliższe wzniesienie, to uderza w nas lodowaty wiatr o takiej sile, że ciężko ustać. Szybko wracamy do samochodu. Zjeżdżamy w dół - na odcinku 20 km musimy z wysokości 1400 m n.p.m. dotrzeć na poziom morza, więc spadek jest bardzo duży. Non stop jedzie się w dół, nie ma tu płaskich odcinków. Samochodem z automatyczną skrzynią biegów nie jeździłem jeszcze po takich górach. Mimo że jest specjalny tryb większego hamowania silnikiem, to odczuwam dyskomfort, nie wiedząc na jakim w rzeczywistości biegu jadę. Regularnie pulsacyjnie hamuję, by zbytnio się nie rozpędzać. Wreszcie docieramy na dno doliny i do końcówki Sognefiordu.

Teraz kierujemy się do Gaupne. Po kilku kilometrach moja uwagę przykuwa jakiś dziwny odgłos, pochodzący z lewego przedniego koła. Upewniam się, gdy odgłos ten nasila się przy każdym ruchu kierownicą w lewo. No niedobrze. Zatrzymuję się gdzieś w zatoczce i dotykam obu kół. To po lewej jest zauważalnie cieplejsze. To oznacza, że po długim hamowaniu albo szczęki nie odbiły, albo coś dostało się pomiędzy klocek i tarczę i trze. Miałem już taką sytuację w starym samochodzie na Zakopiance. Wtedy jednak tarło zdecydowanie mocniej, koło było aż gorące, a przyczyną był lekko zapieczony bęben hamulcowy. Kilka razy mocno dociskam hamulec w czasie jazdy, odgłos znika. Czyli albo odbiły szczęki, albo coś co tarło wypadło spomiędzy klocków i tarczy. Rzeczywiście, w Gaupne koło jest już zimne. Ale stwierdzam, że trzeba na to zwracać uwagę, by w tym górskim kraju nie było jakiejś niespodzianki. Mimo posiadanego assistance wolałbym nie utknąć na jakiejś górskiej drodze na bezludziu.

W Gaupne skręcamy na północ, w stronę miejscowości Gjerde. Znów jedziemy w stronę najsilniej zlodowaconych gór Norwegii, czyli lodowców Jostedalsbreen. Dolina jest wąska, płynie nią spieniona rzeka, a nad nią unosi się mgła. Wygląda to niesamowicie. Niestety pogoda znów się psuje i zaczyna padać deszcz. Liczę, że do lodowca Nigardsbreen dotrzemy w godzinach, kiedy kursuje łódź, skracająca drogę do czoła lodowego jęzora. W Gjerde skręcamy w lewo, płacimy za ostatni odcinek drogi. Parking nad jeziorem jest prawie pusty i... wygląda na to, że łódź już nie kursuje. Niech to szlag. W dodatku pada deszcz. Jednak po chwili łódź przypływa. Okazuje się jednak, że tylko już odwozi turystów i nie płynie do lodowca. No trudno, nie po to tyle tu jechaliśmy, by teraz zrezygnować.

Mimo padającego deszczu ruszamy wzdłuż brzegów jeziora. Szlak jest płaski, ale wbrew pozorom dość trudny, bo prowadzi tuż nad wodą po stromych, śliskich skałach. W dodatku raz po raz trzeba przekroczyć spływające z góry strumienie i robić to skacząc z kamienia na kamień. W padającym deszczu jest to męczące i wkrótce jesteśmy zupełnie mokrzy. Docieramy do przystani łodzi, gdzie szlak staje się łatwiejszy. Teraz już po prostu pod górę, po polodowcowych ogładzeniach, w stronę niebieskiego jęzora lodowca Nigardsbreen. Docieramy do miejsca gdzie jest barierka, za którą mogą przechodzić tylko turyści z przewodnikami. Oczywiście nikogo tu nie ma, więc idziemy dalej, odpuszczając sobie jednak dojście do samego lodu. Spod lodowca wypływa silny strumień, teren jest śliski i mylny, a jest już dość późno. No i jeszcze ta pogoda. Robimy nieco zdjęć i wracamy. Powrót jest podobnie męczący, ale szlak w tą stronę lepiej widać. Nie udaje nam się jednak uniknąć upadków. W końcu docieramy na parking. Ufff... jest już po 19, jesteśmy zmęczeni i przemoczeni.

Zdjęcia: Nigardsbreen, Vestland, Lodowiec Nigardsbreen w deszczu, NORWEGIA
Nigardsbreen, Vestland, Lodowiec Nigardsbreen w deszczu, NORWEGIA



Dziś z pewnością musimy znaleźć kemping z hyttą, by wysuszyć nasze rzeczy. Zresztą, noc zapowiada się deszczowo. W Gjerde są jakieś hytty, ale dość drogo. Wydaje się logicznym, że dalej od lodowców, w Gaupne, będzie taniej. Jedziemy ponad 30 km do Gaupne, a nawet kawałek dalej, bo Madzia widziała tam fajny kemping. Niestety, okazuje się, że wszystkie hytty są zajęte. Pozostaje nam kemping w Gaupne. Tu są wolne hytty, ale są dość drogie. Nie mamy jednak wyjścia. Wypakowujemy sporo rzeczy, obwieszamy wszystko co się da, by dosuszyć wczorajsze pranie i dzisiejsze przemoczone ciuchy. Zasłużona kolacja i można kłaść się spać. Długi dzień i wieczorna deszczowa wycieczka dała o sobie znać.


Kliknij tutaj aby przeczytać drugą część artykułu

Kliknij tutaj aby przeczytać całą relację, ze znacznie większą ilością zdjęć.

Pokonaliśmy 4680 km po drogach i około 450 km na pokładach promów, co nie jest jakimś wielkim dystansem jak na Skandynawię, ale tym razem nie zapuszczaliśmy się dalej na północ, skupiając się w południowo-zachodniej części Norwegii.

Zdjęcia

NORWEGIA / More og Romsdal / Alesund / Alpy Suunmorskie z oddaliNORWEGIA / More og Romsdal / Sunndalsøra / SunndalsøraNORWEGIA / More og Romsdal / Molde / Alpy Romsdalskie z oddaliNORWEGIA / More og Romsdal / Andalsnes / Alpy Romsdalskie z NesaksliNORWEGIA / More og Romsdal / Geiranger / Droga z Andalsnes do GeirangerNORWEGIA / More og Romsdal / Geiranger / Geirangerfiord z Drogi OrłówNORWEGIA / Vestland / Sognefjellet / Góry Joutunheimen z drogi SognefjelletNORWEGIA / Vestland / Nigardsbreen / Lodowiec Nigardsbreen w deszczuNORWEGIA / More og Romsdal / Djupvatnet / jezioro Djupvatnet

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2022 Globtroter.pl