Artykuły i relacje z podróży Globtroterów
Wyspa Ometepe > NIKARAGUA
gastropoda
relacje z podróży
Do południa kontynuuję spacer uliczkami Granada. W porcie kupuję bilet na statek pasażerski płyn±cy na wyspę Ometepe i o 15:00 opuszczam piękne miasto. Statek jest niewielki i przepełniony pasażerami. Rejs trwa 4 godziny z widokiem na wystaj±ce z wody dwa wulkany tworz±ce wyspę Ometepe o powierzchni 265 km2, czyli nieco więcej niż wyspa Wolin. To ponoć największa wyspa na jeziorze słodkowodnym na ¶wiecie. Jest ciemno, gdy statek dobija do maleńkiej przystani w pobliżu Altagracia. Na pasażerów (w większo¶ci tubylców) czekaj± pickupy. Na całej wyspie nie ma asfaltowych dróg, tylko kamienne i pyliste drogi polne. Za 2 km kierowca kasuje od każdego 10 cordoba (to wg mnie bardzo dużo), więc do osady ruszam pieszo. Idę na skraj osady i tam na czysto wysprz±tanym podwórku pewnej licznej rodziny znajduję miejsce na rozbicie namiotu. Stawianie namiotu to tak duża atrakcja dla wszystkich, że odrywaj± się od ogl±dania jakiego¶ serialu w telewizji, by popatrzyć, jak rozbijam mój mały hotelik. Murowany dom gospodarzy ma dwie izby z klepiskiem zamiast podłogi. Jedno pomieszczenie to kuchnia, drugie to salon ze sprzętem RTV stoj±cym na cegłówkach oraz kilka plastykowych krzeseł. Dom jest kryty blaszanym dachem, a na strychu s± materace, na których ¶pi cała, liczna rodzina.
Nad ranem jest chwila bardziej rze¶ka i jest to jedyny fragment doby bez upału. Mleko w kartoniku kupione poprzedniego dnia w Granada jest zepsute, ale ¶niadania nie muszę je¶ć na sucho, bo gospodarze częstuj± mnie kaw± i herbatnikami. W centrum osady piję przepyszny koktajl owocowo-mleczny i ruszam nierówn± drog± wiod±c± u stóp wulkanu do następnej wsi. Mijam uprawy bananów, rozległe pastwiska typu sawannowego, niekiedy zostaj±c okurzonym bardzo wolno przejeżdżaj±cym samochodem. Najpopularniejszym ¶rodkiem lokomocji na wyspie zdaje się być rower. W takim skwarze nikt nie chodzi na pieszo. Jestem całkowicie mokry od potu, ale nie jestem wyj±tkiem, wszyscy napotkani s± tak samo jak ja mokrzy, choć oni s± do tego klimatu przyzwyczajeni. W takim skwarze każda forma ruchu jest męcz±ca, więc gdy tylko trafiam na odrobinę cienia przystaję i patrz±c na wulkan (1600 m nade mn±) odpoczywam (najczę¶ciej jest to cień drzewa mango). W gałęziach drzew jest nie tylko sporo kolorowego ptactwa z długimi ogonami (hiszpańska nazwa hurracas), ale też niekiedy małpy congo. Z każdym przejeżdżaj±cym rowerzyst± zamieniam kilka słów wyczuwaj±c w stosunku do mnie duż± dozę sympatii. Po 10 km dochodzę do sporej osady San Marcos. Nie ma jednak w niej żadnej jadłodajni tylko 2 maleńkie sklepiki, w których nie ma prawie nic, co mógłbym kupić do jedzenia, więc zadowalam się markizami. Przechodz±c przez osadę zostaję zaproszony na pogawędkę przez starszego faceta, który jest bardzo ciekawy ¶wiata. Siedz±c na podwórku na krzesłach w cieniu palm rozmawiamy bardzo długo. Rodzina jest serdeczna, więc decyduję się zostać tu na nocleg. Przez całe popołudnie zostaję częstowany różnymi napojami domowej roboty. Takie luĽnie spędzone popołudnie w cieniu palm kokosowych bardzo mnie relaksuje. Gospodarz ma 69 lat i 15 dzieci. Wieczorem jemy wspólnie tortillas z fasol±. Namiot rozbijam pod palmami na czysto zamiecionym podwórku. Piasek jest brunatny, prawie czarny, to piasek wulkaniczny. Kapię się na podwórku polewaj±c się z gumowego węża. Z namiotu mam widok na stożek wulkaniczny. Po podwórku biegaj± ¶winie, które w ciemno¶ci tr±caj± niekiedy mój namiot.
Rano przy kawie gospodarz ci±gle jeszcze wypytuje o Polskę, o której słyszy po raz pierwszy. Generalnie w Nikaragui nikt o Polsce nie słyszał, a każdy biały kojarzony jest z USA. Wyj±tkowo stary autobus jedzie wolniutko przez wie¶ przeraĽliwie tr±bi±c powiadamiaj±c tym samym wszystkich chętnych do jazdy do Moyogalpa. Przejeżdżam 10 km dziel±cych San Marcos od Moyogalpa. Miasteczko jest małe. Jest tu przystań, z której odpływaj± stateczki do San Jorge na południowym brzegu jeziora Nicaragua. Mam sporo czasu do najbliższego rejsu, więc trochę rozgl±dam się po małej mie¶cinie. O 11:30 maleńkim stateczkiem wypływam do San Jorge. Duża fala mocno kołysze i przechyla bardzo niebezpiecznie mał± łupinkę. Po godzinie rejsu statek dopływa do przystani, z której do centrum Rivas jest tylko 3 km.
Nad ranem jest chwila bardziej rze¶ka i jest to jedyny fragment doby bez upału. Mleko w kartoniku kupione poprzedniego dnia w Granada jest zepsute, ale ¶niadania nie muszę je¶ć na sucho, bo gospodarze częstuj± mnie kaw± i herbatnikami. W centrum osady piję przepyszny koktajl owocowo-mleczny i ruszam nierówn± drog± wiod±c± u stóp wulkanu do następnej wsi. Mijam uprawy bananów, rozległe pastwiska typu sawannowego, niekiedy zostaj±c okurzonym bardzo wolno przejeżdżaj±cym samochodem. Najpopularniejszym ¶rodkiem lokomocji na wyspie zdaje się być rower. W takim skwarze nikt nie chodzi na pieszo. Jestem całkowicie mokry od potu, ale nie jestem wyj±tkiem, wszyscy napotkani s± tak samo jak ja mokrzy, choć oni s± do tego klimatu przyzwyczajeni. W takim skwarze każda forma ruchu jest męcz±ca, więc gdy tylko trafiam na odrobinę cienia przystaję i patrz±c na wulkan (1600 m nade mn±) odpoczywam (najczę¶ciej jest to cień drzewa mango). W gałęziach drzew jest nie tylko sporo kolorowego ptactwa z długimi ogonami (hiszpańska nazwa hurracas), ale też niekiedy małpy congo. Z każdym przejeżdżaj±cym rowerzyst± zamieniam kilka słów wyczuwaj±c w stosunku do mnie duż± dozę sympatii. Po 10 km dochodzę do sporej osady San Marcos. Nie ma jednak w niej żadnej jadłodajni tylko 2 maleńkie sklepiki, w których nie ma prawie nic, co mógłbym kupić do jedzenia, więc zadowalam się markizami. Przechodz±c przez osadę zostaję zaproszony na pogawędkę przez starszego faceta, który jest bardzo ciekawy ¶wiata. Siedz±c na podwórku na krzesłach w cieniu palm rozmawiamy bardzo długo. Rodzina jest serdeczna, więc decyduję się zostać tu na nocleg. Przez całe popołudnie zostaję częstowany różnymi napojami domowej roboty. Takie luĽnie spędzone popołudnie w cieniu palm kokosowych bardzo mnie relaksuje. Gospodarz ma 69 lat i 15 dzieci. Wieczorem jemy wspólnie tortillas z fasol±. Namiot rozbijam pod palmami na czysto zamiecionym podwórku. Piasek jest brunatny, prawie czarny, to piasek wulkaniczny. Kapię się na podwórku polewaj±c się z gumowego węża. Z namiotu mam widok na stożek wulkaniczny. Po podwórku biegaj± ¶winie, które w ciemno¶ci tr±caj± niekiedy mój namiot.
Rano przy kawie gospodarz ci±gle jeszcze wypytuje o Polskę, o której słyszy po raz pierwszy. Generalnie w Nikaragui nikt o Polsce nie słyszał, a każdy biały kojarzony jest z USA. Wyj±tkowo stary autobus jedzie wolniutko przez wie¶ przeraĽliwie tr±bi±c powiadamiaj±c tym samym wszystkich chętnych do jazdy do Moyogalpa. Przejeżdżam 10 km dziel±cych San Marcos od Moyogalpa. Miasteczko jest małe. Jest tu przystań, z której odpływaj± stateczki do San Jorge na południowym brzegu jeziora Nicaragua. Mam sporo czasu do najbliższego rejsu, więc trochę rozgl±dam się po małej mie¶cinie. O 11:30 maleńkim stateczkiem wypływam do San Jorge. Duża fala mocno kołysze i przechyla bardzo niebezpiecznie mał± łupinkę. Po godzinie rejsu statek dopływa do przystani, z której do centrum Rivas jest tylko 3 km.
Wyspa Ometepe to bezpieczne i przyjazne miejsce.
Dodane komentarze
trylu57 2012-07-31 01:14:07
Jak zwykle z przyjemno¶ci± przeczytałem Twój artykuł.Przydatne adresy
Brak adres w do wy wietlenia.
Inne materia y
Dział Artykuły
Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.
Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.


