Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Nowa Zelandia butostopem > NOWA ZELANDIA


marcinksok marcinksok Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / autorRelacja z wycieczki szlakami południowej wyspy.

Moi rodzice zjechali kiedyś Polskę autostopem, zawsze chciałem zasmakować tej przygody więc gdy planowałem wyjazd do Nowej Zelandii to zapadła decyzja na właśnie taką formę transportu. Głównym celem był treking licznymi szlakami południowej wyspy ale aby się do nich dostać zdałem się na życzliwość lokalnych kierowców. Dzięki temu mogłem cały dobytek mieć w plecaku, być w jak najbliższym kontakcie z krajem i jego ludnością i otworzyć drzwi nieoczekiwanym przeżyciom.

Zdjęcia: szlak, wyspa południowa, autor, NOWA ZELANDIA
szlak, wyspa południowa, autor, NOWA ZELANDIA



Oczywiście wygody będą nieczęste ale za to o tyle słodsze. Miałem cztery tygodnie samotnej wędrówki więc aby zabić czas decyzja padła na szlak Te Araroa biegnący z południa na północ obu wysp przez trzy tysiące kilometrów. Zacznę w Arrowtown usytuowanym w centralnym południu wyspy i ruszę na północ.
Na szlaku jest kilka osób dzięki bliskiemu miastu, ale z przebytym dystansem robi się pustawo. Mijam opuszczoną osadę górniczą Macetown i podążam doliną rzeki Arrow w kierunku górskiej chaty Rose. Nadchodzi ulewa zmuszająca do rozbicia namiotu przed dotarciem do wygodnego lokum.
Całą noc deszcz a poranny marsz zaczyna się śliskim, trawiastym stokiem. Stare buty ze zdartą podeszwą sprawiają że często upadam. W chacie tylko robię przerwę i podążam granią na pagórki dające ładne widoki. Na noc chata Highland Creek gdzie jestem jedynym gościem.
Nawet po wieczornym posiłku jestem głodny, ostatnio straciłem dużo wagi i mój organizm domaga się kalorii których niestety z uwagi na ciężar ze sobą nie niosę. Następnego dnia mijam ponowną chatę i rozbijam się na wspaniałym miejscu nad małym strumieniem. Kąpiel w bardzo zimnej wodzie dobrze orzeźwia strudzone ciało. Zaczynam się nudzić a to dopiero początek mojej wędrówki, mam nadzieję że oswoję się z tą nową sytuacją.
Przed miastem Wanaka mijam pole namiotowe, i rozbijam się nad jeziorem obok małej altany. Mam widok górzystej okolicy jeziora, własną plażę, ciszę, spokój i nudę. Na szczęście pękła mi łyżka więc większość popołudnia spędzam na struganiu nowej. Choć nie ładna i niezgrabna to zdaje egzamin i przez długi czasu noszę ją w plecaku, na koniec pozostawiając ją w starej górskiej chacie.
Wanaka i wyżerka aż do bólu brzucha, spędzam w okolicach kilka dni zwalczając kontaktem z ludźmi doskwierającą nudę.
Woda już się grzeje na kuchence w chacie Pakituhi. Wanaka też się znudziła więc ruszyłem w drogę, samotność mniej doskwiera więc stopem dojechałem do szlaku i zacząłem się piąć wzwyż. Pod wieczór dołącza miła rodzina przerywając monotonię mego żywota. Oboje rodziców pracuje na pobliskim ranczu i stanowią utożsamienie lokalnej ludności. Przyjaźni, szczerzy, pomocni, pracowici i jakby nie skażeni zachodnim materializmem. Ważniejsze jest dla nich spędzenie z dziećmi nocy w górskiej chacie niż zakup nowego telefonu. Ludzie tej ziemi, trudno ich nie polubić.
W trzy godziny, w mżawce dochodzę do starej chaty Stodys. Na podłodze kamienie i klepisko, otwarte palenisko, ale dach dobry i według przepisów ministerstwa środowiska, wygodne materace na pryczach. Preferuje ten klimat nad nowszymi chatami, jest tu więcej duszy, historii pasterzy którzy tą chatę postawili i w niej nocowali z konieczności. Ja jestem tylko chwilowym przechodniem który chętnie schroni się przed deszczem i rozpali ogień. Moimi kompanami tylko ptaki ćwierkające na zewnątrz, silny wiatr i głód.
Szlak do chaty Timaru nie jest dobrze przetarty. Sypkie zbocze nad strumieniem powoduje ból kostek i niejeden upadek. Kilkukrotna kąpiel w strumieniu odświeża a pusta chata daje schronienie przed silnym nocnym wiatrem. Kapka pozostawionego rumu i dodatkowa łyżka ziemniaków w proszku na obiad to dzisiejsze luksusy. Trasa do następnej chaty to w sumie polne drogi więc szybko mija, można skoncentrować się na okolicy. Właściciel chaty Tin udostępnia ją publiczności więc i ja się w niej zatrzymuję, do towarzystwa będę miał w nocy tutejsze myszy. Mam nadzieję że nie przeszkadzam. Jako luksus znaleziona stara herbata, jest dla mnie przysmakiem teraz. Według podejrzeń myszy baraszkowały całą noc, ale w sumie jestem u nich więc nie mogę narzekać. Po drodze z gór do wielkiej doliny rzeki Ahuriri idę polną drogą i napotykam dwóch myśliwych, blisko cywilizacji. W oddali, u stóp wzgórz stoją porozrzucane masywne domy hodowców bydła i owiec.

Zdjęcia: szlak, wyspa południowa, stara chata, NOWA ZELANDIA
szlak, wyspa południowa, stara chata, NOWA ZELANDIA



Mijam je, forsuję rzekę i następną doliną kluczę słabo przetartym szlakiem. Z nieba leje się żar, nieprzyjemna pogoda na taszczenie plecaka. Po sześciu godzinach znajduje się w otwartych drzwiach chaty East Ahurir, nie jest dla mnie zrozumiałym powód dla którego ktoś popełniłby taki błąd. Wnętrze jest zniszczone przez ptaki które nie mogły ominąć tak dogodnego miejsca na gniazdo. Wszystko jest zabrudzone ich odchodami, na podłodze leży martwe pisklę które najwyraźniej wypadło z gniazda z którego dochodzą odgłosy jego rodzeństwa. Czekam na nie zjawiających się rodziców. Krzyczący maluch napawa mnie melancholią. Najwidoczniej gniazdo zostało założone przy otwartych drzwiach chaty które po jakimś czasie zostały ponownie zamknięte odcinając pisklęta od rodziców którzy nie mając wyjścia je pozostawili na pastwę bezlitosnego losu. Teraz jestem świadkiem tego dramatu. Rozbijam namiot obok nie mogąc przetrawić tego miejsca.
Rano w chacie jest już cisza, ofiara ludzkiej głupoty nie przetrzymała nocy. Dzisiejszego dnia jest wigilia bożego narodzenia, nie pasuje do tego upału. Pokonuję przełęcz i pagórkami schodzę do szosy nad pięknym jeziorem Ohau. Długo nie czekam na okazję i trafiam do miejscowości Twizel. Wbrew osobistej obietnicy lokuję się na prywatnym kempingu aby zażyć odrobinę cywilizacji, sporządzić porządny posiłek w kuchni i wziąć prysznic. Boże Narodzenie spędzam nad jeziorem Pukaki przy jedynym stole na dzikim kempingu. Poszedłem tam piechotą ponieważ choć szlak nie był ciekawy to widoki bliskich gór niezłe. Miejsce wspaniałe choć przepełnione, woda zimna więc kąpiel jest krótka.Mam duży zapas wałówki i gdyby nie brak piwa to nie miałbym powodów do narzekania. Robię inspekcję butów co napawa mnie zgrozą mianowicie podeszwy są już przetarte na wylot i tylko wkładki oddzielają mnie od gleby.
Odcinek od jeziora Tekapo do miejscowości Mesopotamia zaczynam długim marszem szutrową drogą. Próbowałem złapać okazję ale o dziwo nikt się nie zatrzymał więc zakurzony rozbijam namiot nad brzegiem jeziora. W nocy budzą mnie odgłosy kroków, rozmowy i jakby odległy śmiech. Rano bez skutku szukam czyichś śladów, czyżbym śnił? Dzisiaj ponownie odczuwam samotność i robię dużo przerw ale napotkana na szlaku para francuzów dodaje mi otuchy i w weselszym nastroju dobijam do chaty Camp Creek. Wewnątrz jest porządna biblioteczka pełna czasopism i książek a pobliski zimny strumień orzeźwia podczas kąpieli. Wieczorem zjawia się dodatkowy lokator, miły człowiek z Australii, i do późna chata rozbrzmiewa wesołą rozmową. Choć z rana wyruszam to deszczowa pogoda mnie zawraca. Temperatura spada więc rozpalam w piecu i robi się przyjemnie. Ponownie mam gościa, ale tylko na chwilę, zajrzał do środka i popędził dalej, dzisiaj zrobi czterdzieści pięć kilometrów, nie dla mnie takie dystanse. Nadeszła zapowiedziana ulewa a podczas niej para ze stanów zjednoczonych, byli bardzo wdzięczni za nagrzane domostwo ponieważ przemokli do suchej nitki. Mam kompanów na kolejną noc. Sylwester różni się tylko faktem że miałem trudny dzień. Do chaty Royal dotarłem szybko więc postanowiłem na dalszą wędrówkę trasą która przekształciła się w trawiaste zbocza wykręcające kostki. O 17:30 rozbijam namiot nad strumieniem o nazwie Forrest i uciekam do niego przed muszkami. Przed południem jestem w ogromnej dolinie rzeki Rangitata. Szutrową drogą kieruję się na miejscowość Peel Forest z nadzieją na autostop który się zjawia w ciągu godziny. Na noc zatrzymuję się w hostelu na gospodarstwie rolnym u bardzo przyjemnego małżeństwa. Nie tylko mam dla siebie cały pokój ale także mnie karmią własnymi wyrobami i wypiekami. Pranie i po tygodniu ponownie moja skóra czuje mydło. To miejsce jest końcem mojej wędrówki szlakiem Te Araroa ponieważ otrzymałem wiadomość od znajomego że przebywa na południowej wyspie i chętnie spotka się na jakąś górską wyprawę. Mam po dziurki w nosie samotności więc chwytam się okazji i ruszam do miasta Nelson.

Zdjęcia: szlak, wyspa południowa, Kasia, NOWA ZELANDIA
szlak, wyspa południowa, Kasia, NOWA ZELANDIA



Park Kahurangi i Tom

Tom jest znajomym z Alaski i jakby legendą w tamtejszych kręgach górskich. W wieku osiemdziesięciu lat zdobył najwyższy szczyt w Ameryce północnej i zatem rekord najstarszej osoby. Ma niezliczone pierwsze podejścia i wyprawy. Jest bardzo inteligenty, zoolog o wielkim zasobie wiedzy którą urozmaica czas spędzony w przyrodzie. Na jego wiek to rześko maszeruje doliną rzeki Cobb. Często się zatrzymujemy gdy Tom wskazuje na różnorodne gatunki ptaków i opowiada mi ciekawostki na ich temat. Po trzech i pół godzinach rozbijamy namiot przy starej chacie w której są już czyjeś plecaki. Ich właścicielami okazuje się urocza rodzina dla której jest to pierwszy wspólny wypad na noc. Dwoje młodych chłopców najwyraźniej świetnie się bawi, długo siedzą przy ognisku i słuchają opowieści Toma. Przez następne kilka dni robimy wycieczki sąsiednimi graniami i przenosimy się do chaty Fenella.Wchodzimy także na dwa szczyty gdzie uśmiech mego kompana zdradza satysfakcję starego wspinacza który dotarł na kolejny wierzchołek.
Nieobecność portfela i paszportu zauważam w samochodzie, wracamy w góry, przeprowadzamy rozeznanie wśród napotkanych osób lecz dopiero po przybiegnięciu do chaty Shaffeys natknąłem się na ślad. Mianowicie ktoś odnalazł zgubę i także mnie poszukuje. Kamień spada z serca. Sięgam w pamięć i kojarzę że gdy siedziałem przy stole na zewnątrz chaty otworzyłem kieszeń w plecaku gdzie były batony i dokumenty. Następnie wszedłem do środka aby na chwilę uciec od natrętnych much i wtedy ciekawskie ptaki Weka dobrały się do plecaka ponieważ pamiętam iż kilka batonów było wyciągniętych. Drogocenna torebka musiała spaść na ziemię i ją przeoczyłem. No nic, chociaż ktoś to znalazł i jest szansa odzysku. Jedziemy do najbliższego posterunku w miejscowości Takaka gdzie niestety nie znajduję zguby ale składam raport. Podczas moich poszukiwań Tom najwidoczniej nie próżnował nawiązując kontakt z przypadkowo spotkanymi miejscowymi ludźmi którzy zapraszają nas na czas wyjaśnienia sytuacji. Choć jestem praktycznie zrozpaczony i cały czas obmyślam plan działania przy ewentualnym nieodzyskaniu tak ważnych dokumentów to nowo poznani Mark listonosz i jego współlokator Russel fundują obiad i piwko, jak na turystę bez tożsamości to źle nie wylądowałem. Mark znał wszystkich w okolicy i osobiście zadzwonił na policję z prośbą o szybkie powiadomienie w przypadku odnalezienia portfela, co nastąpiło następnego poranka. Po dniu troski teraz byłem w ekstazie, jemy wspólne śniadanie i gnamy na posterunek w miejscowości Motueka. Wszystko jest oprócz namiarów na dobrodzieja który wybawił mnie od biurokratycznych nieprzyjemności, chętnie bym mu osobiście podziękował. Ten kraj uczy mnie bycia lepszym człowiekiem, traktować innych lepiej niż się jest traktowanym. Już po powrocie do miasta odbywamy jeszcze jedną wspólną wycieczkę podczas której z winy Toma gubimy się chwilowo, teraz jesteśmy kwita.
Po rozstaniu obieram kierunek szlakiem Maungatapu który okazuje się starą drogą. Kolejnego dnia wychodzę na trasę numer sześć i stopem dostaję się do nadmorskiego Picton i deszczowej pogody. Wąską górską szosą idę na państwowy kemping dziesięć kilometrów od miasta. Widoki na malowniczą zatokę więc nawet nie próbuje łapać okazji. Po dwóch dniach bumelowania autobusem jadę na lotnisko w Christchurch by odebrać Kasię gdzie jestem poinformowany iż nie mogę tam przespać nocy. Jest to wielką rozterką ponieważ nigdy się nie spotkałem z takimi porządkami. Nie jestem jedynym skrzywdzonym podróżnikiem i grupa spędzamy noc w niewygodnych fotelach pół siedząc a pół leżąc. Rano, gdy już można było przenoszę się na drugie piętro i wygodny fotel aby doczekać przylotu kompana na resztę tej wycieczki.
Wypoczynek jednak nie jest nam pisany ponieważ decydujemy się na dojazd nocnym autobusem do Queenstown. Chociaż zbyt długo nie pospaliśmy to mieliśmy po dwa siedzenia więc mały komfort. Rankiem łapiemy dwie okazje i znajdujemy się w Te Anau a dnia następnego w Clifden gdzie rozbijamy się na dziko na małej łące obok starego mostu. Czekamy na nasz transport przez jezioro Hauroko aby rozpocząć szlak Dusky Track.
Od początku jest mokro, ostrzeżenia przed deszczowym klimatem były aż zanadto prawdziwe, ale za to bujna roślinność przez nas rzadko napotykana do tej pory fascynuje. Szlak jest błotnisty, poprzecinany splątanymi korzeniami które nas potykają a z nieba kropi deszcz. Roczne opady w tym rejonie to gigantyczne siedem metrów sześciennych. Idziemy fantastycznym lasem i pokonujemy strumienie i bagna przed dotarciem do pierwszej chaty. Jesteśmy pierwsi więc zajmujemy najlepsze prycze. Podeszwa zaczyna się odrywać przy pięcie prawego buta, szczęściem jest znaleziony kawałek drutu. Następnego dnia kroczymy po mchowym kocu i wynurzamy się chwilowo ponad drzewa, nareszcie opuściliśmy leśny tunel. Tuż przed chatą łapie nas mocny deszcz, wewnątrz zastajemy jedenaście osób, będzie przytulnie. Następna doba deszczowa więc spędzamy czas grając w karty i czytając, luksus w porównaniu z namiotem. Naszą drogę do następnej chaty przegrodziła wezbrana rzeka, jest przez nią most, ale możemy do niego się dostać tylko wpław. Czekamy dwie godziny aby woda opadła i niosąc plecaki nad głową dostajemy się do mostu i zarazem pełnej chaty. Stąd szlak wiedzie doliną rzeki i jest na razie zalany, czekamy. Wieczorem drugiego dnia w chacie nad jeziorem Maree opady ustały i poziom wody spada. Współlokator Zdenek łapie sześć dziesięciocentymetrowego węgorza i gdyby nie brak soli to uczta byłaby wspaniała. Czwartego dnia od przekroczenia mostu budzi nas słońce więc w drogę. Po powodzi nie ma już śladu i w pięć godzin jesteśmy w następnej chacie gdzie znajdujemy pozostawione krakersy i masło orzechowe. Urozmaicamy nasz nudny jadłospis. Do chaty Spey często zagradzają drogę kolosalne wywrócone drzewa które będąc często na stromych odcinkach spowalniają i frustrują nas niemiernie. Dzięki gęstemu, kłującemu podszyciu są nie do obejścia więc często musimy zdejmować plecaki i czołgać się pod konarami. W nagrodą za wysiłek odwiedzają nas rzadko spotykane papugi Kea. Choć ich zielone zewnętrzne ubarwienie nie rzuca się w oczy to podczas lotu ujawniają swe jaskrawe czerwone pióra pod skrzydłami. Mamy chatę dla siebie więc noc jest spokojna. Mieliśmy nadzieję iż ostatni odcinek szlaku będzie łatwym lecz błoto po kolana i korzenie nas nie opuściły. Dochodzimy do jeziora Manapouri i wchodzimy na prom do cywilizacji. Wspominając szlak Dusky oceniam że był jednym z najciekawszych w moim życiu. Trudny teren i dręcząca pogoda nie pozwolą abym o nim szybko zapomniał.
Szlak Caples zadziwia brakiem błota i świetnie utrzymaną ścieżką, nie ma co porównywać z ostatnią przygodą. Choć często idziemy lasem to nie brak widoków gór. Nawet muszki nie denerwują. W dwa dni wychodzimy w okolicach miasta Glenorchy i stopem dojeżdżamy na pole namiotowe z wspaniałą kuchnią gdzie sporządzamy michę makaronu i surówkę.
Przeskakujemy stopem przez Queenstown i Wanakę i ruszamy szlakiem na przełęcz Gillespie. Mżawka i potwornie natrętne muszki zmuszają na rozbicie namiotu w połowie drogi do chaty. Po dotarciu do chaty Young zostawiamy plecaki i na lekkiego wchodzimy na przełęcz Gillespie gdzie radują nas piękne widoki dwóch odstraszająco wyglądających szczytów. Z ich skalistych stoków obsuwają się stromo lodowce które się topiąc nadają życie malowniczym kaskadom. W drodze powrotnej znajdujemy trójkę Izraelczyków z których jeden nieszczęśliwie wpadł nogą w niewidoczną dziurę i miał teraz wielce spuchniętą kostkę. Ból przekreślił jakiekolwiek próby kuśtykania więc doniosłem go na plecach do polany i z planem powrotu z namiotem ruszyłem do chaty. Na miejscu poinformowano mnie o radiostacji i wykonanym już telefonie o pomoc. Helikopter usłyszeliśmy po dwóch godzinach. Pilot kierował się na rozścielony pomarańczowy tropik namiotu który okazał się niezbędnym przy zacienionej już dolinie. Pogotowie górskie sprawnie usztywniło nogę poszkodowanego i ewakuowało go do szpitala. Nam pozostało kilkukrotnie zdawanie relacji po powrocie do chaty, a w zamian za pomoc dostaliśmy na nocleg osobiste pomieszczenie w którym mieściła się radiostacja.
W drodze do miejscowości Haast pobijamy rekord czekania na okazję było to mianowicie dwie i pół godziny, ogółem zachodnie wybrzeże okazuje się problematyczne dla autostopowiczów.

Zdjęcia: szlak, wyspa południowa, Tom, NOWA ZELANDIA
szlak, wyspa południowa, Tom, NOWA ZELANDIA



Natrafiamy także na pole namiotowe gdzie cykady które dotąd były ciekawym zjawiskiem stały się nie do zniesienia ogłuszającą porażką. Namiot musieliśmy odsunąć jak najdalej od drzew aby móc usnąć. Dwa dni spędzamy z miłym angielskim turystą i jego samochodem dzięki czemu pokonujemy kawał zachodniego wybrzeża. Rozstajemy się przed St. Arnaud skąd już ponownie we dwoje wdrapujemy się po grani Roberta do luksusowej ale przepełnionej chaty Angelus obok której rozbijamy namiot. Nareszcie widoki i alpejskie klimaty a dookoła góry parku Nelson Lakes.
Nie mogąc złapać okazji pokonujemy trzy kilometry piechotą do kluczowego skrzyżowania gdzie czekamy czterdzieści pięć minut na okazję. Ciekawy kierowca rozwesela nas radykalnymi opiniami gospodarczymi o wycofaniu walut i wprowadzeniu do kraju socjalizmu. Zatrzymujemy się na targu gdzie nareszcie udaje nam się dostać dobre owoce. Najwidoczniej do tej pory nie trafialiśmy zbyt celnie. Z miejscowości Motueka rozpoczynamy jeden z sławniejszych szlaków w kraju zwany Abel Tasman. Prowadzi on północnym wybrzeżem wyspy, jest bardzo malowniczy ale i uczęszczany przez wielu. Noclegi należy rezerwować przed czasem i nam udaje się dostać kilka miejsc kempingowych na następne dwie noce. Podążamy obrośniętymi dżunglą stokami, po prawej ocean i plaże. Nad malowniczą choć obleganą zatoką spędzamy pierwszą noc. Wita nas chłodny poranek i wschód słońca. Dzięki odpływowi, po błocie pokonujemy zatokę Torrent i ucinam kilka kilometrów trasy. Nad cieśniną Awataroa czekamy kilka godzin na odpływ w celu jej pokonania aby rozbić namiot na polu przy zatoce Waiharakeke. Po zmroku spacerujemy pustą plażą, podziwiamy gwiazdy i huk oceanu. Rano mżawka ale i ludzi na szlaku mniej, zrobiło się spokojniej ponieważ do tego odcinka motorówki nie mają dostępu i zarazem ograniczony jest dojazd dla spacerowiczów krótkodystansowych. Przed ulewą docieramy do Takaki, Mark już drugi raz mnie gości z czego jestem wielce wdzięczny z powodu pogarszającej się pogody. Tutejsi ludzie są bardzo pomocni, należy się od nich uczyć. Następnego dnia zaskakuje nas nieznajoma kobieta, która dowiedziawszy się że próbujemy dotrzeć do oddalonego o dwie i pół godziny miasta Nelson prosi nas o odstawienie tam wypożyczonego samochodu. Tak po prostu wręcza nam kluczyki i zaufanie. Tego dnia trafiamy na tira co okazuje się wielką frajdą, nie wiarygodne jak ci kierowcy dają radę na wąskich i krętych szosach. Kilka dni zajmuje dojazd do parku Arthur's Pass w Południowych Alpach. Rozbijamy namiot na darmowym polu nad rzeką i czekamy na polepszenie pogody.
Rzeką Edwarda pniemy się w góry i zastajemy pustą chatę o tej samej nazwie. Nareszcie jesteśmy nad drzewami i dookoła widoki. Następnego dnia pokonujemy kamieniste przełęcze Taruahuna i Tarn i schodzimy do doliny rzeki Otehake, przechodzimy przełęcz Walker i w dolinie rzeki Howdon znajdujemy chatę na nocleg. Szlak nagrodził nas wyśmienitymi widokami, skalistymi górami i kryształowymi strumieniami. Nie mogąc spać zwlokłem się z pryczy o pierwszej godzinie i zostałem nagrodzony widokiem doliny oświetlonej srebrem księżyca. Niebem gnały chmury zakrywające chwilowo srebrną tarczę, brakowało tylko pisku nietoperza. Ostatni dzień daje się weznakę stopom, cieniutkie podeszwy nie izolują już ich od kamieni a podwójne wkładki są niewygodne. Pomimo butowych kłopotów wchodzimy granią Bealey Spur do chaty zwanej Top gdzie zajmujemy prycze i zostawiamy plecaki aby na lekkiego połazić bezdrzewną granią i ująć widoki. Stara chata ma swój klimat, nieociosane belki stanowią jej szkielet a ściany to jedynie blacha. Wewnątrz sześć prycz i otwarte palenisko. Dołącza jeszcze kilka osób i nie wszyscy mieszczą się w środku. Rano zostajemy sami, chwiejący się stół, zryty gwoździem i scyzorykiem w wymyślne grypsy jest jedynym kompanem. Lubie takie miejsca, mają charakter, lepsza panuje tu atmosfera niż w drogiej hacjendzie. Może to spędzone na poniemieckiej, starej wsi dzieciństwo, gdzie wszystko miało duszę i głębokie korzenie. Nowostki nie mają w sobie tej siły i prawa bycia które tylko nabiera się z czasem, z udowodnieniem własnej przynależności. Stare, nowo zelandzkie chaty górskie będę długo wspominał, razem z ich lokatorami, i szlakami które ich tam wiodą.

Zdjęcia: szlak, wyspa południowa, błoto, NOWA ZELANDIA
szlak, wyspa południowa, błoto, NOWA ZELANDIA

Zdjęcia

NOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / autorNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / KasiaNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / błotoNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / stara chataNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / TomNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / Abel TasmanNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / Abel TasmanNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / podeszwaNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / powódźNOWA ZELANDIA / wyspa południowa / szlak / przełęcz Gillespie

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl