Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 2 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Calenzana-Camping / StartOpis przejścia I etapu szlaku GR 20

Etap I Calenzana - Ortu di u Piobbu
Obudził nas ruch na Campingu. Nie wiedzieliśmy kto, o tak barbarzyńskiej godzinie, czyli o 4.30, robi taki rumor. Szybko okazało się, że wszyscy na campingu, którzy tak jak my, zamierzają wyruszyć na szlak, już się pakują. Zwijają namioty, ubierają się i szykują do wyjścia. Okazało się też, że ta godzina jest normalną porą wstawania dla tych, którzy chcą wyruszyć i przejść jak najwięcej w chłodzie poranka, unikając piekącego słońca na szlaku, a więc i dla nas była to pora pobudki. Zdaję sobie sprawę, że po tym wyznaniu mój i tak niski ranking „Nieszkodliwego dziwaka” spadnie do „Niebezpiecznego szaleńca”. Boję się myśleć o tym, co będzie, gdy ludzie przeczytają, że gość bierze urlop, żeby wstawać o 4.30, (a zdarzać się będzie że i wcześniej), aby leźć pod górę z tobołem na plecach, pod którym uginają się nogi. W każdym razie, o 4.30 my też podnosimy tyłki i szykujemy się do wyjścia. Widzimy, jak co rusz, (w grupach od 2 do 4 osób), wychodzi ktoś z campingu. Nam schodzi z tym do 6.00 i na trasę wyruszamy jako jedni z ostatnich. Trochę z niepokojem, trochę z nadzieją idziemy znajomą drogą do początku szlaku. Czeka nas wędrówka z poziomu 230 m na wysokość 1570 m. Początkowo wędrujemy dość energicznie i mamy jeszcze czas (i siły) na podziwianie widoków. Na pierwszą przełęcz Bocca di u Ravalente docieramy w świetnej formie i chociaż nie mamy zamiaru się z nikim ścigać, po drodze mijamy kilka ekip. Żartuję sobie do kumpla: „patrz my takie dziadki po 50 lat, a dajemy radę”. W tym momencie jeszcze nie wiem, że już za parę chwil dostanę taką lekcję pokory, że już do końca wędrówki nie wypowiem słowa na temat możliwości swoich czy kogokolwiek innego. Jednak póki co - idziemy. Przezornie wziąłem 3,5 litra wody, bo miało nie być źródeł po drodze. Spotykamy jednak źródło, a ponieważ jeszcze długa droga przed nami, wypijam kilka kubków, żeby zaoszczędzić zapasy. Słońce już operuje i pocę się obficie, więc trzeba uzupełniać płyny, żeby się nie odwodnić. Trasa prowadzi przez makię, to takie kolczaste korsykańskie krzaki, chociaż Korsykanie pewnie by się obrazili na takie określenie, bo na makię składają się też jakieś zioła i inne „ichniejsze” przyprawy. Z Bocca di u Ravalente schodzi się trochę w dół, a potem zaczyna się podejście pod przełęcz Bocca u Saltu. Czuję, że nogi już mnie tak nie niosą, plecak tak ciąży, że zaczynam podejrzewać czy aby kolega, (wykorzystując moją nieuwagę), nie przełożył swoich rzeczy do mojego plecaka. Jednak nic nie mówię tylko „pcham się” go góry. Niestety, czuję się coraz bardziej zmęczony, kroki stawiam coraz krótsze, coraz wolniejsze i co gorsze, coraz bardziej niepewne. Nie trzeba było długo czekać, potknąłem się i mocno obdarłem nogę na kości piszczelowej. Nie mam jednak siły zwracać na to uwagi. Mijani Francuzi pokazują na moją nogę sygnalizując, że z rany leci krew. Jednak ja na to nie patrzę, bo ruch gałek ocznych w tym kierunku wydaje mi się zbędnym wysiłkiem… Jeszcze przed przełęczą, idącemu przede mną Francuzowi z zewnętrznej kieszeni plecaka wypada butelka z wodą. Pomimo zmęczenia podnoszę zgubę i wołam za jej właścicielem. Francuz jest mi bardzo wdzięczny, bo w tych warunkach woda to życie, a gość wcale nie wyglądał lepiej ode mnie. Tak się narodziło nasze koleżeństwo na szlaku, dziwnie to brzmi, koleżeństwo, ale nie chcę używać słowa przyjaźń, bo wtedy brakłoby mi słowa na określenie moich 40-letnich relacji z Markiem moim towarzyszem podróży. To wszystko jednak nastąpiło później. Gdy oddawałem mu butelkę, tylko mruknął „merci” i poszliśmy (czytaj powlekliśmy) się dalej. Wreszcie dochodzimy na przełęcz. Patrząc na tablicę uświadamiam sobie, że to dopiero wysokość 1250 m, a mamy wyjść na 1570 m. Pierwsza myśl jest taka: „to koniec, nie dam rady”. Na przełęczy mało ludzi, z grupy około 30 osób, które wyruszyły z Calenzany docieramy jako jedni z pierwszych. Nic mnie to jednak nie pociesza. Marek nie wydaje się wcale mniej zmęczony niż ja, a jednak po 10 minutach odpoczynku pyta, a właściwie stwierdza: „no to co, idziemy”. Teraz już jestem pewien, że przełożył swoje rzeczy do mojego plecaka. Żeby mu to udowodnić otwieram plecak i grzebię w nim udając, że czegoś szukam, o dziwo znajduję w nim tylko swoje „manele”…Wyruszamy więc dalej, pomimo, że ci którzy są na przełęczy jeszcze wypoczywają. Droga przez jakiś czas, według mnie stanowczo za krótki, schodzi w dół lub trawersuje zbocze. Daje to trochę odpocząć, ale za chwilę znowu się pnie, (czy jak napiszę, że pnie się do góry to będzie pleonazm, czyli masło maślane, coś w rodzaju cofać się do tyłu?). W każdym bądź razie trzeba się wspinać i to z pewnością do góry()! Czuję to w nogach, w plecach i w ogóle całym ciałem. Tak naprawdę to nie bardzo zapamiętałem szczegóły pozostałej drogi tego etapu, bo myślałem jedynie o tym, żeby dojść. Utkwiło mi tylko w pamięci, że gdy zobaczyłem schronisko, to się na chwilę ucieszyłem, ale tylko do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że między nami jest jeszcze głęboki wąwóz, co sugerowało kolejne zejście i podejście. I było, ale jakoś daliśmy radę. Marek, też już zmęczony, nawet nie robił zdjęć z końcowego odcinka naszej wędrówki. Po dotarciu do schroniska, jako że byliśmy jednymi z pierwszych, mogliśmy sobie wybrać miejsce pod namiot. Jednak wszystkie miejsca były w pełnym słońcu. Jedno jedyne miejsce w cieniu było już zajęte. Zrzucamy więc plecaki na najbliższym, płaskim kawałku ziemi, zwanym miejscem pod namiot. Ściągamy buty, bo stopy palą jak ogień i gonimy pod prysznic, bo jak zaczną przychodzić następni, to utworzy się kolejka. Prysznic, to oczywiście woda ze strumienia jakoś tam podłączona wężami. Na pranie i jedzenie nie mam siły, muszę trochę odpocząć. Ale jak mam odpoczywać, gdy jest godzina 12.30, słońce (w zenicie) pali niemiłosiernie i brakuje cienia. Marek wpada na pomysł, żeby położyć się obok psa, który ma legowisko pod tarasem schroniska, jednak szybko z tego rezygnujemy. Z dwóch powodów, po pierwsze pies wyglądał dość groźnie, a po drugie ma coś w misce i nie chcę żeby „gardienka” (opiekunka schroniska) pomyślała, że chcemy mu to zeżreć, a wyglądamy na takich, co mogą to zrobić, zwłaszcza ja. Nie mam zamiaru wyjadać psu z miski nie z powodu zachowania resztek godności, bo ta wyparowała na trasie, ale po prostu zmęczenie i upał okazują się być świetnym środkiem na pohamowanie apetytu.
Myślałem, że może namiot, który wreszcie rozłożyliśmy, trochę ochroni nas od słońca, ale wypadam z niego już po 5 minutach, bo się przestraszyłem, że płyn mózgowy zaczyna mi się gotować. Błąkamy się więc od ubikacji do małej kuchni i do źródła, które jest 100 m od campingu. Nie wiem czy już o tym wspomniałem, ale chyba każdy się domyślił, że woda, używana do picia i gotowania, pochodzi ze źródeł i strumyków, tu wodociąg nie dochodzi () Nareszcie słońce zmieniło nieznacznie pozycję i zrobiło się trochę cienia przy stole obok kuchni. Szybko je zajmujemy i nie opuszczamy go już do zachodu. W międzyczasie robię remanent w plecaku, bo postanawiam go odciążyć, liczy się przecież każdy gram. Na początek w koszu, a ściślej na stole kuchennym, ląduje kuchenka spirytusowa i denaturat do niej. Przy schroniskach w większości są kuchnie z podłączonymi butlami gazowymi, więc jakoś damy radę. Potem opakowanie makaronu, z komentarzem: „na takim gorącu to i tak jeść się nie chce”, następnie zapiski na kartkach z godzinami odjazdu autobusów z miejscowości, które mamy zamiar odwiedzić po zakończeniu wędrówki. Zanim moje rozkłady jazdy trafiły do kosza, Włoch, który się dosiadł do naszej ławki, dokładnie je sfotografował. Nie wiem co mówi, bo ja, ani „me ani be” po włosku, a on po francusku. Skoro już napomknąłem o zakończeniu, to gdyby nie wstyd, najchętniej następnego dnia zszedłbym pomalutku do Calenzany i zapomniał o tym wszystkim. To był najprawdziwszy kryzys. Naprawdę go przechodziłem, a na dodatek nie miałem się komu pożalić. Telefon staje się tu tylko atrapą, bo zasięgu nie ma. Z plecaka ubyło trochę rzeczy, ale wcale nie wydawał mi się lżejszy, a powinien być i to o około 2 kg. Do ławki dosiadł się też Stephane, ten Francuz, któremu podałem zgubioną wodę. Zapytał, czy mam jakiś środek dezynfekujący, żeby odkazić tą ranę na nodze. Całkiem o niej zapomniałem. Krew już zaschła, ale nie wygląda to najlepiej. Rany są dosyć głębokie, ale to tylko rozcięta skóra. Mówię Stephanowi, że nie mam nic takiego, a on jakby się ucieszył, poszedł do namiotu i przyniósł mi jodynę w takiej malutkiej fiolce, ale wystarczającej, żeby zdezynfekować zranienie. Przyniósł też opatrunek, ja jednak opatrunek miałem, więc mu go oddałem. Ranę przemyłem, przykleiłem prestoplast i już nie straszyłem ludzi. Pytam Stephana, ile waży jego plecak, bo na trasie też wyglądał na zmęczonego. Powiedział, że 24 kg!!!. Mówię mu, że to nie jest możliwe, że z czymś takim nie da się iść. A jednak da się. Od tego wieczoru będziemy już szli razem ze Stephanem prawie do końca szlaku. Razem, to nie znaczy obok siebie, ale w jeden dzień, będziemy pokonywać te same odcinki. Chodzi o to, że osoby, które wyruszały z nami z Calenzany, wykruszają się poprzez rezygnację czy też dublowanie etapów. To sprawia, że spotykamy coraz mniej tych osób w następnych schroniskach. Aż do momentu, kiedy z całej grupy zostaliśmy tylko my, Stephane i jeszcze jeden Francuz Jean-Michel, ale o nim będzie w następnych odcinkach. A propos grupy, która wychodziła z nami z Calenzany, staram się wyłowić znajome twarze. Widzę matkę z córką, są w świetnej formie. Córka ma opaskę usztywniającą na kolanie, ale po jej marszu nie widać żeby coś jej dolegało. Starsze małżeństwo (starsze nie znaczy stare). On (Jean-Marie) ma, jak się dowiedziałem na następnym etapie, 66 lat. Jej (Patricia) ze zrozumiałych względów o wiek nie pytałem, ale ma chyba z 10 lat mniej. O nich jeszcze będzie, a będę ich nazywał maratończykami. Dlaczego?, wyjaśni się później. Ojciec, matka i syn, który ma kolor włosów Marusi z „Czterech Pancernych” (rudy ma wydźwięk pejoratywny, a ja nie chcę, ani jego, ani nikogo innego obrażać). Czterech młodych chłopaków, ich nie pamiętam z trasy, musieli wyjść najwcześniej z Calenzany, zresztą to właśnie oni zajęli to najlepsze ocienione miejsce pod namiot. Jest jeszcze para, która na następnym etapie będzie miała trochę problemów, ale nie chcę wybiegać naprzód. Słońce już prawie zaszło, więc kładziemy się spać. Namiot mamy wielkości zabawkowego Tipi, coś takiego, w jakim dziewczynki na plaży układają swoje lalki do spania. Ledwo się we dwóch mieścimy, ale ma on jedną, niezaprzeczalnie najważniejszą zaletę. Jest lekki i w tamtej chwili nie zamieniłbym go nawet na pałac, jeśli miałby ważyć choćby tylko kilogram więcej. Aha, ja niosę namiot, bo Marek nosi aparat fotograficzny. Rzeczy mamy tak rozłożone, żeby plecaki ważyły po równo. Plecaki oczywiście na zewnątrz namiotu owinięte w duże worki na śmieci. Z mojego materaca uchodzi powietrze, widocznie musiałem go przebić w Calenzanie, na tych kolcach, które zauważyliśmy już po rozłożeniu namiotu. Materace mamy trekkingowe, dmuchane. Lekkie i można je zwinąć w malutki pakunek, ale niestety, narażone na takie właśnie niespodzianki. Pod tym względem Karimata jest lepsza. Jutro następny etap, już mnie straszą, że trudny. Nie powiem, żebym był w hurra optymistycznym nastroju. Zasypiam jednak natychmiast, pomimo braku powietrza w materacu i gniotących mnie kamieni. Cdn.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Calenzana-Camping / StartFRANCJA / Korsyka / Szlak GR20 / Widok z góryFRANCJA / Korsyka / Szlak GR20 / Widok na CalviFRANCJA / Korsyka / Ortu di u Piobbu / SchroniskoFRANCJA / Korsyka / Ortu di u Piobbu / Pole namiotowe

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl