Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Filipiny -Wielkanoc foto-relacja z podróży > FILIPINY


neronek neronek Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FILIPINY / Palawan  / El Nido  / Filipiny 2014 Witam,

Tak jak powiedziałem przyjaciołom z Pamilacan Island na Filipinach , Kochani ja tu wrócę,
obiecuję !!! A ja słów na wiatr nie rzucam.
Bilet już mam 1920 zł Air China, wylot Warszawa -Rzym-Szanghaj-Manila-Szanghaj-Londyn
od 25.03 do 17.04 2015. Czekałem na promocyjną cenę i wreszcie udało się na Wielkanoc. Dlaczego?
Koniecznie chcę zobaczyć Wielki Piątek w San Fernando, potem aktywny wulkan Mayon i okolice z wyspami + pływanie z rekinami i oczywiście Święta na Pamilacan Island, następnie Panglao, coś tam coś tam jeszcze, a może coś proponujecie ?
Nie tracę czasu, siedzę i szukam ciekawych ludzi i miejsc, które warto zobaczyć, a to dla podróżnika łakomy kąsek.
W związku z powyższym, gorąco Was pozdrawiam i zapraszam gdzieś w drodze na San Miguela :)
a tak już świątecznie, życzę Wam tradycyjnie Zdrowych Wesołych Świąt Bożego Narodzenia
oraz Szczęśliwego Nowego Roku 2015 !

neronek

Już jestem spakowany, za pięć dni wylot, czyli za niespełna tydzień, rozpocznę kolejną wyprawę.
Pamiętacie Akcję, którą ogłosiłem na Facebooku „Twoje serce dla dzieci z Filipin”,
Wasza reakcja przerosła moje najśmielsze oczekiwania, odzew czterdziestu osób, włączenie się szkół, przedszkoli, świetlic środowiskowych etc. Tyle kochanych serc zabiorę
aż tak daleko.
Ekwipunek z darami gotowy, torb sztuk dwie, każda po 23 kg, a w nich, morze kredek, farb, pisaków i góra pluszaków; i przede wszystkim najcenniejsze świąteczne kartki z Polski, najszczersze dary, od dzieci dla dzieci, które mogą tylko pomarzyć o takich skarbach z tak odległego kraju.
„A wszystko to (…)” zabiorę w pojedynkę w dwa konkretne miejsca,.
Pierwsza torba powędruje do Manili, na Cmentarz Północny, gdzie biedne rodziny z dziećmi mieszkają w grobowcach, o czym pisałem na blogu rok temu, to tam udałem się śladami Martyny Wojciechowskiej.
Drugi bagaż trafi do maleńkiej szkółki, na wyspie Pamilacan, mam informację, że dzieci już o tym wiedzą i z niecierpliwością oczekują mojej wizyty.

A teraz krótki zarys mojej trasy;

Moja podróż potrwa od 25.03.2015 do 17.04.2015,

Warszawa- Rzym- Szanghaj- Manila; Naga, Caramoan Island, Lagazapi, ( wulkan Mayon ) Manila , San Fernando, Pampanga ( gdzie spędzę Wileki Piątek), Pamilacan ( Wielkanoc ), Panglao i znowu Manila.

I nadszedł ten dzień, poprzedzony urodzinami mojego taty, ale już o czwartej rano zwarty
i gotowy oczekiwałem godziny „W” , jak się później okazało, określenie w pełni adekwatne.
Ruszyłem, jednak, bardzo szybko zorientowałem się, że nie jestem w pełni gotowy, ku mojemu zdziwieniu stwierdziłem: „Gdzie moje dolary? Gzie mój bilet na Polski Bus? „
„O w mordę jeża”, panika w oczach, wróciłem się z ojcem i szwagrem do mojego mieszkania i naprędce niczym J. Bond zbudowałem awaryjny plan działania: ojciec i szwagier skoczą po kasę do domu, a ja tymczasem zahaczę o pracę i wydrukuję ponownie bilet
na autobus do Wawy. Przekazałem stosowne instrukcje ojcu wraz z kluczami do mojej betonowej twierdzy, zaś szwagier pozostał w aucie i niby borowik swym sokolim wzrokiem kontrolował teren.
I nagle dostaję telefon od szwagra , wiadomość, brzmiącą mniej więcej tak: „Darek, tata złamał klucz w drzwiach!”
Krzyczę, „Coooooo ???”, to było moje najwyższe „C”, jakie do tej pory udało mi się wyartykułować, po czym dodałem „ Nie, tylko nie to…”
W błyskawicznym tempie dotarłem na miejsce zdarzenia, ogarnąłem sytuację, złamany klucz, ale na szczęście od klatki schodowej, Ufffffffff, zeszło ze mnie ciśnienie.
Podjąłem kolejną akcję, czyli wybudzanie kogokolwiek, żeby otworzył mi te pechowe drzwi, z których wystawała resztka klucza.
Dobrych kilka chwil balansowałem palcami po klawiaturze domofonu, od góry do dołu, nic tylko grobowa cisza, pomyślałem: „Hallo, jest 4.30; czas na „Kiedy ranne wstają…”.
Brak reakcji moich sąsiadów, jeszcze bardziej zmobilizował mnie do kolejnego zmasowanego ataku na tabliczkę z numerkami. I przed tym ruchem powstrzymała mnie jedna, jedyna sąsiadka, od tej chwili moja ulubiona Pani , która otworzyła wrota. Wpadłem na chatę chwyciłem kasę i sruuuuuu na dworzec.
Autobus już czekał, wszystko poszło według planu, dwie 23 kg torby i 14 kg plecak, kierowca nie robił żadnych problemów z nadwagą ( oczywiście nie moją nadwagą, )
Około ósmej rano dotarłem do Wawy, zarzuciłem moje bagaże i musiałem przejść 300 m,
Kochani, to była istna droga krzyżowa albo jak to kto woli droga przez mękę, krok po kroku, żółwim tempem, ale z sukcesem osiągnąłem cel. Po tej przeprawie, wsiadłem do taxi Grosik i prosto na Okęcie.

O 13.25. pierwszy podryw wietrzny do Rzymu, jak się potem okazało tak rozpoczęła się moja najdłuższa podróż do Azji!!!
W Wiecznym Mieście czekałem pięć godzin, po których poleciałem do Szanghaju, jedenaście godzin; tam wytrwale wypatrywałem lotu do Manili, małych dziesięć godzin, który potrwał bagatela tylko cztery pełne koła wskazówki.
Tyle doznałem tych zmian czasowych, że byłem zakręcony jak słoik od dżemu, a może bardziej od ostrej musztardy, bo to była naprawdę ostra jazda bez trzymanki, i wysoko nad ziemią.


Spędziłem w Rzymie pięć godzin i ziściło się utarte powiedzenie, a mianowicie „być
w Rzymie i nie widzieć papieża” i tak może się zdarzyć, jeśli zdecydujecie się wybrać do dalekiej Azji moją trasą, zachęcam. No cóż nieco ospały przemierzałem strefę bezcłową, moje otępienie wzrastało, bowiem za szklaną ścianą po prostu padało, zero rzymskich wakacji, słonecznej kąpieli. Ta nierzymska, nietypowa, barowa aura skłoniła mnie do zanurzenia ust w lekkim, wakacyjnym, na pewno relaksującym Peroni; i tak sącząc gazujący trunek, zawieszałem wzrok na ludziach, gdzieś się spieszących, a to na produktach, tłoczących się na pierwszej linii do odstrzału dla złaknionych klientów – pasażerów.
W takiej bezcłowej atmosferze mój postój dobiegł końca, jakże wyczekiwanego przeze mnie.
Już o godzinie 20.45. wygodnie zasiadłem w samolocie linii China Eastern, którym to w ciągu jedenastu godzin miałem dotrzeć do Szanghaju. Pomimo ogromnego dystansu do pokonania
i wielogodzinnej podróży, miejsce miałem wręcz wymarzone, wyobraźcie sobie, piękne wnętrze statku powietrznego, pierwszy rząd, miejsce przy oknie, za którym widoki są na wagę dobrego i głębokiego snu i obok mnie wolne miejsce, czyli zyskałem większą powierzchnię do odpoczynku. A wierzcie mi, trochę świata przeleciałem i to w różnym towarzystwie, nieraz możesz trafić na marudnego, wiercącego się pasażera, który „tak umili ci lot…”, że marzysz tylko o tym, żeby rozpłynął się w powietrzu lub zamilkł na bardzo, bardzo długo, czyli na wieczność.
Bogaty w powyższe doświadczenia, oddawałem się rozkoszy wypoczynku, gdzieś bardzo wysoko, cudownie!
Co do linii China Eastern w skali od 1 do 10, daję im 6, ponieważ jedzenie takie sobie, jak poniżej widać, na zamieszczonej pełnej fotograficznej dokumentacji ( zdjęcie nr…); jedyny plus to piwko i winko, oferowane free, ale już po pięciu godzinach, nie robi to żadnego piorunującego wrażenia. Z resztą miałem swoje zaopatrzenie, zakupiłem w ramach patriotycznego obowiązku, żeby mieć przy sobie te nutę polskości, Żubrówkę, która okazała się niezłą ambasadorką na pokładzie linii China Eastern, w asyście chińskiego soku jabłkowego pełniła swe dyplomatyczne powinności. Do akcji promowania kultury spożywania narodowego trunku zaprosiłem, siedzących za mną bardzo zaciekawionych Włochów. Moi tylni sąsiedzi zasmakowali się w złocistej cieczy, wychwalając ją na wszystkie możliwe sposoby: były uśmiechy, poklepywania i osławiony język ciała, sztandarowa cecha krwistego Włocha. I w takiej oto międzynarodowej atmosferze ja z ziemi polskiej a oni z włoskiej zabrakło, tylko Dąbrowskiego, szczęśliwie i wesoło mknęliśmy chmurami, ponad górami i nad wielkimi wodami. Podczas tego lotu zrozumiałem, że praca ambasadora, w tym wypadku ambasadora polskiej marki trunku, jest bardzo wyczerpująca, jeden, mały bankiet w chmurach i człowiek zasypia, obudziłem się godzinę przed lądowaniem, obsługa podawała jakiś posiłek, ale nie mogłem się zorientować czy to kolacja? a może śniadanie? Coś w rodzaju mickiewiczowskiego czy to przyjaźn? Czy to już kochanie?; po prostu ogarnęła mnie niepewność. I zaczęło się kołowanie nad Szanghajem, za oknem widok, za którym nie przepadam, masakra, setki drapaczy chmur, wyrastały w miarę obniżania, niczym grzyby po deszczu, to na pewno nie są moje klimaty, stronię od betonowych osad, szklanych powierzchni, wabi mnie nadal pierwotność tego regionu, szukam nieskażonych terenów i prawdziwych Azjatów.
I stało się o 14.45. samolot dotknął płyty lotniska Pudong, Welcome Szanghaj, to powitanie raczej wywołało we mnie mega negatywne emocje, płacz parł mi na oczy, jeszcze ta perspektywa, jedenastu tym razem godzin na duty free.

Szanghaj najdłuższy przystanek na Duty Free tylko 9 godzin.

Szanghajskie lotnisko jest przeogromne, stąd przez chwilę zastanawiałem się, czy
wypuścić się w miasto, można opuścić port lotniczy bez wizy na 24 godziny.
Mimo pokusy, pozostałem na miejscu, za tą decyzją przemawiały: fundusze lokalizacja, lotnisko znajduje się na obrzeżach Szanghaju, daleko od centrum, a poza tym zapewne już wiecie, nie kręcą mnie takie klimaty, drapacze chmur, szklane budynki, najczystsza komercja, korpoludki, ostatni argument bagaż, ponad dziesięć kilogramów, kto wie, jakby wyglądała później odprawa bagażu? I tak Duty free wciągnęło mnie na jakieś dziewięć godzin.
Topografie\ę strefy bezcłowej znam już na pamięć, łącznie z obsługą, zacząłem przemierzać sklep, po sklepie. W perfumerii spędziłem chyba dwie godziny, przetestowałem na sobie kilkanaście perfum, marki z najwyższych półek pokryły zapachem mój tshirt, przez co dziwna zapachowa aura spowiła moją osobę. Ekspedientki z perfumerii z lekkim zaciekawieniem i może strachem przyglądały mi się, chyba wyczuwały ten mix rożnych nut zapachowych, niestety ja też. Może trochę przedawkowałem w perfumerii, stąd dotknęły mnie intensywne nudności, kryzys przyszedł po ośmiu godzinach. Znalazłem się w szponach dołującej nudy, istna męczarnia, owszem było Wi Fi, ale bardzo kiepskie, wypatrzyłem trzy komputery, ale to były stanowiska stojące, ta opcja odpadła w przedbiegach. Wokół mnie przemieszczali się, bądź stali Chińczycy, bezustannie coś przeżuwający, przyjmowanie pokarmów to chyba ich drugie imie. Popłynąłem, skusiłem się w Familly Market na dużą zupkę chińską, okazała się wściekle ostra, nie do przełknięcia, konsekwencje wierzcie były bardzo dotkliwe.
Po tym posiłku moje znudzenie, zmieszane ze zmęczeniem zaowocowało wciśnięciem się w fotel, wodziłem wzrokiem to raz na płytę lotniska, a to na rozświetlone witryny sklepów, ten zgiełk uniemożliwiał mi krótką kimkę. Na dodatek zapomniałem wyłączyć w telefonie „dane kontaktowe” w Play i tak w mordę jeża pobrało mi jakieś dziadowskie aplikacje na łączną kwotę 250 zł! Bez komentarza pozostawiam ten fakt.
Zmordowany, wypachniony, wynudzony, z bolącymi bokami doczekałem godziny 23, to czas na odprawę do Manili. Poczułem przypływ energii, zdecydowanym krokiem ruszyłem w stronę bramki, a tama 99% Filipińczyków czeka już na swój lot do utęsknionego domu i jeden ja, niczym słoń w składzie porcelany. Wzbudziłem zainteresowanie, poczułem tłum oczu na sobie, już wiem, co to znaczy być na przykład inny, jakiś Ktoś, wszyscy byli mili, posyłali mi uśmiechy, miłe spojrzenia, może to były gesty pocieszenia, w stylu, „nie bój się dolecimy cali i zdrowi albo zobaczysz, pokochasz nasz kraj, jak swój…” Trochę mieli racje, ja leciałem do mojego raju, a oni zaś do swoich domowych pieleszy, ogólnie byliśmy pozytywnie nastawieni.

Dokładnie o piątej rano samolot linii China Estern delikatnie dotknął płyty lotniska w Manili, terminal 1, ta wzmianka o terminalu jest istotna, bowiem w Manili są cztery terminale, usytuowane w różnych częściach miasta, aby tam dotrzeć należy zabrać się taxi lub jeepnay.
Moje obawy o bagaż okazały się na wyrost, nie było nadzwyczajnej kontroli, odetchnąłem
z ulgą. Wreszcie wyszedłem na zewnątrz, uderzyła mnie fala ciepła, wschodzące słońce, budzący się dzień przywitał mnie w Manili.
Przed terminalem rozsiadłem się i oczekiwałem Francisa, czyli Franka, Filipińczyka z Manili, do którego zadzwoniłem tuż po wylądowaniu, to on miał być moim przewodnikiem
i pomóc mi rozdać dary na Cmentarzu Północnym. Wcześniej skontaktowałem się z nim na Facebooku, spoko gość.
Głośne „Hello Darek”, wyrwało mnie z porannej kontemplacji, to był Franek, toczka
w toczkę, jak ze zdjęcia, na pierwszy rzut oka, sympatyczny koleś, z małym plecaczkiem, uśmiechnięty od ucha do ucha, biegle mówiący po angielsku. Wsiadamy do taxi i ruszamy
do centrum, pierwszy przystanek to kantor wymiany walut; następnie śmigamy do miejsca, gdzie mogę zostawić jeden plecak z darami, które zabiorę w dalszą podróż, a mianowicie na wyspy Caramoan, ale o tym nieco później. W GH przepakowałem się w dalszą podróż, zostawiłem depozyt całe 20 Peso przechowanie bagażu na jeden dzień, czyli torba pełna prezentów dla dzieci z małej wyspy na Pamilacan, bezpiecznie oczekiwała na swoją ostatnią podróż.
W lodówce zostawiłem smakołyki na śniadanie wielkanocne, szynka i kabanosy, polskie akcenty zawitają na stole na Pamilacan.
Kiedy umieściłem w bezpiecznym miejscu mój balast wreszcie ruszyłem z Frankiem na Północny Cmentarz, na którym, na obszarze 3km mieszka nieoficjalnie dziesięć tysięcy ludzi, wśród nich sporo zapomnianych dzieci przez resztę świata. Ci biedni ludzie mieszkają w grobowcach, za zgodą właścicieli tychże monumentalnych nagrobków, za tę możliwość muszą dbać o grobowce, czyścić je, w razie potrzeby odmalować, zapewnić tym kamiennym pozostałościom po umarłych pełną konserwację. W „grobowych domkach” mają swoje małe kuchnie, toalety, sypialnie, tam rodzą się i umierają członkowie ich rodzin. W tej nekropolii biegają radosne, uśmiechnięte dzieci, dla których to jest ich naturalne środowisko, bowiem tutaj przyszli na świat, tutaj żyją dniem codziennym, to dla nich wiozę dary od polskich rówieśników. Dokładnie rok temu, przekroczyłem bramę tego kamiennego świata, udałem się śladami Martyny Wojciechowskiej, ale za nim znalazłem się po drugiej stronie, musiałem użyć pewnego fortelu. A mianowicie nie wolno turystom wchodzić na teren cmentarza, jedynie można wejść za zgodą szefa posterunku Policji, która znajduje się obok. Poszedłem do szefa tutejszego komisariatu, początkowo nie było mowy, ale gdy usłyszał, że znam Martynę W. od razu zmiękł, oddelegował nawet policjanta, który oprowadzał mnie po cmentarzu prawie trzy godziny. Wtedy, kiedy zobaczyłem tę jakże inną rzeczywistość, ludzi, którzy starają się „ normalnie żyć”, aczkolwiek w tak odmiennych warunkach, sąsiadując na co dzień z umarłymi, pomyślałem, że trzeba im pomóc, w takim zakresie, w jakim jestem w stanie, zorganizować siebie i innych.
I tak wsiadłem z Frankiem w trycykla i ruszyliśmy rozdawać dary, zatrzymaliśmy się przy grobowcu Prezydenta Ramosa, mój przewodnik zawołał dzieci. Na początku przybiegło około dwudziestu osób, zaś potem chyba z dwieście wraz z rodzicami. Farbki, kredki, pisaki z wypchanej po brzegi torby powędrowały do wyciągniętych niezliczonych rąk, za którymi odsłaniały się zabiedzone, zasmarkane, ubogo ubrane szkraby, i podrostki ale na wskroś wesołe, uśmiechnięte, jak to naprawdę wyglądało oddają liczne zdjęcia, które nie są przekoloryzowane, tylko wiarygodne do bólu. Resztę darów rozdałem jadąc trycyklem dzieciakom, które nie wiedziały o tej akcji lub nie dobiegły na miejsce spotkania, bowiem mieszkają w dalszej części cmentarza. Oprócz prezentów dla najmłodszych, miałem też wpłatę pieniężną, którą przekazałem najbiedniejszej rodzinie, zamieszkującej Cmentarz Północny. Po trzech godzinach byliśmy totalnie wykończeni, ale zadowoleni z przeprowadzonej akcji, te uśmiechnięte twarze rekompensowały wszystkie bolączki dotychczasowej podróży. Zapomniane dzieciaki przez świat, ale nie przez nas, może za pomocą tych kredek, pisaków i farbek choć trochę pokolorują sobie swoje szare dzieciństwo.
To były moje najpiękniejsze i najbardziej wzruszające chwile w mojej już 12 letniej podróży po Azji . Po wypełnionej misji udałem się z Frankiem do pobliskiej knajpki Ping Ping,
w której zamówiliśmy Lechon Pork, czyli prosiaczek z rożna i browara.
Następnie Franek oprowadził mnie jeszcze po Manili, chciał jechać taksówka, ale ja stanowczo odmówiłem, wolałem jeepneyem, to amerykańskie, kolorowe auta, które zastępują autobusy, których w Manili nie ma. Po prostu wsiadasz i raczej nie wiesz, dokąd jedziesz, z przodu jest jakaś kartka, ręcznie napisany kierunek np. Cubao, kurs to przeważnie max dziesięć Peso ( czyli sześćdziesiąt groszy ).
I tak nudziliśmy się przemierzając stolicę, jedyne ciekawe miejsca dla turystów to market albo walki kogutów, czyli sarong manok.



Po wojażach miejskich, pożegnałem się z Frankiem, podziękowałem za pomoc obrałem kierunek dworzec autobusowy. Tam już poczułem zbliżające się Święta, czuć je wszędzie, tłumy na dworcu, wszyscy obładowani kurami, jajami, małymi świnkami, pełne torby jedzenia. Autobus do Naga już stał, kupiłem bilet i o pierwszej w nocy miałem dotrzeć na miejsce, mini Vanem do Sabang , a stamtąd łodzią na wyspy Caramoan, gdzie w końcu zrzucę plecak i po trzech dniach i trzech zmianach czasowych wreszcie odpocznę,

[IMG]http://i60.tinypic.com/nqbz7.jpg[/IMG]

Zdjęcia

FILIPINY / Palawan  / El Nido  / Filipiny 2014

Dodane komentarze

[konto usuniete] dołączył
17.06.2006

[konto usuniete] 2014-11-01 21:48:20

No cóż to że trzeba mieć bilet w tanich liniach to standart. Ale człowiek musi się uczyć na własnych błędach, szkoda tylko ze to sporo kosztuje. Ale wyprawę i trasę miałeś super... Czekam na kolejne odcinki z niecierpliwością :)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl