Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 3 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Na szlaku GR 20 / Na szlaku 1Trasa Ortu di u Piobbu - Carozzu

Etap II Ortu di u Piobbu - Carozzu
Tym razem obudziliśmy się sami, chociaż pora była równie nieprzyzwoita jak poprzedniego dnia, 4.45. Ruchy mamy jakieś takie szybkie, nerwowe, prawie się do siebie nie odzywamy. Zdaję sobie sprawę, że tak objawia się stres przed trasą. W głowie gonitwa myśli, czy będzie tak ciężko jak wczoraj? Co zrobić gdy nie damy rady? Tutaj nie można pozbierać zabawek z piaskownicy i powiedzieć „ja się już nie bawię”. Nawet jak nie możesz, to musisz gdzieś iść, albo do przodu, albo się wracać, chyba że wezwiesz helikopter. Tylko jak go wezwać, gdy nie ma zasięgu? Zresztą taka przyjemność kosztuje pewnie z 10000 euro. W tym radosnym nastroju idziemy się myć, składamy namiot, śpiwory i cały ten majdan. Jeszcze śniadanie i już „wór” ląduje na plecach. W tym momencie coś mnie ściska za gardło, to już nie stres, to normalny autentyczny strach. Nie daję nic po sobie poznać, poza tym, że już całkiem zamilkłem. Myślę sobie, jak to dobrze, że wykupiłem polisę na akcję ratowniczą z udziałem helikoptera. Co prawda polisa tylko do kosztów 5000 euro, ale zawsze to będzie taniej. W najgorszym razie złamię sobie kamieniem rękę albo lepiej nogę, żeby nie było wątpliwości, że akcja jest ratownicza i poproszę kogoś przechodzącego, żeby wezwał helikopter jak dojdzie do schroniska. Ten, jak mi się wtedy wydawało prawie idealny plan trochę mnie uspokoił. Piszę prawie, ponieważ ten element o łamaniu nogi trochę mi w tym planie ”zgrzytał”, ale nie na tyle, żeby go odrzucić. Po drodze jeszcze zatrzymujemy się przy źródle, żeby napełnić butelki. Przewodnik znowu zaleca wziąć co najmniej 3 litry wody, ja biorę 3,5. To dodatkowe 3,5 kg w plecaku, ale trudno, tutaj nie może być kompromisu. No, ale już dość robienia w gacie. Ruszamy! Zaczyna się łagodnie, chwilę idziemy nawet w dół, zaraz potem jednak ostro w górę i to po gołych skałach. Dobrze, że nie pada, bo nie ma możliwości wyjścia jak jest mokro, ja bym w każdym razie nie próbował. Nie wiem, czy to adrenalina, czy jakoś cudownie nabraliśmy sił przez noc, idziemy jak burza. Marek ma taki bardzo denerwujący mnie zwyczaj, że jak zaczyna się podejście, to nie odpoczywa dopóki nie wylezie na samą górę. Czasami ślepia mi z wysiłku wyłaziły, ale szedłem za nim. Jednak nie dzisiaj, dziwne to dla mnie, ale dzisiaj jesteśmy „na fali”, mijamy po drodze „maratończyków” i inne ekipy, które co chwilę odpoczywają. Tłumaczę to tym, że organizm się zaaklimatyzował, przyzwyczaił do wysiłku i całkiem inaczej reaguje niż wczoraj. Nawet nie wiem kiedy docieramy na Bocca Piccaia 1950 m. To już prawdziwe wysokie, skaliste i jakieś takie nieprzyjazne góry. Mam wrażenie, że mówią do mnie, „od ciebie nic nie zależy, jak będziemy miały kaprys to może ciebie przepuścimy”. To jeszcze nie jest najwyższa wysokość na jaką przyjdzie nam się dzisiaj wspinać, musimy jeszcze wyjść 70 m wyżej (2020) trawersując szczyt Capu Landroncellu. Zaraz potem zaczyna się ostre zejście. Miejscami jest tak stromo, że schodzimy „na smyka” tzn. siadamy się na skale i zsuwamy się po niej na tyłku. Dochodzimy do kolejnej przełęczy Bocca Avartoli 1898 m. W czasie robienia zdjęć mijają nas „maratończycy”, których z kolei my wyminiemy, gdy będą odpoczywać. Jednak są mocni, idą energicznym, dobrym rytmem. Gdy piszę o wymijaniu, absolutnie nie mam na myśli rywalizacji, po prostu opisuję fakty. Od ścigania się jest stadion, tutaj trzeba rozsądnie gospodarować siłami, zresztą te góry szybko o tym przypominają, gdyby ktoś zapomniał. Na przełęczy przechodzimy obok odpoczywających 4 młodzieńców, tych samych którym tak zazdrościliśmy miejsca w cieniu w Ortu di u Piobu. Dalej schodzimy, chociaż trafiają się też krótkie podejścia, do przełęczy Bocca Carozzu 1865m. I teraz już cały czas w dół, mocno to obciąża kolana, ale trochę wspomagamy się kijkami. Schronisko jest na wysokości 1270 m i denerwuje mnie, że trzeba tak nisko zejść, stracić tą wysokość, którą chociaż dzisiaj było lepiej, naprawdę ciężko się zdobywa. Muszę się z tym pogodzić, bo na GR 20 to norma. Codziennie szlak wspina się na duże wysokości, żeby Cię potem zrzucić 500 lub 600 m w dół i znów do góry. To właśnie tu tkwi tajemnica trudności Fra Li Monti. Technicznie, wszystko można przejść, jeśli gdzieś jest trudniej, są łańcuchy lub drabinki, ale te ciągłe podejścia i zejścia mogą człowieka wykończyć. Na czym to ja skończyłem, aha! schodzimy do schroniska. Schodzenie trwa dosyć długo, po drodze doganiamy Stephana. Jest wykończony, wyszedł wcześniej niż pozostali, ale już się wlecze na ostatnich nogach. Ja się czuję dobrze, do schroniska już niedaleko, więc mu proponuję, że mu coś wezmę, np. namiot. Chyba popełniłem jakieś faux pas, bo spojrzał na mnie tak, że już nigdy nikomu nie proponowałem takiej pomocy. Zresztą nie miałem do tego okazji, bo częściej to ja prosiłem Boga, żeby ktoś wziął coś ode mnie. Oczywiście Stephane odmówił i Pan Bóg zresztą też. Wymijamy go i meldujemy się w schronisku. Przy okazji zauważam, że coś z moim pojemnikiem na wodę jest nie tak. Pokrowiec cały mokry, wody ubywa. No tak, pęknięty. Załamka. Pojemnik jest 2 litrowy, pozostaje mi tylko 1,5 litrowa butelka na następne etapy. Mam nadzieję, że w schronisku uda mi się załatwić jakieś plastikowe butelki. I rzeczywiście, gardien był tak uprzejmy, że dał mi butelki, jedną litrową i dwie po 0.33 litra. To trochę mniej niż 2 litry, ale myślę że wystarczy. Przy okazji reguluję za pobyt, czyli po 6 euro od osoby, jak w większości schronisk za spanie pod namiotem. Wyrko w schronisku 12 euro.
Pamiętając wczorajszy dzień, szukamy miejsca pod namiot w cieniu. Ponieważ przyszliśmy wcześnie, jest kilka do wyboru. Rzucamy plecaki i kijki w ramach „rezerwacji” i szykujemy się pod prysznic. Jednak zanim otworzyłem plecak, aby wyciągnąć ręcznik, zauważyłem, że nogi moje w jednej sekundzie stały się czarne. Ki diabeł, myślę sobie, a Marek już krzyczy, zeżrą nas te mrówki! Wiejmy stąd! (wersja do druku, oryginał nie nadaje się do publicznej prezentacji). Rzeczywiście, mrówki też sobie upatrzyły to miejsce i one tu rządziły, nie było mowy o koegzystencji. Zabieramy rzeczy, otrzepujemy je i przenosimy się w inne miejsce, również ocienione. Patrzymy teraz dokładniej i wydaje nam się, że mrówki owszem są, ale pojedyncze sztuki. Wydaje się nam, to odpowiednie stwierdzenie, po kilku chwilach mamy ich już tyle co poprzednio. Jeszcze bijemy się z myślami, czy damy radę z nimi wytrzymać, ale stwierdzamy że w nocy nas objedzą do gołych kości. Chcąc nie chcąc, przenosimy się w kolejne miejsce, teraz jednak już w pełnym słońcu. Jedyna korzyść jaka z tego wynikła, to ta, że mamy obok namiotu stół. Przypomniałem sobie jeszcze, że gdy pisałem o osobach, które wychodziły z nami Calenzany pominąłem sympatycznego Kanadyjczyka, który przemierza trasę w słomkowym kapeluszu i jest na dołączonym zdjęciu w prawym górnym rogu. Na zdjęciu też widać, baterie słoneczne i antenę satelitarną. Nie wiem do czego im to służy, bo prądu oficjalnie nie ma. Po zarezerwowaniu miejsca, idziemy pod prysznic, przez te nasze perturbacje z mrówkami zrobiła się już kolejka, ale niewielka. Po okrzykach i przekleństwach dochodzących spod prysznica domyślam się temperatury wody. Dzisiaj jest szczególnie głośno, więc stawiam na 16 stopni i to raczej górna granica. Po prysznicu, mała przepierka i tutaj niespodzianka. Usłyszałem nagle z kolejki do prysznica „Dzień dobry”. Młody chłopak mówi to wyraźnie do mnie. Usłyszał jak rozmawialiśmy z Markiem i pozdrowił nas po polsku. Okazało się, że mamy rodaków na campingu. Dwaj młodzieńcy, tak na oko 25 lat pokonują ten szlak od drugiej strony. Z południa na północ. Oznacza to, że zostało im jeszcze 2 etapy. Do Ortu di u Piobu i potem zejście do Calenzany. Korzystając z okazji wypytujemy ich o wszystko, co nam wpadnie do głowy. Czy następne etapy ciężkie? Jak ciężkie mają plecaki? To już standardowe tutaj pytanie. Czy wszędzie jest gaz? (Wywaliłem naszą kuchenkę). Czy dublowali etapy?
Muszę wprowadzić trochę porządku, bo się chaos wkrada w tą relację, a więc po kolei. Na imię mieli Bartek i Tomek, przyjechali z Krakowa. Plecaki mają w normie, po 16-17 kg razem z wodą na trasę. Potwierdzili, że gaz jest we wszystkich prawie schroniskach, co zresztą wyczytałem w przewodniku. Etapy różnej trudności, łatwych nie ma, ale najgorzej wspominają wejście na Monte Cinto 2706 m, to najwyższy szczyt Korsyki. Mieliśmy go planie, ale po tym stwierdzeniu wypadł z planu niczym inwestycja z Planu 5-letniego w czasie realnego socjalizmu. Starsi wiedzą o czym piszę, młodsi niech zapytają rodziców. Oficjalna wersja brzmi: na wejście trzeba poświęcić jeden dzień, a my jeszcze chcemy zwiedzić Korsykę i może nam zabraknąć czasu.
Etap zdublowali(to znaczy przeszli 2 w jednym dniu), bo chcieli dojść do schroniska w którym jest prąd, aby oglądnąć mecz. Teraz sobie przypomniałem, że nawet nie napisałem w jakich dniach odbywaliśmy tą wędrówkę. Wyjechaliśmy z Polski 16 czerwca, 18 czerwca polecieliśmy na Korsykę, a 19 ruszyliśmy na szlak. Tak więc rzecz się dzieje w trakcie mistrzostw Europy i stąd ta mowa o meczu. Meczu jednak i tak nie obejrzeli, ale już nie pamiętam z jakiego powodu. Po tym miłym spotkaniu rozwieszam swoje pranie na namiocie i szykujemy coś do jedzenia. Napiszę wreszcie coś jedzeniu, bo z tej relacji wynika, że żyjemy powietrzem i wodą. Jedzenie mamy jeszcze z Polski, bo to przecież dopiero drugi etap. Ja sobie zaserwowałem zupę chińską pomidorową, bagietkę i kiełbasę myśliwską suchą. Na deser suszone daktyle. Prawdziwa uczta() . Popiłem wodą ze źródła i zacząłem się zastanawiać, czy jutro zjem rosół czy grzybową. Obie lubię.
Stephan i „maratończycy” dotarli już wcześniej, a teraz dokuśtykała ta para, o której pisałem, że będzie miała problem. Właściwie to ona dokuśtykała, bo On Ją tylko prowadził. Pytałem co się stało, to mówili że skręciła nogę. Nogę miała usztywnioną bandażem i wymagała pomocy przy chodzeniu. Niby nic wielkiego, jednak w górach to prawdziwy problem. Iść się nie da, a pojechać nie można. Koniec końców przyleciał helikopter i zabrał panią do szpitala, okazało się noga nie była zwichnięta, ale złamana. Mąż został i kontynuował wędrówkę. To już któryś raz stwierdzam, że na GR20 obowiązują jakieś inne reguły życiowe, których ja nie bardzo pojmuję. Ja na przykład nie wyobrażam sobie, że żonę zabierają do szpitala, a ja, jakby nigdy nic idę dalej.
Większość narzeka na dzisiejszy etap, stanowczo twierdząc, że był gorszy od pierwszego. Zwłaszcza to zejście, które określają jako „interminable” co znaczy bez końca, nie kończące się. Zejście rzeczywiście jest długie i męczące i poczujemy je w nogach, ale jeszcze nie teraz. Do naszego stolika dosiadają się Jean-Marie i Patricia. Przy okazji dowiedziałem się, że pochodzą i mieszkają w Bretanii. Otworzyli swój przewodnik i liczą dni, kiedy zakończą GR20. Pytam ich, czy zamierzają dublować etapy? Odpowiadają, że raczej nie, bo mają sporo czasu. Nagle ni z gruszki, ni z pietruszki, Patricia wypala, że oboje znają Berlin, bo kilka lat temu biegli tam (i ukończyli) maraton. To z tego powodu od tej pory nazywaliśmy ich maratończykami. Musieli zauważyć moją konsternację, bo zaczęli się upewniać, że pochodzimy z Niemiec. Okazało się, że przyjęli a priori, że jesteśmy Niemcami. Nie mam pojęcia na jakiej podstawie. Tak im się zdawało i tyle. Marek, żeby się im więcej nie myliło pobiegł do namiotu i dał im polską flagę. Nabrał trochę tych gadżetów, ale się przydają. Chłopak, który nas podwiózł do Ponte Leccia dostał czapkę kibica (chyba o tym nie napisałem), „żołnierka” (nie wiem czy jest takie słowo w języku polskim) szalik kibica, teraz flaga i mówi że została mu jeszcze jedna. Miała być zatknięta na Monte Cinto, więc teraz pewnie będzie do wydania. Patricia, jak dostała tą flagę, to kazała Jean-Marie dać nam małą bretońską flagę, którą nosił przypiętą do czapki. Flaga ta służyła mu do ochrony karku. Ja grzecznie odmówiłem, mówiąc że flaga jest mu potrzebna, a my jako członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Francji z bretońskim bratnim miastem Morlaix mamy bretońskich flag, symboli i gadżetów pod dostatkiem, co jest zresztą najszczerszą prawdą. Nasze Stowarzyszenie od 20 lat wyjeżdża co roku (a my z nim od czasu do czasu) do Bretanii ( nie mylić z Brytanią tym bardziej Wielką) i zawsze coś przywozi. Jean-Marie był mi niewymownie wdzięczny z powodu ocalenia jego karku od piekącego słońca. Jean-Marie i Patricia okazali się bardzo mili. Rozwinąłem swoją mapę i razem prześledziliśmy dalszy ciąg szlaku. Teraz kolej na Stephana, już od dawna się kręcił wokół naszego zdobycznego stołu, ale najpierw rozmawialiśmy z Polakami, a teraz się rozłożyliśmy z mapami razem z „maratończykami”. Gdy zwolniło się wreszcie miejsce, przysiadł się i zakomunikował, że musi odciążyć plecak, bo się wykończy. Dawno mu to mówiłem. Pytam, co zamierza wyrzucić? Na początek książki odpowiada. Zdębiałem, jakie książki, przewodniki? Nie, zwykłą beletrystykę, zdębiałem po raz wtóry. Ja też staram się dużo czytać, ale do głowy by mi nie przyszło dźwigać jakieś opasłe tomiska, do których i tak pewnie bym nawet nie zajrzał. Potem się zastanowi nad kuchenką, moja szkoła(), i nad innymi drobiazgami. Typu radio, telewizor czy co to tam jeszcze chłopie targasz, pomyślałem sobie w duchu, ale bez złośliwości, Później, dużo później, okazało się że i ja bardzo skorzystałem na tej jego zapobiegliwości. Z ciekawości zapytałem z jakiego regionu Francji pochodzi. Z Bretanii. To chyba jakaś epidemia. Jest celnikiem w Saint-Malo. Wspaniałe nadmorskie miasteczko, które zwiedzaliśmy przy okazji naszej wizyty ze stowarzyszeniem. Oczywiście zaraz leci tekst o Stowarzyszeniu, o bratnich miastach jakimi są Mielec i Morlaix i o naszych corocznych wizytach w Bretanii. Natychmiast jesteśmy zaproszeni do odwiedzin przy okazji pobytu w tej okolicy. W takiej miłej atmosferze czas leci do wieczora, a nasze „koleżeństwo” się cementuje.
Zasięgu oczywiście nie ma, prądu też, ale właściwie to prąd do niczego mi niepotrzebny. Komórki nie używane, to i naładowane na full. Baterie do aparatu też jeszcze pełne. Wpadam na świetny pomysł, czy zauważyliście, że ja często wpadam na świetny pomysł. Nie? To widocznie tylko mi się tak zdaje. W każdym razie idea jest taka. Jutro etap rozpoczyna się od przejścia przez linowy most, który jest 10 min drogi od schroniska. Pójdźmy, więc tam już dzisiaj, zróbmy zdjęcia i jutro nie będziemy tracić czasu na wyciąganie aparatu z plecaka. Marek nosi aparat w plecaku od momentu jak mu się pasek od niego tak w szyję wrzynał, że mu chciało łeb, to znaczy głowę odciąć. Tak jak staliśmy w sandałach, z aparatem poszliśmy zrobić zdjęcia na „passarelle suspendue”. Może i on jest 10 min drogi od schroniska, ale na pewno nie na chodzenie w sandałach. Skały strome, łańcuchy, i teren nie za bardzo przyjazny. Dotarliśmy jednak i zrobiliśmy sesję fotograficzną. Mam teraz tylko dylemat, czy zdjęcia powinienem dołączyć to tej relacji, bo dotyczy dnia w którym robiliśmy zdjęcia, czy do następnej, bo przejście mostu jest elementem etapu III. A co mi tam, zdjęć nie brakuje. Po powrocie z „wiszącego mostu”, jeszcze jemy kolację, trochę siedzimy z Bartkiem i Tomkiem i idziemy spać w znacznie lepszych nastrojach niż po wczorajszym etapie. Trochę mi się przedłużył ten opis, obiecuję się streszczać na przyszłość. Cdn.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Na szlaku GR 20 / Na szlaku 1FRANCJA / Korsyka / Na szlaku GR 20 / Na szlaku 3FRANCJA / Korsyka / Carozzu / SchroniskoFRANCJA / Korsyka / Na szlaku GR 20 / Na szlaku 2FRANCJA / Korsyka / Passarelle / Na szlaku 4

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl