Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

W mieście, którego nie ma? > NEPAL


visionaire visionaire Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?„Because is there” tak brzmiała odpowiedź George’a Mallory’ego na pytanie dotyczące sensu zdobywania najwyższej góry świata – Czomolungmy. Podobnie zabrzmiał i mój argument przemawiający za podróżą do Nepalu i odbyciem trekkingu u stóp Mount Everestu...Niebawem miało się jednak okazać, że to nie góry, a stolica Nepalu znalazła się w (epi)centrum mojego zainteresowania...

Lekko znudzony przewijającym się zza oknem autobusu monotonnym krajobrazem austriackiej prowincji wyprzedzam zdarzenia i przenoszę się myślami już na koniec drogi, którą dopiero co rozpocząłem. Po prawdzie bowiem widok ciągnących się aż pod granicę z Węgrami sterylnych pól uprawnych, na których próżno szukać chociażby jednego źdźbła wszędobylskich chwastów najwyraźniej w świecie nudzi. Z drugiej strony jednak przypomina o nieco stonowanej naturze Austriaków, która wydaje się doskonale komponować z ołowianym odcieniem wczesnomarcowego nieba.
Dążenie do perfekcji, precyzja, ład, zabytkowa i nowoczesna architektura w najwyższej formie, ogółem poczucie bezpieczeństwa, wszechobecny dobrobyt. To bez wątpienia esencja dzisiejszej Austrii. Wszystko to jednak już za chwilę zostawię daleko w tyle i przeniosę się do odległej krainy, w której bezpieczną przewidywalność zastąpi wielka niewiadoma każdej kolejnej chwili, a dobrobyt kująca w oczy bieda. A jedynym, wspólnym mianownikiem łączącym te dwa odległe od siebie światy będą wyłącznie ośnieżone wierzchołki Himalajów, które tak samo jak Alpy na dobre zagościły w przeważającej części krajobrazu kraju, do którego się udaję.

Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, któego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, któego nie ma?, NEPAL



To Nepal. Czy jednak wciąż świadom swojej dawnej tożsamości? Czy może jednak przesiąknięty już do cna zapachami fast food’ów i kawy, które wydobywają się ze stylizowanych na zachodnie restauracji gęsto rozsianych po jego najbardziej atrakcyjnych częściach?
Moje rozmyślania przerywa pierwsze spojrzenie na Katmandu jeszcze zza okien przygotowującego się do lądowania samolotu. Z jednej strony rozległe, spowite gęstym smogiem centrum, z drugiej zaś otaczający miasto falujący na wietrze zielony ocean pól, wśród którego niczym archipelagi wysp dryfują chaotycznie rozsiane gospodarstwa. A wokół już tylko majestatyczne Himalaje – przekleństwo i błogosławieństwo Nepalczyków zarazem...
Bo surowe warunki jakie dyktują tu góry od zarania dziejów nie rozpieszczały i w zasadzie na stałe przykuły do ziemi miejscową ludność, nie pozwalając jej chociażby na chwilowe uniesienie wysoko ponad doliny, które zamieszkuje. Jednocześnie to właśnie cieszące się niesłabnącą popularnością Himalaje stały się podstawą w miarę sprawnie działającej turystycznej infrastruktury – filaru nepalskiej gospodarki. Bo przecież jeśli argumentem do przyjazdu w te strony dla wielu wciąż stanowi lakoniczne stwierdzenie wypowiedziane niegdyś przez George’a Mallory’ego odnośnie Mount Everestu (”because is there”) to wydaje się, że niesłabnący, a ostatnio nawet zwiększony popyt na górskie wojaże w tym kraju musiał wytworzyć wysoko jakościową podaż, poprawiając tym samym standard życia wielu Nepalczykom. Dlatego spoglądając przynajmniej z perspektywy internetu na szerokie spektrum świadczonych w całym Nepalu usług wydawać by się mogło, że w ujęciu gospodarczym dystans cywilizacyjny, który dzieli ten kraj od „światowych przeciętniaków” nie powinien być wcale duży.
W rzeczywistości jest jednak zgoła inaczej, a kraj wciąż zalicza się do grupy Państw Trzeciego Świata. I nawet jeśli Nepal ostatnimi czasy stał się jedną z bardziej popularnych turystycznych destynacji, co gwarantuje stały napływ zagranicznego kapitału to jednak pokaźna jego część bezpowrotnie znika gdzieś w otchłani biurokratycznych machinacji, zwiększając tym samym ekonomiczne dysproporcje między bogatymi, a biednymi. Ci ostatni, stanowiąc przeważającą większość zostali więc zepchnięci na margines. Schowani dzisiaj głęboko w cieniu odrestaurowanych zabytków i klimatyzowanych hoteli nie mają możliwości do zaakcentowania głośno fundamentalnych potrzeb światu reprezentowanego tutaj najczęściej przez turystę z Zachodu. Jego uwaga zresztą i tak zdaje się w większość być zwrócona albo w stronę zabytków albo też ku wierzchołkom najwyższych gór, a nie przyziemnemu – zgoła odmiennemu obliczu kraju i problemów jego obywateli. Empatia wśród turystów na wczasach to bowiem produkt mocno deficytowy, bo po prostu zupełnie bezużyteczny. Pewnie właśnie dlatego nie jest on pakowany do walizki z wyjazdowym bagażem…
Przekonuję się o tym już po pierwszym spacerze w Katmandu. Trochę z konieczności, a trochę kierowany ciekawością w mieście spędzam kilka dni z całego wyjazdu. Bo choć głównym celem mojej podróży jest trekking w Himalajach to jednak stolica Nepalu będąca najważniejszym węzłem komunikacyjnym i zarazem atrakcją turystyczną samą w sobie przyciąga wszystkich przyjezdnych równie mocno jak wierzchołki Himalajów. I o ile w przypadku najwyższych gór świata z oczywistych względów Mount Everest jest najsilniejszym magnesem przyciągającym wszystkich turystów z całego świata, o tyle w przypadku Katmandu jest nim bez wątpienia dzielnica Thamel. To bowiem turystyczna część Katmandu, która pełni przy okazji funkcję ogromnej bazy noclegowej. Ze swoją rozwiniętą infrastrukturą okazuje się w rzeczywistości jednak niczym innym jak tylko atrakcyjnym i mocno przyprawionym smakiem dalekiej egzotyki marketingowym produktem. Thamel bowiem precyzyjnie skalibrowany spełnia potrzeby światowej turystyki, pielęgnując jednocześnie zachodnie trendy i standardy zasiane i przyjęte już przed wiekami przez brytyjskich kolonizatorów. Stąd też wskutek postępującej transformacji dzisiejszy obraz dzielnicy przypomina kolorowe i rozhulane centrum rozrywki spełniające bez wyjątku wszystkie uciechy każdego z zagranicznych przyjezdnych. Dlatego Thamel ciężko porównać do innych części miasta borykających się na co dzień ze swoimi problemami, z których największy stanowi bieda. Bo kiedy cały Thamel napędzany zachodnim kapitałem i siłą tysięcy zmęczonych rąk Nepalczyków wieczorami mieni się kalejdoskopem barw, a pogłos światowych przebojów roznosi się echem we wszystkich kierunkach świata, w tej samej chwili kilka przecznic dalej rzeczywistość spowita mrokiem nocy nie ma wiele wspólnego z beztroską atmosferą panującą w turystycznej dzielnicy...
To tam toczy się jednak prawdziwe życie, o którym wszystkie przewodniki konsekwentnie milczą. Zresztą całkiem słusznie. Bo dzisiaj podróżować coraz częściej znaczy podążać wygodnymi ścieżkami, „zaliczając” przy tym kolejno wszystkie najbardziej spektakularne atrakcje podróżniczych destynacji. W przypadku Katmandu jednak wypucowane i lśniące w słońcu zabytki szczelnie oblepione gęstą masą ludzi i kramików z pamiątkami już dawno straciły swojego ducha. Dlatego dzisiaj nie są już ani esencją miasta ani też całego kraju. Omijam je więc szerokim łukiem i zapuszczam się daleko poza turystyczne centrum. Dopiero tutaj obecność białej twarzy rozmywa się niepostrzeżenie w gęstym tłumie o dużo ciemniejszej karnacji. Atmosferę dodatkowo zagęszczają czarne opary wydobywające się z pędzących we wszystkich kierunkach pojazdów. Mniej więcej w ten sposób tworzy się spowijający całe miasto smog, który oprócz ograniczenia widoczności podnosi również temperaturę i wilgotność w całej aglomeracji. Ucieczki od jego lepkich macek nie przynosi nawet zejście z największych arterii Katmandu. Kierowany ciekawością zapuszczam się jednak do bocznych uliczek tworzących zawiły labirynt, w którym zgubienie się nawet z mapą jest tylko kwestią czasu. Z dala od głównych ulic powietrze rozrzedza się przynajmniej na tyle, by jego głębszy sztach nie wywoływał już efektu porównywalnego z pierwszym w życiu zaciągnięciem się papierosem lecz i tak jest ono tu wciąż mocno zawiesiste. Tym razem nie od spalin, a unoszącej się wokół stęchlizny, który wydobywa się z okolicznych budynków. I choć pora sucha zbliża się już pomału ku końcowi budynki wciąż nie zdążyły wyschnąć po ostatnim monsunie. Dziwić się jednak nie sposób. Dachy i ściany domów podziurawione bowiem niczym ser szwajcarski są w zasadzie w stanie agonalnym. Samym budowlom bliżej więc do ruiny niż do w pełni funkcjonalnych budynków mieszkalnych. W tej części świata jednak to, co na Zachodzie już dawno zostałoby zburzone tutaj wciąż stoi i stać będzie pewnie jeszcze długo dzięki niekończącym się doraźnych naprawom. Z kolei to, co popsute i wydaje się niemożliwe do naprawy przynajmniej z perspektywy Europejczyka jakby za sprawą dotyku czarodziejskiej różdżki zostaje naprawione i służy z powodzeniem dalej aż do kolejnej usterki i dalszej naprawy. Stąd też krajobraz miejski przypomina tu ogromny plac budowy przywołujący na myśl wyraźne skojarzenia z powstającą z popiołów i zgliszczy powojenną Warszawą...

Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL



Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL



A jednak...żyją tu ludzie. Co więcej jakby nic się zupełnie nie działo prowadzą całkiem normalne życie, nie zważając na warunki, w których mieszkają. To właśnie tu spotkam ulicznego sprzedawcę, u którego pierwszy raz w życiu kupuję świeżo wyciśnięty sok z granata oraz właściciela skromnej restauracji, w której się stołuję. Gdzieś pomiędzy spotykam natomiast kobietę kąpiącą w plastikowej balii dwójkę umorusanych dzieci tuż przed bramą domu oraz szereg innych osób, z którymi wymieniam przypadkowe spojrzenie. Wszystkie zarejestrowane przez mnie twarze wyłaniające się zza każdym kolejnym zakrętem wąskich uliczek, którymi bez celu błądzę nie są już jednak ani bezkształtne ani też anonimowe. Od tej pory mają swoją postać i charakterystyczne cechy, a także swoją własną historię. I choć każda z nich ma inny przebieg wspólnym mianownikiem wszystkich zapamiętanych przeze mnie osób jest bijąca z ich twarzy harmonia. Niezachwiana równowaga i ludzki optymizm przebijający się przez spowitą odcieniem ołowiu twardą rzeczywistość dodatkowo przyprószoną grubą warstwą ruin i gruzu (bo jak inaczej nazwać zabudowę przeważającej części miasta) to jednak tak samo jak barwny Thamel kolejna z twarzy Katmandu.

Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL




Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL






Dalsza odsłania się przede mną podczas ceremoniału, który odbywa się nad przepływającą tuż obok świętego kompleksu rzeką Bagmati. W rzeczywistości jest ona śmierdzącym rynsztokiem transportującym nieczystości całego Katmandu. Nie zawsze pewnie tak było niemniej zanim rzeka ostatecznie przybrała postać kleistego ścieku wspomniany obrządek był już w tym miejscu z pewnością od dawna kultywowany. Co więcej, sądząc po frekwencji i zaangażowaniu zgromadzonych na ceremonii ludzi tradycja ma się całkiem dobrze i raczej długo nie zaniknie. Tu nad rzeką, w bezpośrednim sąsiedztwie najważniejszej dla Hindusów świątyni w Nepalu pochówek przybiera formę kremacji, która oprócz pobudek religijnych w kontekście wilgotnego klimatu ma też wymiar czysto praktyczny.
Przy ogromnym kompleksie pojawiam się już wcześnie rano. Jest sobota, a zatem dzień wolny od pracy. Mimo wczesnej pory jest już jednak na tyle tłoczno, że ciężko wyobrazić sobie, by mogło być jeszcze bardziej. Przebijając się do przodu w niemiłosiernym ścisku w końcu poddaję się i od razu zostaję porwany przez wartki nurt ludzkiej rzeki płynącej w stronę świątyni. Wysoka temperatura, gęstły tłum spoconych ludzi, wśród których znaczna część to żebrzący i śmiertelnie chorzy...Trzeba przyznać, że obawa przed złapaniem ciężkiej infekcji chyba nigdy nie była wcześniej większa niż teraz. Lecz mimo to ciekawość zwycięża i nie pozwala się wycofać. Płynę więc z nurtem dalej, nie potrafiąc w żaden sposób oderwać uwagi od niełatwych do interpretacji obrazów, które przede mną maluje rzeczywistość. W końcu docieram jednak do centralnej części kompleksu. Jego serce stanowi kilkusetmetrowy odcinek brzegu przepływającej przezeń rzeki, wzdłuż którego stoją wybudowane w szeregu jeden przy drugim wysokie pomosty służące do palenia zwłok, a po ich całkowitej kremacji do zrzucania niezdławionych całkowicie przez ogień zgliszczy do wody. I choć są one w większości szokujące to jednak w pewien sposób fascynują. Dowodzą, bowiem, że zdolność adaptacji człowieka w obliczu niedoli nie zna zupełnie granic. Bo motywacją jest lepsze jutro po śmierci jako nagroda niezachwianej wiary. Stąd też mimo, że obrazy są faktycznie odpychające można w nich dostrzec jednak wyraźny pierwiastek nadziei. Zmaterlizowany w postaci barwnych kwiatów, różnokolorowych strojów, a przede wszystkim spokoju na twarzach wszystkich zgromadzonych nadaje całości pozytywny wydźwięk.

Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL



Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL






Kilka dni w Katmandu to zdecydowanie zbyt mało, by poznać każde jego oblicze. Miasto bowiem żyje niezwykle intensywnie nieustannie się przy tym zmieniając. Kalejdoskop mieniących się wokół żywych barw kontrastujący z ponurym odcieniem szarości budynków. Kakofonia dźwięków ulicy wymieszana z gęstą niczym curry odurzającą mieszanką zapachów wydobywających się z ulicznych straganów i małych restauracji dla miejscowych. I wreszcie stare versus nowe. Słowem namacalna wręcz dynamika miasta, za którą nie sposób nadążyć. Obserwowane zmiany wydają się jednak zaledwie powierzchniowe. Wszystkie procesy zachodzące w mieście przypominają bowiem wielką rzekę. Jej prąd przy powierzchni jest zmienny choć czasem potrafi być wartki i przenieść każdy materiał, który stanie na jej drodze. Przy samym dnie nurt natomiast traci na sile. W przeciwieństwie do powierzchni jest jednak stały dlatego konsekwentnie i nieprzerwanie potrafi przesuwać nawet największe głazy.
Myślę, że podobnie jest z Katmandu. Na ulicach miasta wydarzenia mają nierzadko gwałtowny przebieg. Równolegle jednak z energicznym tempem zdarzeń widoczna jest przeważająca obecność na ulicach głęboko zakorzenionych tradycji i przyzwyczajeń. Dlatego powiew nowoczesności, który wyraźnie czuć w mieście reprezentowany chociażby przez huczny Thamel ma wyłącznie lokalny zasięg i przejściowy charakter. Nie jest bowiem w stanie ani zmienić ani nawet zachwiać nawyków i charakteru samych Nepalczyków. Na to potrzeba wiele czasu i co najważniejsze chęci ich samych. Na przekór licznym zakrętom historii i losu dowodzą zresztą o tym oni sami. Wszyscy Ci, których spotykam podczas pobytu w Katmandu i całym Nepalu swoim naturalnym, bezpretensjonalnym zachowaniem tworzą bowiem unoszącą się nad miastem niewidzialną aurę głębokiej duchowości, której nie jest w stanie zdominować coraz częściej wydobywających się z lokali intensywnych zapachów zachodnich fast food’ów i kawy.

Zdjęcia: Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL
Katmandu, Katmandu, W mieście, którego nie ma?, NEPAL



Rok później. Od dawna już w domu. Za sprawą szarej codzienności intensywne obrazy Nepalu mocno już wyblakły, a wszystkie zapachy, które ze sobą przywiozłem dawno wywietrzały. Nie ma więc już wokół mnie odurzonego zapachem orientu Thamelu, nie ma radosnej kakofonii dźwięków azjatyckiej ulicy, nie ma ulicznych kupców, głębokiej atmosfery uduchowienia ani też błogiego uczucia zatrzymania się czasu. Bo choć to my nosimy zegarki i chcemy mieć pod kontrolą czas to właśnie w Azji nikt go nie liczy, pozwalając mu po prostu bezwładnie płynąć. Ja natomiast rozpoczynam kolejny poranek nerwową krzątaniną, przygotowując się do szaleńczego biegu do pracy. Jak najszybciej, na złamanie karku, byle tylko zaoszczędzić jak najwięcej upływających sekund. W naszym świecie przecież nawet ich ułamki są bezcenne...Nim jednak w pośpiechu wychodzę rejestruję jeszcze czerwony nagłówek jednego z portali internetowych. W tym momencie czas się zatrzymuje. Zupełnie tak samo jak ostatni raz rok temu w Azji. Tym razem jednak nie jest to uczucie błogostanu. Tytuł ma bowiem dramatyczne przesłanie: „Potężne trzęsienie ziemi w Nepalu”. Trochę potrwa zanim świat pozna całą skalę zniszczeń. Na podstawie medialnych doniesień przez głowę przechodzi mi jednak tylko jedna myśl: rok temu byłem w mieście, którego już nie ma...
Dzisiaj zupełnie już na chłodno, z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że wówczas mocno się pomyliłem. Bo choć część miasta została zniszczona to kataklizm nie był jednak w stanie ani zaburzyć jego atmosfery ani też zachwiać wrodzonej równowagi jego mieszkańców. Bo to ona wydaje się najbardziej stabilnym fundamentem stolicy Nepalu. Co ważne na tyle mocnym, by miasto stopniowo podnosiło się z kolan…

Tomasz Kik





Zdjęcia

NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, którego nie ma?NEPAL / Katmandu / Katmandu / W mieście, któego nie ma?

Dodane komentarze

baobab-ka dołączył
02.10.2015

baobab-ka 2016-12-22 16:06:07

Zaręczam, to miasto JEST :)

paweł.p dołączył
01.05.2014

paweł.p 2016-09-07 11:25:11

Jak pojawiły się Twoje zdjęcia z intrygującym tytułem O "mieście, którego nie ma?" zastanawiałem się co Autor ma na myśli. Tak myślałem, że będzie z tego jakiś artykuł, ale szczerze powiem, po przeczytaniu nadal nie wiem co Autor ma na myśli. Kwiecistość stylu zabija, tę odrobinę informacji, którą zawarłeś w tekście. Nie wiem skąd czerpałeś informacje, ale zdecydowanie są one rozbieżne z moimi empirycznymi doświadczeniami. Postawiłeś śmiałe tezy, ale dowody przedstawiłeś bardzo słabej jakości.

visionaire dołączył
03.09.2016

visionaire 2016-09-06 16:33:29

Nitkaska. Każdy postrzega rzeczywistość na swój własny sposób i każdy przy jej ocenie kieruje się własnymi kryteriami. Stąd rozbieżności między nami w postrzeganiu Katmandu. Nie myślę jednak, że są one aż tak duże jakby się mogło wydawać. Ostatecznie mój tekst ma przecież pozytywny wydźwięk.
Mnie osobiście interesuje przede wszystkim zwykły człowiek schowany w cieniu obleganych przez turystów zabytków. Niestety zwykle jest tak, że to na atrakcjach turystycznych skupia się całe zaintersowanie turystów. Z jednej strony rozwój turystyki ma oczywiście swoje pozytywy z drugiej natomiast szczególnie w krajach trzeciego świata sprzyja to niestety rozwojowi negatywnych zjawisk. W przypadku Katmandu widziałem zarówno pozytywne jak i negatywne tego aspekty. Co prawda było to dwa lata temu i bardzo krótko niemniej to co zobaczyłem i to intuicyjnie czułem utwierdziło mnie w przekonaniu, że nawet w kontekście trzęsienia ziemi jak również drapieżnej ekspansji negatywnych następstw globalnej turystyki atmosfera miasta i uduchowienie jego mieszkańców są dużo silniejsze niż krótkotrwałe zmiany trendów i mody w świecie.
W każdym razie dzięki za komentarz uwagi i trzymam kciuki za Twój szybki powrót do Katmandu
P.S Faktycznie ten sadhu został sfotografowany w Paśupatinath

nitkaska dołączył
21.05.2011

nitkaska 2016-09-04 22:51:57

"Moje" Kathmandu jest zupełnie inne. Przede wszystkim JEST. Żyje pełnią życia, łapie każdą chwilę, podnosi się z ruin, które choć widoczne na każdym kroku - nie dominują w mieści. Gdybyś zahaczył o zabytki to wiedziałbyś, że one nie były nigdy "wypucowane", wręcz przeciwnie, miały za to niepowtarzalny klimat i atmosferę. Miały przed trzęsieniem ziemi i te co pozostały mają nadal. Tam zabytkom nie przeszkadzają turyści w ich przeznaczeniu i pełnieniu powinności.
Nepal i Kathmandu to jedyne miejsce, któe nie znudzi mi się nigdy. Mam wielką nadzieję, że wrócę tam raz jeszcze!
P.S. te pomosty w Paśupatinath to ghaty kremacyjne

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl