Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Autostopowa Tułaczka przez Półwysep Iberyjski > PORTUGALIA, HISZPANIA


Tuan de Paso Tuan de Paso Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie PORTUGALIA / Lizbona / Lizbona / Zachód Słońca w Lizbonie"Zrozumiałem wtedy, że tak jak każda wyprawa w głąb czarnego lądu powinna się zaczynać w Sevilli, tak każdą podróż do Ameryki Łacińskiej powinienem był zaczynać w Lizbonie, która była ostatnim miastem na zachodnim krańcu Europy i ostatnim portem na drodze do Nowego Świata; miastem które jest łącznikiem pomiędzy dwoma kontynentami i pod wieloma względami kawałkiem Nowego Świata na Starym Kontynencie…"

MADRYT

W pierwszą sobotę czerwca pogoda we Wrocławiu była wspaniała: na niebie nie było ani jednej chmurki, słońce świeciło jaśniej niż zwykle, powietrze było cieplejsze niż kiedykolwiek, a samo miasto wręcz parowało od tej pogody z zachwytu, ludzie wydawali się szczęśliwsi niż na co dzień, a pilot samolotu którym leciałem do Madrytu musiał być szczerze zdumiony, wzruszony i zachwycony tą polską pogodą i pewnie też poniekąd triumfem Realu w Lidze Mistrzów tego dnia, tak ja byłem zachwycony wizją trzymiesięcznej podróży po południowych rubieżach Europy, Maroku i Polsce i tak wesoło z setką innych pasażerów na pokładzie lecieliśmy do Madrytu, gdzie miałem się spotkać z moją drugą połówką lecącą w to samo miejsce, tyle że z Meksyku.

Madryckie dni były naprawdę wspaniałe i poza świętowaniem zwycięstwa Galaktycznych na ulicach miasta, paleniem fajki ze starym przyjacielem z Buenos Aires u którego się zatrzymaliśmy, to większość czasu spędziliśmy na wspólnych rozmowach i spacerach po momentami nudnawej stolicy Hiszpanii. Madryt jakoś mnie do siebie nigdy nie przekonywał i po szybkim poznaniu większości wartych poznania zakamarków stolicy oraz przeorganizowaniu się do dalszej wyprawy, bez smutku udaliśmy się na południe i w momencie wsiadania do auta jadącego do Toledo oficjalnie rozpoczął się nasz szaleńczy rajd w dal, aż do Maroka, by tylko zdążyć na ostatnie dni Ramadanu w Afryce, zahaczając po drodze o Lizbonę.

TOLEDO

Już z odległości kilkunastu kilometrów można było dostrzec, a następnie podziwiać z otwartą buzią majestatyczny mauretański Alkazar, który solidnie górował nad miastem Toledo i nad całą okoliczną doliną płynącej aż do Lizbony rzeki Tag i Alkazar ten wydawał mi się wtedy najbardziej majestatycznym i dumnym budynkiem jaki kiedykolwiek widziałem i po tych kilku minutach kiedy czas się zatrzymał podczas jego kontemplacji wiedziałem, że imperialne Toledo zdecydowanie było tym miastem po którym chciałem się przejść nie raz nie dwa, chciałem je przemierzyć wzdłuż i wszerz, dotknąć tych średniowiecznych miejskich murów i tych średniowiecznych baszt obronnych, poznać wszystkich miejskich włóczęgów i ciągle zachwycać się wszechobecnymi kamiennymi budowlami pamiętającymi jeszcze muzułmańskich zdobywców.



Instynkt mnie nie zawiódł i już po kilkunastu minutach wdrapywania się po miejskich fortyfikacjach i przystrojonych na średniowiecze uliczkach w stronę historycznej części miasta wiedziałem, że odwiedzenie oddalonego kilkadziesiąt kilometrów od stolicy Toledo było jak do tej pory najlepszym pomysłem tej wyprawy i podczas naszej włóczęgi raz po raz zadziwiało mnie jak kompletnie zagospodarowano dosłownie każdy centymetr miasta, które okupując strome wzgórze przypominało miejską wyspę lewitującą dumnie ze swoim Alkazarem nad przedmieściami, rzekami i autostradami i jak bardzo udało się utrzymać klimat i atmosferę średniowiecznego splendoru i pomyślałem, że faktycznie musiałoby być ciekawie zarządzać swoim Habsburskim Imperium właśnie z Toledo.

W mieście podobało mi się dosłownie wszystko i godzinami podziwiałem każdy zaułek, każdą budowlę i każdy detal architektonicznego kunsztu mauretańskich i katolickich mistrzów Toledo, podziwiałem też miasto jako całość, podziwiałem jego mury obronne położone na stromych urwiskach i z tych urwisk podziwiałem też nowe osiedla tam na dole, które pewnie zamieszkałe były przez tubylców wypchniętych ze zgentryfikowanego, turystycznego szczytu i każda minuta w tym magicznym miejscu była siebie warta i gdyby nie pośpiech i chęć zobaczenia końcówki Ramadanu, zostalibyśmy w Toledo dłużej niż jedną noc i odkrylibyśmy więcej jego twarzy, poznali jakichś tubylców przy okazji, wyrobili pełniejszą opinię i bardziej kompletny obraz miejsca i wtedy dopiero mógłbym je jakoś sklasyfikować i ułożyć w hierarchii ulubionych miast, a tak to został tylko lekki niedosyt podsycony wspaniałą wędrówką za dnia, upalną nocą w zimowym namiocie i tymi wspaniałymi miejskimi murami taplającymi się we wschodzie słońca, które obserwowaliśmy z namiotu rozbitego w jednym z parków nowego miasta.

NAJDŁUŻSZA DROGA

Wiatry pierwszego dnia na trasie poza strefą komfortu były wyjątkowo niepomyślne i bezpośrednia, ostatnia 600-kilometrowa prosta do Lizbony okazała się jednym z trudniejszych autostopowych odcinków jakie miałem kiedykolwiek do pokonania i tym sposobem już na samym początku wyprawy zostaliśmy wystawieni na poważną próbę charakteru i 40 stopniowy upał wraz z piekielnie gorącym asfaltem sprawiały, że nierzadko pojawiały się narzekające myśli o bezcelowości stania tak z kciukiem przy drodze i sprawiały, że pojawiały się też pomysły mogące spokojnie obrazić Boga Autostopowania i narazić na szwank całą naszą przygodę. Godziny, które wydawały się być tygodniami zaburzały logiczne rozumowanie i nieraz zaczęliśmy wymyślać historie, że może źle stoimy, nie w tym miejscu, że może to nie ta droga, że może ubiór nie ten, że może lepiej się uśmiechać, a potem, że może lepiej nie, że może by tak podejść trochę na piechotę, tak tylko do następnego skrzyżowania, gdzie teoretycznie więcej samochodów powinno jechać w naszą stronę, czy może nawet by tak podjechać kawałek lub zrezygnować na zawsze z tego tępego stania przy drodze. Przeważnie w takich właśnie momentach ostatecznej już rezygnacji zawieraliśmy znany mi z poprzednich wypraw Pakt Ostatnich Pięciu Minut, gdzie pomimo wycieńczenia zobowiązywaliśmy się przez tę ostatnią chwilkę łapać stopa jak szaleni, z pełnym oddaniem i zaangażowaniem i przeważnie wtedy zatrzymywał się ktoś, kto i tak by się zatrzymał, bo sam podróżował w młodości stopem i właśnie spłacał dług wobec drogi ochoczo zabierając każdego bez względu na okoliczności.

Zamiast szybkiego i sielankowego łapania stopa na półpustynnych wzgórzach prowincji Kastylia-La Mancha, pokonanie trasy Toledo-Lizbona zajęło nam blisko 50 godzin i wymagało pomocy 8 kierowców, z czego połowa była Marokańczykami. Po drodze byliśmy zmuszeni do dwukrotnego nocowania na trasie, z czego pierwszy nocleg spędziliśmy w namiocie rozbitym w jakimś radioaktywnym, opuszczonym sadzie usytuowanym gdzieś pomiędzy autostradą i elektrownią atomową której reaktor ozdobiony światłem zachodzącego słońca tworzył klimat romantycznej ostateczności i sprawił, że pełnia księżyca która przyszła tuż potem miała jeszcze większy wydźwięk i noc ta była nieporównywalnie ciekawsza od tej następnej, spędzonej przy ciężarówce smutnego, portugalskiego tirowca, który dawno temu walczył o niepodległość Angoli i który pomimo zakazu obowiązującego prawa zabrał nas gdzieś z granicy aż do dalekich przedmieść Lizbony, gdzie tuż przed zmierzchem przypomniał sobie o tachometrze i awaryjnie musiał zaparkować na wystarczająco dużym skrawku ziemi.

LIZBONA

Trzeciego dnia krucjaty obfitującej we wzloty i upadki wylądowaliśmy na obwodnicy Lizbony, skąd zręcznie dostaliśmy się na wschodni dworzec autobusowy po którym było widać, że został dogłębnie przemyślany i solidnie wykonany od A do Z i którego surowe, betonowe perony z perfekcyjną subtelnością wtapiały się znienacka pod ziemię i w otoczenie złożone z bloków mieszkalnych i biurowców lokalnego Mordoru. Ambiwalentnie patrzyłem na obraz ewolucji obiektu użyteczności publicznej, który na przestrzeni lat zarósł miejską dżunglą i stał się swojego rodzaju mekką wiecznych podróżników, ulicznych degustatorów alkoholi niższej półki, upadłych pracowników korporacyjnych i stał się uniwersalnym śmietnikiem dla wszystkich wyżej wspomnianych grup społecznych. Kupując pierwszy i ostatni bilet komunikacji miejskiej w Lizbonie doznałem apokaliptycznej wizji przedstawiającej stację Metra Wilanowską pełną dżentelmenów siedzących pod ścianą w podartych garniturach z butelką żytnią i upadłych lekarzy starających się ich leczyć gdzieś tam w podziemiach i z tymi futurystycznymi myślami wsiadłem do pociągu jadącego w kierunku dzielnicy Alcântara, która miała stać się naszym tymczasowym domem w mieście Lizbona przez te nadchodzące dni.



Nasz tymczasowy dom zamieszkały był przez trójkę wesołych Meksykanów przebywających w Lizbonie na wymianie studenckiej. Po ciężkiej wspinaczce od przystanku do klatki schodowej i zrzuceniu gratów szybko zaznajomiłem się ze wszystkimi pozytywnie zakręconymi lokatorami i po zdobyciu kilku cennych wskazówek i zwierzęcym pochłonięciu kupionego u hindusa śniadania, udaliśmy się prędko na spacer zapoznawczy z Lizboną i na pierwszy ogień poszło Bairro Alto, które zachwalano jako najbardziej kultową i artystyczną dzielnicę Lizbony i mówiono nam, że dla mieszkańców stolicy wszystko zaczynało się właśnie tam i dzielnica od lat służyła jako punkt spotkań i dalszych wypadów w inne części miasta. W Bairro Alto dowiedzieliśmy się, że cały lipiec był miesiącem popularnej fiesty ku czci Świętych Popularnych w bardziej tradycyjnych dzielnicach stolicy i za dni kilka miała się odbyć największa impreza w całym kalendarzu miasta Lizbona, impreza podczas której lokalsi i liczni turyści cieszyli się wspaniałą pogodą, jedzeniem na świeżym powietrzu, smacznym winem i życiem w ogólności.



Alfama, jedna z najstarszych i najbardziej tradycyjnych, mauretańskich dzielnic Lizbony okupowana była w tych dniach tuzinami stoisk z grillem, pełnymi dojrzewających sardynek, owoców morza, ślimaków i wszelakich kawałków wołowiny które poza walorami smakowymi wspaniale wypełniały swą aromatyczną wonią każdy zaułek dzielnicy. Spacerowanie i tułanie się wąskimi i stromymi uliczkami Alfama było czystą przyjemnością, która kulminowała się w momentach, kiedy schodziliśmy z utartych, turystycznych szlaków, umyślnie gubiliśmy się i odkrywaliśmy coraz to nowe i coraz oryginalniejsze zakątki miasta z kamienicami w zupełnie innym stylu i przyozdobione kafelkami których jeszcze nie widzieliśmy i z każdym kolejnym krokiem rozumieliśmy coraz bardziej złożoność miejskiego ekosystemu i docieraliśmy coraz bliżej do esencji i serca Lizbony, zakochując się w niej coraz bardziej. Już pierwszego dnia rozpoczęliśmy wspaniały zwyczaj podziwiania zachodu słońca na jednym z punktów widokowych, gdzie przy akompaniamencie muzyki lokalnych grajków, smażonych konopi i importowanego piwa przybysze z całego świata podziwiali miasto, w którym słońce i budynki mają najbardziej żółty kolor na świecie. My sami dopiero kilka tygodni później, w czerwonym Marrakeszu mieliśmy sobie zdać sprawę, że był to początek wspaniałej przygody i procesu poznania niezmiernie barwnych i kolorowych miast tej części globu.

Pomimo permanentnego zmęczenia ciągłym chodzeniem ani przez chwilę nie byliśmy znużeni przemierzaniem miasta wszerz i wzdłuż, z góry na dół, nawet pomimo tego, że niektórymi uliczkami przeszliśmy już kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt razy to za każdym z tym samym zachwytem patrzyliśmy na wąskie wybrukowane uliczki i przedzierający się przez nie tramwaj w stylu vintage, który przez brak miejsca niemal ocierał się o stare, stylowe kamieniczki i raz po raz zachwycaliśmy się patrząc z góry na ulice ciągnące się w linii prostej, przez kilkanaście przecznic w dół aż do morza i na żaglówki płynące rzeką Tag pod majestatycznym czerwonym mostem.

Od samego początku Lizbona miała w sobie coś znajomego z miast które uwielbiałem i dopiero któregoś dnia tułaczki zdałem sobie sprawę, że architektura Bairro Alto, zielone kioski, słone przekąski, aparycja mieszkańców, romantyczne wzgórza z widokiem na Atlantyk i radosna aura szczęśliwego narodu uzupełniona rzeszą turystów raz po raz przywodziły na myśl piękne wspomnienia z Brazylii, a w szczególności te z Rio de Janeiro i uświadomiłem sobie, że nawet identycznie miasta zbudowane w hiszpańskiej części Ameryki Łacińskiej nie są tak wierną kopią metropolii jak w przypadku zamorskich posiadłości Portugalii. Zrozumiałem też wtedy, że tak jak każda wyprawa w głąb czarnego lądu powinna się zaczynać w Sevilli, tak każdą podróż do Ameryki Łacińskiej powinienem był zaczynać właśnie w Lizbonie która była ostatnim miastem na zachodnim krańcu Europy, ostatnim portem na drodze do Nowego Świata; miastem które jest łącznikiem pomiędzy dwoma kontynentami i pod wieloma względami kawałkiem Nowego Świata na Starym Kontynencie.

QUINTA DA REGALEIRA

Po kilku dniach zaciekłych spacerów po dzielnicach Alcântara, Alfama, Bairro Alto i Graca, postanowiliśmy zwiedzić zachodnie rubieże miasta aby zaspokoić naszą wrodzoną ciekawość i na własne oczy zobaczyć emblematyczne miejsca Lizbony, które wpisane zostały na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i które powstały w okresie największego bogactwa imperium i zarazem okresie największej twórczości portugalskiej kultury. Po niecałym półgodzinnym marszu wzgórzami Alcântara i po przejściu osobliwą dzielnicą składającą się z luźno postawionych bloków, bogatych willi, kontenerów mieszkalnych, drutów kolczastych i przęseł wielkiego czerwonego mostu dotarliśmy do Belem, które słynęło ze swojej wieży i ze zbudowanego z rozmachem klasztoru, będącego przy tym najbardziej fotografowanym miejscem w europejskiej części zachodniej hemisfery. Nieco rozczarowani zwyczajnością zamaszystego budynku klasztoru, rozmiarem Wieży Belem i typowo turystyczną aurą okolicy, czym prędzej czmychnęliśmy darmowym pociągiem do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów małego miasteczka Sintra, które gościło jedno z najbardziej kwaśnych i tajemniczych miejsc jakie kiedykolwiek miałem okazję podziwiać.

Dokładna historia Quinta de Regaleira wraz z jej budynkami, studniami inicjacyjnymi, podziemnymi wieżami i angielskim ogrodem nie została nigdy do końca wyjaśniona w zadowalającym stopniu, a ja przechadzając się połaciami pokrętnych ścieżek i podziemnych tuneli, odniosłem wrażenie, że kreatywnym architektom i pomysłodawcom zdecydowanie nie brakowało ani finezji, ani wyobraźni i że prawdopodobnie wszyscy pochodzili z niezmiernie bogatych rodzin, w których od stuleci nie brakowało dukatów, dzięki czemu żaden z jej członków nigdy nie musiał kalać się ciężką pracą. Prawdopodobnie poza organizowaniem przyjęć na tysiące osób oraz kąpielami w mleku i miodzie, wspomniani dżentelmeni tygodniami całymi głowili się coby tu nowego i jeszcze bardziej ekscentrycznego wymyślić i zbudować, jak by tu zszokować publiczność i okazać się jeszcze bardziej oryginalnym niż równie bogaty sąsiad. Stworzenie Quinta da Regaleira musiało być ostatecznym zwieńczeniem artystycznym twórców po którym wydawało się, że już nic więcej wymyślić nie można i ze smutnym przeświadczeniem pełnej realizacji i zaspokojenia drzemiących pokładów kreatywności nie pozostało im już nic innego jak wieczne gratulowanie sobie nawzajem i zapraszanie dam na przechadzki po tym wspaniałym miejscu, a my zaspokojeni żądzą zobaczenia rzeczy nadzwyczajnych, leniwie jeszcze spojrzeliśmy na zamki okalającej Quintę wzgórz i wsiedliśmy do pociągu spiesząc na ostatni zachód słońca w Lizbonie.

Łamiąc świętą tradycję lizbońskich dni, na ostatni zachód słońca udaliśmy się w okolice Praça do Comércio, miejsca, które było głównym teatrem wydarzeń podczas goździkowej rewolucji i gdzie pragnący demokratyzacji państwa Portugalczycy nie zostali ostrzelani z okrętu wojskowego tylko dlatego, że syn kapitana znajdował się gdzieś na placu pomiędzy protestującymi. Tego wieczoru usiedliśmy na skraju placu, a dokładniej na schodach prowadzących wprost do rzeki Tag i przy akompaniamencie nostalgicznego fado patrzyliśmy przez chwil kilka na drugi brzeg zatoki, na przepływające żaglówki i na osoby siedzące wokół nas, z których każda była inna, każda przybyła z innego zakątka ziemi, każda miała swoją historię. Pomimo tych drobnych różnic wszyscy przybyli w tym czasie do Lizbony i postanowili obserwować zachód słońca właśnie w tym niszowym miejscu i tego wieczoru słuchając nostalgicznego Fado wytworzyła się między nami niewidzialna więź, nastało dziwne i nagłe porozumienie i zrozumienie pomiędzy zupełnie sobie obcymi ludźmi, a ja, nie wiedzieć czemu, byłem pewien, że Lizbona zachwyciła nas wszystkich i że prędko będziemy chcieli tutaj wrócić. Jedyne czego mi brakowało w tym podniosłym momencie i jedyne czego żałowałem to fakt, że akurat nie miałem przy sobie pozostałej połówki mojego kubańskiego cygara, którą miałem dokończyć w równie czarującym miejscu, podczas równie wspaniałego i wzruszającego momentu, jak wtedy podczas zachodu słońca na Malecón w Hawanie.

ALGARVE

Po zobaczeniu romantycznego miasta Lizbona i magicznej Quinta da Regaleira miałem wrażenie, że przez jakiś czas nic tak wspaniałego w Europie już nie zobaczę i że czym prędzej powinniśmy się udać do Afryki. Dosyć szybko przeszliśmy do realizacji planu i już na samym początku znaleźliśmy się na właściwych torach, gdyż po niecałych 10 minutach łapania stopa na rampie lizbońskiego, czerwonego mostu zatrzymał się portugalski nauczyciel, który podwiózł nas na bramki przy autostradzie na dalekich przedmieściach Lizbony. Pomimo, że szybko nas stamtąd wyrzucono, to szczęście nas nie opuszczało i po krótkiej chwili zgarnęli nas stamtąd dwaj lokalni rolnicy, którzy podrzucili nas na wspaniały punkt autostopowy przy głównej drodze krajowej idącej wprost na południe kraju.



Po kilkunastu upalnych minutach zostaliśmy zgarnięci przez kolejną nauczycielkę, której historii nie poznałem ze względu na konieczność drzemki na tylnym siedzeniu i w zasadzie nie było to nic straconego, gdyż prędko po tym jak nas wyrzuciła, zabrał nas pracownik elektrowni w Sines, który codziennie dojeżdżając 100 kilometrów do pracy, przemierzał niemal całą prowincję Alentejo zawsze zabierając przy tym autostopowiczów. Pomimo, iż na początku obwieścił dumnie, że właśnie rzucał palenie, to gdzieś w połowie wąskiej, „mazurskiej” drogi, gdzieś pomiędzy kolejnymi plantacjami dębu korkowego, zatrzymał się na stacji benzynowej i kupił paczkę tytoniu, co absolutnie mnie nie zaskoczyło gdyż przy tak pierwszorzędnej trasie ozdobionej nieskazitelną, letnią pogodą sam bym chętnie zapalił, ale w porę się zreflektowałem i zadowoliłem się oparami wydychanymi przez sympatycznego kierowcę.

Kwadrans łapania stopa pomiędzy elektrownią i rafinerią w Sines wystarczył, byśmy zostali zabrani przez pracującego w okolicy inżyniera bezpieczeństwa, który tak wspaniale opowiadał o południowych prowincjach Portugalii, gdzie wedle jego relacji ludzie byli bardziej zrelaksowani i pogodni niż na północy i dlatego dużo łatwiej będzie tamtędy przemieszczać i w trakcie tej przejażdżki zacząłem zdawać sobie sprawę, że dotychczas uwielbiana przeze mnie Hiszpania coś straciła przez te wszystkie lata i że powstająca z popiołów Portugalia nie jest już tym samym krajem smutnych ludzi pogrążonych w kryzysie jaki pamiętałem z poprzedniej wyprawy i że aura tego małego, acz dumnego iberyjskiego państwa całkowicie się odmieniła i że gdzieś w między czasie kraj ten stał się moim ulubionym w Europie.

Lagos było miejscem, które najcieplej wspominałem z poprzedniej wyprawy do Portugalii i do którego koniecznie chciałem wpaść chociaż na chwilkę by wykąpać się na rozległej, pięknej plaży urozmaiconej skalnymi formami i taplając się w jednej z zatoczek spostrzegłem, że dzięki pływom, prądom morskim i zmianom klimatycznym, piaszczystej plaży zdecydowanie przybyło od czasu mojej ostatniej wizyty. Pomimo znacznego wpływu turystyki niższego segmentu na atmosferę w Lagos, nasz jednodniowy pobyt w miasteczku okazał się przyjemny i najciekawszym aspektem wizyty było zaznajomienie się z 70-letnim hipisem najczystszej krwi, który urodził się gdzieś w Afryce, posiadał szwajcarskie obywatelstwo i od blisko trzydziestu lat mieszkał w swoim Volkswagenie T3 w różnych miastach Portugalii i Andaluzji. Ze względu na stan upojenia alkoholowego naszego nowego przyjaciela oraz ogólne przesiąknięcie hipisowskim stylem życia, ciężką artykulacją myśli oraz ewidentnie postępującym szaleństwem, nie udało nam się zrozumieć za wiele z rzucanych przez niego słów i po dwugodzinnej wymianie haseł rozbiliśmy namiot obok jego przenośnego domu na parkingu w centrum Lagos i prędko zasnęliśmy ze świadomością, że tym razem mamy dobrego sąsiada i jesteśmy naprawdę bezpieczni.

Leniwa kąpiel w Oceanie i powolna kawa przy głównym deptaku sprawiły, że nazajutrz dopiero późnym popołudniem zdołaliśmy wyruszyć w stronę wylotówki z miasta i byliśmy niemal pewni, że nie uda nam się dotrzeć dalej niż do kolejnego miasteczka i podświadomie zdawaliśmy sobie sprawę, że pewnie nie powinniśmy łapać stopa tak późno, ale na powroty było już wtedy za późno. Kilka sekund później, kiedy pierwszy zapytany kierowca na stacji benzynowej poza miastem zdecydował się nas podwieźć, złapaliśmy mocny wiatr w żagle i uwierzyliśmy szczerze w magię łapania stopa na południu Portugalii i kiedy ten mołdawski kierowca wyrzucił nas kilkadziesiąt kilometrów dalej, wybiegliśmy wręcz na autostradę i zaczęliśmy się wygłupiać i łapać stopa jak nigdy dotychczas i już kierowca trzeciego przejeżdżającego samochodu po prostu nie mógł się nam oprzeć zatrzymując się ochoczo przy drodze. Nasz kolejny kierowca-przyjaciel okazał się być chłopakiem w naszym wieku, który kiedyś studiował architekturę w Turcji i na Wyspach, ale praca w zawodzie kompletnie go rozczarowała i nie zwlekając przebranżowił się na tatuażystę w planach mając podróżowanie po świecie i malowanie ludzi od studia do studia, od miasta do miasta.

TAVIRA

Do Tavira brakowało nam niespełna 30 kilometrów i pomimo błyskawicznie zapadającego zmroku zdecydowaliśmy się połapać stopa przez chwilę na autostradzie po której sporadycznie mknęły rozpędzone samochody i po kilku minutach zatrzymał się młodzieniec o wspaniałym, szczerym uśmiechu, który był najbardziej radosną osobą na świecie. Chłopak był trenerem piłkarskim, jeżdżącym taksówką po godzinach i opowiadał nam, że sam kiedyś był na Erasmusie we Włoszech i jeździł stopem ze znajomymi tak jak my i raz zdarzyło mu się nawet spać w śpiworze na jednym z placów Florencji i że znowu chciałby tak podróżować, ale nie bardzo ma z kim, a samemu nie lubi. Powiedział nam też, że w Portugalii przeważnie zatrzymują się osoby w naszym wieku i że jego rodzice zwariowaliby, gdyby im powiedział, że wziął dwoje obcych ludzi do samochodu. Na sam koniec wyprawy, przejeżdżając obok swojego domu oznajmił nam, że podwiezie nas kilka kilometrów dalej do samego centrum Tavira, bo było już późno i pewnie nikt by nas już nie zabrał, a on chciał, żebyśmy cieszyli się naszą wyprawą po Algarve tak jak on cieszył się ze swoich podróży. Widząc radość i optymizm w jego oczach, wiedziałem, że cieszył się bardzo.

Pierwszy raz o istnieniu Tavira dowiedzieliśmy się przypadkiem z porzuconego znaku autostopowiczów na rampie w Lizbonie, a drugi raz miasteczko zostało wspomniane przez jednego z kierowców, który zabrał nas w drodze na południe i który mówił, że to małe, urokliwe i pozbawione turystów miasteczko było jego ulubionym miejscem w kraju i że wyjątkowe jedzenie zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kropkę nad „i” postawił jednak stary hipis z Lagos opowiadając nam niestworzone rzeczy o Tavira i miasteczko faktycznie okazało się wyjątkowe i wyglądało trochę jak ze starego włoskiego filmu, a my akurat trafiliśmy na finał konkursu lokalnych grup muzycznych grających Fado na głównym placyku miasta, co było wspaniałym zwieńczeniem naszego pobytu w Portugalii. Tak jak sama Tavira znalazła się niespodziewanie na mapie naszej podróży, tak również wizyta w tym miasteczku i jego śródziemnomorski klimat zainspirował nas i sprawił, że zamiast wracać do Polski przez Barcelonę, kilka dni później, siedząc w parku na ławce w Tangerze kupowaliśmy niezmiernie tanie bilety lotnicze z Rabatu do Rzymu.



Po nocy spędzonej w namiocie za budynkiem wodociągów na jednym z nowszych osiedli Tavira, zaczęliśmy łapać stopa wcześnie rano w stronę Sevilli i pomimo 49 stopni dzielnie walczyliśmy na spalonych słońcem drogach Andaluzji i wczesnym wieczorem dostaliśmy się do stolicy Andaluzji na cztery samochody i osiem butelek wody. Sevilla była tak samo czarująca i romantyczna jak zawsze, była miastem w którym zawsze czułem się dobrze i razem z Natt spędziliśmy w Sebvilli wspaniałe momenty, ale już o tym pisać nie będę, gdyż był to głównie czas dla nas i poza spaniem na ławce w parku większych przygód nadających się do spisania nie mieliśmy, a poza tym zdecydowaną królową tej części wyprawy była Lizbona.

Niniejszy wpis jest pierwszą częścią relacji z autostopowego rajdu południowym podbrzuszem Europy w lecie 2017 roku

Fragment opisuje iberyjską część wyprawy, która miała miejsce w dniach 03.06-18.06.2017

Przygody spisano w dniach 12.09-18.09.2017 w Mieście Meksyk

Opublikowano dnia 22.09.2017

.

Mniej więcej połowa opublikowanych tu zdjęć została zrobiona przez moją towarzyszkę podróży Nataly Rojas

.

Artykuł w przyjaźniejszej dla oka formie oraz 80 zdjęć z tej części wyprawy na moim blogu ;)

http://www.tuandepaso.com/droga-lizbona-afryka/

Zdjęcia

PORTUGALIA / Lizbona / Lizbona / Zachód Słońca w LizboniePORTUGALIA / Lizbona / Alfama / Uliczki AlfamyPORTUGALIA / Algarve / Lagos / Plaża w LagosHISZPANIA / Andaluzja / Sevilla / Best of SevillaHISZPANIA / Kastylia-La Mancha / Toledo / Toledo

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

02-03
Wymarzone Filipiny

El Nido położone w północnej części filipińskiej wyspy Palawan, od dawna było jednym z moich podróżniczych marzeń. Czy wyobrażenia znalazły potwierdzenie w świecie rzeczywistym? Jeśli chcesz znać odpowiedź na tak postawione pytanie, to poświęć kilka chwil na przeczytanie tego artykułu.

02-02
Dotknąć przyrody Afryki

Są miejsca na świecie, gdzie główną atrakcję stanowią zabytkowe budowle, ale są też takie, gdzie największą atrakcją jest przyroda. Bez wątpienia do tych drugich należy Republika Południowej Afryki.

02-01
Znikająca Wenecja...
12-28
Promuj swojego bloga na Globtrote...
12-23
Boże Narodzenie w Betlejem...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2017 Globtroter.pl
js/custom.js"> ?>