Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

ANDALUZJA Z BOBASEM W STYCZNIU > HISZPANIA


mamikadze mamikadze Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie HISZPANIA / Andaluzja / Kadyks / Kadyks - miasto na plażyNa początek – ustalmy fakty:
- cel wyjazdu: Andaluzja – czyli samo południe Hiszpanii,
- moment: drugi tydzień stycznia, po Trzech Królach,
- uczestnicy: bobas siedmiomiesięczny, płci żeńskiej, mało kłopotliwy oraz - co istotne – pierwszy raz w podróży, w towarzystwie dwojga dorosłych, jej rodziców, pierwszy raz w Andaluzji.

Podróż – dość uciążliwa, pomimo wspaniałego zachowania bobasa. Lecieliśmy do Malagi samolotem linii Ryanair z lotniska Modlin – i była to trochę jazda przez Syberię w bydlęcych wagonach. Obsługa naziemna Modlina ogłosiła boarding, naród się karnie ustawił w kolejki (my z bobasem też) – po czym stał tak dobre pół godziny, aż nasz samolot przyleciał, ustawił się, wypuścił pasażerów i ich bagaże. W międzyczasie nas, wylatujących, zaczęto już przesuwać do wyjścia, ale że nie bardzo było jeszcze dokąd iść, to kazano czekać na dworze – warto tu nadmienić, że był to w Polsce czas srogich mrozów i tego akurat wieczoru (było już koło dwudziestej) temperatura spadła do minus dwudziestu stopni (porównanie z Syberią w pełni zatem uzasadnione). Bydlęce wagony to natomiast poziom komfortu samolotów Ryanaira. Pierwszy raz leciałam tą linią i moje wrażenia można określić jednym słowem: ciasnota. Fotele tak wąskie, że nie wiem, jak osoby obdarzone pokaźniejszymi pupami się tam mieszczą. Założenie nogi na nogę to niezła gimnastyka. Bobasa miałam przez cały niemal czas trwania lotu (cztery godziny) przy piersi, wobec czego jej nóżki spoczywały na kolanach siedzącego obok mojego męża. Po przylocie do Malagi potrzebował drobnego rozciągania…


Pierwsza noc – hotel Holiday Inn Express Málaga Airport (63e za noc!), wybrany ze względu na porę przylotu (planowo 23.30, wyszło koło północy) i bliskość wobec lotniska (pięć minut taksówką, ale przyjemność ta kosztowała 17 euro…). Łóżko wygodne, łazienka czysta, dla bobasa wstawili kojec. Na śniadanie mleko i płatki, bułki, tosty, rogaliki, dżem, nutella, miód, wędlina i ser, owoce, kawa, herbata, sok. Nic nadzwyczajnego, ale na jedną, niezbyt długą noc wystarczy.


Samochód – z wypożyczalni Helle Hollis. Ceny na średnim poziomie, są drożsi (sieciowe wypożyczalnie typu Avis, Europcar) i są tańsi (Goldcar, Centauro), przy czym tańsi mają w Internecie tak słabe opinie, że nie ryzykowałabym. Biuro HH znajduje się nie bezpośrednio na lotnisku, ale w przypadku wcześniejszej rezerwacji auta organizują transport klienta do siebie, a przy zwrocie – transport w drugą stronę. Sympatycznie, uprzejmie i bezproblemowo.


Cztery kolejne noce i częściowo dni: Tarifa – najdalej na południe wysunięty punkt kontynentalnej Hiszpanii, europejska mekka wind- i kitesurferów, widownia dla spotkania Morza Śródziemnego z Oceanem Atlantyckim. Miasteczko nieoczywiste: trochę taki Kazimierz Dolny (stara część Tarify, z wąziutkimi brukowanymi uliczkami jest naprawdę urokliwa) z palmami. Panuje atmosfera luzu i rekreacji, nawet poza sezonem, gdy spora część sklepów z hippisowskimi ciuchami, barów i szkół surfingu jest pozamykana. Plaża robi wrażenie: szeroka na dobre kilkadziesiąt metrów, miękkopiaszczysta, ciągnie się przez kilka kilometrów; dla niesurfujących jest to wymarzone miejsce do biegania, czy choćby spacerów, także z wózkiem, bo piasek ładnie ubity. Gdy wieje – zakwita kolorowymi żaglami latawców. Jak się sportowiec i spacerowicz zmęczy, może przysiąść w przyplażowym barze na koktajl z owoców. Woda w styczniu cieplejsza niż nierzadko w Bałtyku latem, czysta. Przy ładnej pogodzie wyraźnie widać wybrzeże Maroka – Tarifę od Afryki dzieli mniej niż 20 kilometrów, lokalne biura turystyczne wykorzystują to organizując całodzienne wycieczki do Tangeru. Można też popłynąć wypatrywać wielorybów, pojeździć po okolicy rowerem albo konno, wreszcie – pogłębić swoją wiedzę o historii regionu, zwiedzając okoliczne zabytki: znajdujący się w Tarifie, zbudowany w X wieku przez kalifa Kordoby zamek Guzman El Bueno, czy też ruiny rzymskiej osady Baelo Claudia, usytuowane zresztą z bezpośrednim sąsiedztwie plaży uznawanej (sprawiedliwie!) za jedną z najpiękniejszych w Europie – Playa de Bolonia. Jako że morsko-plażowy ze mnie człowiek, a małżonek od jakiegoś czasu nosi w sobie marzenie o zostaniu surferem – w Tarifie się zakochaliśmy i obiecaliśmy sobie powrót tam w nieco bardziej sprzyjających kąpielom okolicznościach pogodowych.

Nocowaliśmy w wynajętym za pośrednictwem Bookingu apartamencie – czy raczej: apartamenciku – Silos 5, określonym jako studio, mieszczącym się w tradycyjnej andaluzyjskiej białej kamienicy przy wąziutkiej uliczce. Niewielki on był, ale dla pary niezorientowanej na spędzanie czasu wewnątrz w sam raz; z bobasem też dało radę, dzięki temu, że bobas jeszcze niechodzący, bo chodzącemu byłoby jednak ciasno. Istotna uwaga: biorąc pod uwagę panujący na południu Hiszpanii przez większą część roku klimat bardziej niż ciepły w domach przeważnie nie ma ogrzewania, a podłogi są kamienne – czyli zimne. I o ile w hotelach można się dogrzać przy pomocy klimatyzacji, to w apartamentach warto zawczasu poprosić o wstawiany kaloryferek, czy inną farelkę.

Poza tym, że Tarifa sama w sobie jest świetna, to dodatkowo jej lokalizacja jest bardzo dogodna dla wycieczek po nieco dalszej okolicy. Bobas zniesie w aucie nie więcej niż 2 godziny za jednym razem – na takie odległości się zatem nastawialiśmy, wobec czego odwiedziliśmy Kadyks i Gibraltar. W tym limicie czasowym mieści się również Malaga, Sewilla oraz Ronda – słynne miasto na skałach.

Kadyks, najstarsze miasto w zachodniej Europie i port, z którego na podbój nowego świata wypłynął Krzysztof Kolumb promuje się obecnie hasłem „Miasto, które się uśmiecha”, odnoszącym się do pogodnego usposobienia jego mieszkańców. Nie dziwię im się zupełnie – gdybym, tak, jak oni, miała możliwość codziennego spędzania sjesty na plaży, też byłabym odporna na zmartwienia. Położona w nowej części miasta Playa de la Victoria uważana jest za jedną z najpiękniejszych plaż miejskich świata. Ciągnie się na odległość prawie 3km, jest szeroka, złocista i miękka. Zawsze będę miała do niej sentyment, jest to bowiem pierwsza plaża odwiedzona przez moje dziecko rączkami i kolankami – i tym sposobem stała się najistotniejszym punktem naszej wycieczki do Kadyksu. Poza nią odwiedziliśmy jeszcze ze dwa place zabaw, skwerek z fontanną i park, w którym znajdowały się rzymskie ruiny. Cuda miasta przegrywają póki co z huśtawkami.

Gibraltar to dosyć zabawne miejsce – takie typowe angielskie miasteczko, tyle, że z palmami. Skrawek lądu z ogromną skałą pośrodku, otoczoną labiryntem wąskich uliczek i niewysokich budynków. Dociera się tam przekraczając pas startowy lokalnego lotniska, uznawanego za jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie, co nie dziwi, widząc, że kto nie zdąży unieść się w powietrze, ten wpada do morza. Spotkać w Gibraltarze można angielskich dżentelmenów w tweedzie i angielskie damy z gołymi nogami, bez względu na pogodę (w dniu naszego pobytu tam było średnio ciepło i bardzo wietrznie), a w restauracji do lasagne podają frytki. Towarem eksportowym są tanie perfumy (choć osobiście nie stwierdziłam szczególnej atrakcyjności cen), tania elektronika i tani alkohol, a zwierzęcym symbolem magoty – jedyna żyjąca w stanie wolnym populacja małp na kontynencie europejskim. Chcieliśmy pokazać je ciekawemu wszystkich żywych stworzeń bobasowi, lecz, niestety, nie był to jego najlepszy dzień, wobec czego spacer po Gibraltarze zakończyliśmy na wysokości Cmentarza Trafalgarskiego (który, wbrew nazwie, jest miejscem pochówku zaledwie dwóch ofiar bitwy pod Trafalgarem). Ot, uroki podróżowania z dzieckiem: możesz sobie planować do woli, a i tak jego będzie na wierzchu.

Apropos przylądka Trafalgar – tam też dotarliśmy. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że miejsce, czy raczej okolica miejsca, gdzie stoczona została ostatnia w historii wielka bitwa żaglowców zanurzona będzie w klimacie zadumy, to jest w błędzie. Trafalgar to latarnia morska i plaża, znowu – szeroka i miękka, tym ładniejsza, że bez rzędu zabudowań w tle. Za całą infrastrukturę turystyczną robiły dwa bary, choć być może w sezonie wygląda to nieco inaczej. Dla mnie – bomba.

Podobny zachwyt wzbudziła we mnie wspomniana już wcześniej Playa de Bolonia, również malownicza, szeroka i półdzika, tym różniąca się od Trafalgaru, że latarnię morską zastępują wydmy. Podobno latem jest tam dosyć tłoczno, lecz sądzę, że przy tych rozmiarach plaży każdy jest w stanie znaleźć dla siebie miejsce i otrzepując stopę z piasku nie sypać sąsiadom do kanapek.


Noc szósta: Sewilla – moja miłość od pierwszego wejrzenia. Przepiękne miasto, takie z gatunku „dla ludzi”, nie próbujące przytłoczyć swoją wspaniałością. Ulice ocienione rzędami obficie owocujących drzew mandarynkowych (nikt mandarynek nie kradnie, bo łatwiej nimi zabić niż je zjeść, takie są twarde), ogromne fikusy na skwerach, dużo zieleni i… rowerów - 80km ścieżek rowerowych i rozwinięta sieć punktów wypożyczenia czynią Sewillę najlepiej przystosowanym do poruszania się na jednośladach miastem w Hiszpanii. Przedkładając potrzeby bobasa nad własne zainteresowania katedrę obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, eksplorowaliśmy natomiast park Marii Luizy. Bardzo relaksacyjne miejsce, zwłaszcza dla oczu spragnionych widoku zieleni: alejki, placyki, sadzawki, fontanny, pergole, ławeczki – a nad tym wszystkim latają papugi. W skład parku wchodzi również imponujący, lecz nadal elegancki Plac Hiszpański, otoczony galeriami w kształcie podkowy, nieformalna scena dla przeznaczonych dla turystów pokazów flamenco. I – niestety – to byłoby na tyle naszej znajomości z Sewillą. Efektywnie spędziliśmy tam zaledwie pół dnia, przy czym dłuższą chwilę zajął nam pobyt w Taco Bell (tak, mają Taco Bell!), gdzie zarówno my, jak i bobas spożyliśmy obiad (spokojnie, bobas jadł swój słoiczek), ale wystarczyło tego, by Sewilla ustawiła się wysoko w moim prywatnym rankingu ulubionych miast. Polecam bardzo, bardzo!

Nocleg: hotel Zaida, który również polecam ze względu na ciekawy mauretański wystrój, korzystne położenie (wszędzie blisko!) oraz świetną relację jakości do ceny. Nocleg naszej trójki w ładnym, obszernym pokoju z łazienką kosztował 38 euro. Uwaga dla zmotoryzowanych: nie jest łatwo o parking. Uliczka, na której znajduje się hotel jest zamknięta dla ruchu samochodów, okoliczne zaś to strefa nietaniego płatnego parkowania. Hotel ma umowę z pobliskim centrum handlowym i oferuje zniżkę na ich parking. Oszczędni i posiadający pełne ubezpieczenie wypożyczonego auta mogą poszukać bezpłatnego miejsca przy Calle Torneo – z tej opcji skorzystaliśmy, a raczej skorzystał mój mąż, gdyż moje nikłe umiejętności parkowania równoległego umożliwiłyby mi jedynie pokiereszowanie trzech samochodów.


Noc ostatnia – Malaga. Ale wcześniej: trasa z Sewilli do Malagi, od pewnego (ale nie powiem którego) momentu niemalże amerykańska scenic route. Przez okno samochodu oglądamy góry, ze śniegiem i bez śniegu, plamy miast, plami wiosek i kropki domków na zboczach, aż chce się zboczyć z drogi i olać samolot następnego dnia. Narciarze mogą skoczyć do Sierra Nevada, a fani „Gry o Tron” – do miasteczka Osuna. Tamtejsza arena byków została bowiem częścią serialowego miasta Meereen, rządzonego przez smoczą matkę Daenerys Targaryen – nałogowym oglądaczom nie trzeba mówić więcej, a tym, którzy nie oglądają i tak nic to nie powie. Samej Malagi nie dane nam było zobaczyć; dotarliśmy zbyt późno, zbyt długo szukaliśmy hotelu i parkingu, a nawigacja zbyt często myliła drogę i kazała nam jeździć i chodzić w kółko. Zdenerwowani, bo bobas zmęczony, dotarliśmy wreszcie do zarezerwowanego Pension Terminal, hotelu zajmującego piętro burego budynku w bocznej uliczce. Pokój perfekcyjnie nijaki, przez całą noc towarzyszyły nam hałasy z ulicy – i za tą wątpliwą przyjemność zapłaciliśmy aż 49 euro.


Podsumowując: nasza wycieczka do Andaluzji polegała przede wszystkim na byciu tam i byciu z dzieckiem, oswajaniu tej nowej dla nas wszystkich sytuacji. Wyszło pięknie – nie mogę powiedzieć, że nie odpoczęłam.
Istotną rolę odegrał tu charakter celu tej podróży: Hiszpania to kraj, gdzie dzieci nie są zbędnym dodatkiem do dorosłych, wszędzie ich zresztą pełno. Bobas był zagadywany i rozbawiany przez Hiszpanów na ulicy, w restauracjach, w hotelach, na co reagowała ze sporym zadowoleniem. Nikt nie patrzył na mnie krzywo gdy karmiłam ją piersią w parku, czy na plaży. Ona sama wykazywała żywe zainteresowanie wszystkim, co ją otaczało, wszystko było bowiem nowe, inne niż w domu. Zmiana scenografii była jej najwyraźniej potrzebna – bo ileż można oglądać te same twarze i te same budynki wzdłuż ulicy, po której spaceruje się codziennie? W moim odczuciu rozwinęła się przez ten tydzień nadzwyczajnie, stała się pełnoprawnym uczestnikiem zdarzeń, wesołym towarzyszem codziennych zajęć. Dla nas, dorosłych, zupełnie nowym doświadczeniem było natomiast patrzenie na świat z perspektywy małego dziecka. Punkt ciężkości przesunął się z całodziennego intensywnego zwiedzania na nieśpieszne przemieszczanie się z przystankami na poprzyglądanie się kwiatkom i krowie, na sprawdzenie miękkości piasku i chłodku morskiej wody, na pobujanie się na huśtawce. Rzeczy straciły na organizacji, za to zyskały na radości. Jeśli chodzi o koszty wyjazdu, to myślę, że wyszło niewiele więcej niż wydalibyśmy tylko we dwoje; musieliśmy wprawdzie wynająć większy samochód i nabyć na miejscu zapas pieluch jednorazowych, ale odpadły przecież wydatki na wyrafinowane kolacje popijane winem;)


Słowem: nie taki diabeł straszny, jak go malują. Warto wyjść ze swojej strefy komfortu i zabrać stamtąd dziecko – na przykład do Hiszpanii. Polecam!

Zdjęcia

HISZPANIA / Andaluzja / Kadyks / Kadyks - miasto na plaży

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2021 Globtroter.pl