Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Z emigracji do Hiszpanii, czyli gdzie zamieszkać na emeryturze. > HISZPANIA


mmaJola mmaJola Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie HISZPANIA / Okolice Puerto de Mazarron  / Okolice Puerto de Mazarron  / Okolice Puerto de Mazarron Każdy pracujący człowiek, przynajmniej raz w roku potrzebuje dłuższego urlopu, by zregenerować siły, odpocząć psychicznie od codziennych zajęć i w miarę możliwości zrealizować marzenia. Może to być wycieczka do egzotycznego kraju, wyjazd do rodziny lub remont w domu. Tak czy inaczej, chodzi o to, by dzień urlopu nie przypominał dnia codziennego i przynosił zadowolenie. Z reguły urlop planuje się z wyprzedzeniem, śledząc oferty biur turystycznych, sprawdzając ceny biletów lub wolne terminy fachowców od remontów.

Urlop inny niż zwykle, bo planowany od trzech lat.

Przyglądając się, jak inni żyją w ciepłym klimacie, zaczęliśmy bardzo poważnie zastanawiać się nad wyborem kontynentu i kraju, w którym moglibyśmy zamieszkać, gdy przejdziemy na emeryturę. Z tą myślą zwiedzaliśmy kraje, gdzie jest ciepło przez cały rok, lub zima wygląda jak polska wiosna. Zaczepiliśmy o Tajlandię, gdzie spotkaliśmy Norwegów zachwyconych beztroskim życiem wśród zieleni, potem byliśmy na Krecie i tam Finka pokazywała nam swój uroczy dom, a znajoma zapoznawała nas z Panamą poprzez Skype’a.

Azja jest piękna, to wiemy, a o Ameryce Środkowej najwięcej dowiedzieliśmy się z programów namiętnie oglądanych w telewizji. Chyba nie przegapiliśmy w ostatnich dwóch latach ani jednego odcinka House Hunters – Poszukiwacze domów na kanale HGTV i Międzynarodowi poszukiwacze domów na Travel. Potem przyszła kolej na przeglądanie rankingów miejsc do zamieszkania w świecie, rekomendowanych przez ludzi kończących aktywność zawodową. Najwięcej dowiedzieliśmy się z internetowego magazynu International Living i Expat Info Desk, gdzie są informacje o poziomie bezpieczeństwa w danym kraju, służbie zdrowia, kosztach utrzymania, urzędowym języku, czystości wody i powietrza oraz o wielu innych czynnikach. Okazało się, że jest co najmniej kilka państw, które można by wybrać, kierując się wspomnianymi kryteriami.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, którą trzeba wziąć pod uwagę, a siłą rzeczy nie jest uwzględniana w rankingach, a mianowicie odległość i poziom skomunikowania wybranego rejonu z miejscem, gdzie żyją bliskie nam osoby, z którymi chcemy widywać się jak najczęściej, a wzajemne odwiedziny nie będą zbyt wielkim wyzwaniem.
Ta osobista refleksja od razu zawęziła nasz rekonesans do Starego Kontynentu, a ostateczny wybór padł na Hiszpanię.


Reasumując, trzy lata dojrzewaliśmy do decyzji gdzie chcielibyśmy zamieszkać w przyszłości.

Wszystkowiedzący „wujek Google” kazał nam się zainteresować wybrzeżem o długości 600 kilometrów, pomiędzy Malagą a Walencją, gdzie oprócz wysokiego poziomu bezpieczeństwa, dobrej służby zdrowia i całej masy argumentów „za” , ekspaci mogą cieszyć się przyjaznym stosunkiem mieszkających tam Hiszpanów.
Na wybranym terenie występuje pewne zróżnicowanie warunków klimatycznych, dlatego poszukiwania ograniczyliśmy do pasa wybrzeża od Murcji po Walencję (230 km), gdzie klimat odpowiadałby nam bardziej i jest więcej zieleni niż w południowych rejonach.

Kolejnym etapem przygotowań i potwierdzeniem, że nasz wybór co do obszaru jest prawidłowy było sprawdzenie, jak żyje się tam naszym rodakom. I tak dołączyliśmy do kilku grup na Facebooku: Polacy w Hiszpanii, Polacy w Walencji itd. Śledziliśmy wątki dotyczące spraw tamtejszej społeczności, zadawaliśmy pytania o codzienne sprawy, poznając wirtualnie coraz więcej ludzi, aż wreszcie przyszedł czas na wizytę i weryfikacje „w realu” tak pieczołowicie zbieranych informacji.

Nawiązaliśmy kontakty z agencjami nieruchomości, do których kierowaliśmy zapytania, wybierając polsko i anglojęzycznych agentów, bo tylko w tych językach czujemy się pewnie. Z perspektywy czasu wiemy, że hiszpański bardzo by się nam w tej sytuacji przydał.

W przeciągu kilku dni zostaliśmy „zasypani” różnymi ofertami w większym lub mniejszym stopniu odpowiadającym naszym oczekiwaniom, które to sprecyzowaliśmy tak:

Okolica, w której chcielibyśmy zamieszkać:
- Szukamy nieruchomości w Hiszpanii na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego, pomiędzy Murcją a Walencją, oddalonej około 10 - 40 km od linii brzegowej.
- Nieruchomość powinna znajdować się w granicach małej miejscowości nieturystycznej (żyjącej przez cały rok) z zapleczem restauracyjnym i handlowym, transportem publicznym i lokalnym życiem społecznym.
- Okolica powinna być bezpieczna (np. zamknięte osiedle).

Nieruchomość, którą chcielibyśmy nabyć:
- Idealnie byłby to apartament lub townhouse (dom szeregowy) o powierzchni od 100 do 200 m²
-Z dwiema/trzema sypialniami, otwartą kuchnią, minimum dwiema pełnymi łazienkami i garażem lub miejscem parkingowym.
- Nieruchomość powinna być stosunkowo nowa, ewentualnie do niewielkiego remontu/adaptacji, z ogrzewaniem (np. kominkiem) i klimatyzacją (lub instalacją elektryczną umożliwiająca jej założenie)
- Nasz budżet to — X tysięcy euro.


Sami również przeglądaliśmy setki mieszkań na hiszpańskich stronach: Idealista.com, Fotocasa.es i to, co nam się podobało, skrupulatnie notowaliśmy (linki), tworząc pokaźną bazę danych interesujących nas mieszkań i domów.
Końcowy etap przygotowań to miesięczny plan pobytu uwzględniający rezerwacje noclegów w miejscowościach: Archena, Torrevieja, Elche, El Verger, Gran Alacant i Sot de Ferrer. W wyborze zakwaterowania kierowaliśmy się dwoma względami – w miarę równym pokryciem interesującego nas obszaru wybrzeża i oczywiście ceny wynajmu. Dlatego na przykład nocowaliśmy poza Walencją w hiszpańskim miejskim domu, w uroczej miejscowości Sot De Ferrer (ok. 30 min jazdy samochodem od centrum Walencji), co miało same zalety — cena wynajmu o połowę niższa niż w obszarze miasta, brak korków i żadnych problemów z parkingiem, a przy okazji mogliśmy poznać okolice.

Mając na uwadze, że w czasie naszego pobytu obejrzymy całkiem sporą liczbę nieruchomości (było ich ok. 120) postanowiliśmy wspomóc się przygotowaną w MS Excel’u prostą tabelą, która ułatwiła skrupulatne gromadzenie interesujących nas danych w sposób systematyczny i przejrzysty. Zestawienie to bardzo przydało się do późniejszych dyskusji, porównań i analiz.

Tabela oprócz podstawowych danych o nieruchomości, czyli metrażu, ilości, rozkładzie i wysokości pomieszczeń czy rodzaju kuchni, zawierała również informacje o: roku ukończenia budowy, klasie energetycznej, orientacji względem stron świata, rodzaju okien, ewentualnym ogrzewaniu, klimatyzacji, ale też o sąsiadach lub ich braku, odległości do sklepów i szpitala, transporcie miejskim, szkołach, restauracjach i ogólnym stanie mieszkania (np. grzyb, o którym naczytaliśmy się na forach).
Dzięki tak przygotowanej „ściągawce” dopytywaliśmy się o wszelkie informacje mogące mieć wpływ na podjęcie ostatecznej i jakże ważnej decyzji zakupu. Upewniało nas to, że niczego nie przeoczymy podczas oglądania kolejnych nieruchomości. To taka „lista życzeń” pomagająca okiełznać impuls i zachwyt, z którymi czasami mieliśmy do czynienia.

Do Hiszpanii wybraliśmy się zimą, która przez naszych rodaków z FB’ych forów zgodnie uważana jest za najmniej ciekawą, bo chłodną, porą roku. Na miejscu okazało się jednak, że nie jest tak źle.

Nasza hiszpańska przygoda zaczęła się w Madrycie, czyli ok. 400 km od naszego pierwszego miejsca noclegowego, a to ze względu na zdecydowanie korzystniejsze połączenia lotnicze z miejscem, w którym obecnie mieszkamy (poza Europą).
W stolicy Hiszpanii czekał na nas wcześniej zarezerwowany Ford Focus z AUTOCLICK RENT A CAR, którego miesięczny koszt wynajmu z pełnym ubezpieczeniem wyniósł EUR 381.


Pierwszym miejscem, gdzie mieliśmy się zatrzymać na parę dni, był apartament w Archena. Po dotarciu na miejsce powitała nas bardzo sympatyczna Hiszpanka porozumiewająca się wyłącznie w swoim ojczystym języku. Dała nam klucze do małego, przytulnie urządzonego pokoju z łazienką i całkiem sporym balkonem, z którego roztacza się piękny widok na miejscowość i pobliskie wzniesienia. Była też niespodzianka — mała butelka wina musującego w lodowce, a jedyny, lecz niewielki mankament to brak czajnika w pokoju, ale na korytarzu stała mikrofalówka, w której też można było zagrzać wodę na herbatę.
Po rozpakowaniu się wyszliśmy poszukać hiszpańskich kart SIM do telefonów, co miało nam ułatwić kontakt ze światem w sposób przyjazny dla naszego portfela. Ten temat też wcześniej przerobiliśmy i za poradą rodaków z FB staliśmy się klientami firmy DIGI. Miesięczna karta SIM kosztowała EUR 10 i oferowała dostęp do internetu (2GB) i olbrzymią ilość minut na rozmowy do wykorzystania w obrębie UE.

Do agencji LEYVA w Puerto de Mazarron dojechalismy punktualnie w piątkowy, słoneczny poranek i spotkaliśmy się z Pauliną — Polką, która mieszka w Hiszpanii od wielu lat. Przedstawiła nam plan oglądania nieruchomości zgodny z naszymi wytycznymi i ruszyliśmy w drogę, oglądając okolicę Bolnuevo, Mazarron oraz Puerto de Mazarron. W trakcie przemieszczania się z jednego mieszkania do drugiego opowiadała nam o lokalnym życiu, o zwyczajach i o tamtejszej Polonii.


Po obejrzeniu pierwszych trzech apartamentów wiedzieliśmy już, że nasze wytyczne trzeba będzie zmodyfikować. Przede wszystkim „zamknięte osiedle” i „stosunkowo nowy” dotyczą wyłącznie wakacyjnych apartamentów pod wynajem, którymi nie byliśmy zainteresowani. W nowych, chronionych/zamkniętych osiedlach gdzie jest ok. 500 lokali, na stałe zamieszkanych jest jedynie 3, co wyklucza lokalne życie społeczne, a okoliczne restauracje są otwierane tylko na sezon letni. Zobaczyliśmy tam ładne, ale całkiem „wymarłe” dzielnice, gdzie ciężko jest wypatrzeć choćby jedno okno z nieopuszczoną roletą.

Tamtejsze tzw. wakacyjne mieszkania mają kompletnie niefunkcjonalne rozkłady. Nierzadko w sypialniach nie mieszczą się łóżka o normalnych wymiarach, a w głównej małżeńskiej posłanie o szerokości 160 cm wypełnia ją całkowicie. To nie było to, czego szukaliśmy. Nasza agentka powiedziała nam, że to budownictwo z okresu boomu mieszkaniowego lat 2004-2008, gdzie sprzedawały się wszystkie mieszkania, szczególnie te wakacyjne.
W tym samym czasie oglądaliśmy też nieruchomości innych, zaprzyjaźnionych z LEYVA biur („Mercers ”, „Filbee’s Real Estate”), a to wszystko w ramach ich wewnętrznej współpracy, gdzie koszta dla kupującego się nie zmieniają.

Paulina słuchała uważnie naszych uwag i zaproponowała, że na kolejne spotkanie przygotuje nam coś innego, co może mniej będzie odpowiadało naszemu pierwotnemu opisowi idealnej nieruchomości, ale będzie uwzględniało nasze uwagi. Umówiliśmy się na poniedziałek, a w weekend pojeździliśmy po okolicy. Trafiliśmy do 90 tys. miasta Orihuela oddalonego o 50 km od morza, które nas zachwyciło zabytkową, hiszpańską starówką z wielką ilością małych kawiarenek. Potem odwiedziliśmy Murcję, która już mniej się nam podobała. To duże miasto i stolica regionu bez zieleni i z nie ciekawą architekturę. Byliśmy też w Totanie i Lorce, miejscowościach tak samo interesujących, jak Orihuela, ale zdecydowanie mniejszych.

Ta krajoznawcza, niedzielna wycieczka dała nam do myślenia. Nasze oczekiwanie, że „nieruchomość powinna znajdować się w granicach małej miejscowości” uległo zmianie na „nieruchomość powinna znajdować się w granicach większego miasta”. Wiedzieliśmy już, że musimy nauczyć się hiszpańskiego, bez którego ani rusz w tym kraju, a najwięcej hiszpańskich szkół językowych dla obcokrajowców, wspieranych przez rząd, jest właśnie w większych miastach.

W poniedziałek opowiedzieliśmy Paulinie o naszej wycieczce i o naszych przemyśleniach z nią związanych. Obiecała nam, że sprawdzi oferty we wspomnianych miejscowościach, które nas tak zauroczyły, gdyż w nich są też oddziały jej firmy. Tymczasem zawiozła nas do 30-letniego, typowego szeregowego hiszpańskiego domu w centrum Puerto de Mazarron. Lokalizacja bardzo dobra, spore sypialnie i ustawny salon, a na tyłach duży taras. Nieruchomość ciekawa, poniżej naszego budżetu, ale wymagająca gruntownego remontu, którego koszty są bardzo trudne do określenia.
Kolejna nieruchomość to duży, całkowicie odnowiony dom, w ładnej okolicy, z podwórkiem wyłożonym kafelkami i kuchnią zewnętrzną. Niestety, nie przemówił do nas. Tak samo następny z beznadziejnym rozkładem, gdzie na trzech kondygnacjach znajdowały się pokoje i trzeba pokonać wiele schodów, by do nich się dostać.

Za to ostatnia propozycja tego dnia była strzałem w dziesiątkę — bliźniak. Piękny salon z jadalnią, kominek, okna podwójne, duża kuchnia, którą z łatwością można połączyć z jadalnią, łazienka, wyjście na taras i mały ogród, a na piętrze wydzielona sypialnia małżeńska z łazienką i garderobą oraz dwie gościnne sypianie z balkonami i z łazienką. Do tego olbrzymi garaż w podpiwniczeniu na co najmniej 3 auta. Schowki, spiżarnia, klimatyzacja, świetna lokalizacja i co bardzo rzadko spotykane w Hiszpanii -pełna dokumentacja techniczna budynku.


W tym momencie opis „Idealnie byłby to apartament lub townhouse (100-200 m²)” zupełnie się zdewaluował. Agentka wspaniale wyczuła nasze potrzeby, pokazując nam nieruchomość, o której rozmawialiśmy do końca pobytu w Hiszpanii i nadal rozmawiamy. Sprawdził się scenariusz znany nam z programów telewizyjnych. Agenci wiedzą lepiej, co my chcemy i należy im zaufać, bez względu na to, jak dziwnie to brzmi.

Niezwłocznie zadzwoniliśmy do pozostałych pośredników nieruchomości, z którymi byliśmy umówieni na przyszłe dni i opowiedzieliśmy im o naszych kilkudniowych doświadczeniach. Już nie chcieliśmy oglądać pustych o tej porze roku, „zamkniętych” osiedli.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Totany, jednego z miast, na które zwróciliśmy wcześniej uwagę. Zaprowadzono nas do przestronnego penthouse w budynku z 1997 roku położonego w sercu starego miasta. Mieszkanie na 7 piętrze z przepięknym, ogromnym tarasem i widokiem na malownicze dachy budynków miasta oraz wąskie jego uliczki. Są w nim dwie sypialnie, dwie łazienki, bardzo duży salon z podwójnymi balkonowymi oknami wychodzącymi na wspomniany taras, kuchnię oraz widną garderobę, klimatyzacja oraz ogrzewanie-wszystko świeżo wyremontowane. Bardzo ciekawa propozycja, ale mieliśmy z czym porównać i „nasz dom” wygrał z tym nowocześnie urządzonym mieszkaniem. Przede wszystkim metraż domu jest dużo większy, a do tego jest o 25% tańszy.

Podsumowując to, co zobaczyliśmy w rejonie Murcja: piaszczyste tereny i kamieniste plaże, kilka miast z ciekawą architekturą, ludzie przemili, czysto, zupełny brak turystów zimą. Domy wygrały, mimo że nie braliśmy ich wcześniej pod uwagę.

Pokój w pensjonacie, w którym zatrzymaliśmy się na tydzień, był niewielki, miał bardzo wygodne łóżko (materac) i dodatkowy komplet ręczników. Serwis zasadniczo nie istniał. Pokoje były sprzątane jedynie po wymeldowaniu się gości, więc sami wynosiliśmy śmieci do pojemnika dwie ulice dalej. Środków czyszczących też nie było, więc efekt jest łatwy do przewidzenia. Nie mieliśmy nawet okazji spotkać pani sprzątającej po gościach, bo pojawiała się w ciągu dnia, gdy nas już nie było. W ten to sposób zapoznawaliśmy się z pewnymi aspektami wynajmu apartamentów w Hiszpanii i ich obsługą.


Kolejny apartament wynajęliśmy w Torrevieja. Okazało się, że znajduje się on w zaniedbanym osiedlu tzw. „blokowisku” w 8-piętrowym budynku, który nie posiadał wydzielonych dróg pożarowych, a z wind korzystali tylko najodważniejsi z odważnych ze względu na ich stan. Właścicielką mieszkania jest przemiła Rosjanka, która objaśniła co i jak przekazując nam klucze. Mieszkanie dwu sypialniane, ciasne, ciemne, mało przytulne, z balkonem załadowanym różnym sprzętem nie koniecznie przydatnym wynajmującym, a w głównej sypialni łóżko z zapadniętym materacem. Jedynie kuchnia była dobrze wyposażona. No, ale my nie na wczasy tu przyjechaliśmy, więc po słabo przespanej nocy udaliśmy się spotkać z następną pośredniczką nieruchomości, która, tak jak poprzednia, już od kilkunastu lat mieszka w Hiszpanii.
Jowita z hiszpańskim kolegą Antoniem pokazali nam mieszkania do remontu w starszej części miasta Orihuela. Takiej opcji też nie braliśmy wcześniej pod uwagę, a tu proszę, ciekawa propozycja. Stare budownictwo ma o wiele bardziej funkcjonalny układ pomieszczeń, piękne podłogi wyłożone charakterystycznymi hiszpańskimi kafelkami i duży potencjał do urządzania ich „po swojemu”. Jedynie małe balkony, brak garaży i gwar dochodzący z ulicy były minusem. Mieszkanie razem z remontem zmieściłoby się w naszym budżecie, więc uznaliśmy, że należy zadzwonić do pozostałych agentów z kolejną aktualizacją, że nieruchomość do remontu też nas interesuje, oczywiście w cenie uwzględniającej konieczną przebudowę. Agentka z COSTA SPAIN.eu słuchała i notowała skrupulatnie wszystkie nasze komentarze i uwagi.


Po zaskakujących dla nas opcjach mieszkań do remontu czekaliśmy na następny dzień z kolejnymi propozycjami Jowity i nie zawiedliśmy się. Zabrała nas na wąski półwysep La Manga. Szerokość tego półwyspu to 100 m w najwęższym miejscu, a więc jadąc ulicą często morze widać po obu jej stronach. Wszystko ładnie zagospodarowane, kawiarnia przy kawiarni, taki rasowy wakacyjny kurort. Po ulicach spacerowali starsi ludzie i było stosunkowo dużo czynnych restauracji jak na tę porę roku.


Na La Mandze dołączył do nas agent z firmy „Inmobiliaria Real Estate” i wspólnie pokazali nam kilka mieszkań w budynkach około 10-piętrowych.
Wszystkie te mieszkania mają piękne widoki, jasne pokoje, spore tarasy, dobre rozkłady pomieszczeń i miejsca parkingowe. Do tego każdy kompleks ma basen, jakby komuś na plaży się znudziło. Cena za 70-80-metrowe mieszkanie wynosi od 89 do 100 tysięcy euro i raczej remontu nie wymaga. Byliśmy w budynkach oddanych kilka lat temu i w starszych, a nawet w szeregowcu ukrytym wśród wieżowców, z zewnętrznym prysznicem przy wejściu do domu od strony plaży. Na La Manga, każdy znajdzie coś dla siebie i jest to wakacyjne miejsce pełne zabawy, dobrego jedzenia oraz pięknych plaż. Minusem są ze względów oczywistych korki w czasie sezonu, bo tak wąski półwysep z wysoką zabudową ma jedną arterię ciągnącą się na długości 24 kilometrów.

Po trzech dniach przenieśliśmy się o 250 kilometrów, w okolice Walencji do Sot de Ferrer. Miasteczko, którego historia sięga XIII wieku, liczące teraz około 400 mieszkańców jest jak z bajki. Przytulne miejsce, które stało się naszym domem na następnych pięć dni, znajduje się tuż przy wartkim strumieniu, co dodaje temu miejscu dodatkowego uroku.
Przenosiny wypadły w sobotę, więc w niedzielę, gdy wszyscy mają wolne, zwiedziliśmy okolice, obchodząc Sot de Ferrer wzdłuż i wszerz. Na niektórych domach, wywieszone były tablice – VENTA, czyli „Na sprzedaż”. Z ciekawości poszukaliśmy ogłoszeń o sprzedaży tych domów na stronie Idealista, by dowiedzieć się więcej szczegółów na ich temat. Oferty cenowe okazały się naprawdę korzystne i gdyby to miasteczko było większe, to pewnie byśmy jeden z tych miejskich domów poważnie wzięli pod uwagę.


Jakub z biura Calacosta jest z wykształcenia architektem i ma dwuletnie doświadczenie w pracy agenta sprzedaży nieruchomości. Profesja Jakuba okazała się bardzo pomocna w oszacowaniu możliwości i kosztów adaptacyjnych zwłaszcza nieruchomości wymagających remontu.
Pierwszego dnia pokazał nam mieszkania w centrum Walencji, w starych kamienicach wybudowanych w latach 30 ubiegłego wieku, oraz, jako ciekawostkę, swoje walencjańskie mieszkanie, które właśnie kończy remontować. I tu znów zaskoczenie. Przestronne, wysokie pomieszczenia, z dużymi oknami wychodzącymi na ulice zrobiły na nas ogromne wrażenie. Miały wszystko, co chcieliśmy, oprócz tarasu, garażu i spokoju, bo to raczej bardzo turystyczne rejony Walencji.
Kolejnego dnia oglądaliśmy nowsze mieszkania wymagające gruntownego remontu łącznie z wyburzeniem ścian, ale ich cena była zbyt wysoka i nie miały ładnych widoków z okien, za to w jednym z nich była prywatna winda na kluczyk. Okazuje się, że przy renowacji starych kamienic są montowane windy, jeżeli jest to technicznie możliwe, jednak dostęp do nich (kluczyk) mają tylko ci, którzy się na nie złożyli.
Przy następnym spotkaniu towarzyszyła nam hiszpańska agentka z ofertą domów w okolicach Walencji, ale nie były ciekawe. Za to Jakub coraz lepiej rozumiał nasze potrzeby i w kolejnych dniach...

Pojechaliśmy do miast oddalonych od Walencji o 30 kilometrów. Tam obejrzeliśmy bliźniak z czterema sypialniami, trzema łazienkami, pięknymi tarasami na każdym piętrze, ogrzewaniem, klimatyzacją i dolnym poziomem mogącym stanowić oddzielne mieszkanie, oraz garażem. Działka niewielka, ale z miejscem na średniej wielkości basen, tylko że, ulica, przy której znajduje się ten dom, jest wąska bez chodników, a do najbliższego sklepu trzeba jechać autem kilka kilometrów.
Kolejna nieruchomość ma kompletnie dla nas niezrozumiały rozkład, bo między kuchnią a salonem i jadalnią są sypialnie. Natomiast nagrodą za wyczerpujący dzień była działka z drzewami pomarańczy, cytryn i fig na której stoi parterowy, wiejski dom o fajnym rozkładzie, wybudowanym w 1968 roku. Od razu stał się naszym faworytem. Do centrum miasta Betera oraz stacji metra można dojść pieszo i wszystko jest w zasięgu ręki, a dodatkowym atutem, biorąc pod uwagę naukę języka, są hiszpańscy sąsiedzi. Dom wymaga drobnego remontu, ale można go robić, mieszkając.
Tak więc domy w Beterze i w Puerto de Mazarron znalazły się na pierwszym miejscu naszego rankingu, ale to przecież nie był koniec naszej wycieczki, to dopiero półmetek i byliśmy ciekawi, co przyniosą następne dni.


Przyszedł czas na zmianę naszego lokum i przenieśliśmy się do El Verger, gdzie zamieszkaliśmy w niewielkim domu z basenem, całkiem niedaleko morza. Nasi kolejni agenci z firmy „Pod słońcem Hiszpanii” Marlena i Darek pokazali nam wiele apartamentów, ale opiszę tylko kilka z nich. Pierwsze to nieruchomości z przejęć bankowych – z tym się jeszcze nie zetknęliśmy.
Do tej pory widzieliśmy mieszkania o metrażach w granicach 100 m², a w małej miejscowości Ador zobaczyliśmy 200., a nawet 300. metrowe, piękne, nowoczesne dwupoziomowe apartamenty i to mieszczące się w naszym budżecie. To było kolejne zaskoczenie.
Otwarte kuchnie, ogromne tarasy, duże salony, sypialnie i łazienki. Jest tam czym oddychać, ale budynek ten nie ma zarządcy i lokatorzy, których na obecną chwilę jest niewielu, sami muszą się zorganizować, jeśli jest potrzeba jakiegoś serwisu lub naprawy. To nie jest sytuacja, w której czulibyśmy się komfortowo szczególnie na początku, nie znając tamtejszych realiów.
Jednakże znów apartamenty wróciły do łask, a nasz ranking z dwoma domami powiększył się o wyżej opisane propozycje. Jednak to nie wszystko. Kolejną nieruchomością, która wskoczyła do top rankingu, jest dom w Pego przy wąskiej uliczce w centrum miasta. Oprowadzał nas po nim właściciel, Niemiec, który sam wybudował wersję hiszpańskiej, miejskiej kamienicy według swojego projektu. Poważnym minusem jest brak garażu.
Marlena i Darek poszerzając swoją ofertę, zaprosili na kolejny dzień kolegę po fachu, Hiszpana z biura Daniamed, z którym współpracują. Zobaczyliśmy pokazowy parterowy dom o nowoczesnej bryle w nowo powstającym osiedlu i szeregowiec w „zamkniętym osiedlu” (z czego już zrezygnowaliśmy w pierwszym tygodniu pobytu w Hiszpanii) o funkcjonalnym rozkładzie dużych pomieszczeń, z pięknym tarasem, który po rozsunięciu drzwi balkonowych tworzy z salonem ogromną przestrzeń, no i z garażem. Na koniec pojechaliśmy do niewielkiej, cichej i pięknie położonej miejscowości Rotova, gdzie są nowoczesne apartamenty w bardzo dobrej cenie, ale dla nas nieco za małe.


Z kolejną dawką wiedzy i ciekawymi propozycjami ruszyliśmy na spotkanie z agentką z firmy Costa INVEST, przenosząc nasze miejsce pobytu pod Alicante.
Zatrzymaliśmy się w Gran Alacant w osiedlu domów szeregowych. Z hiszpańskimi właścicielami komunikowaliśmy się za pomocą „Google Translate”, rozwiązując drobne problemy na bieżąco, typu brak ciepłej wody, czy brudna kuchnia.(Jak to możliwe, że mają tak wysokie oceny na booking.com?)To typowy dom pod wynajem, bo zaimprowizowana sypialnia jest nawet w pomalowanej na biało piwnicy, gdzie rury kanalizacyjne wiszą nad łóżkami. No nic. Lepiej opiszę kolejne nieruchomości, które oglądaliśmy.
Wszystkie są zlokalizowane na dużych działkach pomiędzy Murcja i Alicante wśród pomarańczowo-cytrynowych sadów.


„Dom z biblioteką” stoi na lekko nachylonej dużej działce 2200 m², wśród starych piniowych drzew. W skład posiadłości wchodzi 40-letni dom z trzema sypialniami, dom dla gości i właśnie biblioteka jako oddzielny budynek oraz bardzo dobrze utrzymany basen. W bezpośredniej okolicy jest 8-m domów zamieszkałych przez hiszpańskie rodziny, a do najbliższego miasteczka, po zakupy czy do szkoły językowej trzeba jechać samochodem.


„Dom w domu z domem na zewnątrz” - taką nazwę nadaliśmy temu wiejskiemu „cudowi” architektury. Pierwotnie dom składał się z kuchni z chlebowym piecem na drewno, salonu i dwóch sypialni. Potem wokół dobudowano kolejne pokoje i kolejny piec chlebowy, ponieważ właścicielka zajęła się wypiekiem bochenków na sprzedaż. Widocznie interes dobrze szedł, bo dobudowano już na zewnątrz kolejny piec, a w ogrodzie dom dla gości z jedną sypialnią, kuchnią, łazienką i salonem. Ogród jest bardzo duży, rosną w nim pomarańcze, cytryny, figi, awokado. Jest też okazały basen, ale chyba nie jest często używany.
Wszystkie posiadłości, które oglądaliśmy miały swój urok i ktoś, kto szuka wiejskiej ciszy, przestrzeni i lubi zajmować się ogrodem znajdzie coś dla siebie.
Nam ten teren nie miał jednak nic do zaproponowania, jak i pani, z którą po nim jeździliśmy. Przez kolejne dwa dni oglądaliśmy chybione propozycje, ale nie poddając się poprosiliśmy o pokazanie domu spełniającego nasze oczekiwania, w podwójnym budżecie myśląc, że tu może leżeć przyczyna naszego błądzenia. I tu zdziwienie — niestety nie udało się znaleźć agentce takiego domu.

Powoli nasza podróż dobiegała końca. Mieliśmy jeszcze spotkanie z Kasią doskonale rozeznaną w Alicante. Pokazała nam dwa przytulnie urządzone mieszkania i najlepsze jej zdaniem rejony miasta do zamieszkania. To było bardzo ciekawe doświadczenie i wiele się od Niej dowiedzieliśmy, jeśli chodzi o załatwianie formalności.


Zakończenie
Przez ostanie trzydzieści lat życia zmienialiśmy kilkakrotnie nasze miejsca zamieszkania. Żyliśmy w mieszkaniach o różnym metrażu w blokach starych i nowych, w domu z ogrodem, a teraz przyszedł czas na coś funkcjonalnego i wygodnego, czego już wolelibyśmy nie zmieniać. Chcemy czuć się w domu bezpiecznie, swobodnie i mieć odpowiednią przestrzeń dla odwiedzających nas rodzin i przyjaciół.
Myśleliśmy o niekłopotliwym apartamencie w bloku, gdzie nie będzie nas interesować wywóz śmieci, sprzątanie klatki schodowej i inne tego typu rzeczy. Jednak miesięczna wizyta w Hiszpanii, dni spędzone na oglądaniu i długie rozmowy z agentami przekonały nas do zmiany kierunku poszukiwań.
Już wcześniej wiedzieliśmy, że Hiszpania to kraj z dynamicznym rynkiem nieruchomości i nie ma pewności, że sąsiedzi za ścianą nie będą się zmieniać co tydzień, jeśli wybierzemy nieruchomość w bezpośrednim pasie wybrzeża.
Wiemy już, że domy zlokalizowane w miejscowościach pod Walencją, wybudowane do 2000 roku są solidniejsze i mają bardziej funkcjonalny układ pomieszczeń oraz metraże, jakie nam odpowiadają. Mają ogród, który jest przyjemniejszym miejscem do spędzania większej części „hiszpańskiego”życia, niż balkon czy taras, a do tego mniejsze roczne koszty utrzymania (podatki, stałe koszta) niż mieszkania w blokach. Ogromną zaletą jest też dobre skomunikowanie linią metra z aglomeracją, czego nie ma między Murcja a Alicante, gdzie domy mieszczące się w naszym budżecie stoją pośród wielkich pomarańczowych sadów.
Każdy dzień spędzony na hiszpańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego w poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi utwierdził nas w przekonaniu, że to dobry kierunek. Hiszpanie są sympatyczni, skorzy do pomocy i otwarci, a poznani Polacy zachęcają aby dołączyć do ich grona. Klimat, bliskość morza i gór, wspaniałe warzywa i owoce, czas sjesty przemawiają za tym, by tam zamieszkać.


Wspomnę też o codziennych kosztach życia, zakupach i cenach.
W trakcie naszej podróży przejechaliśmy ponad 5 tysięcy kilometrów. Fokus spalił średnio 6.5 litra na 100 kilometrów, a za litr paliwa płaciliśmy 1.219 euro. W miastach parkowaliśmy na płatnych parkingach, gdzie za 3 godziny płaci się od 2,50 do 5 euro. Zakupy na śniadanie i kolację, a czasami i na obiad, robiliśmy w Lidlu, Aldi i Carrefourze. Były to warzywa, śmietana, wędliny, mięso, jajka, sery, woda, piwo, wino. Średnio wydawaliśmy 15 euro dziennie na osobę. Średnia cena za obiad w typowej knajpce, jakich dużo jest przy ulicach miast, wynosiła 13 euro na osobę, a najmniej w WOK, popularnym i polecanym bufecie obiadowym – 11 euro. Za tradycyjną potrawę hiszpańską paellę zapłaciliśmy 10 euro od osoby.
Zrobiłam też rozeznanie w cenach mięs, ryb oraz produktów chemii gospodarczej i oceniam, że mieszkając tam na stałe w swoim domu, małżeństwo wyda na miesiąc około EUR 1100. Nie brałam tu pod uwagę kosztów auta i paliwa.


Nic nie wspominam w tej relacji o agentach z brytyjskich biur nieruchomości, bo ich propozycje nie były dla nas ciekawe. Odnieśliśmy wrażenie, że są ukierunkowani jedynie na swoich rodaków z ofertami nieruchomości znajdującymi się przy polach golfowych lub w miejscowości Benidorm (tamtejsza mekka dla obywateli UK), gdzie można się porozumiewać po angielsku i hiszpański wcale nie jest niezbędny.









Można powiedzieć, że cel naszej miesięcznej podróży po Hiszpanii został osiągnięty, bo dziś jesteśmy o wiele bliżej wyboru co i gdzie kupić. Jest to w dużej mierze zasługą profesjonalnych agentów nieruchomości, których mieliśmy przyjemność spotkać na swojej drodze.
Gdyby decyzja miała zapaść dziś, to zastanawialibyśmy się, czy wybrać piękny dom w Puerto de Mazarron, czy wiejską posiadłość pod Walencją, a może nowoczesne mieszkanie w Ador, ale mamy jeszcze kilka spraw do pozałatwiania przed przeprowadzką, więc jedynie możemy liczyć, że za jakiś czas wciąż będą do nabycia.

Zdjęcia

HISZPANIA / Okolice Puerto de Mazarron  / Okolice Puerto de Mazarron  / Okolice Puerto de Mazarron HISZPANIA / prowincja Alicante / Xabia / Uliczka w XabiaHISZPANIA / Murcia / La Manga  / La Manga HISZPANIA / Murcia / Archena / ArchenaHISZPANIA / Murcia / Puerto de Mazarron / Puerto de MazarronHISZPANIA / Murcia / osiedle / Puerto de MazarronHISZPANIA / Alicante / Brzeg morza. / TorreviejaHISZPANIA / Alicante / Orihuela / OrihuelaHISZPANIA / Murcia / La Manga / La Manga HISZPANIA / Alto Palancia / Sot de Ferrer / Sot de FerrerHISZPANIA / Walencja / Pod Walencja / Dom pod WalencjaHISZPANIA / Alicante / Pego / Patio w PegoHISZPANIA / Murcia / Pod Murcia / Sady pomaranczoweHISZPANIA / Murcia / Santomera / Biblioteka w ogrodzie.HISZPANIA / Alto Palancia / Sot de Ferrer / Do sprzedaniaHISZPANIA / Walencja / Betera / HiszpanieHISZPANIA / Marina Alta / El Verger  / Na rynku.

Dodane komentarze

mmaJola dołączył
11.01.2018

mmaJola 2018-05-18 21:23:32

O ile mi wiadomo, to stajac sie rezydentem Hiszpanii kazdy ma podstawowy pakiet ubezpieczenia zdrowotnego.

tomeksz1969 dołączył
25.01.2014

tomeksz1969 2018-05-18 15:17:51

Rewelacyjny przewodnik... chyba wiem gdzie spotkamy się na emeryturze ;-)
a tak poważnie - jak wygląda tam dostęp do służby zdrowia (będąc na polskiej emeryturze)?

Iwona Niedopytalska dołączył
20.03.2017

Iwona Niedopytalska 2018-05-10 22:05:40

"Widzę, że przygotowałaś się bardzo skrupulatnie i podeszłaś do tematu bardzo metodycznie. To się chwali. Wiesz co chcesz. Ważne informacje :)"

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

05-30
Z emigracji do Hiszpanii, czyli gdzie zamieszkać na emeryturze

Każdy pracujący człowiek, przynajmniej raz w roku potrzebuje dłuższego urlopu, by zregenerować siły, odpocząć psychicznie od codziennych zajęć i w miarę możliwości zrealizować marzenia. Może to być wycieczka do egzotycznego kraju, wyjazd do rodziny lub remont w domu. Tak czy inaczej, chodzi o to, by dzień urlopu nie przypominał dnia codziennego i przynosił zadowolenie. Z reguły urlop planuje się z wyprzedzeniem, śledząc oferty biur turystycznych, sprawdzając ceny biletów lub wolne terminy fachowców od remontów.

06-01
Urlop na Ukrainie, tak, nie?

Ile osób słysząc propozycje urlopowe dotyczące tego kraju tylko się uśmiechnie? Czy słusznie? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie opisując relacje z mojego pobytu u naszych sąsiadów.

05-10
ROSJA - rozmowy trochę nietypowe...
05-06
Gruzja jest piękna! Na pewno?...
05-04
Wokół Wysp Brytyjskich - część pi...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl