Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Samodzielna wyprawa do Indii – poradnik nieobiektywny. Część druga > INDIE


andrzejst andrzejst Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie INDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Indyjski patent: Wieszak nad drzwiamiCzytelników o silnej motywacji zdobywania wiedzy proszę o dalsze poświęcenie w czytaniu wywodów domorosłego literata.

Waranasi
Przyjeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Nie jest to dużo jak na prawie 800 km trasy. Na peronach poranne ablucje: mycie zębów palcem wodą z butelki lub ogólnodostępnych kranów, czyszczenie zębów przez żucie specjalnych gałązek, płukanie gardła, charchanie, plucie, grzebanie w nosach i uszach – chyba żaden naród tak jak hindusi nie dba o drożność wszelkich kanałów swojego ciała.
Już na peronie przykleja się do nas przemiły jegomość, niby bezinteresownie pokazujący nam gdzie jest wyjście, gdzie są kasy biletowe, gdzie można wziąć taksówkę, ale gdybyśmy chcieli, to on tanio poleca się ze swoim tuk-tukiem. Dobijamy więc targu i jedziemy pod wskazany przez nas adres. Po drodze pan sugeruje nam lepszy i tańszy hotel nawet z balkonem. Co nam szkodzi, możemy sprawdzić. Miejsce okazuje się całkiem przyzwoite: niedaleko Gangesu, naprzeciwko miła knajpka, na hotelowym tarasie również można coś przekąsić. To nic, że na klatce ściana opluta na czerwono betelem, a wiklinowe taborety na balkonie dziurawe. Prysznic ma wytrysk wsteczny, bo sitko zakamieniało i woda tryska przez złącze na sufit. Trochę farby odpadło ze ściany w pokoju, ale co to nam przeszkadza? To tylko jedna noc. Posadzki nierówne ale za to marmurowe. W Indiach marmuru dostatek więc wszędzie go pełno. Gdyby tu był Gall Anonim, napisałby, że marmur w Indiach jest tani jak słoma w Polsce za Krzywoustego. No i posadzki są zawsze czyste, bo chyba tylko one są w miarę często myte. Po nielicznych półkach można z łatwością pisać palcem.
Po rewelacyjnym śniadaniu w knajpce naprzeciwko idziemy nad Ganges. W hotelu dostaliśmy mapkę i chłopca, który nas tam zaprowadzi. Gdy już jesteśmy nad rzeką, dziękujemy chłopcu i dajemy mu 10 rupii. On jednak twierdzi, że nie chce żadnych pieniędzy, on to robi gratis i nie chce się odczepić. Taki ogon zdecydowanie nam nie odpowiada, ale mimo żarliwych podziękowań nadal usilnie nas prowadzi wzdłuż brzegu. Najwidoczniej dycha go nie zadowalała, usiłuje nam wyświadczyć przysługę, której nie chcemy i zarobić więcej. Siadamy więc w pierwszym lepszym miejscu informując go, że dalej nie idziemy, jesteśmy zmęczeni i zamierzamy kontemplować w samotności. Udaje się i natrętny towarzysz znika bez zapłaty.
Waranasi to najświętsze miasto hinduizmu. Wyznawcy tej religii wierzą, że jeśli zostaną tu skremowani, a ich prochy wrzucone do świętej rzeki, ominą wszystkie pośrednie poziomy reinkarnacji i osiągną najwyższy. Dlatego dziennie spala się tu od 200 do 300 zwłok z całych Indii. Na długości 6 km lewy brzeg Gangesu stanowią schody, tzw. ghaty, na szczycie których znajdują się liczne świątynie. Postanawiamy przejść cały ten odcinek, ale najbardziej interesują nas dwie ghaty, gdzie odbywają się kremacje. Jest chyba ze 30 stopni, a nieliczne zacienione miejsca zajęte przez ludzi lub upstrzone odchodami krów, psów, kóz, małp i przedstawicieli naszego gatunku. Po schodach leniwie spływa woda, pomyje i mocz. Suche, nasłonecznione miejsca szczelnie wyłożone suszącym się praniem – owocem pracy zawodowych praczy, którzy niezmordowanie krzątają się w wodzie chłoszcząc mokre kamienie powierzoną im garderobą, pościelą i nie wiadomo czym tam jeszcze. Pracze wymieszani są z rozmodlonymi hinduistami zażywającymi rytualnych kąpieli. Nikomu nie przeszkadzają świeże, pływające popioły zmarłych ziomków. Wiatr zasypuje uprane rzeczy piaskiem, ale to świeży piasek, który się strzepie; stare brudy zostały wyprane. Jakiś zatroskany jegomość przegania stado krów, które zamierzały przedefilować po jego praniu. Udaje się i krowy grzecznie przechodzą gęsiego bez wejścia w szkodę. Cały czas musimy oganiać się od ofert pływania łodzią, masażu i sprzedaży różnych tandetnych dóbr. Wszystko reklamowane jest głośno z wyjątkiem haszyszu, którego promocja zawsze prowadzona jest szeptem. Handlarze używają różnych zagajeń aby nawiązać rozmowę i sprzedać towar. Po jakimś czasie na wszystko automatycznie odpowiadamy: „Nie, dziękuję”. Wygląda to mniej więcej tak:
- Może podróż łódką?
- Nie, dziękuję.
- Jak się macie?
- Nie, dziękuję.
-Skąd jesteście?
- Nie, dziękuję.
Najbardziej namolne i agresywne są grupy dzieci. Noszą w koszykach kobry i proponują zdjęcia. Czasami po prostu przeszkadzają w jakimkolwiek fotografowaniu lub żądają myta za przejście dalej. Najlepszym sposobem na dzieciaki jest mówienie do nich po polsku. Danie pieniędzy, czy kupienie czegokolwiek problemu nie rozwiązuje, ponieważ ich oferta nigdy się nie kończy. Można coś potargować z jednym dzieckiem, najwyżej dwoma, nigdy z gromadą. Nachalni są również niektórzy żebracy. Ogólnie odradza się turystom dawania jakichkolwiek datków komukolwiek, ponieważ w obecnej sytuacji gospodarczej kraju żebractwo jest wyborem a nie koniecznością. Dawanie jałmużny jest więc traktowane jako demoralizujące. Chcącym pomóc zaleca się przekazywanie funduszy organizacjom charytatywnym. Mimo to od czasu do czasu pozbywaliśmy się niewygodnego bilonu dając go tym, którzy absolutnie się nie narzucali, na przykład jakiejś babinie, która chyba nawet nie miała siły się podnieść.
Przy jednej z ghat kremacyjnych stoi okazałe krematorium gazowe. Napotkany tubylec objaśnia nam, że pali się w nim zwłoki tych, których nie stać było na tradycyjne spalenie na stosie. Święte miasto, święta rzeka – oczekiwałoby się imponującego świętego miejsca do uroczystych kremacji. Nic z tych rzeczy. Jest to miejsce imponujące inaczej. Zwykły pochyły, błotnisty brzeg, różniący się od okolicy czarnym od popiołów ziemistym piaskiem zaśmieconym gnijącymi girlandami żółtych kwiatów, które zdobiły całuny zmarłych a teraz służą za strawę wałęsającym się krowom i kozom. Większość kóz ubrana jest w swetry, koszule, a niektóre noszą nawet torby w charakterze biustonoszy. Leniwe psy sennie pożywiają się znalezionymi smakołykami o wyższej zawartości białka. Tu i ówdzie płonie kilka stosów w różnej fazie spalenia. Wokół porozrzucane resztki drewnianych nar, na których znoszono ciała. Dopiero dalej w idealnym porządku piętrzą się sterty drewna, czekające na klientów. Nasz towarzysz objaśnia, że niezależnie od ciężaru i tuszy zmarłego, na stos potrzeba 360 kg drewna. Każda kremacja trwa 3 godziny. Właśnie relacjonuje nam bieżącą. Z góry po schodach zniesiono na narach kolejne zwłoki. Widać, że tu zmarli „chodzą” głową do przodu. Nary przypominają trochę drabinę zbitą z byle czego. Ciało owinięte jest szczelnie w całun błyszczący od ozdób jak folia aluminiowa. Wreszcie wiemy czym było to coś, kolorowe i błyszczące, co wisiało na straganach. Zwłoki spoczęły w błocie tuż nad wodą i przystrojono je długimi girlandami kwiatów. Coś jak nasze wianki świętojańskie o metrowej średnicy. Wypowiadając modły żałobnicy nabierają wodę z Gangesu i polewają nią zmarłego. Robią to tak leniwie i jakby od niechcenia, że głodna krowa bez przeszkód ze stoickim spokojem kradnie jedną girlandę, która powoli, centymetr po centymetrze ginie w jej mordzie. Gdy skończyła, schyla się po drugą, ale tym razem ją odganiają. W międzyczasie „obsługa” układa stos: dwie długie belki wzdłuż, na nich kilka krótszych w poprzek. Na tym ułożono zmarłego, a następnie zdjęto z niego ozdobny całun. Spod zdjętego całunu wyłonił się inny, już bardzo skromny. Następnie przykryto ciało pozostałym drewnem tak, że nie było go widać. Najstarszy syn zmarłego, z głową ogoloną na znak żałoby z wyjątkiem małego kosmyka na środku, przyniósł ze świątyni ogień. Po pięciu okrążeniach stosu z innymi nielicznymi członkami rodziny podpalił stos. Potem wszyscy się oddalili. Trudno ocenić ile osób przychodzi żegnać swoich bliskich. Bezpośrednio przy zwłokach było pięciu mężczyzn. Wokół ghaty kłębi się tak nieprzebrany tłum, że nie wiadomo kto tu po co przyszedł. W każdym razie nie ma łez. Nie czuje się też żadnej podniosłej atmosfery. Ot, tak, jakby to była jakaś codzienna czynność. Stos się rozpalał bardzo powoli, a nasz informator kontynuował swoją relację wyjaśniając, że bezpośrednio do ceremonii kremacji dopuszcza się tylko mężczyzn, bo kobiety płaczą. Jest kilka wyjątków zmarłych, których się nie pali, a wrzuca do wody obciążonych kamieniem. Między innymi są to dzieci do lat 10, kobiety w ciąży, kalecy bez kończyn i ukąszeni przez kobrę. To by tłumaczyło czaszkę ogryzaną przez psy, którą widzieliśmy z dala od ghaty kremacyjnej. Na koniec nasz nowy znajomy zaprasza nas do zwiedzenia świątyni. Grzecznie odmawiamy, bo wiemy co to może oznaczać. Dostaniemy po wieńcu kwiatów na szyję, może coś do jedzenia i żądanie wysokiej zapłaty pod groźbą nieszczęścia, które niechybnie na nas spadnie, jeśli nie zapłacimy. Obserwujemy inne stosy. Kiedy już stos się rozpada, „obsługa”, czyli członkowie kasty nietykalnych przegrzebują go aby wszystko dokładnie się spaliło. Przewracają korpusy, od których odpadły już ręce i nogi, przy okazji odpadnie głowa, czy pozostały kawałek kończyny. Obkładają je płonącymi żagwiami. Na tym etapie kawałki ciała ludzkiego już trudno odróżnić od palącego się czarnego drewna. W końcu ze stosu pozostaje niewielka kupka popiołu. Niektóre grubsze kości nie spalają się na proch, ale to nikomu nie przeszkadza. Popioły z wielu stosów zmiata się na jedną większą kupę i czeka aż wszystko wystygnie. Następnie szczątki znajdują swój finał w Gangesie, ale nie ma tak hop siup! Czeka je jeszcze przesianie w wodzie na wielkich sitach. Zmarli przecież są paleni w biżuterii, trzeba więc odzyskać co się da. Podobno taki odzysk idzie na rzecz świątyń. Ku naszemu zdziwieniu dym ze stosów nie ma jakiegoś szczególnego zapachu. Można go porównać z dymem palonego węgla. A może nasze nosy już inaczej reagują? Waranasi jest brudniejsze niż Delhi, po prostu kupa na kupie moczem pogania, a nam od pewnego czasu już nic nie śmierdzi!
W Waranasi jest mnóstwo świątyń, ale nas zainteresowała świątynia poświęcona Sziwie, zwana czasami Złotą Świątynią z powodu 800 kg złota użytego na zdobienia. Z przewodnika wiemy, że ze względu na napięcia społeczne świątynia jest mocno obstawiona wojskiem i jest małe prawdopodobieństwo, że do środka wpuszczą kogoś poza hinduistami. Warto jednak zwiedzić chociażby dziedziniec. Idziemy klaustrofobicznymi uliczkami starego miasta o szerokości takiej, że wyciągając ręce, można dotknąć przeciwległych ścian. Do tego jeszcze niekończące się stragany po obu stronach, bo ulice mocno handlowe. Tłok niemiłosierny. Na szczęście nie wjedzie tu samochód ani nawet riksza, ale rower czy motor owszem. Do tego co jakiś czas dostojnie defiluje krowa. Zwarta zabudowa nie pozwala zobaczyć świątyni ani z daleka ani z bliska. Jej obecność poznajemy po dużej ilości uzbrojonych żołnierzy. Oni wskazują nam wejście, które wygląda jak setki innych w pobliżu. Za 50 rupii musimy zdeponować plecaki i komórki. Zabieramy tylko paszporty i pieniądze. Świątyni nie widać. Przechodzimy do pomieszczenia gdzie flegmatyczni acz uprzejmi żołnierze spisują dane z paszportów. Schodzi dość długo, bo jeden dyktuje a drugi pisze. Imię, nazwisko, kraj, numer paszportu, numer wizy… Nawet Pacanów został przesylabizowany i uwieczniony w aktach jako miejsce urodzenia. Przed nami kilkoro równie napalonych na zwiedzanie białasów więc tracimy dobre pół godziny. Zostawiamy nasze buty i skarpetki pod obstawą uzbrojonego po zęby wojska i radośnie podążamy dalej. Świątyni nadal nie widać. Dopadają nas sprzedawcy hmm…, jak to nazwać? Czarka z mlekiem ozdobiona kwiatami i jeszcze jakimiś przystrojeniami. 50 rupii. Krzywimy się, bo nie wiemy co z tym zrobić. Nie mamy więc ochoty kupować. Sprzedawca jest oburzony. Jak to, do świątyni bez ofiar???!!! Następny wciska nam to samo za 20 rupii myśląc, że marudzimy ze względu na cenę. Udaje nam się uniknąć zakupu i z pustymi rękami przechodzimy przez kolejne drzwi. Wydaje nam się, że jesteśmy w świątyni, ale jeszcze nie wiemy, że jesteśmy w błędzie. Wokół jakieś chyba ołtarze tzn. kamienne misy wypełnione mazią z mleka, płatków kwiatowych, wody i innych niezidentyfikowanych składników. O rany, cała posadzka jest tym wysmarowana! Wszyscy ciapią w tym bosymi stopami. Ohydna, śliska okropność! Wokół mis śmieszne w naszym mniemaniu posągi bóstw wyglądające jak koszmarne dziecięce lalki, wśród których siedzą po turecku kapłani. Tłum wiernych jest ogromny a wszyscy jakby w jakimś transie. Z obłędem na twarzach rzucają się do mis aby sięgnąć jak najgłębiej i umazanymi rękami po ichsiejszemu się przeżegnać. Amoku nie podzielają kapłani. Zachowują się jak profesjonalni ochroniarze mis. Aby rozładować tłok, łapią nurkującego delikwenta za fraki i bez ceregieli odrzucają na bok. Muszą to robić, bo wierni zdają się być skłonni zabawić w misie głową w dół dłuższą chwilę, a inni napierają. Ktoś zajmuje się nami i niezbyt grzecznie rozpychając tłum doprowadza nas do każdego ołtarza bez kolejki. Przy jednym z nich kapłan kładzie moją dłoń na rzeźbionej głowicy i nakazuje śpiewać za sobą mantrę. Udaje mi się uniknąć tego ceremoniału przy niewątpliwej pomocy napierających wiernych. Ktoś wyprowadza nas na zewnątrz i znajdujemy się na dziedzińcu świątyni. Teraz dopiero ją widzimy z imponującą złotą kopułą. Kamienny dziedziniec równie uciapany ofiarną miksturą. Jesteśmy tak oszołomieni tym co się wokół dzieje i co z nami robią, że chyba wyglądamy jak nawiedzeni uniesieniem hindusi. Znów ktoś uprzejmie wprowadza nas przez drzwi do świątyni. Ta uprzejmość wobec nas kosztuje hindusów to, że są rozpychani na boki jak bydło. A jednak nas wpuścili! Sekundę później ktoś inny równie uprzejmie bierze nas pod ręce i wyprowadza z powrotem. I to była najwspanialsza przysługa, jaką nam tam wyświadczono! Pośpiesznie ewakuowaliśmy się do przechowalni naszych butów gdzie przed ich włożeniem długo i namiętnie pieściliśmy nasze stopy nawilżanymi chusteczkami i płynem antybakteryjnym. Została podjęta decyzja: koniec ze świątyniami w Waranasi! Jeśli komuś zamarzy się Vishwanath Temple – stanowczo odradzamy.
Pod wieczór wynajmujemy łódź (10zł) i wracamy Gangesem. Święta rzeka nam pachnie! Ganges z racji tego, że musi znieść więcej nieczystości niż inne rzeki, wykształcił w sobie florę bakteryjną, która natychmiast rozkłada wszelkie toksyny na nieszkodliwe związki. Ponadto powoduje natlenienie wody ponad normę. Dlatego rzeka kwitnie życiem wodnym. Wierzymy, ale raczej unikamy kontaktu z tą świętą wodą. Obserwujemy ponownie naszą trasę z innej perspektywy. Wieczorem ruch jest większy, na ghatach specjalne uroczystości, modły, mniej piorących a więcej rytualnych kąpieli. Podpływa do nas łódką chłopiec i sprzedaje nam pływające lampiony po 10 rupii do ofiarowania świętej rzece. Gdy wracamy do hotelu jest już całkiem ciemno. Gubimy się w labiryncie uliczek. Pytamy o drogę grupki dzieciaków. Są bardzo gadatliwe, udają ogromnie poruszonych naszą niedolą i nie umieją sobie wyobrazić, dlaczego weszliśmy w złą ulicę. Prowadzą nas jakimiś podejrzanymi zaułkami, ale kiedy kierują się w jakąś metrowej szerokości ciemną norę, rezygnujemy. Malcy nie dają za wygraną, przysięgają na wszystkie świętości, że nas zaprowadzą. „Możecie mnie zabić, jeśli was oszukam!”, woła jeden. Nie uginamy się, wchodzimy do małego sklepiku, przy okazji robimy zakupy i pytamy o drogę. Uprzejma ekspedientka tłumaczy nam i okazuje się, że gdybyśmy zrobili kilka kroków dalej, zobaczylibyśmy nasz hotel. Dzieciaki zwęszyły interes i chciały zrobić z nami kółko, nadając sprawie maksimum dramaturgii, aby co łaska była większa.
To, co dzieje się w Waranasi nad Gangesem jest tak niesamowite, że drugiego dnia powtórzyliśmy nasz spacer, aby jeszcze raz napawać się tą niepowtarzalną atmosferą, z tym, że teraz trzymaliśmy się z dala od jakichkolwiek świątyń.
W ten dzień akurat wypadły wybory parlamentarne. Bardzo nas to zdziwiło, bo nigdzie nie było żadnych bilbordów ani ogłoszeń. Wytłumaczono nam, że prawo zabrania wykorzystywania tego rodzaju środków w kampanii. Już zaczęliśmy zazdrościć, kiedy okazało się, że w powszechnym zwyczajem jest odwiedzanie wyborców w domach. Aż strach sobie wyobrazić lawinę dzwonków do drzwi – „Dzień dobry, jestem z partii…, jak mnie wybierzecie to … … … … … Już lepiej niech zalepią całe miasto, ale wara kandydatom i ich agitatorom od mojego domu!
W dzień wyborów staje w miastach prawie cały transport publiczny i prywatny. Wszyscy pytani zgodnie twierdzili, że na dworzec możemy dotrzeć jedynie piechotą. Nie przejęliśmy się tym, bo przejście tych kilka kilometrów przez miasto pustymi ulicami bardzo nas kusiło. Okazało się, że ruch rzeczywiście mały, ale od czasu do czasu przetacza się riksza rowerowa lub tuk-tuk. Mieliśmy mapę ale niewiele nam ona dała. W Indiach nie ma tablic z nazwami ulic ale na szyldach sklepowych zwykle podany jest adres. O ile w Delhi szyldy były w hindi i angielskim, w Waranasi jedynie krzaczki. Nie mieliśmy pewności, że idziemy właściwą ulicą, wzięliśmy więc rikszę rowerową. Dwie osoby z całym dobytkiem dosłownie wycisnęły z rikszarza siódme poty. Widać było jak strasznie się męczy, ale z twarzy nie znikał mu uśmiech. Przesympatyczna poczciwina dostała napiwek, który zniweczył całe uprzednie targowanie. Dysząc jak po tańcu z gwiazdą kłaniał się i dziękował ogromnie szczęśliwy. Widząc jego radość, my cieszyliśmy się chyba jeszcze bardziej.
Na peronie umilamy sobie czas obserwacją szczurów ganiających się po torach i handlarzy wszystkiego. Uwagę zwraca człowiek, który na gazecie pociął melona i sprzedaje po kawałeczku rękami kapiącymi od soku. Interes kwitnie, po chwili tnie już następnego. Chwilę rozmawiamy z podróżującym samotnie Niemcem z Kolonii. Tyle kilometrów od domu, Niemiec to prawie jak znajomy z sąsiedniej ulicy. Przyjeżdża pociąg. Właśnie skończył trasę liczącą 1 500 km. W ramach ekipy sprzątającej do środka wpadają kilkuletni chłopcy. Skaczą jak małpy po całym wagonie zbierając co wartościowsze śmieci pozostawione po podróżnych. Najbardziej cenne okazują się plastikowe butelki. Pakujemy się na nasz wysoki poziom i czekamy na odjazd. W międzyczasie podchodzi do nas wojskowy, czy policjant – nie rozróżniamy, i radzi abyśmy pilnowali bagaży, gdyż na tej trasie kradną. Odjeżdżamy punktualnie. Na kolejnych przystankach wsiada mnóstwo żołnierzy z karabinami. Wracają do domu po pilnowaniu porządku podczas wyborów. Mimo takiej obstawy złodzieje nie próżnują. W środku nocy ni stąd ni zowąd na skraj mojej kuszetki dosiada się tajemniczy pasażer. Nie bardzo mi przeszkadza więc przysypiam. Żona jednak nie spuszcza go z oka i widzi jak w pewnym momencie przejeżdża dłonią po mojej kieszeni. Kieszenie mam puste, bo pieniądze i dokumenty w specjalnym pasie na brzuchu. Rażony bazyliszkowym wzrokiem mojej żony znika tak nagle, jak się pojawił.
Agra
Wysiadamy z pociągu wczesnym rankiem. Półtorej godziny spóźnienia wydłużyło naszą podróż o długości 650 km do 14 godzin. Na peronie tradycyjnie dokleja się niechlujny delikwent i z przyjaznym uśmiechem tłumaczy jak wyjść z dworca. Głowę ma owiniętą brunatnym szalikiem chroniącym przed porannym chłodem i wygląda jakby bolały go zęby. Tak zresztą prezentuje się większość mężczyzn. Już zdążyliśmy zauważyć, że tradycyjne męskie odzienie sprawia, że hindusi wyglądają jak typy spod ciemnej gwiazdy albo co najmniej żebracy. Natomiast kobiece sari czyni hinduskę elegancką nawet jeśli pracuje na zakurzonej budowie przy pracach ziemnych.
Pozwalamy się wykazać naszemu nowemu przyjacielowi, który jak się inaczej nie mogło okazać jest posiadaczem zdezelowanego tuk-tuka i zawiezie nas do zaprzyjaźnionego hotelu. Za 3 złote jesteśmy w turystycznej dzielnicy i odwiedzamy hotel za hotelem, gdzie nie ma miejsc. Zastanawiamy się, czy miejsc nie ma faktycznie, czy nasz kolega chce zbudować napięcie. Po jakimś czasie znajdujemy jednak nocleg za 30 zł, który nam odpowiada. Po odświeżeniu się, codziennej dezynfekcji układu pokarmowego i śniadaniu w hotelowej restauracji idziemy zwiedzać jeden z cudów świata – Tadż Mahal. Po południu wskakujemy do tuk-tuka i zwiedzamy Agrę wzdłuż i wszerz. Wiadomo, wszystko tu ciekawe i niesamowite, ale za najciekawszy punkt uznajemy pralnię nad rzeką Yamuną z funkcją gotowania. Na piaszczystym brzegu stoi kilka ogromnych zakopconych kadzi, pod którymi buzuje ogień a w środku gotuje się pranie. Dalej, w rzece, kolejne programy prania zasadniczego i płukania. Prane rzeczy dowozi i odwozi się na osiołkach często objuczonych ładunkami większymi od nich samych.
Na drugie miejsce zasłużył taśmociąg transportujący ziemię z wykopu przy drodze. Taśmociąg składał się z trzech szczupłych i wysokich kobiet ubranych w sari tak kolorowe, że nawet pokrywający je brud nie ujmował nic z ich elegancji. Praca polegała na tym, że jedna z kobiet podstawiała miednicę mężczyźnie, który wsypywał do niej łopatą ziemię z wykopu, podczas gdy druga niosła ładunek na głowie w miejsce gdzie trzecia już ziemię wysypywała. Może nie byłoby w tej scenie nic szczególnego, gdyby nie fakt, że miejsce wysypywania ziemi było w odległości łatwego przerzucenia jej łopatą przez faceta, który kopał. Przyglądaliśmy się również odpoczywającym ludziom. Nie można oprzeć się wrażeniu, że hindus odpoczywa tam, gdzie poczuje zmęczenie. Wszędzie widać śpiących snem sprawiedliwego: na chodnikach, na schodach, czasami nawet na ulicach. Śpiący ma pierwszeństwo i trzeba go obejść lub objechać. Ulubionym miejscem relaksu są sterty ziemi lub gruzu. Większość nic pod siebie nie podkłada.
Nasz podziw budziło także wykorzystanie środków transportu. Tam chyba nie ma pustych przebiegów! Wszystkie ciężarówki wyładowane ponad brzegi. Wiele towarów przewozi się specjalnymi rikszami rowerowymi. Są one tak obładowane, że często potrzebna jest dodatkowa osoba do popychania. Są też riksze-gimbusy i rowery do przewożenia butli z gazem. Trudno spotkać pojazd, w którym siedzi tylko kierowca. Rodzina z trojgiem dzieci na skuterze to wcale nie rzadkość.
Rikszarze, którzy wożą białych turystów zawsze starają się odwiedzić jakiś interes wujka, szwagra czy znajomego aby turysta mógł zupełnie gratis obejrzeć jak się coś wytwarza – czytaj: złapać jelenia aby coś kupił. Byliśmy zdecydowanie przeciw takim praktykom, ale nasz przewoźnik z rozbrajającą szczerością wyznał, że dostaje po 10 rupii za każdego przywiezionego gościa niezależnie czy coś kupi czy nie. Zgodziliśmy się więc „zwiedzić” zakład kamieniarski, gdzie z kamienia wyrabia się prawdziwe cuda począwszy od biżuterii po stoły na kilkadziesiąt osób. Zwiedzanie trwało 5 minut, podczas których zobaczyliśmy jak zniszczone do granic możliwości ręce robotników szlifują kolorowe kamyki i wyklejają z nich przepiękne mozaiki. Dalsza, dłuższa część wizyty przebiegała w magazynie wyrobów gotowych, gdzie starano nam się sprzedać wszystko, co mieli. Zdecydowaliśmy się na marmurowa kopię Tadż Mahal. Cena spadła z 1500 do 500 rupii, co według właściciela było takim dumpingiem z jego strony, że transakcji dokonywaliśmy w głębokiej konspiracji przed innymi klientami i pracownikami.
Wieczorem zamówiliśmy w hotelu podwiezienie nas rano na dworzec. Ponieważ tym razem to my musieliśmy szukać przewoźnika a nie przewoźnik nas, stawka wyniosła trzykrotność tej, za którą przyjechaliśmy. Przy targowaniu kierowca uznał wczesną godzinę i poranny chłód za okoliczności tak nadzwyczajne, jakby nas miał wnieść na Mount Everest.
Na stacji czekamy na ten sam pociąg, którym przyjechaliśmy wczoraj. Ponieważ dziś też ma półtorej godziny spóźnienia, nie pozostaje nic innego jak przyglądać się rzeczywistości dworcowej. Dworce w Indiach są duże, bo pociągi zwykle liczą po 25 wagonów. Dlatego wielu podróżnych rezygnuje z przejść nad torami na rzecz przemieszczania się po torach. Chociaż w pociągach są tabliczki zabraniające korzystania z toalet na stacji, nikt tego nie przestrzega i przechodzenie wymaga sprawności ekwilibrysty, aby nie wpaść w jeziorko albo nie nastąpić na minę. Poranną porą dbający o higienę naród pozbywa się wszelkich nieczystości ze swojego ciała więc wokół rozlega się smarkanie, charchanie i nie tylko. Plucie jest tak pospolite, że nie da się znaleźć miejsca niezaplutego. Kupujemy na drogę trójkątne pierożki samosa z ostrym nadzieniem ziemniaczanym zawinięte pieczołowicie w zatłuszczoną gazetę, która jest tu najpopularniejszym materiałem pakowym, jakieś ciastka, wodę i wsiadamy do pociągu. Ktoś pyta jakie mamy miejsca i gdy wymieniamy numery, natychmiast powstaje z nich dwóch zaspanych delikwentów, zbierają manatki i przechodzą dalej. Tym razem mamy dolny poziom. 5 godzin jazdy, to za mało na nocleg więc podróżujemy w dzień. Mamy zamiar oglądać świat przez okno. Robi się coraz cieplej, więc już na pierwszym przystanku odsuwamy szybę aby wpadło trochę świeżego powietrza. Natychmiast z peronu wsuwają się dwie dłonie bez palców z prośbą o datek. Pozbywamy się więc bilonu i ledwo zdążamy zamknąć okno przed gromadą dzieciaków. Nie dają za wygraną i usiłują je otworzyć z zewnątrz. Zamek jest uszkodzony, więc trwa próba sił. Dzieci tłumaczą nam na migi na co potrzebne są im pieniądze, ale nic nie rozumiemy, bo gesty wskazują jakby zbierały na grzebienie.
Podczas podróży kilkakrotnie następują dziwne wymiany większości pasażerów. Odbywa się to po każdym przejściu konduktora. Okazuje się, że ludzie mają bilety na najniższą klasę bez rezerwacji miejsc i do sleeper class muszą dopłacić, albo się wynosić. Tak na oko dopłaca jeden na dziesięciu. Reszta opuszcza wagon robiąc miejsce następnym podobnym sobie. Co ciekawe, nie ma żadnej pyskówki ani żadnego przekomarzania się. Każdy złapany przez konduktora, ze skruszoną miną opuszcza nienależne mu miejsce, jak podejrzewam z nadzieją znalezienia innego podobnego.
Krajobraz za oknem można streścić w kilku zdaniach. Perfekcyjnie uprawiane pola – głównie ręcznie – poza traktorami nie widzieliśmy żadnych maszyn typu kosiarka czy kombajn i strasznie brudne miejscowości: hałdy śmieci i budynki jakby jeszcze nie dokończone a już sypiące się. Można zamknąć oczy i bez trudu zgadywać czy jedziemy przez teren zamieszkały czy nie. Po zapachu. Silny fetor gnojówki sygnalizuje również przejazd przez most nad rzeką.
Jaipur
Droga z Agry do Jaipuru licząca 241 km zajmuje ok. 5 godzin. Ku naszemu zdumieniu pociąg odrobił na niej godzinę swego spóźnienia. W Jaipurze mamy namierzony konkretny hotel niedaleko dworca i zamierzamy tam dotrzeć samodzielnie piechotą. Mapa w głowie. Rikszarze są tu szczególnie natarczywi ale ignorujemy ich wszystkich śpiesznym krokiem opuszczając dworzec. Dopiero jakieś 200 metrów dalej udaje nam się zgubić całe hordy chcących na nas zarobić. Zadowoleni maszerujemy na azymut hotelu. Nasz animusz gwałtownie przepada, gdy chodnik staje się tak upstrzony odchodami, że nie ma możliwości iść dalej. Na dodatek, tuż przed nami jakiś nawiedzony nagłą potrzebą tubylec wysupłuje z łachmanów swój chudy tyłek i bez żenady uzupełnia kompozycję na płytach chodnika. Chodzenie ulicą nie wchodzi w rachubę, chociaż inni to robią. Już poznaliśmy kunszt kierowców indyjskich, ale jakoś nie sięgnął on minimum naszego zaufania. Z bólem serca dajemy sobie pomóc rikszarzowi, który za 10 rupii proponuje zawiezienie do hotelu, który na pewno nam się spodoba. Hotel jest rzeczywiście niczego sobie i postanawiamy w nim pozostać, tym razem na 2 doby. Jak w każdym hotelu oprócz naszych danych musimy podać z jakiego miasta przyjechaliśmy i gdzie udajemy się potem. Po odświeżeniu się dajemy się złapać rikszarzowi i zamawiamy półdniowe wożenie po mieście za 30 zł. Pierwszym punktem jest obiad w restauracji specjalizującej się w dhali. Za 8 zł można zjeść wieloskładnikowe dhali bez limitu dokładek. Smakuje wyśmienicie mimo tego, że kelnerzy wyglądają jak pierwsi lepsi przechodnie z ulicy; żadnych specjalnych strojów ani nawet fartuchów. Krążą pomiędzy stolikami nieustannie zachęcając do dokładek. Pytamy, jak się je coś co przypomina suche brunatne kulki. Uprzejmy kelner bez zastanowienia wkrusza mi swoją ciemną łapą (mam nadzieję, że to karnacja a nie brud) kulkę w sos. Nawet niezłe. Ledwie skończyłem, już pojawia się z następną kulką. Gdy dziękuję, spokojnie stwierdza: „Zje pan” i z uśmiechem powtarza czynność kruszenia.
Z racji wielu budynków z różowymi fasadami, Jaipur jest zwany Różowym Miastem. Po przejechaniu kilku kilometrów przez centrum i peryferie, mamy własne określenie tej metropolii: Miasto Świń. Tyle chrumkającej nierogacizny nie widzieliśmy w żadnym innym mieście. Świnie chodziły w stadach i pojedynczo, ryły w śmieciach, babrały się w błocie i odkrytych kanałach ściekowych. Było ich chyba więcej niż krów, kóz i psów razem wziętych. Wysiadamy na końcu miasta i idziemy pieszo górską ścieżką do świątyni małp w Galcie. Udaje nam się nie skorzystać z oferty młodych przewodników, ale kupujemy dwie paczki orzeszków ziemnych dla małp, których po drodze mamy spotkać mnóstwo i będą agresywnie domagać się jedzenia. Rzeczywiście małp jest dużo, ale wykazują się wysoką kulturą osobistą. Nie są natarczywe, a wręcz ospałe. Wyjątkiem był jeden wyrośnięty małpiszon, który chciał wyrwać z zaskoczenia całą torbę orzechów, ale mu się nie udało. Jedno młode prosi mnie o jedzenie delikatnym głaskaniem po nodze. To makaki. Mają nadzwyczaj delikatne i miłe w dotyku dłonie. Nie przepadają za naszymi orzechami, więc ich próbujemy. Są tak wspaniałe, że jedną torbę zżeramy sami. Na chwilę zbaczamy z drogi aby zajrzeć do maleńkiej Świątyni Słońca. Wita nas przemiła pani nazwana przez nas siostrą zakrystianką. Oprowadza nas po przybytku i przed głównym ołtarzem maluje nam na czołach tilaki oraz zawiązuje na przegubach dłoni kolorowe sznureczki na szczęście. Następnie zostawia nas z informacją, że chociaż ofiary nie są obowiązkowe, możemy zostawić datek na tacy. Leżą już na niej banknoty po 50, 100 i 500 rupii. Jak znamy indyjskie zwyczaje, to te pięćsetki pewnie położone przez siostrzyczkę, aby wzmóc naszą hojność. Wiemy że 50 rupii to już niczego sobie datek, ale my wyzbyliśmy się wszystkich mniejszych nominałów. Zostawiamy więc ostatnią dychę i sami kontynuujemy zwiedzanie. W międzyczasie zakrystianka sprawdziła zmiany, jakie zaszły na tacy i jej pogodna twarz przybrała wyraz monsunu z gradobiciem. Jej „Do widzenia” zabrzmiało w sposób, który najodpowiedniej można przetłumaczyć na „Spieprzaj dziadu”.
W Świątyni Małp wciśniętej w wąską, górską dolinę rozmieniliśmy kasę kupując zezwolenie na fotografowanie za 50 rupii. Bez obaw pozwoliliśmy się oprowadzić „zakrystianowi” po licznych ołtarzach. Przy jednym pracował brodaty kapłan, który nas pobłogosławił, przeprowadził renowację naszych tilak i zawiązał kolejne sznureczki. 50 rupii na tacę odsłoniło wszystkie jego białe zęby i nawet zachęciło do pozowania. Inne ołtarze nie pracowały świecąc pustymi tacami i posłaniami kapłanów. Jeden z ołtarzy wyposażony był nawet w telefon. Zakrystian pokazał nam kilka krów i wytłumaczył, że za ich mleko odnawiają świątynię. Nie bardzo mu wierzyliśmy, ale miły był chłop, więc dostał swoje 50 i w pokłonach życzył nam wszystkiego najlepszego. Jakiś dowcipny makak wskoczył mi na głowę, ale zawiedziony, że nie wrzeszczę z przerażenia udał się dalej. Inny wlazł na słup elektryczny i tak go rozkołysał, że chyba tylko linki ochroniły go przed przewróceniem. Małpy małpami ale w tej świątyni najbardziej fascynowały nas krowy pokonujące schody w górę i w dół bez żadnego problemu. Nasze Mućki musiałyby długo ćwiczyć aby dojść do takiej sprawności.
Wieczorem zrobiliśmy wielkie pranie naszych nielicznych ciuchów, które potem suszyły się na sznurku rozciągniętym w poprzek pokoju.
Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu głównych atrakcji turystycznych Jaipuru i okolic. Całodniowe wożenie tuk-tukiem kosztowało 700 rupii. Nie obyło się bez wizyt u znajomych biznesmenów rikszarza. Ciekawą osobą okazał się czterdziestotrzyletni Aladyn, z pochodzenia Nepalczyk, produkujący sari. Na pytanie, czy jako Aladyn ma lampę, bez namysłu odpowiedział, że owszem, posiada ją w domu, to jego żona. Ile razy ją potrze, rodzi się nowe dziecko. Ma już ich dziewięcioro. Poznał, że jesteśmy z Polski i wyjaśnił jak się rozpoznaje Polaków. Zdradza nas słowo „tak”. Obiecał mi, że za chwilę zobaczę swoją żonę w sari. Najpierw jednak pokaże produkcję. Przy okazji opowiedział o swoim zakładzie, który zatrudnia biedne wdowy pomagając w utrzymaniu ich biednych dzieci. Z jego wywodów można było wywnioskować, że rezygnacja z zakupu to straszna krzywda dla tych wszystkich, którym pomaga. Okazaliśmy się ludźmi bez serca i nic nie kupiliśmy. Tym samym temat prezentacji mojej ślubnej w sari umarł śmiercią naturalną. Nie udało nam się też wymigać od prezentacji u jubilera. Na słowa, że byliśmy już w takiej firmie w Agrze, rikszarz nas wyśmiał i poradził aby nie porównywać badziewia z Agry z arcydziełami sztuki rzemieślniczej Jaipuru. Pokazano nam mnóstwo kamieni służących nie tylko ozdobie ale i leczących wszelkie choroby. Przez chwilę mogliśmy się poczuć jak na giełdzie minerałów w Kielcach. Tu też nic nie kupiliśmy, bo słabo się znamy na kamieniach, a wiemy, że Jaipur jest numerem jeden w sprzedaży wszelkich imitacji i bezwartościowych kamyków po cenach prawdziwej biżuterii. Zakupów dokonaliśmy jadąc na słoniu do fortu Amber. Wyszło bardzo tanio, gdyż za nic nie chcieliśmy kupować pamiątek przed zwiedzaniem fortu. Najpierw równo ze słoniem podążał sprzedawca tradycyjnych czapek maharadży wrzucając nam na słonia czapkę, którą my odrzucaliśmy z powrotem. W połowie drogi, gdy cena spadła z 1 200 do 200 rupii, kupiliśmy ją. Natychmiast nastąpiła zmiana partnera handlowego i druga część drogi upłynęła na rzucaniu do siebie figurkami z drzewa sandałowego. Figurki pachniały tak mocno, że od razu było widać, iż sandałowiec imitowała, z przesadą, tylko politura, ale były ładnie rzeźbione i gdy cena spadła dziesięciokrotnie, kupiliśmy kilka. Indyjscy handlarze są dobrymi psychologami; gdybyśmy zgodnie z naszymi planami kupowali pamiątki później, na pewno wyczuliby chęć kupna i nie opuściliby cen tak znacznie. W każdym razie żądza niskiej ceny spowodowała, że musieliśmy się bujać z balastem pamiątek po forcie i okolicznych górach.
W Jaipurze doszliśmy do wniosku, że po kilku dniach w Indiach już zaprzyjaźniliśmy się z tamtejszą florą bakteryjną i można zacząć jeść owoce. Oczywiście te w skórkach oraz wyparzone. Osławione małe, żółciutkie banany zawiodły na całej linii – smakowały jak z podłego supermarketu. Rekompensatą były winogrona.
Kolejnego ranka riksza rowerowa wiezie nas na dworzec. Nie chciało nam się targować i przystaliśmy na żądane 30 rupii, choć z dworca płaciliśmy 10. To był błąd. Rikszarz wcale nie był zadowolony. Chyba pluł sobie w brodę, że nie zażądał więcej. W Indiach bez targowania nawet najlepszy interes nie smakuje.


Zapraszam do przeczytania trzeciej, ostatniej części i obiecuję że będzie ona znacznie krótsza.

Zdjęcia

INDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Indyjski patent: Wieszak nad drzwiamiINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Waranasi, uliczna gastronomiaINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Waranasi, wieczorny rejs po GangesieINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Odpoczynek świętychINDIE / Uttar Pradesh / Delhi / Waranasi, handel na ghatachINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Zasady hoteloweINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / NamaszczonyINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Mmmm, pysznościINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / Ghata kremacyjna z przesiewaniem popiołówINDIE / Uttar Pradesh / Waranasi / ŁazienkaINDIE / Uttar Pradesh / Agra / Pracowite osiołkiINDIE / Uttar Pradesh / Agra / Pralnia nad Yamuną z funkcją gotowaniaINDIE / Uttar Pradesh / Agra / Profesjonalny przewóz dłużycyINDIE / Uttar Pradesh / Agra / Scenka rodzajowaINDIE / Uttar Pradesh / Agra / Można się ostrzeliwaćINDIE / Radżastan / Jaipur / Galta. Kapłan na stanowiskuINDIE / Radżastan / Jaipur / Galta. Kapłański wakatINDIE / Radżastan / Jaipur / Pruderyjna koza w stanikuINDIE / Radżastan / Jaipur / Strażnicy JaipuruINDIE / Radżastan / Jaipur / Typowy zamek biurowo-hotelowyINDIE / Radżastan / Jaipur / BoziaINDIE / Radżastan / Jaipur / CiężkoINDIE / Radżastan / Jaipur / Falszywe okno i realny parapetINDIE / Radżastan / Jaipur / Oko maharadży malpiszona tuczyINDIE / Radżastan / Jaipur / Różowy pokój w Różowym Mieście

Dodane komentarze

nitkaska dołączył
21.05.2011

nitkaska 2012-12-26 19:50:15

Witaj! Lecę do Indii w styczniu (właściwie lecimy - razem z AKRAS). Niestety, jest to wyprawa z biurem, nie odważyłysmy się lecieć sama. Ja teraz trochę tego żałuje, ale wierzę że będzie ok. mamy podobną trasę, my będziemy także w Nepalu. Twoja opowieść jest świetna, czyta się ją jednym tchem. Zabieram się za ostatnią część:)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl