Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 4 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Carozzu-Asco Stagnu / Na szlaku dzien 4_1Etap z Carozzu do Asco Stagnu

Etap III Carozzu – Ascu Stagnu
Budzę się o około 4.00, nie dlatego żebym miał zamiar zaraz wychodzić na szlak, ale muszę do toalety. Przez materiał namiotu widzę poruszające się małe punkty świetlne. Niechybnie czołówki (małe latarki zakładane na głowę), ale kto o tej porze już buszuje po campingu? Gramolę się z namiotu i co widzę? Maratończyków siedzących przy stole i zajadających śniadanie, zachowują się cichutko jak myszki, a i tak są przerażeni, że mnie obudzili. Uspokajam ich, że wcale nam nie przeszkadzają, to tylko natura wzywa. Swoją drogą „ranne z nich ptaszki”, co też im komunikuję. Nie wiem czy we francuskim też jest takie określenie, ale chyba rozumieją, gdy ich nazywam „Les oiseaux du matin”. Rozglądam się po campingu i widzę, że te świetlne punkciki poruszają się nie tylko obok naszego namiotu. Myślę sobie, pogłupieli ci ludzie już całkiem, wracam z toalety i próbuję dostać się do namiotu, ale Marek oczywiście już zdążył „rozwalić się” na całości. Nie ustępuję jednak i jakoś się upycham, budząc go jednak przy tym.
-Co się dzieje?- pyta zaspany.
-A co ma się dziać? Wszyscy wstają tylko Ty śpisz rozwalony jak król jakiś.
-To co wstajemy?
-Wstajemy, ale niech maratończycy skończą jeść. Bo stół będzie potrzebny do złożenia śpiworów.
Po takim dialogu, jeszcze chwilę leżymy i rozmyślamy, co to nas dzisiaj czeka? Ascu Stagnu to dawna stacja narciarska. Dochodzi tam droga, oprócz schroniska jest też hotel, telefony mają zasięg, prąd, ciepła woda. Jednym słowem „full wypas”, ale te marzenia zakłóca nieco świadomość, że najpierw trzeba tam dojść. Wstajemy i już mechanicznie pakujemy dobytek, uzupełniamy butelki z wodą, śniadanie i ruszamy. Przy tych pierwszych porannych czynnościach zauważyłem, że nogi, a właściwie uda, bolą mnie niemiłosiernie. Pytam delikatnie Marka, jak tam samopoczucie i on też wspomina o udach. To wczorajsze zejście uruchomiło mięśnie, które jeszcze nie pracowały i to one chyba tak bolą. Rozglądam się za Stephanem, ale już go nie widzę. Maratończycy też zdążyli wyjść. Kanadyjczyk i Polacy śpią w najlepsze. Pod bateriami słonecznymi, w samych śpiworach, ulokowała się jakaś para. Marek mówi, że to Włosi, bo wczoraj ich już widział i słyszał. Idziemy do wiszącego mostu nad doliną Spasimata, który fotografowaliśmy wczoraj. Dzisiaj w butach idzie się nam znacznie lepiej niż w sandałach. Uważać, jednak trzeba i trzymamy się łańcuchów schodząc po stromych skałach. Za mostem zaczyna się wspinaczka. Jakbym zobaczył te skały, na które mamy się wyspinać, po pierwszym etapie, to bez słowa bym się odwrócił na pięcie i wrócił nad morze wylegiwać się na plaży. Dobrze chociaż, że jest sucho. Po tych mokrych skałach to i kozica by nie wylazła, a co dopiero ja. Marek już się dorwał do podejścia. Dobrze, że przychodzi mu chociaż do głowy co jakiś czas robić zdjęcia, to jest czas na odpoczynek, inaczej by mnie zamęczył.
Na najbardziej stromych odcinkach są łańcuchy, których trzeba się mocno trzymać, żeby ciężki plecak nie ściągnął delikwenta w dół. Nie pamiętam jak długo się wspinamy, ale jakoś szybciej niż myślałem dochodzimy do płaskiego odcinka, który idzie trawersem poprzez zbocze. Płasko, powoli staje się dla mnie synonimem „przyjemnie”.
Za jakiś czas znowu się wspinamy i to ostro. Odczuwam zmęczenie, ale to nie jest takie zmęczenie jak na I etapie, które miało taki destrukcyjny wpływ na moją psychikę. Wdrapujemy się na Lavu di a Muvrella 1860 m, gdzie jest jeziorko. Jest ono zamarznięte całą zimę i w którym nie ma organizmów żywych, a woda nie nadaje się do picia. Wszystko to wyczytałem w przewodniku. Skoro tak cytuję ten przewodnik to może podam tytuł i autora. „Korsyka GR20 i inne trasy piesze na wybrzeżu i w głębi wyspy”. David Abram. Gdzieś niżej w okolicy jeziora słychać muflony, jednak nie możemy ich wypatrzyć. Niedaleko widać skałę, która kształtem przypomina Indianina z pióropuszem. Przechodzimy pod nim i wrażenie podobieństwa jest tak silne, że patrzę czy nie celuje on do mnie z łuku. Na szczęście Indianin nie zajmuje się tak marną postacią jak ja, tylko patrzy gdzieś w dal. Indianin nas przepuścił, ale każe ostro się wspinać na Bocca di a Muvrella. Na szczęście niezbyt długo. To jeszcze nie koniec jednak wspinaczki, bo na GR 20 jest jak w piosence „Czerwonych Gitar”
Nieutulony w piersi żal,
bo za jedną siną dalą - druga dal.
Nie spoczniemy, nim dojdziemy….
Tak więc, za przełęczą zaczyna się podejście na drugą przełęcz, Bocca Stagnu z której też są wspaniałe widoki. Dzisiaj czuję się dużo gorzej niż wczoraj, ale nie tragicznie. Męczą mnie podejścia, jednak w granicach rozsądku. Potrafię się cieszyć widokami i odeszły mnie już myśli o łamaniu sobie nogi. Czy powrócą? Na razie tego nie zdradzę. Przed nami teraz zejście do schroniska. Na poziom 1422 m z 2003 m. Już chyba pisałem, co myślę o tym ciągłym wchodzeniu i schodzeniu. Powtórzyłbym to samo dosadniej, ale nie chcę się „wyrażać”. Schodzimy i czujemy, że potwierdza się teoria o bolących mięśniach obciążonych podczas schodzenia. Kolana też zaczynają dokuczać. Jednak perspektywa ciepłej wody, telefonii komórkowej i innych tym podobnych rozpasanych wygód dodaje nam sił. Reszta, to furda! Na zejściu jeden z czterech „muszkieterów od cienia w Ortu di u Piobu” wyprzedza nas prawie biegnąc. Pozostała trójka wysłała go, prawdopodobnie w celu zajęcia, jakiegoś dobrego miejsca pod namiot. Zupełnie niepotrzebnie, bo okazuję się, że miejsc i to wcale niezłych, jest pod dostatkiem. My się jednak nie spieszymy, jest dopiero 10-ta godzina. Zejście jest rzeczywiście nużące i jak to mówią Francuzi „interminable”. W końcu my też dochodzimy, do schroniska. Stephane już tu jest i wita nas serdecznie. Jest w świetnej formie. Zastanawiam się, co on wywalił, z tego swojego plecaka. Natychmiast w myślach robię remanent mojego. Nic mi jednak nie przychodzi do głowy czego mógłbym się jeszcze pozbyć. Muszę dopytać Stephana. Teraz jednak postępujemy według wyuczonego schematu. Plecaki i kijki jako rezerwacja miejsca pod namiot (automatycznie rejestruję w głowie „mrówek nie widać”), i biegiem pod natrysk. Okazało się, że pierwsi dopadliśmy prysznica, pomimo że sporo ludzi już się kręci po campingu. Ja byłem na tyle zapobiegliwy, że od razu wziąłem ładowarkę i telefon. Nie pomyślałem żeby telefon całkowicie wyłączyć, jak i tak przecież nie było zasięgu, więc ubyło mu parę kresek oznaczających naładowanie. Od razu wpinam się w gniazdko w łazience i niespokojnie czekam aż się Marek wykąpie, co minutę upewniając się czy woda jest aby na pewno ciepła i czy przypadkiem się nie kończy. Mówi, że jest ciepła i że się nie kończy. Do tego drugiego stwierdzenia podchodzę jednak z nieufnością, bo on wie, że jakby powiedział, że się kończy to bym go wydarł spod natrysku tak jak stoi, nie patrząc na to, że za mną już się ustawiają następni chętni płci różnej. Nie kłamał, woda ciepła i to chyba do woli, bo nie słyszałem krzyków i przekleństw następnych wchodzących po mnie. Teraz czas na zakupy. Robimy opłatę za camping i rozglądamy się po sklepiku prowadzonym przez gardiena. Opłata za camping tak jak wszędzie, 6 euro od osoby. W sklepiku, najpierw pytamy o chleb. Jest, to prosimy o jeden. Jednak nie, zmieniamy na dwa. Po ile ten chleb pytamy? Po 2,5 euro. To poprosimy trzy, tak trzy. Ja do tego biorę jeszcze korsykańską suchą kiełbasę i korsykański ser. Kiełbasa 20 dkg 7 euro, ser 8 euro. Marek ma jeszcze suche hermetycznie pakowane wędliny z Polski, więc rezygnuje z zakupów, zresztą widzę po jego minie, że ani wygląd, ani zapach tych korsykańskich specjałów nie przypadł mu do gustu. Co się zresztą potwierdziło później. „Muszkieterowie” już w komplecie, siedzą na tarasie i mają ubaw widząc nas obładowanych chlebem. Pytają czy to na kolację. Odpowiadam, że na kolację to jeszcze przyjdziemy dokupić. To jest na teraz. Rozbijamy namiot, rozwieszamy sznurek pomiędzy drzewami i idziemy robić generalne pranie. Biorę do prania wszystko co mi wpadnie w ręce, noszone, nienoszone, czyste, brudne, co tylko mam w plecaku. Przecież jest ciepła woda. Czeka mnie jednak niespodzianka, kurki od ciepłej wody są ściągnięte przy umywalkach. Jest tylko kurek pod prysznicem. Trudno, skoro przyniosłem to piorę. Zostawiłem, tylko co mam na sobie, ale to czyste przebrane po kąpaniu.
Czas na posiłek. Jadalnia wspaniała, duże masywne stoły, w budynku o grubych murach co zapewnia ochronę przed ukropem panującym na zewnątrz. Do dyspozycji dwie kuchenki dwupalnikowe, więc nie ma tłoku. Zjadam grzybową ze świeżym chlebem i próbuję korsykańskiej kiełbasy. Twarda, trudno ją ukroić, ale mi smakuje. Kroję kawałek dla Marka na spróbowanie, coś tam mruknął, domyślam się, że nie przypadła mu do gustu. Po posiłku, Marek idzie do sklepiku i kupuje czarną czekoladę. Staje się to w następnych schroniskach, jego zwyczajem. Nawet Francuzi to zauważyli nazywając go Marek czekolada, potem zmienili mu „ksywkę”, ale to dopiero za kilka etapów. Częstuję się od Marka kawałkiem czekolady, ale ja wolę mleczną. Jak my w ogóle wytrzymujemy ze sobą, mając tak odmienne gusta kulinarne. Idziemy teraz pozwiedzać kompleks Ascu Stagnu. Przy zwiedzaniu spotykamy „Maratończyków”. Ucieszyli się na nasz widok i ciągną nas, żeby coś nam pokazać. Okazało się przywiesili polską flagę do swojego namiotu, żeby nam zrobić przyjemność. Są bardzo zawiedzeni, gdy dochodzimy do namiotu, ponieważ flaga się odczepiła i spadła z honorowego miejsca. Pocieszamy ich, że to i tak bardzo miło z ich strony i umawiamy się na wieczorną rozmowę w jadalni. Po obchodzie, siadamy na tarasie, gdzie szybko znajduje nas Stephan. Przyszedł z jeszcze jednym Francuzem, który ma na imię Jean-Michel. W wieku podobnym do Jean-Marie, więc się domyślam, że musiała być wtedy we Francji moda na imiona złożone. Jean-Michel też wyszedł z Calenzany w ten dzień co my, ale jakoś go nie kojarzę. To, że z pierwszego etapu go nie pamiętam, gdy moja percepcja była ograniczona w stopniu znacznym, jest zrozumiałe, ale że mi umknął w Carozzu, jest niewybaczalne. W każdym razie Jean-Michel jest sprzedawcą ubrań w departamencie Dordogne region Akwitania. Tyle mi się udało z niego wyciągnąć, jest sympatyczny, ale małomówny. Jean-Michel i Stephan, od tego etapu, będą już wędrować razem krok w krok, za wyjątkiem 2 etapów kiedy to … ale nie uprzedzajmy faktów. Stephana atakuję od razu pytaniem, ile waży teraz jego plecak i co z niego usunął, że jest w takiej świetnej formie. Mówi, że tylko książki i jakieś drobiazgi których bliżej nie sprecyzował. To co on miał, wszystkie 32 tomy encyklopedii Britannica, zastanawiam się? Chyba jednak nie, bo twierdzi że plecak ma lżejszy o jakieś 2-3 kg. Kuchenki nie wyrzucił i całe szczęście, bo jeszcze będziemy z niej korzystać. Stephan komunikuje nam, że jutro razem z Jean-Michelem, dublują etapy. 1 lipca ma prom do Marsylii i z wyliczenia wynika, że musi 3 razy zdublować etapy, żeby zdążyć. My nie mamy takiej potrzeby, żegnamy się więc i wymieniamy adresami email. Jesteśmy przekonani, że to ostatni nasz wspólny wieczór. Jean-Michela dopiero poznaliśmy, więc nie podchodzimy do tego tak emocjonalnie jak w stosunku do Stephana. W tym momencie jeszcze nic nie wskazuje jak dramatycznych zdarzeń będziemy świadkami w dniu jutrzejszym z ich udziałem.
Dosiada się do nas grupa Francuzów idąca w odwrotnym niż my kierunku. Przez chwilę mam wrażenie, że patrzą na nas z wyższością. Wiem, że jutro przechodzimy Le Cirque de la Solitude najtrudniejszy technicznie odcinek na trasie, niebezpieczny i męczący i to chyba jest powodem ich zadowolenia z siebie. Oni już go mają za sobą, a my przed. Są jednak sympatyczni i rozumiem ich dumę. Pytają jak dowiedzieliśmy się o GR20. Odpowiadam, że szukałem w internecie jakiegoś szlaku w Alpach i przypadkowo trafiłem właśnie na GR20. Oni na to, że jeśli chodzi o Alpy to polecają szlak o nazwie „Tour du Mont Blanc”. Jak sama nazwa wskazuje, „Dookoła Mont Blanc”, szlak ten okrąża Mont Blanc nie wspinając się wyżej niż 2800m (Mont Blanc ma 4810m). Zapewniają, że jest dużo łatwiejszy niż GR20 i koniecznie na przyszły rok musimy go zaplanować. Piją dosyć mocne, korsykańskie piwo z kasztanów o nazwie Pietra i stąd chyba ich zapał, bo ja na razie myślę o skończeniu tego co dopiero zaczęliśmy, a nie o następnej wyprawie. Potakuję jednak niezobowiązująco głową, co może wyrażać: Ok. Pomyślimy, ale jeszcze nie teraz.
Uświadomiłem sobie, że muszę wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. Ktoś kto czyta tą relację, może odnieść mylne wrażenie, że ja świetnie znam język francuski. Otóż posługuję się nim w stopniu komunikatywnym, ale do biegłości mi daleko. Nie unikam rozmowy, dogadam się, ale czasami przychodzi mi to trudniej niż można wywnioskować z tej relacji. Skoro mamy to wyjaśnione, to możemy iść na kolację, bo już chyba pora.
Na kolację zjem po raz drugi tego dnia zupę chińską, a co, jak szaleć to na całego. Teraz rosół. Wczoraj się zastanawiałem jaką zupę zjeść, grzybową czy rosół no i znalazł się znakomity kompromis. „Maratończyków” jeszcze nie ma. Cieszę się z tego, ponieważ nie lubię jak mi ktoś do talerza zagląda. W ogóle jedzenie traktuję jako czynność dość intymną. Może to z tego powodu, że jem szybko, nerwowo i zawsze się „uciapię” jak małe dziecko. Nie ma się więc co dziwić, że wolę to robić bez świadków.
Przyszli Włosi i będą przyrządzać sobie spaghetti. Poznałem to po tym, że wyciągnęli makaron, który jest niewiele krótszy od moich kijków do Nordic Walking. To jeszcze nic, ja patrzę a oni wyciągają świeże pomidory na sos. Zachodzę w głowę skąd oni mają tutaj świeże pomidory? U gardiena na pewno nie kupili. U mnie w plecaku nawet metalowa menażka jest cała pozaginana po 3 dniach marszu, a co dopiero pomidory. Tylko patrzeć jak przywleką tu zaraz jakiegoś żywego świniaka i zaczną go szlachtować, żeby mieć mięso do sosu. Tak mnie to nurtuje, że zastanawiam się czy nie spróbować się ich dopytać o te pomidory. Znam dwa zwroty włoskie „Cicciolina” oraz „Fiat Punto” oba raczej mało przydatne jeśli chodzi o pomidory, ale myślę że dam radę. Widzę jednak, że „Maratończycy” wchodzą do jadalni i rezygnuję z tego pomysłu, bo mogło by to mi zająć parę godzin, a byłoby nieładnie kazać im czekać. To tutaj dowiaduję się od Jean-Marie, że ma 66 lat i od 10 jest na emeryturze. Był pielęgniarzem, a ta grupa zawodowa mogła ( nie wiem jak jest teraz, bo tam podobnie jak w Polsce przepisy emerytalne się zmieniają) odchodzić wcześniej na emeryturę. Jednak tylko ci, którzy bezpośrednio opiekowali się chorymi przy łóżkach i nie dotyczy to lekarzy. Nie robiłem żadnych notatek z tej eskapady i nie mogę sobie przypomnieć czym zajmowała się Patricia, a nie chcę zmyślać. Zadzwonię przy okazji do Marka, może on pamięta. Tak sobie rozmawialiśmy, oni jedli kolację i czas przyjemnie upływał. Ja nie lubię jak ktoś mi patrzy do talerza, ale oni jedli sardynki z puszki, do tego bagietka i ser. Jestem okropny, wiem. Oni nie idą w normalnych butach do turystyki górskiej, tylko w adidasach. Nie zapytałem ich jak im wytrzymują te buty na skałach i czy nie czują na podeszwie każdego kamyczka, bo dopiero za kilka etapów zdarzyło się coś co jak najbardziej uzasadniało takie pytanie. Jak się dobrze wpatrzyć, to na tym zdjęciu z flagą przed namiotem widać te buty. Po tym miłym spotkaniu przyszła pora na odpoczynek. Jeszcze przed zaśnięciem, czytamy o kolejnym etapie i dowiadujemy się, że tworzą się korki na szczególnie stromych odcinkach, zwłaszcza tych gdzie trzeba się asekurować łańcuchami. Zapada decyzja, wychodzimy wcześniej żeby uniknąć korków. Nastawiamy budziki w komórkach na…. Ponieważ każdy odcinek zaczynam od podania godziny wstawania to następny też tak zacznę. Cdn.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Carozzu-Asco Stagnu / Na szlaku dzien 4_1FRANCJA / Korsyka / Carozzu-Asco Stagnu / Na szlaku dzien 4_2FRANCJA / Korsyka / Carozzu-Asco Stagnu / Na szlaku dzien 4_3FRANCJA / Korsyka / Carozzu-Asco Stagnu / Na szlaku dzien 4_4FRANCJA / Korsyka / Carozzu-Asco Stagnu / Na szlaku dzien 4_5

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl