Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Podróż druga – Turcja’75 – częśc druga > TURCJA


MichalT MichalT Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie TURCJA / Góry Pontyjskie / Góry Pontyjskie / Turcja 1975Podróż w Góry Pontyjskie w roku 1975






Różnica zapachów i barw życia pomiędzy Bałkanami a Orientem była zauważalna na wiele godzin przed przybyciem naszego międzynarodowego pociągu „osobowo – towarowo – ogólnospożywczego” do Stambułu.


I gdy przyszła jego pora (cyt. „Żołnierz Królowej Madagaskaru”), wtoczył się ociężale do wnętrza dworca Stambuł Główny w gęstej mgle wypuszczanej z tendra pary, dodatkowo stłamszonej żelazno – szklanym zadaszeniem budynku.


Pierwszym, co nas uderzyło po wyjściu na peron, to absolutnie niespotykany gdzie indziej dotąd i nieznany nam gwar, o którym trudno nawet powiedzieć, że przypominał przekrzykujących się rozmówców.


Gwar ów powstawał z mieszaniny dźwięków klaksonów samochodowych dochodzących z okalających Dworzec ulic, świstu pary, gwizdów lokomotyw, kolejowych zapewne zapowiedzi megafonowych, okrzyków sprzedawców owoców i roznosicieli soków, którzy na plecach targali urządzenia podobne do blaszanych spryskiwaczy ogrodowych.


Z tych „plecaków” po nachyleniu się tragarza wylewał się przepięknej, bordo/granatowej barwy sok wprost do wciąż przezroczystej z czystości szklanki. Z całą pewnością nie był to kubek plastikowy, a fe…


Padł przy tym pierwszy zły mit – Turcy okazali się nad wyraz czyści i schludni a jedynym co można było od nich poczuć był wachlarz zapachów orientalnych ziół i wonnych olejków kwiatowych.


Spróbujcie do tego gwaru dodać płynącą z głośników kakofonię dźwięków piszczałek i innych instrumentów szarpanych i dętych, których nazw ani nie pamiętam ani konstrukcji nie potrafię sobie przypomnieć, rozmaitej maści i wielkości bębnów, bębenków i tamburynów i na to wszystko nałóżcie jeszcze śpiew muezina dochodzący z pobliskiego meczetu – to teraz okaże się jasne, dlaczego przez dłuższą chwilę staliśmy jak cielęta przed obrazem nie potrafiąc wykrztusić z siebie ani słowa – zresztą i po co?


Wreszcie, komuś z nas zachciało się zapalić, komuś pić, ktoś nie miał ognia, inny musiał się przesunąć i miał pierwszy kontakt słowny z tureckim podróżnym, słowem życie w nas się budziło i budziło w nas nieopisaną energię i pragnienie opanowania tego nowego świata, pragnienie znalezienia się w nim jako jego stary jak sam ten świat – pasujący element.


Niemal wszystko było dla nas nowe i zaskakujące ale chłonęliśmy to nowe chętnie a ono chłonęło nas.


Wstrząs, jaki wywołały w nas pierwsze chwile zetknięcia się z zupełnie innym dla nas światem Orientu, pomału ustępował miejsca budzącym się instynktom samozachowawczym, czyli wyłaziła z nas nasza druga natura – zwierzę kreowane w rodzimym PRL pod hasłem „Polak potrafi”.


Zaczęliśmy rozglądać się za jakimś hotelem, schroniskiem czy innym pensjonatem kwalifikującym się do statusu tymczasowej bazy pobytowej – obojętnej dla nas kategorii i nazwy.


I rzeczywiście, wystarczyło kilkakrotne obrócenie głową, aby przyciągnąć do siebie wianuszek bardzo poważnych przedstawicieli rozmaitych a jeszcze poważniejszych, sieci hotelarskich, oferujących niewyobrażalnie piękne pokoje z łazienkami jak baseny i z widokiem na Stambuł (przyznacie, że pomysł całkiem niezły, no, ruszcie wyobraźnią! W głównym hallu lotniska im. Chopina wielki migający banner z nazwą hotelu i obietnicą: tylko nasze pokoje z widokiem na Warszawę – chwyta?).


Nie oparliśmy się jednej z tak przedstawionych ofert, zwłaszcza, że nie wycinała nam dziury w kieszeni, a jak zauważyłem wcześniej – ilość gwiazdek nie była dla nas najważniejszym kryterium.


Hotel był nie dalej niż rzut beretem (moherowym?) od Dworca, posiadał swój własny bar (ważne dla uniknięcia gwałtownych reakcji żołądkowych) i „dobry adres” przy jednej z głównych ulic Stambułu, co gwarantowało, że zatrzymywały się przy nim autobusy miejskie, podmiejskie, dolmusze, taksówki, riksze i wszelkie urządzenia transportowe jakich nasza „drogówka” nigdy by nie dopuściła do ruchu ulicznego.



Wyjaśnię, że dolmusz to taki wynalazek Forda i Mercedesa w postaci mini autobusu, który można bezkarnie porwać (oczywiście za opłatą) i skierować tam, gdzie zechcesz – nie to co trolejbus na szelkach, albo tramwaj na drutach albo inny nasz Jelcz – „ogórek” z MZK.


Młodszym czytelnikom chcę uświadomić, a starszym przypomnieć, że w MZK kierowca jeździł tą samą trasą od wyjazdu z zajezdni do emerytury (to taka nasza, swojska, ludowa forma einsteinowskiej czasoprzestrzeni), przez co znał na pamięć każdą wyrwę w asfalcie i brak kamienia w bruku, wiedział kto kogo zdradza i kiedy, znał też i większość pasażerów, bo przecież ustrojowe przywiązanie robotnika do kasy zapomogowo – pożyczkowej i mieszkania spółdzielczego niemal nie dopuszczało możliwości zmian jego położenia geograficznego.


Czy dowodzi tego fakt, że mój ojciec przepracował 42 lata w jednym zakładzie pracy i nie przeszkodziła mu w tym ani wojna światowa ani dwóch okupantów?


Będąc w Stambule nie sposób było nie obejrzeć tego, co kultura Orientu pozostawiła ludzkości, ale także i obiektów szokujących nowoczesnością, a jednak tak wtopionych umiejętnie w architekturę orientalną, że przez to niemal jej nie przeszkadzających (np. most wiszący Europa – Azja w roku 1975 bodaj najdłuższy na świecie).






A tym, co wprawiło mnie początkowo w niekłamany zachwyt było muzeum Topkapi i jego bezcenne zbiory wszelkiego zbytku i bogactwa sułtańskiego, kilogramów kamieni szlachetnych o kształtach i szlifach niespotykanych gdzie indziej i ton wyrobów srebrnych i złotych oraz ciuchów, ciuchów, które, gdyby otworzyć wypchane nimi szafy i pozwolić w nich grzebać, nie pozwoliłyby wyjść z muzeum żadnej naszej białogłowie – no chyba, żeby bardzo zgłodniała.


Topkapi zaintrygowało mnie tym bardziej, że w tym samym niemal czasie co nasz wyjazd, na ekrany kin w Polsce wszedł znakomity, powstały w roku 1964, film sensacyjny właśnie o tytule „Topkapi” z Meliną Mercouri w roli głównej (dwukrotnie nominowaną do Oscara, odtwórczynią pieśni „Dzieci Pireusu” w filmie „Nigdy w niedzielę”, od 1981 Ministrem Kultury Grecji), który niczym dobry fabularyzowany dokument otwierał podwoje tego muzeum dla swoich widzów, pokazując publicznie to co w nim najpiękniejsze.


Kiedy rok później zwiedzałem na Kremlu „Orużennuju Pałatu” i „Ałamaznyj Fond”, nie mogłem wyjść ze zdumienia, że tamto w Stambule i to w Moskwie to wszystko dla mnie! Żebym mógł patrzeć i podziwiać i kontestować.


A ja tak, kontestowałem ale raczej to, ile trzeba zawojować światów i ile istnień ludzkich unicestwić, żeby takie skarby zgromadzić i doprawdy trudno mi było i jest pojąć jaka cecha osoby humanoidalnej i to niezależnie od wyznawanej publicznie religii, każe grabić, niszczyć i mordować całe narody dla kolekcjonowania tych dzieł sztuki jubilerskiej, hutniczej, kaletniczej, szewskiej, krawieckiej, tkackiej …


I nie potrafiłem ocenić, który z tych władców był większym barbarzyńcą.


Tysiące lat mijają, a orwellowskie najbardziej równe z równych zwierzęta – tym razem jako ludzie w krawatach i drogich garniturach – nadal wznoszą sobie pomniki pamięci i pychy zbudowane na grobach miliardów wyschniętych z głodu i braku wody istnień, mieszkańców republik demokratycznych, czyli statystycznie też ludzi, zmarłych w męczarniach bo pijących pasożyty w wodzie wprost z sadzawki lub nabierających do czajnika wodę bezpośrednio z kanału nawadniającego, do którego ściekają fekalia i nawozy sztuczne.


Ci, wybrani przez wolne narody, i to w nader demokratycznych wyborach, władcy XX i XXI wiecznego świata, działają zarówno w imieniu własnych narodów jak i pod szyldami utworzonych przez nich samych międzynarodowych organizacji, dla których potrzeb budowane są pałace i świątynie mamony, stawiające Cheopsa czy Chefrena z ich piramidami w szeregu ubogich starożytnych przodków.


Trawiąc jak anakondy pyszne, bankietowe żarcie, za które można byłoby kupić leki onkologiczne dla moich rodaków na cały rok, a które podniosło im poziom cukru o 150 jednostek, zmrużonymi ze znużenia oczami spoglądają ukradkiem na zegarki warte niekiedy całych wsi i mniejszych miast i przebierają nerwowo nogami obutymi moją całoroczną rentą inwalidzką, myśląc tylko żeby zamknąć wreszcie kolejną nudną dyskusję o budowie studni w Etiopii czy Somalii i by nie spóźnić się na opłaconego przecież przez organizację, wspólnego drinka w klubowych fotelach ( = koszt leków na mukowiscydozę).


Potem, po pracy, w służbowych apartamentach, podkręcają potencjometry w swoich Marantzach lub Dualach albo w domowych salonach uruchamiają boskie Kharmachy czy German Phusiksy (1,5 mln $) by zagłuszyć wołanie ludów pustyni z Timbuktu (Mali) o ratunek dla odchodzących w spopielony niebyt w domowych paleniskach, XVI wiecznych rękopisów mędrców arabskich.


A za tego łazika co to od paru dni łazi po Marsie (za min. 2,5 mld $) można by wykupić od barbarzyńców nie tylko wszystkie nie spalone jeszcze rękopisy, ale nawet całą Republikę Mali i jeździć sobie do woli po jej całym terytorium większym ok. cztery razy od Polski takimi pustynnymi quadami – prawda, że frajda?


A teraz do podróży…


Po kilku dniach barłożenia w Stambule i oddawaniu się zwiedzaniu, podziwianiu,





zwykłemu, błogiemu lenistwu i obżarstwu orientalnymi daniami, o których w naszym PRL nawet pomarzyć nie mogliśmy bo nie wiedzieliśmy o czym marzyć (wszak w roku 1975 nieznane nam były bary z kebabem w roli głównej a sama nazwa „kebab” mogła być uznana za szpiegowskie hasło raczej niż pyszne danie na wynos), kupiliśmy bilety na autobus do Ankary, tam bowiem mieliśmy do załatwienia dłuższe wizy przeznaczone dla wypraw górskich i wizytę w Ambasadzie PRL celem zarejestrowania naszej grupy udającej się w rejony przygraniczne.


Nasz pobyt w stolicy Turcji nieco się wydłużył ale i tak mile go wspominam, gdyż moja fascynacja kuchnią turecką sięgnęła zenitu i mogłem nadal z jej dobrodziejstw korzystać pełnymi garściami (łyżkami?). Jeśli weźmiemy przy tym pod uwagę, że ceny dań w lokalnych barach, wypełnionych swoistym gwarem i zapachem lokalnych smakoszy, dymem palonych fajek wodnych i innych produktów lokalnej twórczości tytoniowej, początkowo tylko drażniącym zapachem gotowanego w oleju (chyba) spożywczym baraniego i cielęcego mięsa i lekką spalenizną pieczonych na rozgrzanej blasze, uklepanych na płasko mielonych kotletów … zgubiłem myśl a chodziło mi w zasadzie o to, że w tych barach żarcie nie było droższe niż w warszawskich knajpach.


Jak już sobie wyobraziliście taki bar z obowiązkowym ale powszechnie akceptowanym portretem Kemala Ataturka na ścianie,



to teraz wyobraźcie sobie jeszcze chybotliwe stoliki ale dwa razem, przykryte świeżymi papierowymi obrusami a na nich:


- michę duszonych warzyw, pachnących jak stragany bazaru przy Polnej po wiosennym deszczu,


- drugą michę ze świeżymi warzywami o przekrojach układających się jak szkiełka w kalejdoskopie,


- kociołek z kawałkami gotowanej cielęciny umorusanymi w tajemniczym sosie, do którego obowiązkowo każdy z nas otrzymywał dzban zimnej wody,


- kolejną michę z kaszą (chyba) jaglaną, kuskusem i żółtym ryżem


- i jeszcze talerz, wielki jak Księżyc w pełni, z górą wspomnianych wyżej zbitych kotletów ale też i tych o zupełnie innym smaku, uformowanych w paluszki i nabitych na drewienka.


Do tego kosz chleba, puszystego jak damy na obrazach Rubensa i ostrzeżenie od uśmiechniętego zawsze szefa: nie wolno gryźć tej papryczki, która leży na wierzchu michy z warzywami. Tylko kroić i połykać w kawałku. I nie ważne czy „to coś” jest czerwone czy zielone.


Kto się do instrukcji nie zastosował – długo tego żałował.


A tym „ktosiem” byłem ja sam, który na okoliczność ogłaszania instrukcji akurat zwiedzałem łazienkę.


Wypiłem do tego obiadu, bez przymusu, trzy a może nawet i cztery dzbanki wody – ciekawe, że, jak mówili potem koledzy, od razu, gdy bystry szef zauważył, że mielę „to coś” między zębami, nie czekając na moją reakcję, skierował do mnie migiem swojego pomocnika z dwoma dzbankami wody jak jednostkę straży pożarnej do tlącej się już chałupy.


Po kilku godzinach sytuacja wróciła do normy, pochłonąłem z wypitą wodą cały chleb z koszyka, zagryzłem duszonymi warzywami … i jakoś tę próbę przeżyłem.


Do dziś dnia patrzę podejrzliwie na każdą małą a cienką papryczkę obojętnego koloru i raczej używam do niej noża niż zębów. Szkopuł w tym, że obecnie takich samych skutków można doznać od małych, okrągłych papryczek wyhodowanych chyba dla zmyłki przez naszych braci Węgrów …


Ankara pokazała się nam jako miasto na wskroś nowoczesne, bliższe naszym wyobrażeniom i nie wywołujące w nas wrażeń tak intensywnych jak Stambuł.


Załatwiliśmy wszystkie urzędowe sprawy, zwiedziliśmy Mauzoleum Kemala Ataturka oddając tym samym cześć ojcu narodu tureckiego i okazując mu dodatkowo szacunek wiązanką kwiatów złożonych w obecności towarzyszących nam urzędników lokalnych władz.


100000 lirów rewers


 Dzięki bystrości umysłów naszych szefów znaleźliśmy właściwy dworzec autobusowy, z którego czasami odchodziły autobusy do Samsunu, czasami do Trabzonu a czasami nawet do Pazaru. Naszym celem było znalezienie pół wolnego autobusu do tego ostatniego miasta, czyli Pazar. I tak się stało. Niemal dobę szaleliśmy Mercedesem po starożytnym szlaku ciągnącym się niegdyś od Efezu nad Morzem Egejskim



przez główne skrzyżowanie dróg, czyli Ankarę aż do stolicy Persji, z tym, że wybraliśmy wariant nadmorski tej trasy. Jak przystało na starożytny szlak, autobus tłukł się po nim jak nie przymierzając w Warszawie po torowiskach tramwajowych, z tą różnicą, że ten Mercedes jechał chyba wzdłuż torowiska…


Muszę wspomnieć, że wyjeżdżając przed świtem z Ankary zostaliśmy obdarowani niezwykłym widokiem setek tysięcy światełek rozsypanych jak ogniki nocy świętojańskiej po wzgórzach, na których miasto się rozciąga, palonych przez jej mieszkańców przed każdym z domów. Był bowiem przed laty taki przepis, że kto sklecił chałupę i zapalił przed nią lampę, mógł już tam pozostać jako mieszkaniec Ankary. Parę chwil później podziwialiśmy, trzymając się kurczowo foteli serpentynę drogi wyjazdowej, która siedmioma lub nawet ośmioma piętrami wiła się aż na wierzch płaskowyżu środkowo anatolijskiego smagając szarość brzasku snopami świateł ciągnących się nieprzerwanym sznurem wielkich ciężarówek.


Drogę tę, wówczas jedynie o dwóch pasach ruchu, pokazywała kilkakrotnie nasza telewizja, głównie dla przestrogi z okazji bardzo makabrycznych wypadków albo dla zmiękczenia krytyki naszych służb drogowych, do czego okazją były niesamowite, nieraz dobowe, korki wywołane właśnie zapowiedzianym a nadal dla drogowców niespodziewanym, opadem atmosferycznym lub po prostu ledwie dychającym silnikiem załadowanego po niebo drewnianymi kłodami, zestawu transportowego.


Kiedy rozjaśniło się jeszcze trochę mogliśmy lepiej przyjrzeć się zakrętom tej międzynarodowej drogi a na tych zakrętach tylnym światłom naszego własnego autobusu, co w związku z jakością podłoża, jeszcze mocniej kazało nam przywrzeć do foteli i rozpocząć poranne pacierze, o których skuteczności w moim przypadku pisałem w pierwszej części mojej relacji Turcja’75.


Nie zawiodły one i tym razem, skoro w pełnym już słońcu odczuliśmy w Samsunie powiew morskiego, orzeźwiającego powietrza. Panujący cały czas nad sytuacją steward, przeleciał się przez długość Mercedesa roznosząc papierowe ręczniki nasączone jakimś delikatnym detergentem zmieszanym z sokiem cytrynowym. Bez dalszego dociekania składu tej mikstury mogę powiedzieć, że skutecznie odświeżała ciało i nie była reglamentowana.


Droga od Samsunu do Pazaru biegła starym, nadmorskim szlakiem a pokryta była całkiem dużymi fragmentami nowożytnego asfaltu i gdzie niegdzie tylko pozostawione odkryte ale w miarę starannie poukładane kamienie przypominały o jej starożytnym rodowodzie.


Poza znanymi już nam jej zakrętasami nie przyniosła na szczęście żadnych dodatkowych niespodzianek.


Czytelnikom zwracam uwagę na legendę mapy, w której czarny kolor drogi oznaczać ma asfalt lub kamienie, czerwony – różne rodzaje żwiru a ochra – ubitą ziemię.


Mapa - legenda


Tak dotarliśmy do celu podróży a opuszczając gościnny przecież dla nas autobus zostawiłem kierowcy napiwek. Był to mój pierwszy w życiu gest kapitalistyczny stricte – nie licząc opłacanych czasami przeze mnie dat, dopisywanych przez naszych polskich kelnerów do rachunków (oczywiście tylko w pewnych okolicznościach przyrody).


Pisząc ten felieton, zajrzałem do „The new guide Michael’s, Turkey” – przewodnika wydanego po raz pierwszy po polsku we Wrocławiu w roku 1995. Na jego stronie 247 znalazłem taki oto opis: ”Zmierzając z Rize do Hopy wjeżdżamy na dziewiczy górzysty teren, dopiero niedawno otwarty dla ruchu turystycznego (rok 1995 – MT). Miłośnicy wędrówek górskich szczególnie chętnie odwiedzają ten obszar, zauroczeni bajecznym górskim krajobrazem …”


Gdzie jesteś Araracie?

Gdzie jesteś Araracie?


(Zdjęcie wykonane ze szczytu Vercenika 3711 m n.p.m.)

i dalej „Do gór najłatwiej dotrzeć od strony miasteczka Pazar, 40 km na wschód od Rize (trzeba wspomnieć, że Rize było już w roku 1975 głównym ośrodkiem obrotu herbatą, której plantacje rozciągały się na kilkadziesiąt kilometrów wokół tego miasta – ostatnio pisał, ok. rok temu, o tych terenach także miesięcznik Voyage – MT).


Kilka kilometrów za Pazar wąska droga zakręca ku Ayder Kaplicalari, gorącym źródłom w sąsiedztwie wioski Cemlihemsin”.


Przewodnik podaje ponadto, że w wiosce jest jeden hotel, parę sklepów i piekarnia. Ta piekarnia odegrała w naszej ekspedycji niebagatelną rolę. Kiedy bowiem w wyniku rozkoszowania się owym „bajecznym górskim krajobrazem”, nasz pobyt u stóp Vercenika przedłużył się nieco, drogą losowania ale znaczonymi kartami, zostałem wybrany do przyniesienia chleba dla całej ekipy właśnie z tej piekarni w Ayder. No, nie wysłano mnie samego bo po pierwsze dostałem na chleb sporo kasy, którą przecież mogłem zużyć na „przelew” (to wśród studentów popularna i wówczas i teraz forma pozbywania się pieniędzy) a po drugie jeden plecak zakupów mógł nie wystarczyć dla nas wszystkich do końca planowanego pobytu. Poszliśmy więc razem z Adamem, równie młodym ale bardziej zaufanym u szefów, studentem Politechniki Gdańskiej.


Droga nie była trudna ale trwała blisko dwie doby, gdyż nasze obozowisko było usytuowane mniej więcej u źródeł potoku Cemlihemsin (patrz mapa).


Wracając na chwilę jeszcze do opisów przewodnika Michel’sa trzeba przyznać, że z iście angielskim luzem pisze on o najwyższej górze Turcji: ”… biegnie stąd (z Ayder – MT) polna droga do Kavron, odległego o 3 godziny marszu. Kavron to letnia wioska pasterska. Można tu zostawić bagaże, odpocząć i znaleźć przewodnika, który zaprowadzi nas na górę Kackar 3937 m n.p.m. Ze wspaniałego szczytu możemy zejść z powrotem do Kavron a stamtąd udać się …”.


Tyle angielski przewodnik. Rzeczywistość roku 1975 wyglądała jednak zgoła inaczej. Jeśli bowiem przyjrzymy się mapie, to odczytując jej skalę możemy łatwo wyliczyć, że będąc w Ayder czy Cemlhemsin, jesteśmy już wewnątrz gór i gdzie ów angielski gentleman znalazł tam polna drogę, to tylko on sam wie, a żeby dotrzeć do szczytów Kackaru i Vercenika, trzeba pokonać niemal całą, ponad dwudziestokilometrową długość potoku Cemlihemsin a później przejść całkiem obszerną dolinę



no i jeszcze zaliczyć bardzo długie podejście na jedną z hal, gdzie można rozłożyć się z obozowiskiem a dopiero na koniec drapać się na szczyt.


Słowem w trzy godziny to można tam rozwiązać krzyżówkę.


Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że praktycznie mało kto jest zdolny wprost z długiego marszu wejść na 3937 m n.p.m. bez skutków choroby wysokościowej.


Jeśli nie niezbędne to co najmniej wymagane są do tego kilkunastogodzinne lub nawet dłuższe przygotowania na wysokości ponad 2500 m n.p.m.


W każdym razie, my wynajęliśmy w Pazar samochód terenowy i kombiaka, upakowaliśmy je naszymi bagażami i …. witaj przygodo.



Tymi samochodami wyruszyliśmy zaplanowaną dopiero drogą w kierunku Kackara i Vercenika. Kiedy jednak droga skończyła się nawet w wyobraźni planów i zmieniła w pasterską ścieżkę, trzeba było podziękować szalonym lokalnym kierowcom, zarzucić swoje klamoty na plecy i noga za nogą powlec się dalej pieszo (wynagrodzenie za jazdę autem w takich górach pobiera się też „z góry” – to tak na wszelki wypadek niewypłacalności spadkobierców klienta).


Rozłożyliśmy się obozowiskiem właśnie na wysokości ok. 2500 m n.p.m. na obszernej łące (zresztą tam w górach wszystko było jak w Teksasie albo ZSRR – wielkie, większe i największe), przez środek której toczył swój wartki nurt strumyk. Łąkę przyozdabiały malownicze grupy skalne oraz widoczne z dala rozciągnięte płachty prowizorycznych namiotów pasterskich, spod których snuły się splątane w secesyjne warkocze, smużki srebrzystego dymu. Nieprzeliczalne dla mnie stada owiec i kóz swobodnie poruszały się po całym terenie bez obawy, że się pomieszają a gdyby na to się zanosiło, to pasterze wysyłali za nimi wielkie jak cielęta psy pasterskie, których wygląd i zachowanie były dla mnie kolejnym, nieznanym wcześniej, dziwem natury.



Bywało nierzadko, że pasące się zwierzęta naruszały nasz mir domowy, włażąc kopytkami (raciczkami) do pozostawionych naczyń i wylizując pozostawione w nich resztki owsianki z dżemem – naszego podstawowego dania śniadaniowego.


Zasady ochrony środowiska nakazywały nam stosować „wstępne czyszczenie naczyń” co oszczędzało zużycie detergentów do ich finalnego mycia. Poza tym uważaliśmy ze owce to zwierzęta czyste a kawały o ich kłopotach z góralami – za głupie i niestosowne.


W ciągu tych prawie dwóch tygodni pobytu w obozowisku, w małych grupach zwiedziliśmy całą niemal okolicę dwóch najwyższych szczytów Gór Pontyjskich na terenie Turcji a po kilku dniach wyznaczona przez szefostwo grupa ”szturmowa” ogłosiła zdobycie celu podróży, zasypanie na powrót w kamiennym kopczyku metalowej puszki z nazwiskami zdobywców szczytu i zatknięcie na nim flagi narodowej.


Okazało się przy tym, że niestety, nie jesteśmy pierwszymi zdobywcami, gdyż ubiegł nas Japończyk, którego nazwisko było zapisane na kartce i włożone do owej blaszanej puszki a z obawy o jego błędne odczytanie, ponowne zapisanie i zniekształcenie, nie będę powtarzał.







Ja sam w zdobywaniu szczytów nie uczestniczyłem i jak zaznaczyłem w pierwszej części opowieści, wyznaczonej mi roli muła pozostałem wierny; byłem może i niezłym turystą górskim ale raczej marnym taternikiem.


Pozostałem zatem przy wędrówkach eksploracyjnych, z których zachowałem jak najpiękniejsze wspomnienia – szkoda tylko, że moje slajdy ORWO przez te prawie czterdzieści lat wypłowiały i niewiele można z nich już dojrzeć   (dwa zdjęcia autora poniżej).






Kiedy na koniec odchodziliśmy z naszego obozowiska rozegrał się na hali dramat męski na dwóch ludzi i psa. Otóż, przed naszym  namiotem (moim i Adama tego z Zakopanego), miski po śniadaniu wylizywał stale ten sam, trochę wychudzony, płowy pies z gustownym, brązowym balejażem. Ponieważ był wyższy niż nasz namiot z tropikiem, zewsząd go było widać i trzeba przyznać, że już po kilku dniach nie było śmiałka, który odważyłby się podejść do naszego namiotu widząc psa a nie widząc nas.


Rzeczywiście, pies tak się do mnie przywiązał, że w dniu opuszczania przez nas obozowiska nie odchodził ode mnie na krok a jego właściciel przyszedł do mnie, pokojowo nastawiony osobiście, ze strzelbą myśliwską i pistoletem Parabellum, prosząc abym psa zatrzymał a oddał mu namiot, materac i śpiwór. Był dla mnie tak hojny, że do psa dokładał mi owo Parabellum i pięć oryginalnych doń nabojów. Widząc moje wahanie, wyjął z przepastnej kieszeni swoich szarawarów buteleczkę płynnego opium jako ostateczny element przetargowy.


No, temu argumentowi nie mogłem nie ulec, zwłaszcza, że jego strzelba była załadowana pełnym magazynkiem – bynajmniej nie ślepaków.


Jaką ulgę odczułem na plecach! Brak namiotu, gumowego materaca, wszystkich wypitych kompotów, zjedzonych zupek, owsianek, pasztetów, rybek, mielonek – pełny luz. No, śpiwora było trochę szkoda, bo noce tam zimne były. Ale co tam. Miałem pięknego psa, który wcale się nawet nie oglądał za dotychczasowym właścicielem i szedł tuż przy mnie.


I teraz akcja łzawego melodramatu męskiego – akt pierwszy i ostatni, czyli dwa.


Właściciela psa ruszyło chyba sumienie (element wiary znany więc nie tylko w religii katolickiej), okrzykami zatrzymał naszą mini karawanę, podszedł do psa, popatrzył mu w oczy, rozpłakał się jak na uzbrojonego Kurda przystało, przytulił to wielkie zwierzę i głaszcząc je delikatnie po aksamitnym łbie powtarzał „arkadasz, arkadasz (przyjaciel)”.


Chyba w tym momencie rozpłakał się pies bo spojrzał na mnie takimi szklistymi oczami jakby mówił „widzisz, nie sprzedaje się przyjaciela” i oddał pieszczotę właścicielowi w postaci głośnego, przeciągłego liźnięcia go po policzku. Właściciel zwrócił mi jeszcze śpiwór i ruszyliśmy dalej. Po chwili jednak spojrzałem za siebie chcąc jeszcze raz pożegnać wzrokiem mojego przyjaciela – psa i zobaczyłem, że wlókł się za swoim panem łapa za łapą odwracając co chwilę łeb i wypatrując mnie z dala chwytał nosem ostatni mój zapach … 


Teraz przyszła kolej na mnie. Musiałem przecież pożegnać na zawsze dopiero co zdobytego przyjaciela, który już nie biegał wokół mnie i nie obszczekiwał radośnie kolegów z ekipy ani nie szarpał źdźbeł trawy rosnącej przy skalistej ścieżce. Nie mienił się też wszystkimi odcieniami brązu i żółci jego przepiękny, kudłaty balejaż wykonany przecież przez najlepszego z fryzjerów….


Epilog – pochlipując jeszcze przez jakiś czas szliśmy w milczeniu. Było nam teraz lekko na plecach, radośnie i smutno na przemian. Ktoś znowu zażartował, ktoś próbował rozładować atmosferę, ktoś znalazł zagrzebany w ciuchach jeszcze jeden kompot i wielce żałował, że za rogiem delikatesy nieczynne.


Gdy wreszcie po kilkunastu godzinach dotarliśmy do wsi, spotkaliśmy naszych szalonych kierowców, którzy wywieźli nas do miasta i tam stanęliśmy na nocleg i odpoczynek. Następnego dnia na lokalnym targu spieniężyłem buty, „Zawrat”, linę wspinaczkową (prawie nieużywaną) i pozostały mi śpiwór (nie chciałem go mieć bo za każdym razem przypominał mi o psie, do którego przecież sam się przywiązałem) i jeszcze w grupie pojechaliśmy zwiedzić klasztor w Sumeli



Sumela: Bizantyjski klasztor nad urwiskiem


A dalej droga zawiodła nas do Kapadocji. Tam po zwiedzeniu i obejrzeniu wszystkiego co mozliwe, grupa uległa rozwiązaniu, niektórzy z nas pojechali prosto do Stambułu i wracali do kraju a niektórym najmłodszym zachciało się jeszcze dalszej włóczęgi.





Ciąg dalszy nastąpi ….


Wszystkie relacje z podroży dostępne ma stromnie http://paraprawo.pl/category/mojwiekxx/

Zdjęcia

TURCJA / Góry Pontyjskie / Góry Pontyjskie / Turcja 1975TURCJA / Góry Pontyjskie / Góry Pontyjskie / Turcja 1975TURCJA / Góry Pontyjskie / Góry Pontyjskie / Turcja 1975

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

tytuł licznik ocena uwagi
Góry Pontyjskie 134 Opis podrózy w 1975 w góry Pontyjskie

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl