Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 5 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Na szlaku_1 / Asco-Ciottulu di i MoriAsco Stagnu- Ciotullu di i Mori

Etap IV Ascu Stagnu – Tighjettu – Ciottulu di i Mori
Komórki budzą nas przed godziną 4.00. Ponieważ umywalnia i jadalnia znajdują się w tym samym budynku, postanawiamy załatwić mycie i śniadanie za jednym razem, tym bardziej, że nasz namiot jest rozbity w pewnej odległości od schroniska. Jesteśmy pierwsi, jeszcze nam się to nie zdarzyło do tej pory. Staramy zachowywać się jak najciszej, żeby nie budzić osób nocujących w schronisku. Na stole przy kuchence została główka czosnku, to chyba Włosi zostawili, jak przyrządzali spaghetti. Już podczas śniadania przychodzą Jean-Marie i Patricia, stwierdzając że my również jesteśmy „Les oiseaux du matin”(„ranne ptaszki”) rewanżując się za moje stwierdzenie z poprzedniego poranka. Spotkanie to powoduje, że śniadanie trwa dłużej niż zamierzaliśmy i nie udaje się nam wyjść na szlak jako pierwsi, chociaż o tym dowiemy się dopiero na trasie. Przed nami dzisiaj najpierw wspinaczka na Bocca Tumaginesca 2183 m, następnie trzeba pokonać Le Cirque de la Solitude (dosłownie Kocioł Samotności). Jest to głęboki polodowcowy kocioł o stromych ścianach, po których trzeba zejść 200 m, a potem po takich samych pionowych ścianach wyjść 200m na Bocca Minuta 2218 m. Z Bocca Minuta następnie znowu zejście do schroniska Tighjettu, lub jak zaleca przewodnik do Bergeries de Vallone, gdzie jest znacznie przyjemniej. Skoro już wiemy jak i gdzie, to ruszamy. Idziemy swoim dosyć szybkim rytmem. Już po około godzinie marszu, mijamy „4 muszkieterów”. Zmieniają ubranie, za grubo się ubrali, pozdrawiamy ich, ale nie zatrzymujemy się przy nich. Nogi nas bolały, przy wyruszaniu na trasę, ale po rozgrzaniu mięśni ból znikł. Idziemy więc energicznie dalej mając cały czas na uwadze, że im będziemy wcześniej „w Cyrku” tym mniej czasu stracimy na jego przejście. Przed ostrym podejściem na Bocca Tumasginesca, doganiamy Stephana i Jean-Michela. Mam wrażenie, że chociaż byśmy wyszli na szlak o 2.00 w nocy to i tak Stephan byłby już na trasie. Jean-Michel robi nam jeszcze pożegnalne zdjęcie, bo przecież oni dzisiaj dublują etapy. W czwórkę przechodzimy, dużą łachę śniegu, który biorę do rąk tylko po to, żeby się pochwalić, że w środku lata, gorącego lata, trzymałem śnieg w rękach, co niniejszym czynię. Zaczyna się męczące podejście, Stephan z Jean-Michelem zostają z tyłu, ponieważ Markowi już się w głowie przestawił przełącznik w pozycję „stromo pod górę”, co oznacza ciągły rytmiczny marsz. Daję jednak radę i nie czuję wielkiego zmęczenia.
Na przełęcz dochodzimy w całkiem niezłej formie, mamy chyba dzisiaj swój dzień. Zaczynamy schodzić w dół „cyrku”, popełniamy jednak błąd, ponieważ nie składamy naszych kijków, a tutaj trzeba używać rąk. Skały są bardzo strome i często są łańcuchy do asekuracji, kijki nieco przeszkadzają, gdy trzeba trzymać się łańcucha z kijkami w ręce. Na kawałku płaskiego odcinka, składamy kijki i troczymy je do plecaków. Teraz czuję się już pewniej mając obie ręce wolne. Miejscami jest tak stromo, że pionowo spuszczamy się po łańcuchach kilka dobrych metrów. Docieramy na dół kotła i zaczynamy się wspinać na przeciwległą ścianę. Zatorów udało się uniknąć. Musimy tylko czasami przepuszczać, idących z przeciwnej strony. Za nami wspinają się już Stephane i Jean-Michel. W poprzednim odcinku pisałem coś o dramatycznych zdarzeniach i to właśnie tu miały one miejsce. Gdzieś tak w połowie ściany, z góry schodziła grupa Niemców. Myśmy byli kilka metrów niżej, ale nie bezpośrednio pod nimi tylko nieco w bok. Pod nami kilkanaście metrów, już w jednej linii pod Niemcami na łańcuchach wisieli Stephane i Jean-Michel. Jeden z Niemców w tym momencie strącił sporej wielkości kamienie. Nam te kamienie nie zagrażały, ale leciały prosto na bezradnych Francuzów. Niemiec zbladł jak ściana i głośno krzyczał po francusku Uwaga! Uwaga! Francuzi widzieli co się dzieje i „przytulili” się do ściany na ile mogli. Stephana kamienie ominęły, ale Jean-Michel miał szczęście w nieszczęściu. Kamienie uderzyły go, ale nie w głowę, bo byłoby po nim, tylko w plecak. Rozdarły, kieszeń plecaka z którego posypały się w dół jakieś manele. Niemiec histerycznie krzyczy po francusku do Jean-Michela, pytając czy wszystko w porządku. Chociaż ja nie potrafię oddać grozy sytuacji, to naprawdę było bardzo niebezpiecznie. Za kilka chwil gdy mijamy się z tą grupą Niemców widzę, że chłop jest jeszcze w szoku.
Podkreślałem, że Niemiec krzyczał po francusku, bo stała się rzecz dziwna. Gdy ich mijamy, pytam co się stało, Niemiec sprawia wrażenie jakby nic nie rozumiał. Jak już pisałem mój francuski nie jest rewelacyjny, ale proste pytanie potrafię zadać. Wspinamy się dalej na Bocca Minuta, cały czas rozmyślając o tym zdarzeniu. Zauważam na drabince, że nawet mi się ręce trzęsą, chociaż przecież mi nic nie groziło. Po wejściu na przełęcz czekamy na „naszych Francuzów”. Pytam Jean-Michela czy przypadkiem nie jest ranny, odpowiada że nie, ale miał dużo, dużo szczęścia i pokazuje rozdarty plecak. Na przełęczy robimy jeszcze zdjęcia, a Francuzi ruszają przed nami w dół, w stronę schroniska Tighjettu. Spieszą się, bo przecież dzisiaj mają zaplanowane 2 etapy. My też się zbieramy. Zejście nie nastręcza jakiś większych trudności. Do schroniska dochodzimy na godzinę 11.00. Nie widać tu żywego ducha. Francuzi poszli dalej, a nikt inny jeszcze dzisiaj tu nie dotarł przed nami. Miejsce nie wygląda zachęcająco. Postanawiamy iść dalej do oddalonej o 30 min Bergeries de Vallone. Wpadam jeszcze na pomysł, żeby zapytać gardiena czy ma chleb. Owszem ma, po 3 euro. Po wahaniu proszę o jeden. Płacę i po chwili przynosi mi opakowane 6 kromek pain de mie (tostowy). Nie mam śmiałości teraz odmówić (muszę koniecznie popracować nad swoją asertywnością) i pokazuję Markowi co kupiłem. Tylko brak znajomości francuskiego powstrzymuje go od powiedzenia gardienowi co o nim sądzi. Teraz już jesteśmy pewni, że należy iść dalej. Po około 10-u minutach drogi nagle się zatrzymuję. Zawsze się zatrzymuję, gdy walę głową w skałę tak, że mało czaszka nie pęknie. Potknąłem się, straciłem równowagę i ciężki plecak zakręcił mną jak wiatr liściem, rzucając mną o skalistą „glebę”. Marek z przerażaniem patrzy czy się ruszam, ja chyba nie straciłem przytomności ani na chwilę, chociaż samego upadku jakoś nie mogę odtworzyć w pamięci. Dotykam głowy i wyczuwam guza wielkości mandarynki. Krew nie leci, a to już jest nieźle. Ponieważ nie mamy lusterka, pytam Marka jak to wygląda. Marek robi zdjęcie głowy i mi pokazuje. Dobra, będę żył, boję się tylko żebym nie miał jakiegoś wstrząsu mózgu. Niedaleko płynie strumień, moczę więc czapkę w zimnej wodzie, zakładam i idziemy dalej. Dochodzimy do Bergeries i zastajemy tam Stephana i Jean-Michela. Właśnie szykują się dalszej drogi i pytają czy nie zmieniliśmy zdania, bo do następnego schroniska jest tylko 4.5 godziny drogi. Pomijając mój zdeformowany łeb, czujemy się dobrze i zaczyna w nas kiełkować taki zamiar. Mówimy, że się jeszcze zastanowimy. Oni odchodzą, a my chwilę odpoczywamy i myślimy co robić. Marek mówi, że ode mnie zależy czy idziemy dalej. W takim razie idziemy, decyduję.
Uzupełniamy wodę, która delikatnie mówiąc jest niespecjalna. Podłączona od źródła wężami do kranu z którego ją bierzemy, nagrzała się w wężach i nabrała jakiegoś dziwnego posmaku. Mamy nadzieję, że gdzieś po drodze uda się nam ją wymienić. Szlak z 2200 m „spuścił” nas na 1500 m. Teraz musimy się znowu wyspinać na 1991 m, bo na tej wysokości leży następne schronisko Ciottulu di i Mori (co po korsykańsku znaczy „Jama Maurów”). Marek mówi, że nie może zapamiętać tych korsykańskich nazw schronisk. Gdzieś w sieci wyczytałem, że to schronisko polscy wędrowcy nazywali „U Ciotuli” i tak mu proponuję. Podoba mu się. Z początku jest dosyć łagodnie, nawet jest lasek co pozwala odpocząć trochę od słońca, które na południowym zboczu praży niemiłosiernie. Jest przecież południe. Po miłym początku wychodzimy na gołe skały, które prowadzą stromo w górę.
Podobnie jak Marek zaczynam już odczuwać trudy dzisiejszego dnia, przecież to dwa etapy w jeden dzień. Nie skarżę się jednak ani słowem, przecież to ja zadecydowałem o łączeniu etapów. Dobrze, że głowa mnie nie boli, chociaż miałaby prawo po takim upadku. Mozolnie wspinamy się na przełęcz Bocca di Foggiale 1962 m. Stąd już ma być niedaleko do schroniska, ale ten ostatni odcinek ciągnie się strasznie. Po krótkim odpoczynku na przełęczy idziemy dalej do schroniska, już je widzimy, ale jakoś nie możemy dojść. Dochodzimy wreszcie do schroniska. Namiotów bardzo mało. Wieje strasznie i jakoś jest tak mało przyjemnie. Rezerwacja miejsca starym sposobem i pod natrysk. Woda pod prysznicem lodowata, podobnie jak przyjęcie nas przez gardiena, do którego poszliśmy zapłacić za nocleg. Tutaj też bardzo dziwny zbieg okoliczności. Gardien ma założony opatrunek na głowie, dokładnie w tym miejscu w którym ja mam guza. On chyba jednak poważniej rozbił głowę, bo przez bandaż przesiąka krew. Ja mam czapkę na głowie i mojego guza nie widać, ale Marek mnie namawia żebym ściągnął, to będziemy mieli zniżkę. Gardien jest jednak tak mało sympatyczny, że nie mam zamiaru z nim dyskutować o niebezpieczeństwach poruszania się po górach Korsyki. Rozbijamy namiot, robimy pranie i idziemy gotować nasze zupki.
Aby dalsza część opisu była zrozumiała, muszę wyjaśnić pewną rzecz. Otóż schroniska są przeważnie tak zorganizowane, że posiadają dwie kuchnie. Jedna na zewnątrz, w postaci wiaty, dla tych co nocują w namiocie lub pod gołym niebem( 6 €/os.) i druga, w budynku schroniska, dla nocujących w schronisku (12 €/os). Nie jest to tak ściśle przestrzegane w większości schronisk, ale nie tutaj, o czym się za chwilę przekona Marek.
Jak już pisałem, wiatr tutaj „duje” przeokropnie. Powoduje to ciągłe przygaszanie ognia pod naszą menażką w której gotujemy wodę. Trwa to gotowanie na tyle długo, że mój niecierpliwy towarzysz wziął swoją menażkę i poszedł do kuchni w schronisku. Niestety gardien pilnuje kuchni niczym Cerber Hadesu. Nie pomagają tłumaczenia Marka (po angielsku), że na zewnątrz nie da się gotować z powodu wiatru. Wyciągnięta sztywno ręka, przedłużona wyprostowanym palcem wskazującym pozwala się łatwo domyśleć, że w języku korsykańskim też istnieje słowo „won!”. Po powrocie Marek twierdzi, że to moja wina, bo nie pokazałem mojego rozbitego łba. Mówię mu że ma swój. Niech go sobie rozbije, najlepiej z dwóch stron to oprócz gotowania, jeszcze mu pozwoli spać w schronisku, na czym i ja skorzystam mając cały namiot dla siebie. Tak się przekomarzając, osłaniamy kuchenkę kamieniami, deskami, własnymi ciałami i udaje się nam wreszcie wodę zagotować. Chińska zupa z Radomia ( mam nadzieję, że przypominacie sobie ten skecz kabaretu Ani Mru Mru) znakomicie smakuje z chlebem, którego nam zostaje jeszcze trochę na śniadanie.
Jeżeli wiedzielibyśmy, że zdublujemy etapy nie byłoby potrzeby kupować chleba w Tighjettu, ponieważ jutro po drodze będziemy w Castelu di Vergio. Ośrodku do którego dochodzi droga i w którym jest sklepik.
Rozglądam się za naszymi Francuzami, ale rozbili się gdzieś za murkami z kamieniami, osłaniającymi od wiatru i ich nie dostrzegam. Za chwilę sami nas znajdują i mówią, że bardzo się cieszą, że zdecydowaliśmy się na drugi etap. Z naszej grupy nagle zostaliśmy tylko my i oni. Z „maratończykami” nawet się pożegnaliśmy. Byliśmy przekonani, że spotkamy się z nimi wieczorem. Nagle patrzę, a do schroniska zmierza „4 muszkieterów”. Cieszymy się na ich widok i z daleka już do siebie machamy. Rozsiadają się tradycyjnie na tarasie, zamawiają jedzenie i po około 20 minutach odpoczynku wstają i idą dalej. Szczęka mi opadła. Zdublowali etapy i jeszcze im mało. Mówią, że idą jeszcze do Castellu di Vergio. To jakieś 2.5 godziny dobrego marszu, a zmierzch już zapada. Są młodzi, dadzą radę myślę sobie i w ten sposób sam siebie uspokajam. Gdy zabrakło osób, z którymi wyszliśmy z Calenzany, nawet tych z którymi jakoś nie zaprzyjaźniliśmy się bliżej, oprócz zdawkowych pozdrowień i pytań o samopoczucie, zdaję sobie sprawę, że wspólny wysiłek, a zwłaszcza cel jakimś jest ukończenie wędrówki, zbliża do siebie. Tworzy atmosferę życzliwości i serdeczności, bez cienia rywalizacji. Przed zaśnięciem, czytamy jeszcze w przewodniku informacje na temat czekającego nas etapu. Jest wzmianka, że jeśli ktoś chce skrócić drogę może zamiast szlakiem zejść ze schroniska do doliny drogą dla bydła. Może drogą dla bydła to niehonorowo zgłaszam swoje wątpliwości. Drogą dla bydła będzie w sam raz dla nas odpowiada Marek. Oho, facet odzyskuje humor po konwersacji z gardienem na temat kuchni. Gniotące kamienie przypominają mi, że mój materac jest nieszczelny, dopompowuję go i zasypiamy jak niemowlęta. Cdn.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Na szlaku_1 / Asco-Ciottulu di i MoriFRANCJA / Korsyka / Na szlaku_3 / Asco-Ciottulu di i MoriFRANCJA / Korsyka / Na szlaku_4 / Asco-Ciottulu di i MoriFRANCJA / Korsyka / Na szlaku_5 / Asco-Ciottulu di i Mori

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl