Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

DZIKI KRAJ czyli WAKACJE W TRANSYLWANII (cz. I) > RUMUNIA


JArom JArom Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie RUMUNIA / Transylwania / Kluż-Napoka / Katedra prawosławnaTekst opisuje moje wrażenia z pobytu w najpopularniejszych miejscach Transylwanii takich jak Sibiu, Bran, Sinaia czy Cluj-Napoca. Zawiera także kilka praktycznych wskazówek na temat dojazdu, poruszania się po mieście oraz zniżek studenckich. Serdecznie polecam!

Rumunia ciągle nie jest popularnym kierunkiem turystycznym, a jeśli już ktoś zdecyduje się
zaryzykować i odwiedzić ten „daleki”, tajemniczy kraj to wybiera najczęściej Transylwanię jako
krainę Draculi, pełną strasznych zamczysk na wzgórzach i gęstych lasów. Prawda o tym regionie
jest jednak inna, znacznie mniej ponura i straszna, choć dobrze się tak uprzedzić, by potem móc się cieszyć niespodzianką prawie na każdym kroku.
Wpisując do wyszukiwarki nazwę Transylwania zobaczymy wiele całkiem przyzwoitych artykułów
o tym jak „ugryźć” ten region i spędzić tam udane wakacje. Jednak mankamentem tych opisów jest jakt, że wszystkie można streścić tymi słowami - „żelazna trójka” czyli miasta Sibiu, Braszów
i Sighisoara oraz ewentualnie zamek Bran, żeby było coś związanego z Draculą (nawiasem mówiąc sam zamek nawet z pierwowzorem Draculi ma niewiele wspólnego, bo o tym, że Dracula nie istnieje wiedzą już chyba nawet turyści). Takie ujęcie tematu to wielka szkoda, bo choć wszystkie te atrakcje są warte zobaczenia to prawdziwa Transylwania istnieje poza nimi. Kto odważy się pójść dalej ten ją pozna.

Od razu zastrzegam, że opisuję tutaj moją wizytę w tym regionie, wszystkie opinie są jak
najbardziej subiektywne i wielu pewnie się z nimi nie zgodzi. Niemniej jednak może moja trasa
i przemyślenia zainspirują kogoś do odkrywania Rumunii na własną rękę i zachęcą do spojrzenia na ten kraj z innej perspektywy.
Mój tekst chciałabym zadedykować pewnemu studentowi UJ, mojemu sąsiadowi z autobusu do
Budapesztu, który na moje stwierdzenie, że dla mnie to tylko przesiadka, a potem jadę dalej do
Rumunii zapytał - „to interesują Cię dzikie kraje?”. Cóż, tak, bardzo mnie interesują, a na ile są
dzikie to się jeszcze okaże. Tak więc, zaczynajmy!

PIERWSZE PRZYGODY
Do Rumunii wybieram się we wrześniu 2012 r., mam zamiar spędzić 3 tygodnie w Cluju czyli
Kluż-Napoce – największym mieście regionu. Wybieram transport autobusem – z Krakowa do
Budapesztu (po 13:00 odjeżdza Eurolines lub węgierski przewoźnik Orangeways) i z Budapesztu
do Cluj (ponownie Orangeways). Taka opcja wcale nie jest zła, w Budapeszcie autobus jest ok.
22:00 i tylko godzinę trwa oczekiwanie na przesiadkę, potem zostaje tylko nocna podróż do
Rumunii. Jest też całkiem tania, bilety w jedną stronę kosztują ok. 160 zł. Ważne przypomnienie –
ciągle aktualne – jeżli ktoś lubi podróżować za granicę bez dowodu osobistego (kto wie, może tak
się zdarza) to w Rumunii to nie przejdzie. Kontrole na granicach ciągle obowiązują, choć trwają
chwilę i nie są zbyt uciążliwe.
Jako, że mój wyjazd z Budapesztu był znacznie opóźniony (zamiast Orangeways wybrałam małego busa rumuńskiego przewoźnika, który na trasie zawrócił po jakiegoś zagubionego pasażera!) mam okazję podziwiać Transylwanię w krasie wschodzącego słońca. I już pierwsze zaskoczenie – nie
mogę oderwać oczu od wiosek ciągnących się prawie na całej trasie Oradea-Cluj, które składają się z ciągu bardzo regularnych domów. Wygląda to tak: wzdłuż drogi, bardzo blisko niej ciągną się wysokie bramy odpowiadające kolejnemu domowi, większość zamknięta, za którymi nic a nic nie widać. Jeśli któraś jest otwarta to dostrzega się jakby mały dziedziniec, otoczony zabudowaniami czyli domem, oborą i ewentualnie pomieszczeniami gospodarczymi. Domyślam się, że za domami mieści się ogród i znajdują się pola należące do danego domu. Kolejna otwarta czy uchylona brama bardzo cieszy, to uczucie jakby podglądania, im częściej się zdarza, tym bardziej rośnie ciekawość. Zamknięte bramy też mówią wiele, każda jest inna, odpowiada charakterowi domu – część zaniedbana, dawno nie remontowana, ale wiele odmalowanych w najróżniejszych kolorach, co tworzy barwną mozaikę i wyjątkowo upiększa krajobraz. Domki przesuwają się, podróż szybko mija, raz udaje mi się dostrzec skupisko wielkich, 4-piętrowych cygańskich willi w miasteczku Huedin, które wynurzają się jakby z nikąd, po to, żeby zaraz zginąć za horyzontem.

Docieram do Cluja przed południem (wszystko z powodu opóźnienia, normalnie autobus
przyjeżdża przed 8 rano) i czeka mnie kolejna psota przewoźnika. Choć na bilecie „jak byk stoi”,
że mam dojechać na dworzec autobusowy to ląduję w środku miasta, a pan kierowca prosi
o opuszczenie pojazdu. Potem mija chwila kiedy powtarzając bez przerwy „autogara” - czyli jak
mniemam dworzec autobusowy, bo tak jest napisane na bilecie - próbuję zapewnić sobie bezpieczny transport na miejsce, na co pan kierowca reaguje wpychaniem mnie do stojącej obok taksówki i uzgadnianiem całej sprawy z taksówkarzem. Na szczęście ratuje mnie młody chłopak, z którym dogaduję się po angielsku i który wyjaśnia przez telefon mojemu przyjacielowi, gdzie się znajduję, aby ten mógł mnie odebrać. Także wszystko kończy się dobrze i mogę zacząć cieszyć się zwiedzaniem miasta.

Mała dygresja na temat taksówek: wcale nie jest to taka zła opcja transportu po mieście. Taryfa na kilometr jest bardzo niska (ok. 1,5 leu czyli ok.1,5 zł), a że Cluj nie jest jakiś wielki to pojedynczy
kurs naprawdę nie zrujnuje żadnego portfela. Nie ma też problemu z ich złapaniem, całe miasto jest po prostu nimi usiane. Choć mogę sobie wyobrazić, że obrotni taksówkarze mogą czasem
„kantować” turystów, także zawsze trzeba sprawdzić czy licznik jest włączony i trzymać się tego co pokazuje. Co do biletów autobusowych to zwykły bilet „jednorazowy” nie jest tak naprawdę jednorazowy i można go skasować 2 razy! Także za 3,5 leja mamy podróż tam i z powrotem, albo tam dla dwóch osób.

CLUJ-NAPOCA
Różnie ludzie mówią o tym mieście, choć raczej nie kojarzy się go z miejscem turystycznym,
dlatego nie ma zbyt wielu opisów, rekomendacji czy reportaży. Przed wyjazdem znalazłam dwie
opinie – pierwsza, że w ogóle nie warto tam jechać, bo nie ma tam nic do zobaczenia, a druga – że jakieś zabytki są, więc warto jechać, ale pobyt dłuższy niż jeden dzień to strata czasu. Cóż... mylić się jest rzeczą ludzką.
Już na wstępie powiem, że moje wrażenia są całkiem inne. Po pierwsze – kwestia zabytków.
Rzeczywiście w Cluju nie ma żadnego zamku. W Cluju nie ma także pałacu czy królewskiej
rezydencji. Jest parę kościołów, budynki uniwersytetów, kilka muzeów. Czy to mało?
Niekoniecznie, zwłaszcza, jeśli przyjeżdżamy latem i nie mamy oporów, żeby spędzać czas na
dworze. Bo miasto jest po prostu piękne. Nie wygląda jak Sibiu czy Sighisoara, ale w tym właśnie
cały jego urok, że nie jest zbiorem - malowniczych co prawda – ale klonów, które pięknie
wyglądają głównie w panoramie. Nie mam nic do „obowiązkowego trójkąta Transylwanii”, ale
przyjeżdżając do poniemieckich miast (przecież to dawne miasta saskie) i zwiedzając poniemiecki
krajobraz, gdy zdarzyło nam się wcześniej widzieć co nieco w Europie Zachodniej, jest po prostu
nudno. A przecież my szukamy prawdziwej Rumunii. Tą na pewno znajdziemy w Cluju.
Na pierwszy ogień idzie Piața Unirii czyli Plac Unii z gotyckim kościołem Św. Michała
i pomnikiem króla Macieja Korwina, otoczony XVIII i XIX -wiecznymi kamienicami, z których
każda zasługuje na uwagę. Do placu prowadzi tzw. „ulica lustrzana” - to potoczna nazwa, a wzięła się stąd, że budynki wzdłuż niej po obu stronach stanowią swoje lustrzane odbicie. Ten fakt nie jest tak oczywisty do zauważenia, gdyż – to kolejna psota Rumunów – mają różne kolory, co rozprasza uwagę, ale po przyjrzeniu się, widać architektoniczną identyczność (przychodzę z pomocą – jest to ulica czyli strada Iuliu Maniu – można się poprzyglądać). Ulica prowadzi na kolejny plac – Avrama Iancu, na którym mieści się katedra prawosławna.

Nie mam zamiaru omawiać zabytków, polecam po prostu zajrzeć na strony typu
romaniatourism.org i tam sprawdzić co trzeba. Zresztą prawdziwy Cluj odkrywa się spacerując po
mieście, mijając kolejne place usiane kafejkami i fontannami z najbardziej uroczym wg mnie
Placem Muzealnym (Piața Muzeului). To co najlepsze w tym mieście to fakt, że stanowi totalną
mieszaninę stylów i że ciągle zaskakuje. Obok barokowej kamienicy znajdziemy komunistyczny
moloch, a metr dalej popadającą w ruinę secesyjną willę i co ciekawe wszystko wydaje się być na
swoim miejscu. Każdy spacer to nowe odkrycie, zza widzianych wcześniej budynków wynurzają
się nowe o przedziwnym wyglądzie i stylu, którego nie można określić np. XIX-wieczne wille
z basztami stylizowanymi na średniowieczne zamki (może neogotyk? Cóż, nie jestem specjalistą),
które gdzie indziej zostałyby określone jako „potworki” - tu po prostu wpisują się w krajobraz,
w Transylwanii tak po prostu można! Że nie wspomnę już cudownych domów wzdłuż Parku
Centralnego – większość dość zaniedbana, ale nie można nie zauważyć ich uroku.

Kwestia druga – muzea. Miasto chwali się, że ma ich wiele i z dumą przyznaję, że „zaliczyłam”
znaczną większość – z tych dużych ominęło mnie tylko Muzeum Historii Transylwanii, bo było
zamknięte. Pytanie czy miasto ma być z czego dumne. Jeśli komuś się wydaje, że dofinansowanie
dla kultury w Polsce jest niskie to po wizycie w Rumunii zmieni zdanie. Weźmy choćby Muzeum
Narodowe, mieszczące zbiory sztuki – wygląda ono brutalnie mówiąc, biednie. Nie zrozumcie mnie
źle, nie ma tragedii w stylu walących się ścian i odpadajacych tynków (jak wielu Polaków pewnie
widzi Rumunię), choć pierwsze wrażenie po wejściu tam jest takie – to potrzebuje pieniędzy!
W końcu Cluj to nie mieścina, ale trzecie największe miasto kraju i choć nie ma tam zbyt wielu
turystów to chciałoby się widzieć takie miejsca bardziej reprezentacyjnymi. Ale nie narzekam,
oprócz stałych zbiorów (bardzo mizernych) były trzy czasowe wystawy, w tym jedna sztuki bardzo
nowoczesnej, więc może to złe wrażenie, że mało się tam dzieje. Dobre wrażenie sprawiła na mnie też obsługa, pan sprzedający bilety po uprzedzeniu go, że nie mówię po rumuńsku, z niegasnącym uśmiechem na ustach wytłumaczył mi zasady i kierunek zwiedzania – po rumuńsku!, ale tak że wszystko bez problemu zrozumiałam (no, z niewielką pomocą gestykulacji), a na koniec rzucił jeszcze jakimś żartem, który skomentowałam, także po rumuńsku. Wychodzi na to, że człowiek sam nie wie, jakie ma możliwości dopóki nie jest zmuszony z nich korzystać.
Inne duże muzeum to Muzeum Etnograficzne mieszczące się na ulicy o jakże uroczo brzmiącej
nazwie Memorandumului. Ja uwielbiam takie muzea, więc czułam się tam świetnie, choć jak
w każdym innym tłumów nie było.
Miłośnicy kościołów także nie będą zawiedzeni – jest ich wiele, wszelkiej maści i wyznania,
katolickie po Węgrach, prawosławne po Rumunach, jest i synagoga, czy świątynie luterańskie,
a nawet greko-katolickie.

No i kwestia trzecia – życie. Cluj oprócz tego, że jest dużym miastem jest też miastem studenckim.
A to oznacza, że nie tylko można podziwiać budynek uniwersytetu, ale także, że jest się gdzie
zabawić. Ogromna ilość pubów, kawiarni i klubów jest warta odwiedzenia. Na pierwsze miejsce
wysuwa się dawna browarnia Ursus. Jeszcze niedawno produkowano tu piwo, a teraz mieści się
w niej pub o wyjątkowym, tematycznym wystroju. Na uwagę zasługują też ulice otaczające
kompleks akademików zwany Hașdeu, znajduje się tam wiele ciekawych pubów i zawsze wiele się dzieje. Podczas roku akademickiego ruch w barach nie ustaje i ponoć zwiększa sie wraz
z nadejściem sesji. Jak widać studenci wszędzie są tacy sami.
Nie zapomniano też o turystach z zasobnym portfelem – plac Unii otaczają przeurocze kafejki,
każda z interesującym wystrojem i wielkim wyborem np. ok. dwudziestoma smakami lemoniady!
Ceny są takie jak przystało na lokal z wyższej półki, ale i tak są w nich tłumy. A jak pięknie
wyglądają, gdy przechodząc mijamy kolejne z nich, jedna lepsza od drugiej. Cudo!

Cluj to serce Transylwanii, choćby dlatego warto umieścić go w swoim planie podróży, przy czym
lepiej poświęcić mu trochę więcej czasu. Po jednodniowej wizycie jestem pewna, że większość
osób będzie mieć poglądy na jego temat takie jak te przytoczone przeze mnie na początku. Jednak miastu trzeba dać szansę, zwolnić tempo i zanurzyć się w jego atmosferę, w końcu podróżowanie to nie tylko ślepe zaliczanie zabytków. Przejść się po Parku Centralnym, wdrapać niezliczoną ilością schodów na wzgórze, gdzie mieści się komunistyczny hotel Belvedere i nacieszyć widokiem. Spacerować, odwiedzić ogród botaniczny, zaglądać do knajpek i barów – tak właśnie trzeba zwiedzać to miasto, żeby się w nim zakochać. A ominąć je zwiedzając Transylwanię - po prostu nie wypada.

NA ZACHÓD
Cluj na trzy tygodnie staje się moim domem i bazą wypadową do wycieczek po Transylwanii, które
odbywam podczas dwóch, bardzo intensywnych weekendów. Niestety nie było mi dane po prostu
powłóczyć się od miasta do miasta, ale lepsze coś niż nic.
Pierwszy weekend to imponująca jak na dwa dni trasa do najważniejszych punktów regionu.
Wyjeżdżamy samochodem wczesnym rankiem z Cluja i naszym pierwszym przystankiem jest
Sibiu. Docieramy tam wcześnie, niewiele osób na ulicach, z czasem pojawiają się grupki turystów.
Miasteczko jest bardzo malownicze, spacerujemy po Dużym i Małym Rynku, wdrapujemy się na
wieżę i podziwiamy panoramę miasta złożoną z niskich budynków z czerwonymi dachami.
W mieście trwają przygotowania do jakiegoś festynu, na Dużym Rynku próbę mają muzycy, którzy
uczestniczą w wieczornym koncercie – atmosfera jest bardzo przyjemna. Spacerując wąskimi
uliczkami zachodzimy do cerkwi, w której niedługo odbędzie się ślub, zaczynają zjeżdżać się
goście, w środku zostały już przygotowane wszelkie akcesoria m.in. korony, które zostaną nałożone na głowy młodej pary, jak praktykuje się w prawosławiu. Obok – duchowny gada głośno przez telefon wcale nie przejmując się powagą miejsca. A turystom nakazuje się zachowanie ciszy! No cóż, są równi i równiejsi.
Spokój miasteczka wprawia nas w dobry nastrój, jednak nie możemy w nim zostać dłużej, robi się
trochę sennie i postanawiamy ruszyć dalej.

GÓRSKA SERPENTYNA
Tym razem spędzimy trochę więcej czasu w samochodzie, gdyż naszym celem podróży jest właśnie przejażdżka po drugiej najwyżej położonej z dróg Rumunii zwanej Transfăgărășan. Zbudowana w latach 70. XX-ego wieku z inicjatywy Nicolae Ceaușescu trasa przez Góry Fogarskie miała znaczenie strategiczne jako droga szybkiej ewakuacji na drugą stronę gór, gdyby Związek Radziecki chciał powtórzyć w Rumunii rozwiązanie z Czechosłowacji z 1968 r. Mająca ok. 90 km trasa, to jedna wielka serpentyna, która wznosi się na wysokość 2 034 m. i funkcjonuje tylko od końca czerwca do końca października, w pozostałym czasie jest zamknięta z powodu śniegu. Takie warunki czynią z niej czysto turystyczną atrakcję, i rzeczywiście, turystów na niej pełno, co jakiś czas na poboczu stoją samochody, a ludzie robią sobie zdjęcia. Docieramy do prawie najwyższego punktu trasy, gdzie mieści się jezioro Bâlea, tuż przed wjazdem do tunelu Bâlea, który mierzy 884 m i tym samym jest najdłuższym tunelem w Rumunii. Na końcu tunelu będziemy już po drugiej stronie Gór Fogarskich, ale my postanawiamy zakończyć naszą przejażdzkę w okolicy jeziora, gdzie działa jakby punkt obsługi turystów – jest restauracja i hotel, a wokół nich kramy i kramiki, sprzedające miejscowe przysmaki i pamiątki.
Jest naprawdę zimno, więc decyduję się na grzane wino i mamaligę z kielbaską z grilla. To mój pierwszy raz kiedy mam okazję spróbować ten podstawowy rumuński przysmak i moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Czytając wcześniej o tym daniu wyobrażałam je sobie jako papkę bez smaku, jednak przeżyłam całkowite zaskoczenie. Mamaliga smakuje bardzo dobrze, i choć samej nie da się wiele zjeść, to jako dodatek do najróżniejszych potraw spełnia świetnie swoją rolę. Po posiłku wracamy tą samą trasą, która stała się jeszcze bardziej ekscytująca, bo jadąc w dół ma się wszystko przed sobą. A widoki rzeczywiście są niesamowite, wielka serpentyna otoczona górami, która wydaje się nie mieć końca to niecodzienne zjawisko. Docenili to nawet Anglicy z programu Top Gear, robiąc w 2009 r. materiał o trasie, a jak twierdzi Wikipedia, prowadzący program Jeremy Clarkson określił ją mianem „najlepszej drogi świata”. Nie wiem, czy byłabym aż tak pozytywnie nastawiona, ale zdecydowanie polecam taką wycieczkę – nie jest to coś, co widzi się zbyt często.
W pobliżu trasy, na drodze do Braszowa znajduje się miasto Făgăraș, w którym mieści się zamek.
Niestety we wrześniu 2012 był remontowany, więc nie udało się nam go zobaczyć, ale może warto spróbować.
MIASTO NIEDŹWIEDZI

Następnie ruszamy do Braszowa – miasta, gdzie zatrzymamy się na nocleg. Widać je już z daleka – na wzgórzu porośniętym drzewami mieści się wielki, biały napis – Brașov, dokładnie jak bardzo
znany Hollywood. Nie jest to zresztą jakiś ewenement, w regionie Braszowa zdarzyło się nam
widzieć kilka takich, dokładnie tak samo „reklamuje się” Râşnov, który jeszcze odwiedzimy, z tym, że wygląda znacznie piękniej bo napis mieści się u stóp zamku.
Region Braszowa to okolica, która posiada dużą liczbę niedźwiedzi brunatnych. Sama Rumunia to
zresztą kraj, w których w Europie jest ich najwięcej. W związku z tym ponoć zdarzają się ciekawe
historie w stylu spotkania misia na ulicy, w centrum miasta, a przed wyjazdem miałam okazję
czytać o mrożących krew w żyłach historiach jak to niedźwiedź zabił turystę śpiącego w namiocie
w pobliskich górach. Takie opowieści zdecydowanie pasują do opinii „dzikiego kraju”,ale nasz
pobyt jest zdecydowanie bardziej spokojny, można nawet powiedzieć – cywilizowany.
Już na początku mamy szczęście – akurat odbywa się Kronstadt Classic Rally, czyli rajd starych
samochodów. W przerwach między wyścigami można podziwiać uczestników na Piața Sfatului,
gdzie kręci się wielu turystów. A naprawdę jest na co popatrzeć, nawet na osobie niezbyt
zaciekawionej motoryzacją pięknie wyremontowane klasyczne auta robią wrażenie.
Jest już wieczór, a my decydujemy się na spacer po centrum. Na większych ulicach tłumy ludzi, do tego kramy z najróżniejszym jedzeniem czy pamiątkami. Dosłownie co krok można spróbować
Kürtős kalács – węgierskiego przysmaku o wyglądzie komina, który wywodzi się właśnie
z Transylwanii – w końcu węgierskie dziedzictwo zobowiązuje. Ciasto jest bardzo delikatne,
w dodatku można wybrać najbardziej odpowiadający nam smak, albo bardzo prosto – z cukrem,
albo też z orzechami, czy w wielu innych odsłonach, każde stoisko stara się przyciągnąć klientów
czymś szczególnym.
W mniejszych uliczkach – spokój, raczej tylko nieliczne grupki zabłąkanych turystów oglądają
zabytki przy świetle ulicznych lamp. Niestety wszystko jest już zamknięte, ale spacerując
chłoniemy atmosferę miasta, a ciepły letni wieczór uspokaja i wprowadza w dobry nastrój.
Zmęczeni pierwszym pełnym wrażeń dniem i gotowi na następny decydujemy się isć spać. Na
nocleg wybieramy hostel „Liberty Villa” na strada Democratiei, blisko centrum. Jest całkiem
przyzwoity, tani i w dobrej lokalizacji.

ZAMCZYSKA I PAŁACE
Z samego rana wybieramy się do miejscowości Sinaia – letniej rezydencji rumuńskich królów, żeby
zwiedzić zamek Peleş – jak mówią przewodniki najnowocześniejszy zamek w Europie. Zbudowany dopiero w II poł. XIX w. jako letnia rezydencja pierwszego króla Rumunii – Karola I rzeczywiście posiada wiele udogodnień, jak choćby centralne ogrzewanie, prąd czy łazienki w standardzie, co przecież było nie do pomyślenia w dawniejszych pałacach. Co tu dużo mówić – zamek jest przepiękny. Najlepsze wrażenie robi z zewnątrz, ale wnętrza także są bardzo ciekawe, zaskakują niezliczone sekretne przejścia, czy to przez szafę, czy półki z ksiażkami. Jak mówi przewodnik, król Karol wszystkie je zaplanował, żeby zamek był bardziej interesujący.
Wejście do zamku możliwe jest tylko z przewodnikiem, dostępnym w kilku językach. Godziny nie
są dokładnie określone, trzeba czekać na zebranie się grupy, co nie jest problemem, bo turystów jest tam naprawdę sporo. Do wyboru mamy 3 opcje wycieczki: parter, parter + 1 piętro, oraz cały zamek (czyli parter i 2 piętra). Każda następna jest oczywiscie droższa, sam parter kosztuje dorosłego tylko 20 lei, podczas gdy opcja druga 50, a opcja trzecia 70 lei. Mimo wszystko nie wolno dać się odstraszyć. Zamek jest na tyle nietypowy, że absolutnie warto wydać te pieniądze, a opcja druga jest po prostu obowiązkowa! Parter i pierwsze piętro są bardzo bogato urządzone, historie przewodnika ciekawe i naprawdę nie ma się wrażenia straconego czasu.
Piętro drugie jest całkiem inne, mieści małe, skromne pokoje i osoby oczekujące dalszych wrażeń
mogą poczuć się zawiedzione. Ja jednak bardzo polecam tą część, można dowiedzieć się wiele
o Rumunii, bo każdy pokój dotyczy jakiejś ważnej postaci rumuńskiej kultury lub historii, które
przez jakiś czas przebywały w zamku na zaproszenie monarchów. Innym wielkim atutem jest fakt,
że bardzo niewiele osób wybiera tą opcję, z naszej ok. 20-osobowej grupy zostały 4 osoby, co daje szansę porozmawiania z przewodnikiem i dowiedzenia się znacznie więcej.
Co jest najcudowniejsze w tym zamku to fakt, że po wyjściu ma się poczucie pełni, wrażenie, że
widzieliśmy wszystko. Nie jak w wielkich zamkach, gdzie widzi się tylko 20 komnat , a wszystko
inne jest zamknięte dla zwiedzającego. Niewielka powierzchnia tego zamku i jego dobra obecnie
kondycja pozwalają na poznanie go „wzdłuż i wszerz”, co daje niemałą satysfakcję.

Pewna dygresja odnośnie zniżek studenckich. Zdecydowanie warto być studentem zwiedzając
zamek Peleş, wtedy opłata za zwiedzenie całego zamku to tylko 17,5 lei! Przypominam, że zwykła opłata wynosi 70 lei. Nie ma przy tym znaczenia czy jest się w posiadaniu legitymacji rumuńskiej uczelni czy nie, Rumuni akceptują je wszystkie. Przez całe trzy tygodnie, przy wstępach do wszystkich muzeów w Cluju, do ogrodu botanicznego, do kina oraz wszystkich atrakcji w Transylwanii wymienionych w tym tekście używałam swojej polskiej legitymacji i nigdy nie stanowiło to problemu.

W Sinaia jest jeszcze drugi zamek zwany Pelişor, zbudowany później, jako rezydencja króla
Ferdynanda i jego żony Marii. Niestety, akurat trwały tam prace renowacyjne i zamek był
zamknięty dla zwiedzających.

Po pięknych wrażeniach z Sinaii ruszyliśmy do Bran – najsłynniejszego z rumuńskich zamków.
Swoją popularność zawdzięcza reklamie, jaką zafundował mu Bram Stoker w swojej książce
„Dracula”, gdzie uczynił go pierwowzorem miejsca zamieszkania tytułowego bohatera. I choć
zamek ma trochę ponury wygląd, a jego wnętrza są wyjątkowo skromne, to z żadnym wampirem
nie ma nic wspólnego. To stara twierdza, która została przerobiona na letnią rezydencję przez
królową Marię i była zamieszkana aż do II wojny światowej przez jej córkę i wnuki. To co widać na pierwszy rzut oka to tłumy turystów. U podnóża zamku kwitnie handel, sprzedaje się wszystko – śmieszne koszulki, straszne maski, jedzenie i badziewne pamiątki, ale zaskakująco dużo jest też
kramów z rękodziełem, od których nie można oderwać wzroku. Np. skórzane torby i torebki,
których cena jest niestety zaporowa jak dla mnie, ale absolutnie słuszna. Tak pięknych i doskonale wykonanych toreb nie widziałam nigdy w życiu.
Sam zamek nie jest zbyt wielki, choć ciekawy. Można zwiedzać go na własną rękę (dostępne są
audio przewodniki) przepychając się wąskimi korytarzami między innymi turystami. Pogoda nam
dopisuje, podziwiamy piękny widok na miasteczko Bran, na dawną granicę Transylwanii
i Wołoszczyzny, której strażnikiem miał być zamek.

Całkiem niedaleko od Bran czeka na nas jeszcze jedna twierdza, z tym, że całkiem inna, bo jest to tzw. zamek chłopski w Râşnovie. Jest to bardzo ciekawa konstrukcja, popularna w Średniowieczu na terenie obecnych Niemiec i przeniesona do Transylwanii wraz z osadnikami z tych terenów zwanymi Sasami Siedmiogrodzkimi. Taki zamek pełnił funkcje typowo obronne, w czasach pokoju nie był zamieszkany, natomiast w czasie zagrożenia chłopi z okolicznych wsi znajdowali w nim schronienie dla siebie i swojego dobytku. Ma bardzo ciekawą architekturę, nacisk położony jest na mury obronne, a w środku znajdują się liczne, niewielkie pomieszczenia, takiej samej wielkości, które miały odpowiadać każdej chroniącej się tam rodzinie. Taki przykład brania sprawy we własne ręce jest bardzo imponujący, a konstrukcja twierdzy na tyle specyficzna, że trudno będzie nam spotkać coś podobnego. Dlatego bardzo polecam wizytę w Râşnovie.
Ciekawym dodatkiem do naszego zwiedzania były dwa urocze kucyki pasące się u podnóża zamku, którym liczne dzieci nie dawały spokoju. W końcu jeden z nich pokazał, że oprócz pięknego wyglądu ma też zadziorny charakter i przegonił uciążliwą zgraję strasząc przy tym wielkimi zębami.

Jeśli chodzi o region Braszów to byłoby to na tyle. Między Bran, a Râşnovem udało nam się
odwiedzić jeszcze niewielką jaskinię, której nazwy nawet nie pamiętam i nie mogę odnaleźć. Było
to moje pierwsze spotkanie z rumuńską przyrodą, bardzo udane, bo jaskinia choć mała to była
bardzo ciekawa. Potem zostało nam już tylko ruszyć do ostatniego punktu naszej wycieczki – do
Sighișoary. Przybyliśmy tam późnym wieczorem, mieliśmy czas tylko na kolację, w regionalnej
rumuńskiej restauracji z pysznym jedzeniem, gdzie spotkaliśmy mnóstwo naszych rodaków,
namacalny dowód, że Rumunia jest w Polsce coraz bardziej popularna. Potem krótki spacer po
mieście, w którym towarzyszyła nam głośna, energiczna muzyka płynąca z wielkiej sceny – znów
trafiliśmy na jakiś festiwal, który właśnie kończył się koncertem. Latem w rumuńskich miastach
naprawdę wiele się dzieje, łatwo można trafić na jakieś ciekawe wydarzenie i tym samym
urozmaicić swój pobyt.

My jednak musieliśmy już wracać, stąd Sighișoary nie zobaczyliśmy nawet pobieżnie. Wielka
szkoda, bo to piękne miasto. I tak zakończył się mój pierwszy rumuński weekend, bardzo
intensywny i męczący i zdecydowanie niegodny naśladowania. Trasa pokonana przez nas była
świetna, ale koniecznie trzeba przeznaczyć na to znacznie więcej czasu niż dwa dni, bo ma się
wrażenie wielkiego niedosytu. Na szczęście, następny weekend był już znacznie lepiej
zaplanowany i pozwolił na powolne podziwianie uroków Rumunii.
Na relację z tego wyjazdu zapraszam w najbliższej przyszłości!

Tak wyglądał mój pierwszy weekend podróży po Rumunii, który wieloma rzeczami mnie zaskoczył i pozwolił przekonać się, że Transylwania ma naprawdę wiele do zaoferowania.

Zdjęcia

RUMUNIA / Transylwania / Kluż-Napoka / Katedra prawosławnaRUMUNIA / Transylwania / Kluż-Napoka / Plac MuzealnyRUMUNIA / Transylwania / Kluż-Napoka / TransfagarasanRUMUNIA / Transylwania / Kluż-Napoka / Ulica lustrzana z widokiem na katedręRUMUNIA / Transylwania / Kluż-Napoka / Zamek Peles

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl