Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

DZIKI KRAJ czyli WAKACJE W TRANSYLWANII (cz. II) > RUMUNIA


JArom JArom Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie RUMUNIA / Transylwania / Cluj-Napoca / Cluj-NapocaDruga część reportażu z Transylwanii, tym razem opis mniej znanych miejsc, ale ciągle tak samo atrakcyjnych!

SÓL KAMIENNA I WSPINACZKA

Kolejny wypad miał na celu pokazanie mi wielkiego bogactwa rumuńskiej przyrody i od razu powiem, że się nie zawiodłam. Naszym celem były góry Apuseni położone na zachód od Cluja, ale pierwszym przystankiem na trasie była pobliska Turda i jej słynna kopalnia soli. Osoba pochodząca z Małopolski, jak ja, nie mogła się powstrzymać od wspomnienia swoich kilku wizyt w kopalni w Wieliczce. Mój znajomy musiał wysłuchiwać moich niezbyt skromnych opowieści, o tym jak piękna jest kopalnia, szczególnie o wrażeniu jakie zrobiła na mnie po raz pierwszy Kaplica Św. Kingi, która po wyjściu z wąskiego korytarza wydaje się tak wielka i przestronna, że trudno sobie wyobrazić, aby taka przestrzeń mogła istnieć pod ziemią. Kontynuowałam swoje ględzenie, gdy powoli, wilgotnymi, i nie tak znowu wąskimi korytarzami zbliżaliśmy się do celu naszej wędrówki. Gdy tam dotarliśmy, zamilkłam z podziwu i zmieszania. Podczas gdy ja zachwycałam się niewielką komnatą, zobaczyłam przed sobą ogromną przestrzeń tak w dół jak i w górę, wystarczającą, żeby wyzwolić mój lęk wysokości. Na samym dole było widać ludzi oraz różne atrakcje, które właśnie mieliśmy zobaczyć z bliska. Można było zejść po drewnianych schodach, ale my wybraliśmy przeszkloną windę, która w pół minuty zabrała nas na dół. A tam... stoły do ping-ponga, stół bilardowy, boisko do koszykówki, miejsce do organizowania koncertów, sztuczne jezioro z łódeczkami, a nawet kilka karuzel w tym mini diabelski młyn! Ale i tak największe wrażenie robiło zadarcie głowy do góry, ogrom tego miejsca po prostu poraża. Spędziliśmy trochę czasu na dole i powoli skierowaliśmy się do wyjścia. Kopalnia nie jest duża, także jej zwiedzanie nie zajmuje wiele czasu, oczywiście o ile nie korzysta się z dodatkowych atrakcji. Jest też bardzo stara, działała od średniowiecza do pocz. XX wieku, a warstwy soli osadzone na starych, drewnianych schodach wyglądają przepięknie. Salina Turda jest zdecydowanie warta zobaczenia, choć ciągle uważam, że Wieliczka jest bardziej interesująca jeśli chodzi o zwiedzanie. Ale zagrać w ping-ponga pod ziemią można tylko w Rumunii!

Mimo zakończenia wizyty w kopalni, nie opuszczamy samej Turdy. Miasteczko jest całkiem przyjemne, ale rezygnujemy z jego zwiedzania na rzecz Cheile Turzii czyli przełomu rzeki Turda. Wąwóz jest widoczny z dużej odległości, w postaci dwóch wielkich, białych skał, częściowo obrośniętych drzewami. Aby się tam dostać wchodzimy na teren parku , gdzie musimy uiścić niewielką opłatę. Spacer jest łatwy i przyjemny, a pokonanie trasy w jedną stronę zajmuje ok. 1,5 godziny. Widoki są cudowne, obok płynie niewielki strumyk, aż trudno uwierzyć, że taka mała rzeczka mogła tak wyrzeźbić krajobraz. Na trasie spotykamy trochę turystów, wąwóz jest dosyć popularny. Słynie też jako świetne miejsce do wspinaczki, dostępnych jest wiele tras wspinaczkowych o różnym stopniu trudności. Ścieżka kończy się uroczą polaną, dalej wiodą kolejne szlaki, w innych kierunkach, ale my wracamy tą samą trasą do samochodu, aby ruszyć dalej, w kierunku parku natury w górach Apuseni.

GORĄCZKA ZŁOTA

Ale zanim tam dotrzemy czeka nas jeszcze jeden nieplanowany przystanek. Po drodze docieramy do Roșia Montană – całkiem gorącego tematu ostatnich lat w Rumunii. To region bogaty w złoża złota, którego historia wydobywcza sięga czasów starożytnego Rzymu. Ostatnia państwowa kopalnia została zamknięta w 2006 r., ale rząd od razu przymierzył się do otwarcia nowego, już prywatnego zakładu, a prawa do tego uzyskał kanadyjski koncern. Wywołało to ogromną dyskusję w Rumunii, w której głos zajęły wszelkie instytucje, od państwowych, po kościelne, czy stowarzyszenia lokalnych mieszkańców i ngosy. Swoje stanowisko zajęły nawet rząd Kanady, który wspiera inwestycję oraz rząd Węgier, który ostro się jej sprzeciwia. Choć państwo bardzo pozytywnie ustosunkowuje się do tego projektu, a nawet od pewnego czasu nadało mu status priorytetowy to opór społeczny jest duży. Rumuni boją się zanieczyszczenia środowiska, jakie niesie za sobą wydobycie złota, a także srebra, którego złoża również są tam obecne. Jest mocna obawa, że koszty przewyższą ewentualne zyski. Na razie, mimo zaangażowania państwa w ten projekt, a także starań kanadyjskiego konsorcjum, które stara się przekonywać do siebie mieszkańców m.in. poprzez remont historycznych budynków w miasteczku Roșia Montană, wydobycie nie ruszyło.

Samo miasteczko jest ciche i spokojne. Można powiedzieć, że senne. Historyczne centrum mieści się na wzgórzu, wokół krętej drogi, przy której – bardzo ciasno - stoją stare, pochodzące głównie z początku XX w. niewielkie domki. Większość jest dosyć zaniedbana, część została odrestaurowana i znajdują się na nich tabliczki przypominające komu mieszkańcy to zawdzięczają – oczywiście Kanadyjczykom przygotowującym się do rozpoczęcia wydobycia. Ci ostatni ufundowali również niewielkie muzeum historii tego miejsca mieszczące się w jednym z wyremontowanych budynków. Znajdziemy tam przyrządy używane do wydobywania złota na przestrzeni lat, stroje ludowe miejscowej ludności, kilka eksponatów z czasów rzymskich, jak monety, a także prace miejscowych artystów traktujące o Roșia Montană. Raczej obowiązkowy punkt wizyty, a wejście za darmo.
Temat jest na pewno bardzo kontrowersyjny. Region ten jest dosyć biedny i otwarcie kopalni na pewno dałoby nadzieję na jego rozwój. Ale Rumuni zdają się myśleć już innymi kategoriami i rozumieją, że dalsze niszczenie tego pięknego górskiego rejonu nie jest niczym dobrym. Nie znam zbyt dobrze tego tematu, więc trudno mi powiedzieć jak zakończy się ta sytuacja. Pozostaje więc czekać na rozwój wydarzeń.

ZAGUBIENI NA SZLAKU

Po tych refleksyjnych przeżyciach docieramy w końcu do Parku Natury Apuseni. I znów mamy konkretny cel – jest nią jaskinia – lodowiec Scărișoara. Jak się jednak okazało dotarcie tam wcale nie było takie proste i kosztowało nas trochę czasu i nerwów. Najpierw oczywiście sprawdziliśmy mapę, wszystko wydawało się jasne i całkiem niedaleko. Po prostu na następnym skrzyżowaniu trzeba było skręcić w lewo i trzymać się tej drogi aż będziemy u celu. Zadowoleni dojeżdżamy do skrzyżowania, widzimy nawet znak informujący o dojeździe do jaskini, ale coś jest nie tak. Znak pokazuje, że mamy jechać prosto. Na lewo jest informacja o zamknięciu trasy. Cóż, w porządku, czyli mamy objazd, przecież nie może być zbyt daleko. Najpierw podróż przebiega wśród lasów, niezbyt wiele widoków do podziwiania, czasem zdarzy się jakiś strumień. Potem droga staje się wąska, wzgórza coraz bardziej strome, a spod drzew przebijają skały – czyli jest coraz ciekawiej. Niestety droga robi się coraz gorsza, co wcale nie jest czymś dziwnym w górskich, wiejskich rejonach, ale mój znajomy, kierowca zdaje się mieć coraz gorszy humor. Najgorsze jest przecinanie maleńkich mostków, które zdarzają się co parędziesiąt metrów, bo jedziemy wzdłuż bardzo krętego strumyka, nawierzchnia na tych mostkach to po proste duże kamienie, a czasem nawet ich brak i zamiast tego mamy dużą dziurę. Ale porządna Dacia nie takie rzeczy już przeżyła i dajemy radę.

Wyżej droga znów robi się szersza, znów mamy asfalt i ku mojemu zadowoleniu piękne widoki. Cudowne polany przeplatane lasami, tu i ówdzie pasą się krowy, owce lub konie, co jakiś czas zdarzają się małe drewniane domki, zaczynam czuć się jakby w innym świecie, zahipnotyzowana tymi krajobrazami. Niestety mój towarzysz denerwuje się coraz bardziej, bo jedziemy już godzinę, a jaskini ani widu ani słychu, a od znaku na pamiętnym skrzyżowaniu nie było żadnej informacji czy jesteśmy na dobrej drodze. Co prawda mamy do czynienia tylko z jedną drogą, ale zaczynamy sobie wyobrażać, co jeśli tamten znak to jakiś żart i teraz jedziemy nie wiadomo gdzie i do w dodatku na marne. Do tego żadnej żywej duszy w zasięgu wzroku. Ja zdaję się na los, uczucie oderwania od cywilizacji utrzymuje mnie w takim dobrym nastroju, że nic tego nie zmieni.

W końcu, wyjątkowe szczęście – z przeciwka nadjeżdża wóz, a na wozie człowiek! Mój znajomy, który już całkiem stracił opanowanie nie może przepuścić takiej okazji i pyta czy tą drogą mamy szansę dotrzeć do Scărișoary. Oczekujemy odpowiedzi w stylu „coś ty chłopie, to całkiem nie tu”, ale nie! Woźnica uśmiecha się szeroko i mówi, jasne, prosto tą drogą, 5 kilometrów. Ufff, oddech ulgi, ładnie dziękujemy i w lepszym humorze jedziemy dalej. Przestajemy jechać w górę, robi się płasko i widać coraz więcej drewnianych domków. Coraz więcej jest też ludzi. Mój znajomy nie ma w zwyczaju posiłkować się tylko jednym źródłem, także dla pewności przystaje co jakiś czas przy każdej mijanej osobie i pyta czy jaskinia to w tą stronę. „Tak, prosto jeszcze 3 km”, „tak, tak, pojedziecie 1 km i tam jest taka polana, nie da się przeoczyć”, w końcu ostatni raz, przy kobietach siedzących koło domu - „to już tu, za 200 metrów”. Wydaje się jakby wszyscy ci mieszkańcy to taka ruchoma informacja turystyczna. Za każdym razem słyszymy jaka jeszcze odległość nas została i co najlepsze, są nieomylni!

W końcu docieramy na miejsce, mały placyk, wokół domy i mały parking, jest całkiem tłoczno, choć jak się później dowiemy nie są to turyści. Ktoś wita nas słowami „buna seara” i serdecznym uśmiechem. Mój znajomy nie może jeszcze przeboleć trasy i narzeka, że taka zła i zero oznakowania. Witający nas mężczyzna śmieje się – bo to nie jest właściwa droga, normalnie jeździ się znacznie krótszą i przyjeżdża z drugiej strony, ale teraz trwa tam remont. Po prostu mieliśmy pecha. No tak, to wiele wjyaśnia. Ale i tak nie żałuję!
Za domami widać polanę, na której pasą się konie i która usiana się delikatnymi, fioletowymi kwiatami, uderzająco podobnymi do krokusów (coś się mi nie zgadza, bo przecież mamy wrzesień!). Dla takiego widoku można by jechać i cały dzień, coś przepięknego! A jeszcze nie widzieliśmy jaskini. Do tej czeka nas jeszcze 10-15 minutowy spacer przez las.

Gdy w końcu tam docieramy po raz kolejny zapiera nam dech w piersiach. Wcześniej nie czytałam nic o tym miejscu, nie widziałam żadnych zdjęć więc nie wiedziałam czego się spodziewać. Nastawiałam się na normalne wąskie wejście i błądzenie korytarzami, a tu wielka niespodzianka. Peștera Scărișoara to wielka, głęboka na 48 m dziura w kształcie okręgu o obwodzie 50 m. Jej brzegi były pięknie zazielenione, co robiło ogromne wrażenie. Do środka jaskini schodzi się po schodkach wybudowanych na zboczach leja, po części drewnianych, po części metalowych, ale nie zawsze w zbyt dobrym stanie, czasem któregoś brakuje lub jest złamany, ale to tylko pogłębia wrażenia. W środku jest dosyć zimno, na co wpływa z pewnością obecny tam lodowiec. Można powiedzieć, że jaskinia jest nim wyścielona, ale nie chodzi się po nim, a po specjalnie zbudowanym, drewnianym pomoście. W niektórych miejscach lodowiec tworzy fantazyjne kształty. Naprawdę niecodzienne przeżycie. W środku jaskinia nie jest zbyt wielka, ale to co widzi turysta to nie wszystko. Są pewne jej części przeznaczone tylko dla naukowców i aby tam wejść trzeba uzyskać zgodę specjalnych organów. My nie mamy takich aspiracji i postanawiamy wracać.

Zbliżając się do naszego samochodu słyszymy przybliżającą się muzykę. Oj, czyżbyśmy mieli szczęście i trafili na jakiś koncert? Lepiej! Wesele! I to prawdziwe wiejskie wesele! Przed jedną z drewnianych chatek stoją państwo młodzi, ubrani całkiem po miastowemu – biała suknia i garnitur, ale za nimi dwie pary świadków w strojach jak najbardziej regionalnych. Wokół zgromadzeni są goście, gra ludowa kapela, a młodymi i świadkami kilku mężczyzn tez w strojach regionalnych gra na wielkich, pasterskich rogach. Coś cudownego! Nigdy nie myślałam, że będę mieć szczęście żeby coś takiego zobaczyć. Stoimy chwilę i wraz z gośćmi przysłuchujemy się muzyce. Niestety mój towarzysz zaczyna marudzić, że jeszcze daleka droga przed nami i musimy iść. No trudno, ale wyjątkowy nastrój jeszcze długo mnie nie opuści.

Droga powrotna to znów walka z trudną trasą, ale wieczorem docieramy do Arieșeni, jednej z miejscowości - kurortów, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w pensjonacie. Dom wygląda bardzo przytulnie, niestety dobiega z niego ogłuszająca muzyka, typowe dla Rumunii tzw. manele i widzimy, że grupka, która przyjechała tam przed nami zrobiła sobie ostrą imprezę. Decydujemy się zmienić hotel. Nie było to trudne, bo o tej porze można powiedzieć, że sezon już się skończył i pensjonaty stoją już raczej puste. Ten który wybieramy był wcześniej zamknięty, jesteśmy jedynymi gośćmi. A za nocleg płacimy tylko 25 lei za osobę, więc całkiem tanio. Przed pójściem spać idziemy jeszcze na kolację, a tam - Tochitură de porc czyli mamaliga z mięsem wieprzowym w sosie – po prostu przepyszne. Idealne zakończenie takiego dnia, bo bez wątpienia był to najlepszy dzień jaki spędziłam w Rumunii, kolejny dowód na to, że warto zjechać z utartych szlaków i odkrywać to co ten kraj ma najlepsze. Przyroda, góry i wsie mają w sobie taką naturalność, której nie odczuwa się nigdzie indziej. Tego uczucia z pewnością nigdy nie zapomnę i jeszcze nie raz będę chciała tu wrócić.

BEZPAŃSKIE PSY I DOMOWY BUFET

Poranek w górach Apuseni wita nas piękną, słoneczną pogodą, choć jest dosyć zimno, czuć nadchodzą jesień. Nie mieliśmy czasu, żeby rozejrzeć się po okolicy, więc zanim pojedziemy dalej wyruszamy na spacer. Kilkadziesiąt metrów od naszego hotelu znajduje się szlak prowadzący do
Groapa Ruginoasă, co ma byś ogromną dziurą w ziemi podobną do Wielkiego Kanionu. No nie powiem, ciekawie. I w dodatku dosyć blisko, bo tabliczka mówi o 30 minutach marszu. Idziemy, oddychamy świeżym, ostrym powietrzem, jest trochę pod górkę, ale nie można się zmęczyć. Jest naprawdę pięknie i spokojnie, jest po 7 rano i mijamy tylko jedną parę turystów. W końcu las się rozrzedza, wychodzimy na małą polankę i okazuje się że jesteśmy na miejscu. “Wielka dziura “ okazała się imponującym, głębokim na 100 m wąwozem w kolorze czerwieni. Najlepszy jednak jest nie tyle widok, co – dosyć częste w Rumunii – poczucie wolności – mimo ogromu wąwozu i jego bardzo stromych, zapadających się brzegów nie ma żadnych barierek, zabezpieczeń, tylko mała tabliczka, żeby uważać na osuwającą się ziemię. I to nam się podoba! Turysto masz mózg, więc go używaj! Długo stoimy i cieszymy oczy widokiem, na polanie widać pozostałość po ognisku, rzeczywiście, ciekawe miejsce na kamping. Tylko lepiej nie umilać sobie czasu procentami, wyjście “do toalety” po ciemku mogłoby się okazać wyjściem bez powrotu.

Tak kończy się nasz czas w Arieșeni, ruszamy do innej części gór Apuseni, do słynnej Jaskini Niedźwiedziej czyli Peștery Urșilor. To miejsce dosyć popularne wśród turystów i widać to już na pierwszy rzut oka, czeka na nas wydzielony parking, a także dwie wyjątkowo charakterystyczne rzeczy dla Rumunii, czyli stado bezdomnych psów i sprzedawcy miejscowego jedzenia, oczywiście jak najbardziej home-made. Tak jedni i drudzy są trudni do odpędzenia, a znajomy opowiada mi krwiożercze krew w żyłach historie o wielkim białym psie, który rok temu w tym samym miejscu wyrwał mu z ręki kupiony wcześniej placek. Co najlepsze w drodze do jaskini spotykamy tego samego psa, który krąży w pewnej odległości obok nas, patrząc spode łba. Generalnie stada bezdomnych psów to niedziwny obrazek w miastach i wsiach Rumunii, jest ich dosyć sporo, nie są ani zbyt namolne, ani groźne, raczej po prostu leniwie wylegują się w słońcu albo szukają jedzenia w śmietnikach. Jednak psy, które mają swoje terytorium w miejscach popularnych wśród turystów są strasznie rozpieszczone i całkiem bezczelne, nie boją się podejść i prosić o jedzenie, a czasem nawet po prostu je zabrać jak znajomy już biały kolega.

Druga sprawa, stragany, których przed jaskinią jest multum, a gdzie można kupić najróżniejsze domowe wyroby. Sprzedawcami są osoby różnej płci i wieku, ale to „babcie” - starsze kobiety w chustach i długich spódnicach są najrezolutniejsze i najgłośniej zachęcają do zakupu, sypiąc przy tym dowcipem. Samo jedzenie jest przepyszne, można znaleźć takie „kwiatki” jak domowa czekolada czy różnego rodzaju alkohole. Nie mówiąc już o tym, że chyba każda rodzina na wsi robi swoje własne wino, które zawsze smakuje wyjątkowo.
Oprócz jedzenia, mijamy typowe stoiska z pocztówkami i pamiątkami. Można kupić zrobione z drewna niedźwiedzie, czy małe kawałki skał rzekomo pochodzących z okolic.

My na razie opieramy się zakupom i idziemy prosto do jaskini. Prowadzi tam kręta droga pod górę, albo skrót w postaci niezliczonych schodów. Wybieramy skrót i za chwilę jesteśmy na miejscu. Czeka tam już tłum ludzi, oznaka, że kolejna wycieczka niedługo się zacznie. Zwiedzanie oczywiście tylko z przewodnikiem i to raczej w języku rumuńskim.
Kolejna jaskinia, ale inna, tym razem mamy wąskie, długie korytarze, przewodnik opowiada o historii i warunkach panujących w środku. Wycieczka trwa ok. pół godziny, a zwieńczeniem jest oglądanie szkieletu niedźwiedzia, i opowieści o tym jak to pradawne niedźwiedzie, które obrały to miejsce za swoją kryjówkę osiągały do 4 m wysokości. Leżący przed nami biedak jest na oko znacznie mniejszy, ale nie wymagajmy zbyt wiele. Wycieczka jest bardzo przyjemna i kształcąca, jeśli oczywiście zna się język, ja muszę zadowolić się tym co przetłumaczy mi mój kolega.
Po wyjściu możemy wreszcie zaszaleć na zakupach, kupujemy po kilka placków z jabłkami, serem i jagodami, a do tego afinată - słodki alkohol z borówek. Całkiem mocny, ale – co nie zaskakuje – bardzo dobry. Jakoś udaje nam się ominąć psy zajęte innymi turystami i przemknąć niezauważenie do samochodu. Tam możemy w spokoju zjeść nasze placki. Alkohol trzeba odłożyć na wieczór, a na razie ruszamy w stronę węgierskiej granicy - na relaks.

RELAKS I POŻEGNANIE

Aby godnie zakończyć taki weekend odwiedzamy Băile Felix – znane uzdrowisko z wodami termalnymi na obrzeżach Oradei. Jest niedzielne popołudnie, więc tłumy, trudno znaleźć wolne miejsce na parkingu. Z zewnątrz obiekt wygląda trochę staro, można z łatwością wyobrazić sobie komunistyczny klimat, ale wnętrze jest całkiem w porządku. Mamy do wyboru kilka basenów, otwartych lub zamkniętych z temperaturą od 35 do 40 stopni, różne natryski, 3 zjeżdżalnie i możemy korzystać z leżaków. Nic specjalnego, ale fajny sposób na spędzenie czasu. Po jakichś dwóch godzinach zaczynamy się nudzić i jedziemy kontynuować relaks w mieście.

Oradea to rumuńskie miasto, w którym ok. 30% mieszkańców to Węgrzy. Problemy narodowościowe są w tym wypadku oczywiste, choć nie przybierają poważnych rozmiarów. Wielu Rumunów jednak przyznaje, że fakt istnienia tak licznej mniejszości węgierskiej się im nie podoba, nie wykazując zrozumienia dla historii tego miasta, które przecież przez lata należało do Węgier, więc obecność tych ostatnich nie jest niczym dziwnym. Wydaje się to być charakterystyczne dla całej Transylwanii. Od początku trochę dziwne wydawało mi się, że w każdej nawet najmniejszej wiosce co krok można było natrafić na rumuńską flagę. Może to być po prostu przykład patriotyzmu, a może to podkreślenie przynależności regionu. Ja nie mam pojęcia, nie miałam jeszcze okazji zwiedzić innych regionów tego kraju, aby porównać tą obserwację, na odpowiedź przyjdzie więc trochę poczekać. Podobnym przykładem innego rodzaju „patriotyzmu” są dosyć często spotykanie napisy „Basarabia e România”, choć tak wydaje się uważać znaczna mniejszość mieszkańców Rumunii.

Oradea to także bez wątpienia perła architektury. Barokowo-secesyjne centrum po prostu zwala z nóg, prawie każdy budynek zasługuje, aby zatrzymać się i podziwiać go przez dłuższą chwilę. Jest i stara synagoga, ogromnych rozmiarów, niestety bardzo zaniedbana, choć też robi niesamowite wrażenie.
Przysiadamy na tarasie jednej z restauracji w centrum na obiad. Czas wolno płynie, samochody i spacerujące osoby powoli przesuwają się przed naszymi oczami. Tutaj nie ma już tłumów, sezon dobiegł końca, czuć nadchodzącą jesień. Obiad jest całkiem dobry, a przede wszystkim zaskakująco tani. Po nim decydujemy się jeszcze na krótki spacer, niestety pogoda zaczyna się psuć, a do tego robi się późno.

Przyszedł czas, żeby zakończyć kolejny wyjątkowo udany weekend w Transylwanii, pełen pozytywnych wrażeń, ale z nutką zdenerwowania na drogi i rumuńską rzeczywistość, żeby nie było nudno. Kolejny raz ten region mnie oczarował i to jak żaden inny, udowadniając, że warto zjeść z utartych dróg, żeby odkryć coś wspaniałego. Jestem przekonana, że jeszcze nieraz będę tu wracać, bo nie dość, że za każdym razem jest coraz ciekawiej, to mam poczucie, że czuję się tu jak w domu.
A póki co... czeka nas ok. 4-godzinna droga powrotna do Cluja...



Tak wyglądała moja pierwsza podróż do Rumunii, zachwyciła mnie i sprawiła, że chcę więcej. Bardzo polecam taką wycieczkę!

Zdjęcia

RUMUNIA / Transylwania / Cluj-Napoca / Cluj-NapocaRUMUNIA / Transylwania / Sibiu / Most kłamcówRUMUNIA / Transylwania / Sibiu / Widok na miasto

Dodane komentarze

g_such dołączył
01.04.2016

g_such 2016-04-01 16:28:41

Ciekawy i inspirujący artykuł, z tego co zostało wymienione, znam Turdę, w tym roku może mi się uda dodać przełom rzeki. Co do Turdy to tam chyba nadal trwa wydobycie (tabliczki o pracy na dole - dla tych co by chcieli wrzucić coś do otworu, który wiedzie na dół - nie wiadomo dokąd).... Dodatkowo jadąc do kopalni google maps wprowadził nas w błąd, że kopalnia jest zamykana o 17 a była czynna do 19.....

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl