Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Podróż Tazara train -podróż pełna wrażeń > ZAMBIA, TANZANIA


IzabelaB. IzabelaB. Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie ZAMBIA / droga z Lusaki do Dar es Salaam / Tazara train / Tazara train-podróż pełna wrażeńAfryka rządzi :-) Tym razem polecamy relację IzabeliB. z 4- dniowej podróży pociagiem Tazar train z Zambii do Dar es Salaam w Tanzanii.

Skończyła się właśnie moja miesięczna, cudowna przygoda w Afryce, z moimi przyjaciółmi pokonaliśmy ponad 7 tys.km czarnego ladu, od Kapstadu w RPA , przez całą Namibię, część Botswany, Zimbabwe aż po Livingstone w Zambii. Wrażeń i emocji było mnóstwo. Jechaliśmy naszym jeapem z napędem na 4 koła przez fascynujące pustynie Kalahari i Namib, przemierzyliśmy Park Narodowy Etosha i Chobe, podziwialiśmy stada przepięknych dzikich zwierząt na wolności, obserwowaliśmy kąpiel słoni w Chobe, głaskaliśmy gepardy, dotarliśmy do dzikich plemion Himba i Buszmenów, lecieliśmy awionetką nad Delta Okavango w Botswanie, walczyliśmy o życie podczas raftingu na rzece Zambezi w Zimbabwe...działo się tyle że teoretycznie powinnam mieć już dość wrażeń i spełniona wracać do domu, jak moi przyjaciele...ja jednak postanowiłam zostać dłużej w Afryce...w Afryce, w której bez reszty się zakochałam...tak bardzo mnie ona pochłonęła, że myśl o powrocie do zimnej, ponurej Polski była nie do przyjęcia:)

I tak zaczęła się moja samotna przygoda przez dziką, czarną Afrykę. Przygoda odmienna od tej, którą właśnie zakończyłam, bo bez wsparcia przyjaciół, ba- bez towarzystwa żadnego białego człowieka w ciagu tych niespełna 2 tygodni, spontaniczna i pełna niespodzianek...

Wyjeżdżając do Afryki przewidziałam chyba moje nienasycenie tym lądem, kupiłam bowiem one way ticket, ku zdziwieniu moich bliskich w kraju:) ale widać intuicja mnie nie myliła...zakończyliśmy naszą miesieczną przygodę, a mnie bilet nie zmuszał do powortu, miałam otwarty umysł i mnóstwo zapału oraz chęci na poznanie czarnego lądu bardziej, mocniej...

Początkowo chciałam udać się na północ Kenii, jestem lekarzem pediatrą i bardzo chciałam dotrzeć do sierocińca, który prowadzony jest tam samotnie przez Polaka, chciałam tam dotrzec, pomóc, zrobić coś dobrego...moja chęć pomocy dzieciom ( z racji zawodu i wewnętrzej osobistej potrzeby) tkwi we mnie od wielu już lat, poczułam, ze teraz jest dobry moment...bardzo chciałam tam dotrzeć...ale nie udało się...wszyscy wkoło odradzali mi, z uwagi na obecną bardzo zaogniona sytuacje w tym rejonie Kenii, na ogromne niebezpieczeństwo...zrezygnowałam więc...widać nie był to dobry moment...pewna jestem jednak jednego- wrócę do Afryki- zawodowo- to na pewno!


MA póki co mój przyjaciel Kris, wspaniały organizator i przewodnik naszej wyprawy, którą właśnie zakończyliśmy, podsunął mi pewien pomysł... dłuuuga podróż pociągiem z Zambii do Dar es Salaam w Tanzanii. Od razu wiedziałam, że to dobry pomysł! Logistyka jednak i organizacja nie była łatwa...podjęłam się...z ogromnym zapałem! Warto było...

Byłam wtedy w Livingstone w Zambii, tuż przy zapierających dech w piersiach wodospadach Victorii, musiałam udać się do Lusaki- stolicy Zambii. Stamtąd bowiem ( a dokładniej z okolicznego miasteczka, ale o tym później)- odjeżdża 2 razy w tygodniu Tazara train, słynny w Afryce pociąg, który w ciągu 3-4 dni pokonuje obszar prawie 2 tys.km. Mało który biały człowiek o tym wie...mało kto się porywa na tę podróż...dla jednych to niewiargodna przygoda, dla innych 3-dniowa męczarnia w niedogodonościach...

Udałam się więc lokalnym busem z Livingstone do Lusaki. Bilet kupiłam 2 dni wcześniej, co było dobrym pomysłem, w dniu wyjazdu bowiem, napierający tłum lokalnych z pewnoscia uniemożliwiłby białemu Musungu zdobycie miejsca w autobusie. Właśnie- Musungu- od tej też pory stałam się Musungu- wszyscy wszędzie wołali na mnie Musungu! ( mało kto zapamietywał moje imię, choć w języku Suahili Izabela jest bardzo popularnym imieniem- ku mojemu zdziwieniu:) ale byłam ich Musungu ( w Suahili- Musungu oznacza dosłownie „biały człowiek”), początkowo nie reagowałam, po kilku dniach oswoiłam się:) i nawet mi się spodobało moje nowe afrykańskie imię:))

Odległość ponad 450 km. z Livingstone do Lusaki pokonaliśmy w prawie 9 godzin. Jak na warunki afrykańskie to chyba dobrze, drogi były jak w całej Afryce- zdecydowanie lepsze od tych w Polsce, ale te liczne postoje...wciąż ktoś chciał wysiąść, ktoś inny chciał wsiąść, ktoś chciał kupić gdzieś jakąś kiełbaskę i frytki, a ktoś inny pójść do toalety ( czyli za krzaczek:). Jechałam w przemiłym towarzystwie, wszyscy pytali się mnie - „gdzie jadę, po co, dlaczego?”, i podstawowe pytanie wszędzie i zawsze w Afryce- „ile mam dzieci i gdzie one są?”...” W afrykańskiej kulturze 30-letnia kobieta MUSI mieć już męża i dzieci-i to kilkoro, stąd pytanie zawsze brzmiało NIE „czy mam dzieci” ale „ile ich mam”:)...byłam więc niepojętym dla wszystkich zjawiskiem- bezdzietna, nie zamężna, biała, w lokalnym autobusie, planująca 3-dniową podróż pociągiem- bez żadnego konkretnego celu...ot tak- dla przyjemności! Nie mieściło im się to w głowie!:)

Dotarłam późnym wieczorem do stolicy Zambii- Lusaki. Wysiadłam na dworcu i poczułam- PRAWDZIWĄ, DZIKĄ, CZARNĄ Afrykę! Wszędzie był tłum krzyczących, napierajacych czarnych ludzi, a że byłam jedynym białym Musungu to byłam celem każdego stojącego naganiacza i taksówkarza...wyrywali mi z ręki torbę, pytali gdzie chcę jechać...ktoś inny chciał mi coś sprzedać...a ktoś inny bardzo nalegal bym dała mu jakąś swoją koszulkę ( dla czarnych ubogich Afrykan ubranie po białym człowieku, nawet najbardziej zniszczone i zużyte- to skarb ogromny! Każdy chciał nosić choćby podziurawione skarpety po BIAŁYM człowieku! Niepojęte prawda?? Nawet o moje roztargane trampki prawie pobiły się trzy kobiety na lokalnym targu w Zimbabwe:) Tym sposobem wracajac do Polski miałam na sobie tylko jeden t-shirt, spodenki i japonki! ).
Obawiajac się o swój bagaż ( nie wspomnę o życiu) zdecydowałam się wziąć najgłośniej krzyczącego taksówkarza i udać się w nieco spokojniejsze ( i pewnie bezpieczniejsze) miejsce. Miałam spisaną nazwę hostelu, który wyszukałam w internecie jeszcze będąc w Livingstone... udałam się więc do Backpackers Lusaka- miejsca podobno przyjaznego, bezpiecznego i popularnego wśród podróżujących przez Afrykę...dotarłam , ale okazał się być „busy”- jakaś grupa czarnych z Botswany przyjechała na jakąś konferencje czy coś...tak więc miejsca dla mnie nie było...zostałam więc z moim taksówkarzem, który co chwile powtarzał mi jaka to Zambia jest bezpieczna i wspaniała...a że był bardzo przyjazny- zawiózł mnie do kolejnego hostelu- Kalulu Hostel.
Wysiadłam z taksówki i co? Wszędzie widzę biegajace króliki!! (pomyślałam- no pięknie- jest ciemno, ja nic nie jadłam od rana, gorąco było przeokropnie cały dzień...pewnie jakieś zwidy mam...tym bardziej, że przecież porę suchą mamy, od kilku miesięcy nie padało ...a całe podwórko przed wejściem do hostelu- zalane wodą....). Po chwili wszystko się wyjaśniło- Kalulu w języku Suahili to właśnie królik, tak więc króliki to główny element wystroju tegoż miejsca....a woda- no cóż- była awaria, popękały z gorąca jakieś rury, wszystko wylało...ale miejsce dla mnie było! Nie miałam ani czasu, ani sił szukać czegoś innego-zostałam. Brodząc w błocie po kostki dotarłam do recepcji, w której przesympatyczny czarny mężczyzna poinformował mnie z wrodzonym wdziękiem, że wody nie ma- ani w toalecie, ani w umywalkach...nigdzie- bo rury popękały...że właśnie naprawiają i może za chwilę woda będzie ( spędziłam już jakiś czas w Afryce i wiedziałam już, że to „za chwilę” to jest „afrykańskie za chwile”, czyli na pewno nie dziś!) . Na szczęście miałam wilgotne chusteczki, którymi otarłam swoje zabłocone stopy...nie było tak źle...:) Dostałam łóżko w dormitorium- jak przebrnełam przez stos ubrań, toreb, jakichś porozrzucanych kosmetyków do swojego piętrowego łóżka w roku pokoju- zorientowąłam się, że łóżek jest 8 – a leżące wszędzie na ziemi ubrania niekoniecznie są damskie...tak- spałam w dormitorium pełnych czarnych, brudnych ( bo przecież wody nie było!) meżczyzn...chrapiacych na dodatek ( o czym przekonałam się później...), nie było też żadnego wiatraka ( o air condition nie wspomne:)) - gorąc był przeokropny...na szczęście moskitiera była- byłam w srodku strefy malarycznej, komarów mnóstwo, a ja bez żadnej profilaktyki p/malarycznej!)

Pomimo chrapania i nieciekawego zapachu moich współlokatorów, po ciężkim i pełnym wrażeń dniu- noc przespałam jak kamień! Rano oczywiście wody nadal nie było...chwila afrykańska trwała nadal...:)Kupiłam śniadanie za jakieś 5 dolarów USD, zapłaciłam za nocleg ( pamietam dokładnie- 50 Kłaczy Zambijskich czyli ponad 15 dolarów USD- za łóżko w otoczeniu chrapiacych współlokatorów, bez wody i wiatraka...:) ale cóż- królików za to było wszędzie mnóstwo!!:)) a wrażenia- bezcenne!:))

Postanowiłam poszukać innego miejsca, gdzie będę mogła choć wziąć prysznic- o niczym innym wtedy nie marzyłam!! Poszłam więc na spacer, zaczepiłam kilkoro przechodniów ( a raczej to oni pierwsi mnie zaczepili swoim „how are you?” „what are you doing here?”...w językach plemiennych-bebma i zizi też mówili, ale jakos się nie mogliśmy dogadać...:) no i po około godzinnej wędrówce w słonecznej ( upalnej już o godzinie 9 rano) Lusace- znalazłam!! Flinstones Hostel- od razu się tam przeniosłam!! Była woda pod prysznicem!! Cudowna, zimna!! ( w tych warunkach nikt o innej nie marzy!:) , było dormitorium male i female, więc też kolejny plus:) no i był bar z zimnym piwem...nawet stół bilardowy stał w rogu...( co prawda królików nie było...ale jakos to przeżyłam:))

Nie planowałam zadomawiać się długo w Lusace...moim celem było kupić w Lusace bilet na pociąg i dotarcie do miasteczka Kapriri Mposi, z którego to miejsca wyrusza mój pociąg. Kilka dni wcześniej wyczytałam w internecie, że bilet na pociąg można kupić w tzw. Tazara House w Lusace, a pociąg odjeżdża dwa razy w tygodniu- w tym w czwartki...ja byłam w Lusace we wtorek- miałam więc dwa dni- idealnie!...

Jednak znaleźć w Lusace Tazara House nie było łatwo...internet w Zamii nie jest tak popularny jak w innych miejscach...co prawda w moim hostelu można za 10 $USD zakupić w-f na 1 dobę ale akurat padł im serwer ( afrykańskie realia:)...wiedziałam więc tylko, że Tazara House jest „gdzieś między dworcem kolejowym i autobusowym”...:))...postanowiłam popytać więc przechodniów...a było ich wszędzie mnóstwo!! Lusaka to niespełna 1,5 mln. Miasto, lecz wydawało się być zatłoczone do granic mozliwości...wszyscy uśmiechnięci, pogodni, przyjaźni dla zagubionego Musungu:) To miasto zdecydowanie przyjaźniej wyglądało w ciagu dnia!:) Tak więc każdy mnie kierował i prowadził w innym kierunku...:)) zwiedziłam dzięki temu sporą część miasta, przeszłam przez dwa lokalne targi, przez kilka głównych ulic miasta, wypiam kawkę w lokalnym barze, dwa zimne piwka z moimi przewodnikami:)) było sympatycznie! Dotarłam w końcu do Tazara House! To duży budynek z czerwonej cegły, na pietrze drugim w pokoju 211 można było kupić bilet na podróź do Dar es Salaam!! Udało się!! Ale nie od razu- bo akurat była przerwa na lunch i miała trwać przez kolejne 2 godziny!!:) Pani, która miała mi sprzedać bilet akurat jadła frytki ze swoja 3 letnia córeczka:) Postanowiłam więc przyjaźnie zagadać...a że dziewczynka bardzo zainteresowana była moim kolorem skóry, to i mama okazała się być sympatyczną:) Po około półgodzinnej pogawędce i tłumaczemiu dlaczego nie mam jeszce dzieci i męża:))...po omówieniu wszelkich spraw zdrowotnych dzieci afrykańskich (jako że pediatrą jestem:)- kobieta postanowiła skrócic swój czas lunchu i sprzedać mi bilet!:) okazało się, że pociąg odleżdża nie w czwartki jak wyczytaam w internecie-ale w piatki...i że nie ma już biletów do pierwszej kalsy! ( Kris, mój pomysłodawca z Lusaki zastrzegał mi kilkakrotnie bym kupiła TYLKO bilet na pierwszą kalsę!!) ja jednak postanowiłam nie odpuszczać...kupiam więc bielet! Druga klasa- a co- jak przygoda, to przygoda!!:) Dodam, że kobieta, która mi sprzedawała bilet kilka razy pytała „czy na pewno?”, i że „może się jeszcze zastanowię”:)...w lekkim szoku była, że samotna Musungu chce pojechać sobie do Dar es Salaam- nie mając żadnego konkretnego w tym celu- poza sama podróżą:) i to w drugiej klasie!:)) Kupiłam- 225 Kłaczy zambijskich ( niespełna 50 $USD) i misja zakończona sukcesem!:)

Szczęśliwa, z biletem drugiej klasy na mój pociąg – udałam się na dworzec autobusowy, by zakupić teraz bilet na autobus do miasteczka, z którego odjeżdża mój pociąg... dworzec okazał się być równie zatłoczony jak w noc, którą przybyłam do Lusaki... równie głośny i równie „nieprzyjazny” dla białego Musungu! Cały czarny tłum krzyczący Musungu chciał czegoś ode mnie...kurczowo trzymałam swoja torbe ze wszsytkim co miałam najcenniejsze- paszportem, portfelem i aparatem fotografcznym. Po około godzinnej wędrówce z jednego okienka do drugiego, ciagłym tłumaczeniu, że chcę TYLKO kupić bilet na autobus, straciłam nadzieję...przeżyłam też chwilę trwogi ,kiedy jeden meżczyzna rzucił się wprost na mnie, dotykajac mojego ramienia i krzycząc „so white, white Musungu!”...ocaliła mnie pewna czarnoskóra kobieta, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do odpowiedniej budki, gdzie mogłam kupić co trzeba! Panowie z budki też akurat jedli swoje drugie śniadanie- maczali brudnymi rękoma fufu ( takie pure z kukurydzy, bardzo popularne w tym rejonie Afryki) w jakimś zawiesistym sosie, mlaskali głośno:)...chcieli mnie nawet poczęstować:) odmówiłam grzecznie, ale by nawiazać nić porozumienia ( i przyspieszyć zakup biletu) kupiłam im po jednym zimnym Mosi ( to lokalne zambijskie piwo- bardzo smaczne swoja drogą):) Wypiliśmy po piwku, pogawędzilismy w budce przez chwile ( znów tłumaczyłam się -po co, dlaczego, w jakim celu chce jechac tym pociagiem...i oczywiscie dlaczego nie mam dzieci i męża !:)) , po około godzinie udało mi się zakupic bilet!!

Przez kolejne 3 dni pozostałam w Lusace, wędrowałam całymi dniami, zwiedzałam Lusake gawędząc z lokalnymi mieszkańcami. Oswoiłam się już ze sobą jako Musungu:) W hostelu popijałam zambijskie piwko, przegryzałam najlepszym w świecie mango, stoczyłam też kilka rund bilarda z lokalnymi Zambijczykami:)

W piątek, wcześnie rano mój zaprzyjaźniony taksówkarz zawiózł mnie na dworzec, gdzie w strugach deszczu ( akurat wtedy po ponad 4 miesiacach suszy spadł ulewny deszcz!) zasiadłam w autobusie do Kapriri Mposi!:) Moja intuicja i doświadczenie afrykańskiej podróży dobrze mi podpowiedziały wcześniej by kupić bilet na poranny autobus, pomimo tego, iż wszyscy mówili mi ,iż autobus na pewno dojedzie w ciagu 2 godzin...że skoro mam pociag o godz.14 to spokojnie mogę wyjechać autobusem o godz. 11. Uparłam się i kupiłam na ten o godz. 8.30- i to był strzał w dziesiatke. Autobus, afrykańskim zwyczajem pokonał trasę z Lusaki do Kapriri (niespełna 200km) w ciagu nie tych 2 obiecanych godzin, a w ciagu 4,5! ( po drodze zdążył się zepsuć dwa razy, zrobić 3 postoje na siku itp.:)) Podróż była równie fascynująca jak wszystkie dotychczas...siedzący obok mnie meżczyzna- Mikel- całą drogę usilnie nalegał bym pomogła jego 11-letniej córce wyrwać się z Afryki i rozpocząć edukacje w Europie, prosił bym została jej „white mother w Polsce :)) nie zgodziłam się, ale friends zostaliśmy:) uściskalismy się na do widzenia i do dziś piszemy grzecznościowe maile:)

Na dworzec w Kapriri dotarłam 15 minut przed odjazdem pociagu! Tłum czarnych turystów z niewyobrażalnymi torbami, zapakowanymi czymś workami, walizkami itp. niecierpliwie czekał, aż zostaną otwarte wielkie drzwi na peron. Osobne drzmi kierowały podróżnych do pierwszej klasy a osobne do drugiej i trzeciej...udałam się ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich do klasy drugiej...
Pociag był imponujacy! Miał kilkanaście wagonów, odrapany ale dostojny!!

Kilka słów o Tazara train:
Tazara -to akronim z dlugiej nazwy: TAnzania ZAmbia Railway Authority, czyli krótko mowiąc, linia kolejowa tanzansko-zambijska, rozpoczynająca swój bieg w Dar es Salaam, a koncząca się w New Kapiri Mposhi w Zambii, w tzw. Copper Belt – czyli zagłębiu miedziowym. Długość linii kolejowej wynosi 1850 km.
TAZARA zostala zbudowana ( i całkowicie wyposażona ) ogromnym wysiłkiem i nakładem kosztów przez Chinńczyków w latach 1964 –-1976 , jako wyraz pomocy dla Zambii ( przede wszystkim ), która pozbawiona dostępu do morza nie mogła de facto eksportować swojej miedzi i innych metali.
Do 2001 roku miał miejsce wielki projekt zwany- Projektem CE:4, a był on częścią programu pomocy kilku krajow ( m.in. Austrii, Szwecji, Szwajcarii itd. ) w ponownym “uzyskaniu“ przez TAZARA –, po kilkunastu latach od jej zbudowania, – dobrego stanu technicznego. Podniesiono wówczas znacznie jakość i parametry bezpieczeństwa linii.
W projekcie , który trwał do 2002 roku brali udział również Polacy ( o czym dowiedziałam się w trakcie mojej podróży rozmawiajac z pracownikami kolei, którzy z rozżewnieniem wspominali współpracę z Cześkiem i Staszkiem z Polski:))
Obecnie Tazara train pokonuje swoja trasę 2 razy w tygodniu w obie strony i ma chlubne miano jednaj z najlepiej działająch kolei afrykańskich.
Tazara train ma 3 klasy- w pierwszej klasie, w każdym przedziale są tylko 4 miejsca i łóżka, swieża pościel i- woda w toalecie...w klasie drugiej- jest 6 twardych, rozkładanych na noc łóżek, toaleta- ( czyli dziura w podłodze) i- KOMPLETNY brak wody!! ( podobno czasami i w drugiej klasie bywa woda...tym razem nie było!). Jest jeszcze trzecia klasa- tam nie ma przedziałów- w wagonie są krzesła, ludzie siedzą, albo leżą na podłodze...wody też brak!:)
Jest też przedział restauracyjny- tam można zakupic śniadanie ( czyli 2 słodkie, czerstwe tosty z jajkiem sadzonym i zwiędłą kiełbaską) oraz lunch i dinner- czyli ryż lub fufu ( czyli pure a kukurydzy, o którym pisałam wcześniej) z kurczakiem ( przynajmniej tak nazywał się ten kawałek suchego szkieletu obleczonego podpieczona skórą:)) , można też było kupić wodę butelkowaną ( najcenniejszy towar w warunkach podróży bez wody w kranach i toalecie! Można więc było jakoś umyć zęby!:) Było też kilka gatunków piwa prosto z Zambii i Tanzanii:), a te były przepyszne!! :))

Konduktor grzecznie sprawdził mój bilet i zdziwiony pokierował mnie w strone drugiej klasy, kolejne 20 minut zajęło mi znalezienie właściwego przedziału...nikt nie wiedział co znaczą cyferki na moim bilecie, nawet konduktor!:) W końcu zostałam przydzielona do przedziału numer 6. Wchodzę, a tam tłum...w klasie drugiej jest 6 miejsc, było już 5 osób. Matka z dwojgiem dzieci, jej siostra i jeszcze jedna kobieta- oczywiście wszyscy czarnoskórzy!:) Matka owych rezolutnych dzieci aż się zadławiła kanapką widząc, że wchodzę do ich przedziału! Dzieci również były w szoku!:))

I tak zaczęła się moja fascynujaca przygoda- Witness, matka Kukondy ( 7-letniej dziewczynki z burzą warkoczyków na głowie) i Domisana ( 5-letniego chłopczyka, którego wszędzie było pełno!) jechała z dziećmi i siostrą Zamirą do Zanzibaru, na ślub swojej drugiej siostry. Dla dzieciaków to była pierwsza podróż pociagiem w życiu, tym bardziej ekscytujaca:)
Początkowo rozmowy były zdawkowe i oficjalne- skąd jestem...po co jadę do Dar es Salaam, czym się zjamuję...no i oczywiście- ile mam dzieci? :))) Z upływem czasu rozmowy były luźniejsze, a między nami nawązała się nić porozumienia, a może nawet i przyjaźni...:)) Dzieciaki były cudowne!! Mam wrodzoną sympatię do dzieci ( z racji zawodu pewnie:)- tak więc towarzystwo tego rozbrykanego rodzeństwa sprawiało mi wiele przyjemności...z wzajemnoscią:) Dla tych dzieciaków podróż z Musungu w jednym przedziele to była dodatkowa atrakcja! Kukonda ( w języku Suahili znaczy Love) po kilku minutach już siedziała mi na kolanach, a przez całą podróż plotła mi z moich długich włosów warkoczyki, na krok mnie nie odstępowała... Domisan natomiast skakał wciąż z jednego siedzenia na drugie, bardzo upodobał sobie mój aparat fotograficzny, niezdarnie robił wszystkim i wszystkiemu zdjęcia...rozmowy z Witness i jej siostrą nie miały końca:))

Muszę dodać, iż byłam atrakcją nie tylko mojego przedziału ( i wagonu), ludzie z odległych wagonów przychodzili by ze mną porozmawiać, a że ja chętnie nawiązuję nowe znajomości- po pierwszym dniu- chyba wszyscy znali Musongu z drugiej klasy!:) Matki z dziećmi przychodziły by te mogły usiąść na kolanach białego doktora Musungu!:)

Drugiego dnia miał miejsce wypadek w III klasie 4-letni chłopiec upadł i rozbił sobie głowę, paskudnie krwawił, płakał, a że wszyscy wiedziali, iż w drugiej klasie jedzie biały doktor to tłumnie przynieśli mi zapłakane dziecko...a że ja podróżuję zawsze dobrze przygotowana- to opatrzyłam profesjonalnie malucha, założyłam mu 4 szwy na czole, założyłam opatrunek na stole w przedziale jadalnym:)) od tego czasu- nie było osoby w pociągu, która by mnie nie znała i nie dażyła niekrytą sympatią!! A piwo w przedziale restauracyjnym miałam do końca podróży gratis:))

Tazara przemierza trasę z Zambii do Dar es Salaam w ciagu 3-4 dni ( granice czasowe umowne, jak to bywa w Afryce:), zatrzymuje się często na wielu mniejszych stacjach, a prędkość rozwija niezbyt zawrotną. Ale widoki, jakie można podziwiać w trakcie tej podróży- są CUDOWNE!!! rekompensują wszelkie niedogodności podróży!! Można stać całymi godzinami przy oknie i podziwiać!! Wspaniała roślinność, rdzawo-czerwona ziemia Tanzanii...mijane przez nas wioski z zaciekawionymi mieszkańcami, tłumy dzieci machające nam z radością, biegnące za przejeżdzajacym pociągiem...stałam więc przy oknie godzinami- podziwiałam i machałam, bo radość to dzieciom sprawiało nieopisaną!! Podziwiałam i robiłam tysiące zdjęć!:)
Na każdym naszym postoju mieliśmy okazję kupic coś od lokalnych mieszkańców, którzy wyczekiwali Tazary godzinami...kobiety z cieżkimi misami na głowie , pełnymi soczystego mango...przepyszne banany, jakieś orzeszki, czasem jakieś pieczone paczki, kurczaki...:) Dzieciaki proszące o coś do zjedzenia- kupowałam więc w wagonie restauracyjnym co tylko się dało- ten lunch ( ryż z jakimś sosem i kurczakiem, tosty itp.) i dawałam przez okno szczęśliwym dzieciaczkom...radości było co niemiara!:)

Gdy przychodziła noc był czas na mycie zębów wodą z butelki i szybkie zabiegi higieniczne nawilżajacymi chusteczkami ( błogosławieństwo tego wyjazdu!), była jedna toaleta z miejscem prywatności i tłum podróżnych- więc trzeba się było bardzo spieszyć :)))
W nocy było względnie cicho, wszyscy starali się spać na twardych łóżkach klasy II ( na podłodze w klasie III), a w tle turkot pociągu...jak kołysanka...wbrew pozorom nie było tak źle...pomimo twardego, wąskiego łóżka (moje było najwyżej, tuż przy suficie, trudno było się odwrócić na drugi bok, bo albo groziło upadkiem z wysokości na podłogę albo uderzeniem o sufit:)). Nocą przynajmniej było chłodniej...po upale prawie 40-stopniowym w ciągu dnia, ten nocny chłód przynosił dużą ulgę...

Wczesnym rankiem Domisan budził mnie łaskotaniem w pięty i krzykiem „I've just woken up!!:) :)) i znów- czas na szybką toaletę, kawę w wagonie restauracyjnym....i kolejna dawka przepięknych wodoków i przemiłych pogawędek:))

Drugiego dnia podróży około godziny 15, przekroczyliśmy granicę z Tanzanią, celnicy sprawdzili paszporty, od turystów pobrali 50$USD za wizę, stempelek – i bez zbędnych formalności- dalsza podróż:) Po przekroczeniu granicy- zmianiły się nie tylko widoki za oknem ( równie fascynujace, choć ta rdzawo- czerwona ziemia Tanzanii urzekła mnie najbardziej!! Niewiarygodne!) ale waluta jak i ceny!:) Przechodzimy na walutę tanzańska- szylingi... i znów inny przelicznik!! Dopiero się człowiek oswoił z kłaczami zambijskimi...ufff. Piwo znów kosztowało inaczej, śniadanie i kawa również ( około 1600 szylingów to 10 $USD, za 2000 można było kupić piwo, a za 1000 małą butelkę wody). Na granicy można było oczywiście wymienić walutę, co też uczyniłam od biegnacego przez wagony meżczyznę z plikiem waluty zambijskiej i tanzańskiej:) ( ze sporą stratą rzecz jasna, przelicznik nie był zbyt korzystny), ale wyboru nie było!:)

I tak minęło 3,5- dnia mojej fascynujacej podróży przez Zambię i Tanzanie. Około godziny 2.30 w nocy z niedzieli na poniedziałek dotarliśmy do stacji Dar es Salaam. Brudna, zmęczona, ale jakże spełniona i szczęśliwa!! Przed rozpoczeciem tej podróży planowałam, iż po dotarciu do Dar es Salaam wezmę sobie jakiś dobry hotel, a tam dłuuugą kapiel i odpocznę tuż przed wylotem do Polski ( bilet na samolot miałam w poniedziaęłk wieczorem)...ale plany nieco się zmieniły...poznałam tak cudownych ludzi, którzy zaproponowali ( nie- nalegali!) bym zatrzymała się u nich, że ugoszczą mnie jak tylko mogą najlepiej! Niegrzecznie byłoby odmówić! Byli tak mili, tak przyjaźni i tak dumni ze swojej ojczyzny-Tanzanii, że wzięli sobie za punkt honoru ugościć mnie i pokazać mi swoje miasto na tyle, na ile będą w stanie przez ten niecały dzień...tak więc zabrali mnie lokalnym tuk-tukiem na obrzeża miasta, gdzie mieszkali...taki typ slumsów:) dumnie pokazywali mi opustoszałe nocą miasto...po dotarciu do ich skromnego mieszkania-wzięłam upragniony prysznic i zapadłam w kilkugodzinny sen w ciasnym pokoju, z dwoma siostrami, trzema kuzynkami mojego nowego przyjaciela Jacksona:) Rano okazało się, iż Jackson jechał z Zambii do rodzinnego domu w pewnym konkretnym celu, o którym mi nie wspomniał... mianowicie na uroczystość pogrzebową swojej matki!! Okazało się, że jego matka zmarła 40 dni temu, a teraz w myśl religii muzułmańskiej ( Dar es Salaam to kraj w dużej części muzułmański) – cała rodzina zbiera się by świętować- taka stypa!:)) Tak więc w gronie jego licznej rodziny, prawie 50-osobowej- byłam zaszczycona uczestniczyć w tej pięknej uroczystosci! ( dla rodziny Jacksona to była nie lada chlubą, że zagościł tak niespodziewaniae biały Musungu! Bardzo symbolicznie odebrali moje przybycie:) - ”Musungu” w języku suahili dosłownie tłumaczone jest jako „biały, zesłany od Boga”)...po uroczystości Jackson i jego przyjaciele wzięli mnie na długą wycieczkę po Dar es Salaam, pokazali mi zakątki, o których turyści nawet nie marzą...i w ostatniej chwili wpadłam na lotnisko...z żalem i smutkiem, że czas wracać do domu...:(



Ta podróż to było przepiękne zwieńczenie mojej 6-tygodniowej wyprawy przez czarny ląd! Poznałam cudownych ludzi, nawiazałam przyjaźnie, które mam nadzieję przetrwają jeszcze długo...nasyciłam się widokami, których piękno przerosło moje najśmeilsze wyobrażenia!! emocji i wrazeń nie było końca...:) Utwierdziłam się w przekonaniu, iż ” I absolutely fell in love with Africa!” i że na pewno tam wrócę!!

Zdjęcia

ZAMBIA / droga z Lusaki do Dar es Salaam / Tazara train / Tazara train-podróż pełna wrażeńZAMBIA / droga z Lusaki do Dar es Salaam / Tazara train / Tazara train-podróż pełna wrażeńZAMBIA / droga z Lusaki do Dar es Salaam / Tazara train / Tazara train-podróż pełna wrażeńZAMBIA / droga z Lusaki do Dar es Salaam / Tazara train / Tazara train-podróż pełna wrażeńZAMBIA / droga z Lusaki do Dar es Salaam / Tazara train / Tazara train-podróż pełna wrażeń

Dodane komentarze

IzabelaB. dołączył
27.12.2013

IzabelaB. 2014-01-02 22:05:34

dziękuję bardzo wszystkim za te miłe komentarze:))

senia dołączył
20.06.2008

senia 2014-01-02 12:58:23

Kobieto, książkę napisz! Ja już ją kupuję!

[konto usuniete] dołączył
17.06.2006

[konto usuniete] 2014-01-01 18:26:07

Super opis super wyprawy. Zazdroszcze Ci szczerze takiej wyprawy :)

[konto usuniete] dołączył
03.07.2010

[konto usuniete] 2013-12-28 15:27:48

Bardzo podobają mi się takie właśnie opowieści - pełne pasji. Czytając Twoje opisy prawie siedzialam w wagonie II klasy w Afryce :) Dzięki!

[konto usuniete] dołączył
17.06.2006

[konto usuniete] 2013-12-28 13:30:34

Zgadzam się w 300% z twoją opinia na temat Afryki. Zazdroszczę Ci tak wspaniałej wyprawy. Udanego powrotu na Afrykański Ląd życzę.

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl