Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Jawa czy sen? > INDONEZJA


Anthar Anthar Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie INDONEZJA / Jawa / Jakarta / Ulice JakartyZapraszamy do lektury pierwszej części relacji z miesięcznej wyprawy poprzez wyspy zachwycającej Indonezji.

Gorące, duszne powietrze oblepiło mnie zaraz po wyjściu z terminalu lotniczego w Jakarcie. Wciskało się w nozdrza, zatykało usta, oszołamiało. Znów południowo-wschodnia Azja- pomyślałem z radością. I zaraz się zaczęło - pół miasta chciało nas za wszelką cenę zawieźć do centrum krzycząc jakieś niebotyczne sumy. Po 10 minutach kręcenia nosem, wzdychania i powtarzania mantry "za drogo, dam mniej" z mojej strony, oraz przekleństw, odniesień do Allaha i roztaczaniu wizji dzieci, którym odbieram miskę ryżu z drugiej strony, doszliśmy do porozumienia i za 140.000 rupii transport został zdobyty.

Po dojechaniu do centrum, dłuższym błądzeniu uliczkami (tradycyjnie przyjezdny bardziej wiedział gdzie jest hotel, niż kierowca) i ulokowaniu się w pokoju (Citi M Hotel 80.000 rupii od głowy w "trójce") zadaliśmy sobie pytanie - co jest jedną z najlepszych rzeczy w Azji? Oczywiście uliczne jedzonko. Mimo, iż byliśmy umęczeni 42-godzinną podróżą i pora naszego przybycia była późna, bo ok. 23, to jednak nie mogliśmy zostawić żołądka w oczekiwaniu do rana. Przemiły gospodarz hotelu był nieco zdziwiony moją chęcią stołowania się na ulicy i próbował na początku skierować mnie do jakiejś turystycznej knajpy, ale gdy już objaśniłem mu swoje potrzeby, zyskałem od razu kumpla (to zawsze działa). I tym sposobem późną nocą pierwsza porcja wyśmienitego nasi goreng (ok. 15.000 rupii na ulicy) wylądowała w organizmie, co pozwoliło też z błogością zasnąć po powrocie do pokoju.

Jednak Jakarta niczym szczególnym nie zachwyca, na drugi dzień szwendaliśmy się po mieście szukając czegoś wyjątkowego, ale na dobrą sprawę wyjątkowy to był smog. Trudno się oddycha w tym mieście. Wiem, że wiele innych miast regionu również nie słynie z czystości powietrza, ale tu jednak kumulacja wilgotności, gorąca i zanieczyszczeń jest bardzo dojmująca. W takiej to atmosferze poszliśmy na początek na ogromny, reprezentacyjny plac z zamiarem wspięcia się na szczyt Monumen Nasional i zobaczenia Jakarty z wysokości. Na nieszczęście budowla okazała się być remontowaną i pozostało obejść się smakiem. Za to główny meczet Masjid Istiqlal oraz katolicka katedra Gereja Katedral były jak najbardziej czynne i jako pierwsze pokazały, że Indonezja to kraj tolerancyjny, gdyż obie budowle dzieli w zasadzie jedynie ulica i wąski pas zieleni, co jest nie do pomyślenia chociażby w krajach Bliskiego Wschodu.

W międzyczasie zaszliśmy na dworzec Gambir, aby zakupić bilety do Yogyakarty na dzień następny. I tu pewna niespodzianka. Otóż w celu zakupu biletu trzeba wypełnić całkiem solidny formularz, w którym podaje się masę danych osobowych, numery dokumentów, daty, destynacje, rodzaje pociągów, numery kołnierzyka, miejsca zgonu pradziadków itd. Z wypełnionym dokumentem trzeba udać się od kasy, uiścić zapłatę (180.000 rupii do Yogyakarty) i odebrać bilet. Działa to znakomicie i bezproblemowo, jakże inaczej od przebojów z kupowaniem biletu kolejowego w Indiach.

Zdjęcia: Jakarta, Jawa, Ulice Jakarty, INDONEZJA
Jakarta, Jawa, Ulice Jakarty, INDONEZJA



Przemierzając dalej centrum Jakarty zobaczyliśmy całkiem interesujące muzeum narodowe, prezentujące wytwory kultury różnych grup etnicznych zamieszkujących ten kraj, a których liczbę określa się na ponad 300. Natomiast późnym popołudniem udaliśmy się do portu aby zobaczyć setki drewnianych łajb załadowywanych wszelakim dobrem i wypływających w rejs, wszak to podstawowy środek komunikacji między wyspami. Wieczorem odwiedziliśmy dzielnicę backpackerską z jej główną ulicą - Jl. Jaksa. Jak to w takich miejscach zazwyczaj bywa, dużo tam knajpek różnej maści, aptek, bankomatów, minimarketów i bratnich dusz z całego świata. Sympatyczne miejsce, dużo bardziej kameralne niż choćby Khao San w Bangkoku. Odpoczęliśmy więc nieco przy kolacji i zimnych napojach, pogadaliśmy z innymi wędrowcami i wraz z falami równikowej ulewy spłynęliśmy do naszego hoteliku.

Wiele osób chcąc dostać się do Yogyakarty z Jakarty, wybiera samolot. Owszem, tempo jest nieporównywalne, ale pociąg to atrakcja sama w sobie. Odległość między dwoma miastami pokonuje w czasie ok. 7,5 godziny (ok. 600 km), ale jedzie przez piękne regiony i oferuje możliwość zapoznania mieszkańców Indonezji, zwłaszcza jeśli wybierze się najniższą klasę Ekonomi. Świadomi tego faktu, wstaliśmy następnego dnia z kurami, udaliśmy się na dworzec Pasar Seni i ruszyliśmy do kulturalnej stolicy kraju. Dla kręcących nosem na długość przejazdu dodam, że to naprawdę niewiele jak na azjatyckie standardy, a w sumie jeszcze niedawno pociąg z Gdańska do Zakopanego jechał 18 godzin.

"Co tu tak spokojnie?" powiedziałem po wyjściu z wagonu w Yogyakarcie. Nikt specjalnie do niczego nie namawia, nie oferuje noclegu, podwiezienia itd. Cóż, okazało się, iż trafiliśmy na lokalny festiwal, przybyło do miasta wielu ludzi i są problemy z pokojami. Hmm, nie tego się spodziewałem. Udaliśmy się na podstawową ulicę backpackerską - Jl. Sosrowijayan i tam po dłuższym błądzeniu po zakamarkach, wielokrotnym odbijaniu się od drzwi i pomocy mieszkańca okolicy, znaleźliśmy niewielkie lokum za bardzo przyzwoite 70.000 rupii od głowy. Warunki może nieszczególne, wilgotno, karaluchów w miarę akceptowalna ilość, ale gorsze nory już widziałem. No i taras na dachu rekompensował wiele.

Yogya, jak pieszczotliwie nazywają miasto Indonezyjczycy, to baza wypadowa do dwóch podstawowych atrakcji regionu, a mianowicie świątyń Borobudur i Prambanan. Chcąc zobaczyć obie jednego dnia zaklepaliśmy sobie minibusa w malutkim biurze mieszczącym się nieopodal naszego hotelu (Bromo Tour&Travel). Co prawda do obu jeździ podmiejski autobus, ale zgranie komunikacji nie jest takie proste i wygodniej poruszać się czymś wynajętym. Tak więc zapłaciliśmy po 150.000 rupii za transport oraz uiściliśmy od razu zbrodnicze opłaty za wejściówki dla białasów - 220.000 za Borobudur i 180.000 za Prambanan. Mili goście z biura nie cwaniakowali i nie pobierali sobie żadnych dodatkowych "prowizji", co w zasadzie niemal podczas całej podróży po Indonezji było normą.

Pobudka o 4 rano dnia następnego, półprzytomni wpakowaliśmy się do samochodu i na początek ruszyliśmy zobaczyć wschód słońca z jednego ze wzgórz otaczających okolicę. Pięknie zapowiadające się widoki zostały brutalnie pokrzyżowane przez mglę, która skutecznie uniemożliwiła radosne przywitanie dnia. Nic to, jedziemy do Borobudur. Było naprawdę warto, to przepiękna buddyjska świątynia, zbudowana na kształt ośmiopiętrowej piramidy, cała obłożona płaskorzeźbami przedstawiającymi życie i czyny Buddy. Oczywiście u jej stóp jest jeden, wielki jarmark religijny, ale to nic nowego w takim miejscu. Niestety, nadal panosząca się mgła odebrała nam przyjemność napawania się widokiem okolicznych gór, wulkanów i dżungli. Trudno, na siły natury niewiele mogliśmy zaradzić. Prambanan to z kolei kompleks hinduistyczny. Przypomina mocno świątynie w Khajuraho w Indiach, choć zdecydowanie odmienna ornamentyka tu dominuje. Budowle zostały mocno nadwyrężone przez trzęsienia ziemi, część próbuje się restaurować, stąd występujące rusztowania na niektórych elementach, burzące plastyczność całości. Warto wejść do wnętrz każdej ze świątyń i zobaczyć przeróżne rzeźby, zaznając przy tym rozkosznego chłodu. Nie będę rozpisywał się na tematy związane z historią tych miejsc i znaczeniem poszczególnych elementów, bowiem to można w niemal każdym przewodniku wyczytać. Należy też w tym miejscu dodać, że w jednej i drugiej świątyni nie sposób opędzić się od dzieciaków z okolicznych szkół, które łowią blade twarze, aby pokonwersować po angielsku, zdobyć podpis i tym samym zaliczyć zajęcia. Po 10-15 takich dialogach można skonać i często rozmowa ograniczała się do złożenia podpisu. Aczkolwiek patent na naukę ciekawy, coś innego zamiast nudnego wkuwania słówek. Do miasta wróciliśmy popołudniu w niesamowitym upale, na tyle męczącym, że zalegliśmy w knajpeczce na dłużej i ruszyliśmy się dopiero w porze snu, ale za to zdobyliśmy dozgonną wdzięczność kobiety prowadzącej lokal.

Zdjęcia: Prambanan, Jawa, Wiecznie tłoczny Prambanan, INDONEZJA
Prambanan, Jawa, Wiecznie tłoczny Prambanan, INDONEZJA



Yogya, to miejsce obfitujące w wytwórnie batików, czy srebrnej biżuterii. Co ważne, mieszkańcy nie są natarczywi, nie kombinują na wszelkie sposoby by ściągnąć turystę do warsztatu. Koniec końców następnego dnia sami z ciekawości do jednego z nich weszliśmy i daliśmy się nieco porwać drobnym zakupom, bowiem obrazy malowane woskiem na tkaninie były przepiękne. Dzień ten upłynął nam ogólnie na słodkim nicnierobieniu, włóczeniu się po ulicach i kosztowaniu przeróżnych lokalnych smakołyków. Odwiedziliśmy też raczej mało interesujący pałac sułtana oraz rozćwierkany ptasi targ, który robił już zdecydowanie ciekawsze wrażenie.

Wypad z naszym mini biurem na tyle nam się spodobał, że zmieniliśmy nieco plany i kupiliśmy u nich cały pakiet przejazdów na wulkany Bromo i Ijen z noclegami oraz biletem na prom i autobusem do Denpassar na Bali. Koszt takiej przyjemności to 650.000 rupii. Nie jest to najtaniej i samodzielnie z pewnością można było to zrobić za mniej, ale dużo bardziej byśmy się umęczyli, bo komunikacja między Yogyą, a wulkanami, jak i między nimi samymi, nie jest lekka, łatwa i przyjemna. Tak więc wygrała wygoda. Acha, oczywiście była niespodzianka po drodze, bo cena pakietu nie obejmowała wstępu na Bromo (rozbój – 200.000 rupii), zatem jeśli chcielibyście sobie coś takiego zorganizować, to baczcie na ten punkt w umowie lub pamiętajcie o tym.

Droga z Yogyi do Probolinggo, czyli miejscowości, w której odbija się w kierunku wulkanów, jest koszmarem. 450 km po drogach, które świetność swą miały wieki temu, można zatęsknić za polskimi powiatówkami. Po niemal 12 godzinach podróży wytrzęsieni, spoceni i umordowani dotarliśmy do celu, zreorganizowaliśmy się, zakupiliśmy jedzenie i napitki na dzień następny (w okolicy Bromo ceny są kosmiczne) i pojechaliśmy już górską drogą ku Cemoro Lawang. Tu mała dygresja związana z zakupami – nie dziwota, że w Indonezji niemal wszyscy palą (naturalnie chodzi o mężczyzn, kraj wszak muzułmański), skoro paczka Marlboro kosztuje 15.000 rupii (jakieś 4 zł) . Nasza droga wiodła w kompletnych ciemnościach, ale mieliśmy świadomość, że serpentyny robią się coraz ostrzejsze, toteż nie wszyscy w busie mieli miny tęgie. Za to kierowca nonszalancko prowadził jedną ręką, drugą chłodząc w wieczornym powietrzu . Na miejscu rześko, żeby nie powiedzieć "zimno", solidna odmiana. Zrzuciliśmy klamoty i niemal od razu poszliśmy spać, gdyż pobudka zaplanowana była na 3 rano. Ja jeszcze usiłowałem dogadać się z lokalsami, którzy zupełnie różnili się od ludzi żyjących "na dole". Niewysocy (choć ja sam jestem raczej nikczemnego wzrostu), szczuplutcy, ale bardzo serdeczni i uśmiech im z twarzy nie schodził. Co prawda wspólnym językiem nie operowaliśmy za mocno, ale wymieniliśmy się fajkami (ja im malborki, oni mi kretka; oni zachwyceni, a ja ledwo na nogach ustałem), pozdrowiliśmy się i poszedłem spać.

Zdjęcia: Cemoro Lawang, Jawa, Bromo nigdy nie śpi, INDONEZJA
Cemoro Lawang, Jawa, Bromo nigdy nie śpi, INDONEZJA



No dobrze, jestem tuż obok najsłynniejszego wulkanu Jawy, a jeszcze go nie widziałem. Wstajemy w środku nocy, wsiadamy do 4x4 i jak gromada otępiałych zombie jedziemy po wąskich i bardzo stromych serpentynach na szczyt góry, skąd ma rozpościerać się wspaniała panorama kaldery Bromo oraz innych okolicznych wulkanów. I tak też jest. Wita nas krwawy wschód słońca, a po chwili przestrzeń u naszych stóp zaczyna wypełniać się światłem i obnażać posępne wzniesienia i kratery. Widok jest niesamowity i choć znany już z różnych relacji, to jednak piorunujące wrażenie robi. Dodać trzeba, że na górze jest chłodno, ledwie 4-5 stopni powyżej zera. Indonezyjczycy byli okutani w czapki, szale, rękawiczki, a i tak trzęśli się z zimna. Gdy zacząłem z nimi rozmawiać i stwierdziłem, że w Polsce temperatura rzędu -20 stopni nie jest niczym szczególnie wyjątkowym, to nie za bardzo potrafili się do tego odnieść, to było poza ich zakresem pojmowania i reagowali nerwowym śmiechem. Przy całym pięknie otoczenia jest jednak łyżka dziegciu, albowiem nie my jedyni chcieliśmy nacieszyć oczy i cała okolica upchana była stonką turystyczną z całego świata, nie sposób znaleźć ustronnego miejsca, mimo iż próby podjęliśmy zapalczywe. Gdy już dzień zrobił się jasny, zjechaliśmy do samej kaldery i w pyle wulkanicznym podjęliśmy podejście na szczyt właściwego Bromo. Droga z początku nietrudna, zamienia się wreszcie w strome i dłuuuugie schody. Nie jest to łatwy odcinek i widzieliśmy, że niektórzy, zwłaszcza starsi, zawracają nie dając rady. A u góry ryk; Hałas gotującej się magmy wydobywający się z wnętrza wulkanu poraża i napawa grozą, a odór siarki daje nieustannie do zrozumienia, że Bromo jest jak najbardziej czynne i nie zawaha się zaraz tego pokazać. Możliwość zajrzenia w czeluści piekieł to przeżycie jedyne w swoim rodzaju i jak najbardziej warte zachodu, mimo swojej niebotycznej wręcz popularności.

Zdjęcia: U stóp Bromo, Jawa, Krajobraz nieco księżycowy, INDONEZJA
U stóp Bromo, Jawa, Krajobraz nieco księżycowy, INDONEZJA



Gdy już się nacieszyliśmy tym niezwykłym miejscem, wróciliśmy najpierw na śniadanie do hostelu, a następnie tą samą drogą, co poprzedniego wieczoru wróciliśmy do Probolinggo. Tym razem już widzieliśmy trasę przed sobą i wprawiała nas ona w doskonały nastrój, gdyż urokliwa była wielce i nie tak niebezpieczna, jak to się niektórym zdawało. W Probolinggo pożegnaliśmy część współtowarzyszy wracających do Yogyi, a sami udaliśmy się północnym wybrzeżem w kierunku drugiego wulkanu Ijen. Gdy w pewnym momencie odbiliśmy w głąb lądu, zrozumieliśmy dlaczego komunikacja publiczna tu nie funkcjonuje. Droga jest tak wąska, kręta i stroma, że coś innego od 4x4 (albo jednośladu) nie jest w stanie się tu poruszać. Wieczorem dotarliśmy do małego, przeuroczego ośrodka zatopionego w dolince otoczonej dziką dżunglą i ścianami gór, gdzie zostaliśmy suto ugoszczeni lokalnymi pysznościami, po czym padliśmy na łóżka aby znów w środku nocy wstać.

Tym razem na szczęście samochód nie tarabanił się na górę (zresztą i tak się nie da), lecz podwiózł nas tylko do wioseczki Paltuding, skąd o 5 rano ruszyliśmy piechotą na szczyt. Co przykuło od razu uwagę? Zdecydowanie mniej ludzi, powiem więcej- tu było niemal pusto. Droga nie była długa ani ciężka, ale weszliśmy na szczyt już w promieniach słońca, a widok rozciągającej się pod nami okolicy, oraz turkusowego jeziora w kraterze wulkanu uzmysłowił, że Bromo ma potężną konkurencję. W mojej opinii Ijen to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu odwiedziłem i jeśli miałbym polecić jedno, jedyne miejsce na Jawie, to będzie to właśnie ów wulkan. Oczywiście do wnętrza krateru zejść musiałem, chociaż tabliczki usiłowały mnie od tego zamierzenia odwieść. Nie jest to proste, trzeba trochę skakać jak kozica, ale mijani górnicy mieli trasy opanowane. Górnicy? Ano tak Ijen to czynna kopalnia siarki, gdzie prymitywnymi metodami wydobywa się ten surowiec, wynosi na szczyt krateru i znosi do wioski. A wszystko wyłącznie siłami ludzkich mięśni. Górnicy potrafią nieść na swoich barkach kosze wypełnione 100 kg siarki, za co dostają dosłownie parę groszy. Praca potworna, niewdzięczna i zazwyczaj nie pozwala ludziom na dożycie więcej niż 40 lat…

Zdjęcia: Wulkan Ijen, Jawa, Siarkowe złoża , INDONEZJA
Wulkan Ijen, Jawa, Siarkowe złoża , INDONEZJA



Wewnątrz krateru panuje atmosfera nie z tej ziemi. Odór odbiera dosłownie mowę; wszędzie dymią brunatnożółte pokłady siarki; mimo założonej maski czy chociażby chusty na twarzy, oddycha się z trudem; skóra szczypie; parę osób uwija się przy załadunku kamieni do koszy; jasnobłękitne jezioro mruga zdradziecko i zwodniczo, gdyż zawiera niemały procent kwasu siarkowego, więc kąpiel byłaby średnią przyjemnością. Coś obłędnego. I nagle zawiał wiatr w moją stronę. Wokół zrobiło się absolutnie i nieprzeniknienie żółto, resztki tlenu się zdematerializowały, łzy trysnęły fontanną z oczu i przez chwilę strach dobijał się do serca. Wydostałem się jednak po kilkunastu sekundach z siarkowego obłoku, dzięki jednemu z górników, który mnie za ramię chwycił. Wrażenie pozostało nie do zatarcia.

Z żalem opuszczaliśmy to miejsce, ale trzeba było pomału zbierać się do Banyuwangi, gdzie mieliśmy wsiąść na prom na Bali. Nasz kierowca po drodze jeszcze zawiózł nas na plantację kawy (co to byłaby za wycieczka, bez próby sprzedania nam czegoś), gdzie spróbowaliśmy najdroższej kawy na świecie; Kopi Luwak (60.000 rupii za filiżankę, w sumie najdroższa to ona się robi po opuszczeniu terenu Indonezji). Hmm, dobra jest, mocna, bardzo gorzka, lekko kwaskowata, ale piłem już w życiu lepsze napary, może się nie znam. Ale spróbujcie, warto skosztować, naturalnie o ile kogoś nie odrzuca sposób jej "produkcji".

I tak oto chwilę później znaleźliśmy się na promie (bilet kosztuje grosze 6.000 rupii) i odpływaliśmy w krótki rejsik ku wybrzeżom Bali, a za plecami majestatycznie żegnał nas zielony szczyt Ijen…
Minął pierwszy tydzień wyjazdu, a co było na Bali, to może w następnej części.

Zdjęcia

INDONEZJA / Jawa / Jakarta / Ulice JakartyINDONEZJA / Jawa / Prambanan / Wiecznie tłoczny PrambananINDONEZJA / Jawa / Cemoro Lawang / Bromo nigdy nie śpiINDONEZJA / Jawa / U stóp Bromo / Krajobraz nieco księżycowyINDONEZJA / Jawa / Wulkan Ijen / Siarkowe złoża

Dodane komentarze

Anthar dołączył
15.01.2015

Anthar 2015-03-05 17:29:57

To są ceny z maja 2014r.

ptadek dołączył
16.10.2007

ptadek 2015-03-05 15:25:34

Kiedy były takie ceny??

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl