Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Skutki zjedzenia konia czyli Babia Góra zamiast Araratu > POLSKA


Petro Petro Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie TANZANIA / - / Kilimadżaro / Autor tekstu na wierzchołku Uhuru.Jak chcesz rozbawić Boga wyjaw mu, co planujesz!

Jak chcesz rozbawić Boga wyjaw mu, co planujesz! Tak brzmi wschodnie przysłowie.
Jeszcze z końcem ubiegłego roku zacząłem przygotowywać się do wyprawy na Ararat. Góra ta, leżąca na tureckim terytorium jest świętą górą Ormian i paru innych narodów. W naszej świadomości kojarzy się z miejscem, gdzie osiadła arka Noego, wraz ze wszystkimi jej pasażerami. Niektórzy szukali pozostałości tego mitycznego statku. Jest to trudne, bo teren jest tureckim obszarem wojskowym. Kilkadziesiąt lat temu podobno znaleziono jakieś pozostałości, a dobre parę lat temu za pomocą analizy zdjęć satelitarnych natrafiono w pobliżu szczytu na coś, co kształtem i wymiarami odpowiadało biblijnemu obiektowi.
Ararat, a dokładnie jeden z jego wierzchołków, wznosi się na wysokość 5137 metrów. Dla jednych niewysoko dla innych odwrotnie. Szczyt pokryty śniegiem i lodem błyszczy w oddali i wdzięczy się na pocztówkowych zdjęciach. Szczególnie pięknie wygląda z oddali, gdy widać cały masyw, Wielki i Mały Ararat ( 3896 m).
Planowałem, więc wycieczkę ( wersja dla jednych) lub wyprawę ( wersja dla mnie i wielu górskich turystów) na ten szczyt. Wyprawę, bo wymaga wielu zabiegów: zezwolenia, bo teren wojskowy, logistycznych ( namiot, przewodnik i juczny koń do niesienia prowiantu, wody i części bagażu). Wygodni mogą część tych działań przerzucić na barki biura podróży wyspecjalizowanego w górskich wyprawach.
Napoleon mawiał, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Więc oprócz treningu na siłowni zadbałem o zgromadzenie odpowiednich środków finansowych. Początkowo wszystko szło planowo, co miesiąc spływający podczas ćwiczeń pot miał odpowiednik w odkładanych, co miesiąc pieniądzach na wyprawowy fundusz. Termin wyjazdu: wrzesień 2020.
Wiosną pojawił się coronawirus. Nie będę się rozpisywał o powszechnie znanych faktach: przebiegu pandemii i jej konsekwencjach; zamykaniu granic, ograniczenia lotów itp. Ja dodatkowo zostałem pozbawiony wpływów ze stałego źródła dochodu, ale pozostały stałe koszty jego pozyskania. Rzutem na taśmę znalazłem nowe, ale niewystarczające źródło przychodów. Resztę wydatków pokrywałem ze skromnych oszczędności, a gdy te się skończyły sięgnąłem do funduszu na wyprawę. Najpierw zrezygnowałem ze zwiedzania Turcji, potem z nowego sprzętu trekingowego, aż dotarłem do… konia. Wynajęcie tego naturalnego środka transportu, mającego przenieść z dołu na swoim grzbiecie bagaż do obozu, z którego wyruszyłbym w środku nocy na szczyt, stanowiło zwornik całej wyprawy. Zwornik, to pojedynczy kamień lub cegła, który w klasycznym budownictwie kładziony na ostatku wieńczył sklepienie lub łuk drzwiowy. Po jego wyjęciu, cała konstrukcja mogła zawalić się bezpowrotnie. W mojej podróżniczej konstrukcji koń był takim zwornikiem.
A ja pieniądze na jego wynajęcie zamieniłem na prąd, gaz, wodę, podatki a resztę przetrwoniłem w Biedronce i Lidlu. W lecie zostałem z zerem na koncie.
Wszyscy znają rozliczne i coraz bardziej odchodzące od literackiego pierwowzoru filmowe adaptacje „Trzech muszkieterów”. Ale chyba tylko w książce jest fragment, gdzie za zasługi w odzyskaniu diamentowego naszyjnika francuskiej królowej Anny Austriaczki, jej angielski kochanek Lord Buckingham darowuje każdemu z muszkieterów po przepięknym i dzielnym koniu. Jednak każdy z nich traci w dziwnych okolicznościach, pozyskanego rumaka. Po wszystkim pozostaje im garstka monet. I płacąc za spożyty w dobrej komitywie wspólny posiłek, odkrywają, że nie jedli aromatycznej baraniny ani dzikiego królika, lecz w istocie spożyli konia. Ze mną było podobnie. Marzenia o wyprawie na Ararat runęły i wydawało mi się, że słyszę gdzieś wysoko homerycki śmiech.
Co w zamian?
11 września, piątek.
Jedziemy w Beskid Żywiecki. Najpierw pociągiem z Poznania do Żywca, potem busem do Korbielowa, dalej już szlakiem w górę. Kondycję mam przygotowaną na trzykrotnie wyższą górę, więc nie powinno być trudności. Na początek Pilsko. Druga, co do wysokości góra w Beskidzie Żywieckim ma być rozgrzewką dla naszej grupki. Mam z sobą dwoje młodych adeptów, Martę i Marcina. Pierwszy raz w górach! Dlatego dzisiaj pierwszy trening – wejście do schroniska na Hali Miziowej. Na początku wąski asfalt, potem leśna droga. Pierwsze korekta prawidłowego naciągu szelek plecaka, właściwego kroku, ustawianie oddechu. Jest już 15-sta, ale trasa niedługa i trudna do pobłądzenia. Za nami lokuje się liczną męska ekipa, słychać śmiechy i brzęki szkła. Przyspieszamy. Odgłosy milkną, jest pięknie, tylko dlaczego idziemy drogą? Kiedy dochodzimy do obszaru gdzie trwa w najlepsze wycinka drzew, okazuje się, że umykając przed wesołą kompanią Robin Hooda, przeoczyliśmy skręt szlaku. Odbijamy, więc ostro w górę ‘na krechę” i góry od razu dają nam w kość. Sapię jak reszta, kiedy w końcu odnajdujemy położoną zdecydowanie wyżej ścieżkę z żółtym szlakiem. Niestety, słyszymy też nadchodzącą ekipę. Ruszamy ostro do przodu, ale po stu metrach postanawiamy puścić ich przodem. Czekamy, regulując oddech, gdy nad zaroślami pojawia się głowa a potem tors dziewczyny, niesionej „na barana”. Według mnie jest naga! Wkładam okulary. No cóż, to gumowa lalka rodem z sexshopu, a nasi weseli turyści, to grupa młodych, ale obdarzonych dobrą kondycją ludzi idących spędzić kawalerski wieczór w schronisku. Nas też częstują napojami, ale grzecznie odmawiając ruszamy dalej w górę. Los wynagradza nam odmowę poczęstunku, ukazując rewelacyjny widok na dolinę i na góry w oddali. Dla mnie ten zwyczajny w takich okolicznościach widok, działa pobudzająco a moi towarzysze dosłownie go chłoną. Retorycznie pytam się, czy warto się męczyć dla takiego widoku?
Po drodze mijamy nielicznych schodzących, pozdrawiając się, jak nakazuje tradycja. W naszych oczach zapewne widać pytanie: daleko jeszcze? W końcu na rozległej hali pojawia się schronisko. W obecnej formie to właściwie górski hotel, pokoje z łazienkami, recepcja, restauracja itp. Jednak oddano miejsce też tradycyjnym turystom wygospodarowując miejsce na schroniskową kuchenkę dla osób chcących sobie samodzielnie przygotować skromny posiłek. Jest także obok miejsce dla namiotów i parę osób rozbija mimo wieczornego chłodu swoje domki. My chcąc jeszcze dzisiaj wejść na pobliski szczyt ( widać tam wyciąg narciarski) ruszamy skrótem wzdłuż słupów i szybko osiągamy wierzchołek. Niestety to nie ten właściwy. Pocieszając się, że najlepszym się to zdarza, chłoniemy wieczorne, niebieskie, widoczne w oddali góry. Nagle przebłyskuje ostatni promień słońca i ostry, trójkątny wierzchołek na chwile błyszczy złotym pobłyskiem. To Diablak, kamienny szczyt Babiej Góry. Tam zmierzamy.
12 września, sobota.
Nim rano wyruszymy z bagażem na plecach, krótka odprawa. Musimy dotrzeć do podnóża Babiej; mapa pokazuje około 26 kilometrów. To przy wprawie i znajomości szlaku około 8 godzin marszu, oczywiście bez postojów. Dla nas zapewne dłużej. Do tego mamy spotkać się na szlaku z resztą naszej grupy, rodzeństwem z Krakowa. Nie znamy ich, a i ja przed wyjazdem znałem tylko jedną osobę; Martę, która teraz z bratem idzie ze mną. Postanawiamy najpierw wejść szlakiem na najwyższy wierzchołek Pilska, a potem schodząc w dół, wzdłuż granicy dotrzeć na przełęcz gdzie znajduje się dawne drogowe przejście graniczne. Tam mamy się spotkać z pozostałą dwójką. Poranny widok z płaskiego wierzchołka Pilska jest rewelacyjny, w dali majaczą nawet Zachodnie Tatry. Wierzchołek zresztą jest podwójny i ten trochę wyższy znajduje się po słowackiej stronie. Teraz to pięciominutowy spacerek, ale kiedyś nie było to takie proste. Niech żyje Europa bez granic!
Ruszamy wąską, skalisto-błotną ścieżką ostro w dół; niebieski szlak na mapie. Różnica między szczytem a przełęczą to ponad 700 metrów na przestrzeni paru kilometrów. Po drodze spotykamy wchodzących tym, miejscami bardzo stromym szlakiem. Wiek od ośmiu do osiemdziesięciu lat. Większość jak widać po obuwiu i kondycji jest przygotowana do wejścia na górę. Spotykamy również grupę z psami a właściwie niewielkimi pieskami, dla których jak widać taka wyprawa to nie nowina. Pozdrowienia i żarty mile widziane. My schodzimy a oni przeciwnie. Dobrze, że wczoraj nie wchodziliśmy tędy, bo dla psychiki moich debiutantów mogła być to pierwsza i zarazem ostatnia górska wyprawa. Fizycznie natomiast radzą sobie coraz lepiej i niepokojem myślę, czy następnego dnia za nimi nadążę.
W końcu przełęcz. Gdzie są nasi pozostali uczestnicy? Okazuje się, że jadą do nas samochodem, więc chyba nici z dzisiejszej wspólnej wędrówki szlakiem. Przechodzimy na słowacką stronę gdzie czeka baro-sklep, przyjmujący każdą walutę. Z jedzenia są niekompletne hot-dogi ( bo bez bułek), natomiast napoje w bogatym wyborze. Posiliwszy się ciemnym jak czernina napojem chmielowym, wybieram pobliską łączkę jak miejsce na sjestę. Po chwili leżymy już w trójkę. Czekamy z lekka pochrapując. W końcu nadjeżdżają. Podejmujemy bez dyskusji decyzję i ładujemy się wszyscy do auta. Jedziemy do dzisiejszego miejsca zakwaterowania, a potem jeszcze wspólne wyjście, aby się poznać i wzajemnie sprawdzić kondycję. O zmroku ognisko lub grill.
13 września, niedziela.
Wstajemy wcześnie, lecz musimy czekać na 8 godzinę, bo w cenie nietaniego noclegu jest stół szwedzki. Wszystko się zmienia, turyści i turystka też. Wzrastają wymagania, ale też i standard noclegów. Tylko gdzieniegdzie jeszcze błąkają się wędrowcy z całym majątkiem i konserwą turystyczną w plecaku a i zdarzają się stare schroniska bez ciepłej wody, z możliwością awaryjnych noclegów „na glebie”. Kiedy jako dziecko, jeszcze w latach sześćdziesiątych zaczynałem górską przygodę to był standard a w czasach stanu wojennego taszczyliśmy z dołu kanister z ropą, aby mieć światło elektryczne w leśnym domku.
Na parking pod Babią docieramy samochodem przed 9-tą. Miejsc już prawie brak a najwięcej czasu zajmuje wszystkim zmaganie się z parkometrem. Szlaki okażą się zadbane, ale infrastruktura na wejściu jest zdecydowanie niewystarczająca.
Kto był na Babiej wie jak wygląda wejście, kto nie był niech czerpie wiedzę, z wejścia na popularne szlaki w Tatrach. Tylko „koników” ciągnących wozy z „turystami” brak.
Tłumy, a szczególnie przed schroniskiem Markowe Szczawiany. Kolejka po zakup wody dorównuje kolejce do toalety. Pierwotnie zamierzałem wejść z tego miejsca żółtym szlakiem przez Perć Akademików na szczyt, ale kiedy przekonałem się, że czwarta część tłumu kieruje się w tym kierunku, dałem spokój moim planom. Nie lubię być w kolejce ludzi ciągnących po paru za ten sam łańcuch.
Idziemy, więc w górę, normalną trasą. Szlak jest zadbany i umocniony. Ilość i jakość wchodzących jest przerażająca. Są takie, dla których wspinaczki nie są nowością, czasami z dziećmi, które rodzice zaprawiają do takiego wysiłku. Reszta turystów była zupełnie przypadkowa, ściągnięta tylko renomą góry. Pozdrowienia padają z rzadka, plecaki są sporadyczne, zdarzają się siatki. Na szczęście nie widać plażowych klapek i damskiego obuwia.
Natomiast sama góra i wejście na nią jest świetne. Miejscami ostro w górę, przez strome i mokre kamienie, wśród wszechobecnej kosodrzewiny. Jest co wchodzić.
Z przełęczy wyposażonej w miejsce widokowe i parę ławek, można w lewo ruszyć na Diablak. W prawo prowadzi trasa na Małą Babią Górę i dalej w kierunku oddalonego Pilska przez przełęcz, na której wczoraj odpoczywaliśmy. Zostawiam naszą małą grupkę pod opieką Marii, najbardziej wprawionej w górskich wycieczkach i nie raz tu będącej. Chciałbym napisać, że ruszam samotnie na szczyt, ale tak naprawdę ludzie są wszędzie, chociaż spora część dała sobie chwilowy odpoczynek na rozdrożu szlaków. Kosodrzewina karleje i widać coraz wyraźniej doliny, w oddali inne góry. Masyw Babiej stoi samotnie i wyraźnie góruje nad otaczającym go terenem. Dochodzę do skalistego rozległego plateau i widzę wierzchołek Diablaka. Nasi doganiają mnie i najmłodszy Marcin i o dziesięć lat starszy, lecz też dobrze wysportowany Szymon postanawiają wbiec na wierzchołek. Ruszają ostro i z tego, co widzę biegną aż do końca. Ja jestem coraz mniej zadowolony, bo kamienna piramidka z bliska okazuje się pokryta tłumem ludzi. Stanowczo niedziela nie jest dobrym dniem na wyprawę.
W końcu staję na szczycie. Czuję się jak pingwin na skalistym wybrzeżu Antarktydy. Wszędzie ludzie, a najwięcej w wąskim siodle gdzie ktoś odprawia mszę. Siadam pod metalowym krzyżem, pośród Czechów, wsparty o kamienną piramidkę usypaną przez turystów. Większość z nich jest nieświadoma faktowi, że składając pamiątkowy kamień oddaje cześć pierwotnym bogom i demonom, w ich naturalnym środowisku. Kiedy równo rok temu wchodziłem na Kilimandżaro, pytaliśmy się miejscowych tragarzy, dlaczego też dokładają kamienie do widocznych miejscami kopczyków. Większość z nich to chrześcijanie różnych obrządków i nasze pytania zbywali śmiechem, że to tak dla zabawy. Ale jeden z nich, na osobności powiedział, że jak człowiek jest sam, tak pośród surowej i pierwotnej natury, to na wszelki wypadek woli się ukorzyć przed tak wielkim majestatem.
Czy po to wchodzimy tak wysoko, aby zobaczyć coś, co sięga poza nasze zmysły? Nawet jak tego może nie ma.
Czeszka zdecydowanie mnie odsunęła, robiąc sobie selfie na tle krzyża.

Piotr Cholewicki

Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Szymon, Maria, Marta i Marcin przy wieczornym grillu, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Szymon, Maria, Marta i Marcin przy wieczornym grillu, POLSKA


Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Świt nad Babią Górą, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Świt nad Babią Górą, POLSKA


Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Z bliska Babia Góra wygląda łagodnie, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Z bliska Babia Góra wygląda łagodnie, POLSKA


Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Marcin na szlaku, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Marcin na szlaku, POLSKA


Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Widok z polskiej części Pilska, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Widok z polskiej części Pilska, POLSKA


Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Diablak z bliska, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Diablak z bliska, POLSKA


Zdjęcia: Babia Góra, Beskidy, Marta kontempluje na szczycie, POLSKA
Babia Góra, Beskidy, Marta kontempluje na szczycie, POLSKA

Zdjęcia

TANZANIA / - / Kilimadżaro / Autor tekstu na wierzchołku Uhuru.POLSKA / Beskidy / Babia Góra / Marcin na szlakuPOLSKA / Beskidy / Babia Góra / Szymon, Maria, Marta i Marcin przy wieczornym grilluPOLSKA / Beskidy / Babia Góra / Świt nad Babią GórąPOLSKA / Beskidy / Babia Góra / Widok z polskiej części PilskaPOLSKA / Beskidy / Babia Góra / Z bliska Babia Góra wygląda łagodniePOLSKA / Beskidy / Babia Góra / Diablak z bliskaPOLSKA / Beskidy / Babia Góra / Marta kontempluje na szczycie

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl