Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 6 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Ciotullu-Manganu / Na szlaku_6_1Ciotullu di Mori-Manganu

Etap V Ciottulu di i Mori - Manganu
Dosyć zrywania się o 4.00, jesteśmy w końcu na wakacjach. 5.30, czyli obecna godzina, to i tak nieludzka pora wstawania na urlopie. Od tego etapu już nie będziemy pakować się po nocy. Tak postanawiamy. Wychodzimy z namiotu i dopada nas Amerykanka, która była rozbita niedaleko naszego namiotu. Pyta nas, czy nie widzieliśmy jej pudełka ze śniadaniem. Nie wiem co to pudełko na śniadanie, bo ja swoje jedzenie trzymam w foliowym worze, ale myślę sobie, pudełko to pudełko. Amerykanka, a całkiem nieźle mówi po francusku. Nie, nie widzieliśmy. Po całym campingu biegają psy gardiena w ilości nieokreślonej, ponieważ tak są wychudzone że trudno je rozróżnić. Może to, któryś z nich zeżarł śniadanie, sugeruję. Mówi, że pudełko było zamknięte w plecaku, więc pies by się nie dostał. No tak, podejrzewa mnie myślę sobie. Już chyba gdzieś pisałem, że wyglądam na takiego co się nie cofnie przed niczym, jeśli chodzi o jedzenie. Czuję się niezręcznie i mówię, że nie widziałem jej pudełka ze śniadaniem, ani żadnego innego. Postanawiam, że po powrocie, jeśli wędrówka mnie nie odchudzi, obowiązkowa kuracja odchudzająca i lifting twarzy na wygląd mniej pazerny. Żeby odwrócić podejrzenia od mojej osoby proponuję jej kawałek chleba i korsykańskiej kiełbasy, skoro nie ma nic do jedzenia. Odmawia, twierdząc, że ma przyjaciół na campingu, którzy jej pomogą. A może widziała ten mój foliowy wór z jedzeniem, gdzie chleb, kiełbasa, chińskie zupy i gorące kubki mieszają się ze sobą. Rzeczywiście, za chwilę przychodzi jakaś starsza nieco dziewczyna i coś jej daje, ale to też jest w woreczku foliowym, więc ze mną nie jest tak źle. Jak się coś stanie to od razu myślę, że wszyscy podejrzewają mnie. To chyba kłopot z niską samooceną. Dopisuję to do listy problemów, które muszę zgłosić do swojego psychiatry po powrocie i tu refleksja. Człowiek na takiej wędrówce poznaje nie tylko nowych ludzi, ale i samego siebie. Głębokie, nie ma co. Zadowolony z siebie, szykuję się do wymarszu, bo Marek nie traci czasu na filozoficzne rozważania, tylko ostro się pakuje. To ciągłe przepakowywanie plecaka, to udręka. Na dodatek, jeśli mi coś potrzeba z plecaka to zawsze to znajduje się na dnie. Stephana i Jean-Michela już oczywiście nie ma. W ogóle mało kto jest na campingu, a ci co są, idą w przeciwną stronę. Może to i lepiej, bo mamy schodzić ścieżką dla rogacizny (wolę to określenie niż bydło). Oczywiście żartuję, nie mam żadnego dyskomfortu psychicznego idąc tą drogą, a każdy skrót to zysk. Schodzimy więc do doliny, w której płynie rzeka, nie spotykając po drodze żadnego bydlęcia. Tam, ta droga już łączy się ze szlakiem. Już na poprzednich zdjęciach widać, że góry się zmieniają. Jest więcej zieleni, są jakby przystępniejsze. Bardzo się nam to podoba, miejscami, jeszcze nielicznymi, można je porównać do naszych ukochanych Bieszczad, Bieszczadów (niepotrzebne skreślić). Rzekę przekraczamy przez solidną kładkę, jak na korsykańskie warunki. Po drodze spotykamy „zaopatrzeniowca” schroniska, któremu Marek robi zdjęcie. Facet się wydziera, że za to trzeba płacić. Udajemy, że nie rozumiemy. Tymczasem dochodzi drugi i odkrzykuje tamtemu, że jemu nie robili zdjęć, to nie będzie brał pieniędzy. Myślę sobie, dobrze że za oddychanie nie trzeba wam płacić. Nie mówię jednak tego głośno, bo Korsykanie to naród porywczy i każdy ma strzelbę na podorędziu. Jakoś tak z rana nie mam ochoty na zaglądnie w wylot lufy dwururki. Marek robi następne zdjęcie gdy tylko się odwrócili. Idziemy dalej. Co chwilę oglądam się za siebie, czy „zaopatrzeniowiec” nas nie goni na tym swoim mustangu, bo ja z natury strachliwy jestem. Kolejna pozycja dopisana na liście do psychiatry. Dochodzimy do małych wodospadów „Cascades d’E’Radule”. Fajne miejsce na kąpiel, ale jakoś się nie decydujemy. Trasa ogólnie jest bardzo przyjemna i na dodatek, od tego miejsca biegnie przez las. W lesie tym spotykamy jednak niezwykle groźne zwierzę jakim jest dzika świnia. Jest tak dzika, że Marek przez dobre 10 min musiał się za nią uganiać po lesie, żeby jej zrobić zdjęcie. Ja ją zaganiałem z drugiej strony i wreszcie się udało. Korsykanie uwielbiają na nie polować, co zresztą nie dziwi. Te dzikie świnie, żywią się żołędziami, kasztanami, owocami i korzeniami roślin, co powoduje, że ich mięso jest smaczne i bardzo cenione. Po za tym, to tani sposób na zapełnienie spiżarni. Dziki jeszcze zobaczymy, ale w trochę innej sytuacji. Rozmawiając o tym nieoczekiwanym spotkaniu, dochodzimy do asfaltowej drogi. Wydaje się nam, że dawno takiej nie widzieliśmy, a to przecież dopiero parę dni. Drogą dochodzimy do sklepiku, gdzie ceny są podobne do schroniskowych, lecz wybór znacznie większy. Kupujemy, chleb, kiełbasę, ser, sardynki w puszce, owoce, a Marek dodatkowo oczywiście zapas gorzkiej czekolady. Ja biorę mleczną. Aha, jeszcze kupiłem cassoulet. To taka fasolka po bretońsku w uboższej wersji, z parówkami zamiast kiełbasy. Ciężkie to trochę i trzeba to zatargać do Manganu, ale mam ochotę na to i nie potrafię sobie odmówić. W sklepiku obsługuje bardzo ładna i miła dziewczyna, która gdy nas usłyszała powiedziała „Dzień dobry”. Pytam ją czy mówi po polsku, a ona zna tylko „dzień dobry”, dziękuję i tym podobnych kilka zwrotów. Tłumaczy nam, że pracuje tutaj z nią Polak i dlatego potrafi rozpoznać naszą „szeleszczącą” mowę. Posiłek zjadamy na tarasie sklepu pod parasolami. Po posiłku, ciężko podnieść tyłki z wygodnych ławek, ale nie ma rady, do Manganu jeszcze 6 godzin drogi. Co prawda trasa ma być łatwa i przyjemna, ale od rana to w sumie prawie 9 godzin marszu. Ruszmy więc asfaltową drogą, ale za chwilę skręcamy w las. W lesie, na ścieżce rozłożyły się krowy i ani myślą przepuścić strudzonych wędrowców. Musimy je obejść. Wchodzimy na przełęcz Bocca san Pedru gdzie stoi murowana kapliczka. Z przełęczy wspinamy się łagodnym wejściem na wysokość 1883 m, na kolejną przełęcz Bocca a Reta. Po drodze mijamy drzewo, którego pokrzywione wiatrem konary są na okładce przewodnika, którym się posługujemy. Z przełęczy Bocca a Reta schodzimy w stronę jeziora Lac de Nino. Bardzo przyjemne miejsce wokół którego rozciągają się tak zwane pozzines. To trawa, którą przecinają liczne strumyki. Pasą się tu łaciate konie i krajobraz taki więcej „cukierkowy”. My skręcamy i idziemy wzdłuż jeziora, po drodze jest wspaniałe źródło w którym uzupełniamy zapasy wody. Trasa tak jak przewidywał przewodnik bardzo spokojna. Idziemy wzdłuż brzegu jeziora, a potem małej rzeczki i dochodzimy do Bergeries de Vaccaghia. Nie jesteśmy pewni czy to już schronisko, ale zaraz się orientujemy, że jednak nie. Wokół Bergeries pasą się krowy. Mija też nas grupa która jedzie wierzchem na koniach i śpiewa korsykańskie przyśpiewki, ale Marek już schował aparat i nie chce mu się go wyciągać. Tak mówi, a pewnie boi się że znowu każą mu płacić za zdjęcia. Niedługo potem dochodzimy do schroniska. Bardzo przyjemne schronisko i obsługa też sympatyczna. Poznajemy to po tym, że nikt nas nie wyrzuca z kuchni schroniskowej, gdzie ja podgrzewam mój cassoulet, a Marek swoją zupę. Wcześniej jednak prysznic i pranie, woda oczywiście zimna. Na pranie czekamy bardzo długo, ponieważ są tylko dwie umywalki, a ludzi na campingu tłum. No właśnie, skąd tyle ludzi tutaj, skoro z „Od Ciotuli” wychodziło tak mało? Dopiero po chwili uzmysławiam sobie, że część przyszła z przeciwnej strony, a cześć szła z Castellu di Vergio, gdzie woleli nocować zamiast „U Ciotuli”, co jest zresztą zrozumiałe pamiętając mało sympatycznego gardiena z rozbitym łbem. Wieczorem niespodzianka, są już „4 muszkieterowie”( oni szli z Castellu di Vergio, bo jak pamiętamy „U Ciotuli” tylko zjedli i poszli dalej), doszła też matka z córką, które tak świetnie sobie radzą od samego początku, oraz Kanadyjczyk w słomkowym kapeluszu (wszyscy zdublowali etapy). Razem z nami, Stephanem i Jean-Michelem to całkiem spora grupa osób, które wychodziły razem z Calenzany. Chwilę rozmawiam z „matką i córką” (nie wiem jakie są ich imiona, więc nazywam ich tak, żeby wiadomo było o kogo chodzi) chwaląc ich formę, odwdzięczają się tym samym.
Po campingu biegają galopem konie, co nikogo specjalnie nie dziwi, oprócz mnie. Zastanawiam się kto tu jest normalny. Dochodzę do wniosku, że wszyscy to wariaci, tylko ja nie i z tym przekonaniem mam zamiar iść spać, ale przypomniałem sobie, że nie spotkaliśmy się po przyjściu ze Stephanem. Znajduję go w drugim końcu pola namiotowego. Zamieniamy kilka zdawkowych zdań i na koniec Stephane komunikuje, że jutro z Jean-Michelem znowu dublują etapy. Pyta czy my też? No to dał zagwozdkę. Po co ja tu lazłem, teraz mam dylemat i pół nocy będę o tym myślał. Wracam do namiotu i mówię o tym Markowi. Zobaczymy jutro. Odpowiada rozsądnie. Nie zaglądam do przewodnika, jaki to etap czeka nas jutro. Po dzisiejszym dniu wydaje mi się, że góry się zmieniły i dalej będzie już coraz łatwiej, nawet łączenie etapów nie wydaje mi się straszne. Zasypiam prawie natychmiast, wcale nie myśląc o następnym dniu. Nawet nie przypuszczam jak bardzo się mylę. Kolejny raz się przekonam, że na GR 20 nic nie jest takie jak się wydaje. Cdn.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Ciotullu-Manganu / Na szlaku_6_1FRANCJA / Korsyka / Ciotullu-Manganu / Na szlaku_6_2FRANCJA / Korsyka / Ciotullu-Manganu / Na szlaku_6_3FRANCJA / Korsyka / Ciotullu-Manganu / Na szlaku_6_4FRANCJA / Korsyka / Ciotullu-Manganu / Na szlaku_6_5

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl