Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Chiny - Góry Żółte > CHINY


jedrzej jedrzej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / prowincja Anhui / Huang Shan / Góry Żółte Huang Shan (Góry Żółte) są uznawane przez wielu podróżników za najbardziej malownicze góry świata. Charakterystyczne cechy Huang Shan to fantastycznie powykrzywiane sosny, skały o niezwykłych kształtach oraz liczne taoistyczne świątynie. Nic więc dziwnego, że będąc we wschodnich Chinach postanowiliśmy odwiedzić to miejsce.

Rano, po śniadaniu, pakujemy nasz bagaż i około 11-tej opuszczamy hotel. Nasz samolot odlatuje o 14.20 z lotniska Hongqiao. Dojazd na lotnisko jest dobry; dochodzi tam metro, linia nr 2. Po opuszczeniu metra idziemy podziemnym korytarzem co najmniej kilometr (szliśmy dłużej niż z hotelu do stacji metra) zanim docieramy do hali przylotów lotniska Hongjiao a stamtąd windą do hali odlotów. Muszę przyznać, że rozmach zarówno stacji metra jak i samego lotniska zrobił na mnie duże wrażenie.
Nasz samolot leci do Chengdu w Syczuanie z międzylądowaniem w Tunxi w prowincji Anhui. Z Tunxi do Tangkou leżącego u podnóża Gór Żółtych, gdzie od jutra mamy zarezerwowany hotel jest 30 kilometrów. Pierwotnie do Tunxi zamierzaliśmy z Szanghaju jechać pociągiem. Jednak ze względu, że taka podróż zajmuje dziesięć godzin zdecydowaliśmy się na samolot i nocleg w Tunxi. Jednocześnie, mając do dyspozycji popołudnie i wieczór zamierzamy zwiedzić „Starą Uliczkę” jedno z ciekawszych skupisk domów z epoki Ming i Qing w Chinach.
Z Hongjiao wylatujemy z niewielkim opóźnieniem i po godzinie lotu lądujemy na lotnisku w Tunxi. Nie ma stamtąd żadnego publicznego środka transportu do centrum. Taksówką, za 40 yuanów, jedziemy do oddalonego o kilkanaście kilometrów miasta. Tunxi jest chińskim miastem średniej wielkości.
W hotelu Yuntian Fashion położonym obok dworca kolejowego i przystanku autobusów do Tangkou wynajmujemy za 160 yuanów pokój z łazienką. Dzisiaj jest 26 września i ceny hoteli są jeszcze niskie. Pierwszego października zaczyna się w Chinach tygodniowe święto rocznicy powstania CHRL. W tym okresie ceny szybują wysoko w górę. Przykładowo gdy za kilka dni wracaliśmy z Gór Żółtych, cena pokoju w tym hotelu wynosiła 480 yuanów.
Po rozpakowaniu rzeczy idziemy coś zjeść. W pobliżu hotelu, na ulicy prowadzącej do centrum, znajdujemy niedużą restaurację. Menu jest oczywiście po chińsku, ale w stojącej przy ścianie lodówce są wyłożone na talerzach różne produkty. W towarzystwie kucharza wybieramy jakieś warzywa, kierując się głównie ich wyglądem, tofu i kawałki mięsa z kurczaka, prosząc o przyrządzenie z nich posiłku. Był to strzał w dziesiątkę kolacja była wyśmienita.
Najedzeni, decydujemy, że na Starą Uliczkę pojedziemy rykszą. Długo tłumaczymy pani gdzie chcemy jechać. Pokazujemy to miejsce na chińskim planie miasta. Pani sprawia wrażenie, że wszystko rozumie. W konsekwencji wiezie nas kilkaset metrów dalej pod jakąś restaurację. Poddajemy się, płacimy umówioną cenę za usługę (10 RMB) i na Starą Uliczkę idziemy pieszo. I dobrze się stało, gdyż po drodze namierzamy bar samoobsługowy, w którym będziemy się stołować po powrocie z Huang Shan. Bar z wystawionymi gotowymi daniami jest dla nas idealnym miejscem na posiłek. Przynajmniej widzimy jak dana potrawa wygląda.
Resztę wieczoru spędzamy oglądając zarówno stare domy jak i towary wyłożone w znajdujących się w nich sklepach.
Wracając do hotelu wstępujemy do leżącej obok informacji turystycznej. Chcemy się dowiedzieć, w którym miejscu Tangkou znajduje się Pine Ridge Lodge Hotel, gdzie mamy zarezerwowany pokój na następne trzy noce. Pani w informacji jest bardzo uprzejma i dzwoni do hotelu. Okazuje się, że właściciel mówi po angielsku. Każe nam wysiąść w Tangkou koło poczty i obiecuje przysłać po nas hotelowy bus. Prosimy jeszcze panią o napisanie po chińsku odpowiedniej informacji dla kierowcy autobusu i już możemy udać się na zasłużony odpoczynek.
Rano kupuję na ulicznym straganie jakieś naleśniki z ostrym nadzieniem, które w hotelu zjadam jako śniadanie. Pakujemy nasze bagaże i przed dziewiątą wyruszamy w drogę.
Jedziemy niedużym autobusem w towarzystwie młodych Chińczyków. Po ekwipunku widać, że jeszcze dzisiaj mają zamiar wyruszyć w góry. Zaraz za miastem autostrada przecina wzgórza porośnięte gęstym lasem. Niekiedy lasy ustępują miejsca wioskom zabudowanym białymi domkami o szarych dachach. Wygląda to bardzo malowniczo. Po niecałej godzinie jesteśmy u celu. Wszyscy Chińczycy wysiadają ale nam kierowca daje znak, żebyśmy zostali. Jedziemy jeszcze kilka minut, aż dojeżdżamy do małego placyku. Tutaj kierowca każe nam wysiąść a sam zawraca i jedzie z powrotem. Wygląda na to, że specjalnie dla nas wydłużył trasę.
Rozglądam się dookoła i zauważam budynek poczty. Niestety nie ma publicznego telefonu, żeby zawiadomić hotel o naszym przybyciu. W tej sytuacji Ania podchodzi do okienka i pokazując numer telefonu prosi pracownicę poczty o udostępnienie aparatu. Pani nie bardzo rozumie o co chodzi. Stojący w kolejce Chińczyk okazał się bardziej inteligentny i zadzwonił ze swojej komórki po kierowcę. W ciągu pięciu minut pojawił się bus i mogliśmy zakończyć dzisiejszą podróż.
Na miejscu okazuje się, że nasz hotel składa się z budynku głównego i pawilonów położonych w sosnowym lesie. My lądujemy w takim pawilonie. Pokój nie odpowiada mojej żonie; jest zbyt ciemny i brak stolika i krzeseł lub fotelików. Idziemy z powrotem na recepcję, prosząc o pokój w budynku głównym za ewentualną dopłatą. Po konsultacji z właścicielem recepcjonistka proponuje nam pokój na pierwszym piętrze bez dopłaty. Pokój spełnia nasze podstawowe wymagania, zatem przeprowadzamy się. Koszt pokoju to 195 RMB za dobę, w tej cenie jest zawarte chińskie śniadanie. Za śniadanie amerykańskie trzeba dopłacić. Poza tym w cenie jest transport hotelowym busem na przystanek autobusów dowożących turystów na stacje dolne kolejek linowych. Ponieważ trasa autobusów prowadzi niedaleko hotelu, w drodze powrotnej można prosić kierowcę o zatrzymanie pojazdu i dojść na miejsce pieszo.
Plan pobytu w Huang Shan jest następujący. Dzień dzisiejszy chcemy poświęcić na Tangkou i najbliższą okolicę. Pozostałe dwa dni zamierzamy spędzić w górach. Na szczyt można wjechać kolejką linową wschodnią lub zachodnią. Można też oczywiście wejść pieszo szlakiem wschodnim lub zachodnim. Ponieważ podejście wschodnie jest łatwiejsze niż zachodnie, planujemy, że jutro wjedziemy na szczyt kolejką zachodnią a pojutrze wejdziemy pieszo wzdłuż kolejki wschodniej a z powrotem zjedziemy.
Centrum miasteczka jest położone w głębokim wąwozie po obydwu stronach górskiego potoku około jednego kilometra szosą w dół, od naszego hotelu. Żeby się tam dostać należy przejść przez duży most leżący na poziomie szosy a następnie zejść w dół stromą uliczką lub po schodach koło mostu. Dzisiaj nie musimy iść pieszo, zostajemy do centrum podwiezieni busem.
Obiad jemy w małej rodzinnej restauracji. Dzisiaj z lodówki wybieramy rybę i warzywa. Produkty te zostają przyrządzone w postaci zupy rybnej, którą zjadamy z dużym apetytem. Koszt takiego posiłku dla dwóch osób, to 50 yuanów.
Po obiedzie spacerujemy to po jednej to po drugiej stronie potoku, starając się w różnych sklepach znaleźć coś na kolację. Nie jest to takie proste. Pieczywo w Chinach to najczęściej pszenne słodkie bułki. Serów i masła nie ma w ogóle, wędliny wyglądają mało zachęcająco. W próżniowych opakowaniach znajduje się niezidentyfikowana zawartość często przypominająca jakieś robaki. Jedynymi produktami, które znamy to mocno doprawione kurze udka i parówki w dużym wyborze. Ostatecznie kupuję trzy parówki (okazały się bardzo niesmaczne), bułki i kilka opakowań jakiś ciasteczek. Wracamy do hotelu żeby chwilę odpocząć i zostawić zakupy.
Późnym popołudniem idziemy na spacer w kierunku gór. Teren jest dobrze zagospodarowany. Wzdłuż szosy biegnie chodnik są ławeczki i latarnie. Na klombach oddzielających chodnik od jezdni rosną czerwone kwiatki. Wkrótce, po lewej stronie szosy widzimy duży, ułożony z kwiatów napis „Welcome In Huang Shan”, dalej po stronie prawej stoi pomnik jakiegoś chińskiego poety. Zaraz potem dochodzimy do dużej bramy zbudowanej w typowo chińskim stylu, przegradzającej szosę. Za bramą znajduje się posterunek policji ulokowany na skraju lasu i właściwy wjazd na teren parku. Wchodzimy do lasu i idziemy chwilę wzdłuż szosy a następnie skręcamy w prawo w kierunku widocznych zabudowań. Wygląda na to, że był to jakiś zakład pracy. Hale produkcyjne stoją puste, ale w blokach mieszkają jeszcze ludzie. Mijamy nieczynne przedszkole i przechodzimy po kamiennym mostku na drugi brzeg potoku. Wąską drogą wspinamy się kilkaset metrów i docieramy do małej wioski. Jest ona położona w głębokiej dolinie otoczonej stromymi, porośniętymi lasem wzgórzami. Jest to las mieszany. Nie znam nazw gatunków większości drzew, rozpoznaję jedynie świerki i bambusy. Ponieważ zaczyna zapadać zmrok wracamy do hotelu.
Rano na śniadanie dostajemy „ryżankę” tzn. ryż gotowany na wodzie, pikle do ryżu, pampuchy z nieokreślonym nadzieniem, jajka na twardo i mleko sojowe. Dodatkowo, pani przynosi nam czajniczek z czarną herbatą. Pogoda jest dzisiaj nieszczególna, jest pochmurno i wierzchołki gór są zakryte chmurami. Hotelowy bus podwozi nas na przystanek autobusów turystycznych, kursujących do dolnych stacji kolejek linowych. Bilet kosztuje 19 yuanów.
Mylę się i kupuję bilet do stacji kolejki wschodniej, zamiast do stacji kolejki zachodniej. Bilety są opisane po chińsku, więc nie zauważamy różnicy. Kierowani przez obsługę wsiadamy do wskazanego autobusu i po chwili odjeżdżamy. Pomyłkę zauważa Ania dopiero podczas jazdy. W tej sytuacji zmieniamy plany; dzisiaj wchodzimy pieszo a jutro wjeżdżamy.
Po przybyciu na miejsce musimy wykupić bilety upoważniające do wstępu na teren parku. Koszt jednego biletu to 230 RMB. Na szczęście w prowincji Anhui osoby po „60-tce” mają 50% zniżki.
W końcu możemy rozpocząć wspinaczkę. Według opisu, aby dostać się na górę, musimy przejść ponad 3600 stopni. Podejście jest bardzo strome i gdyby nie schody byłoby trudno je pokonać. Chińscy turyści z reguły wjeżdżają na górę kolejką i ewentualnie schodzą pieszo. Zatem jedynymi osobami, które wspinają się razem z nami są tragarze niosący na plecach zaopatrzenie dla znajdujących się na górze hoteli.
Dziesiątki a może setki mężczyzn pną się powoli z mozołem pod górę, uginając się pod niesionym ciężarem. Po obu stronach bambusowego pałąka zawieszone są duże kartonowe pudła, zgrzewki z wodą mineralną, soki itp. Po przejściu każdych kilkunastu stopni stają. Odpoczywają, opierając niesiony ciężar na specjalnym kiju, aby po chwili rozpocząć dalszą wędrówkę.
Jest to zupełnie inny obraz Chin. Widać tutaj, że praca ludzka jest bardzo tania a warunki pracy nie podlegają żadnej kontroli. Świadczy to również o ubóstwie miejscowej ludności. Nie przypuszczam, że nawet w najbiedniejszym europejskim kraju ktokolwiek zgodził by się wykonywać tak ciężka pracę. Tym bardziej, że wynagrodzenie na pewno nie jest zbyt wysokie. Bardziej opłaca się właścicielowi hotelu czy restauracji zatrudnić tragarzy niż wwieźć towar kolejką linową. Tutaj wyraźnie widać różnicę między Azją i Europą. Przykładowo, w Andorze zaopatrzenie schronisk górskich jest dostarczane kolejkami linowymi a w przypadku braku kolejki helikopterem.
Wejście zajęło nam około trzech godzin. Niestety widoczność jest bliska zeru. Chodzimy w gęstej mgle, podziwiając wyłaniające się sosny. Odwiedzamy Sosnę Czarnego Tygrysa gdzie robię sobie pamiątkowe zdjęcie z Chińczykiem. Potem wspinamy się na punkt widokowy. Mamy szczęście, przez chwilę chmury się rozstąpiły ukazując strome wierzchołki. Towarzyszył temu okrzyk zachwytu stojących obok Chińczyków. Zjawisko to powtórzyło się jeszcze kilka razy, tak że zdążyłem zrobić parę zdjęć i nakręcić krótki film.
Spacerujemy we mgle po kamiennych ścieżkach często przystając i oglądając wyłaniające się na krótką chwilę wierzchołki. Jestem nawet zadowolony z takiej pogody. Podziwianie gór w takiej scenerii jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem, tym bardziej, że góry te są zupełnie inne od tych które odwiedziłem w swoim życiu. Strome granitowe ściany i szczyty, porośnięte sosnami, spowite mgłą, tworzą mistyczny klimat.
Po trzech godzinach dochodzimy do górnej stacji kolejki linowej, kupujemy po 80 yuanów bilety i zjeżdżamy w dół a stamtąd autobusem do Tangkou.
Gdy autobus zbliżał się do naszego hotelu, zauważamy że obok chińskiej bramy odbywają się występy taneczne. Prosimy kierowcę, żeby się zatrzymał i przez kilkanaście minut obserwujemy spektakl. Zaczyna mżyć deszcz, chińscy artyści kończą przedstawienie i odjeżdżają a my wracamy do pokoju.
Przebieramy się i jesteśmy gotowi iść na obiad. Ponieważ w międzyczasie przestało padać, decydujemy się zjeść posiłek w mieście. Tym bardziej, że obiecaliśmy to właścicielce pewnej restauracji, która nas wczoraj zapraszała. Wtedy byliśmy już po obiedzie, ale właścicielka wyglądała bardzo sympatycznie więc obiecaliśmy jej, że skorzystamy z zaproszenia. Restaurację odnajdujemy bez trudu, menu jest po angielsku. Ja zamawiam kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z ryżem, Ania jakieś danie jarskie. Jedzenie jest przeciętne, cena 100 yuanów też na średnim poziomie.
Do zmroku zostajemy w Tangkou. Wczesnym wieczorem idziemy obejrzeć iluminację bramy chińskiej. Brama oraz cała promenada spacerowa prowadząca do niej jest podświetlona białym światłem reflektorów. Robię kilka zdjęć i wracamy do hotelu.
W hotelu niespodzianka spotykamy sześcioosobową grupę Polaków. Jeden pan prowadzi z Chińczykami interesy, pozostali przyjechali z nim turystycznie. Też cały dzień spędzili w górach a jutro wybierają się do Hongcun, zabytkowej wioski. Cały wieczór spędzamy dzieląc się wrażeniami z Chin.
Pogoda na wycieczkę górską wymarzona, bezchmurne niebo i wspaniała widoczność. Wjeżdżamy na górę kolejką zachodnią. Planujemy przejście wierzchołkami do górnej stacji kolejki wschodniej. Trasa wcale nie jest łatwiejsza od wczorajszej, tym bardziej, że wybraliśmy trudniejszą drogę przez szczyt Lotosu. Podejście miejscami jest tak strome, że musimy wspinać się na czworakach po bardzo wąskich schodach, oddzieleni od przepaści jedynie niskim murkiem. Za to widoki „zapierają dech w piersiach”, ciągnące się po horyzont strome zbocza porośnięte sosnami. Niektóre z sosen robią wrażenie jakby wyrastały wprost z granitowego podłoża.
Zaczynam rozumieć dlaczego góry te były przez wieki opiewane przez największych chińskich poetów i malowane przez największych chińskich malarzy. Również obecnie w wielu albumach są opisywane jako najpiękniejsze góry świata.
Ze Szczytu Lotosu schodzimy w kierunku Wierzchołka Żółwia a potem obok hotelu Beihai skręcamy do górnej stacji kolejki wschodniej. Na pożegnanie z Huang Shan jeszcze raz odwiedzamy Sosnę Czarnego Tygrysa i położony niedaleko punkt widokowy. Wczoraj przez chwilę mogliśmy zobaczyć niektóre szczyty, dzisiaj możemy w pełni obejrzeć całą panoramę. Widok jest zachwycający.
Kolejką zjeżdżamy na stację dolną, wsiadamy do autobusu i po pół godzinie jesteśmy obok naszego hotelu.
W drodze do budynku głównego, spotykamy właściciela obiektu. W trakcie rozmowy zaprasza nas do skorzystania z hotelowej restauracji. Decydujemy się skorzystać z tej propozycji. Obiad okazał się smaczny.
Wieczorem idziemy na pożegnalny spacer w kierunku centrum. W mijanym po drodze sklepie kupuję kasetę CD o Huang Shan. Po odtworzeniu, już w Polsce, okazało się że tekst jest tylko po chińsku, ale wystarczają same zdjęcia. My widzieliśmy dwa oblicza Gór Żółtych, całe we mgle lub w słońcu. Tutaj mamy możliwość wielokrotnego obejrzenia trzeciego oblicza: wierzchołków wystających ponad morze chmur.
Po przyjeździe do Tunxi udajemy się do hotelu Higood Inn, który zarezerwowałem jeszcze w Polsce, korzystając z chińskiego portalu www.sinohotel.com. Rezerwacja ta umożliwiała nam zakup przez Internet biletu kolejowego z Tunxi do Nanchangu, miasta położonego niedaleko gór Lu Shan, które właśnie zamierzaliśmy odwiedzić.
O możliwości kupna biletu kolejowego przez Internet dowiedzieliśmy się podczas przygotowywania tegorocznego wyjazdu do Chin. Mianowicie znaleźliśmy w Internecie bardzo przydatną stronę. Były tam wypisane połączenia kolejowe między ważniejszymi miastami, godziny odjazdu/przyjazdu oraz numery pociągów. Dodatkowo, co było dla nas zupełnym zaskoczeniem, można było korzystając z tej strony zamówić bilet.
Procedura jest taka, że bilet można zamówić i opłacić przez Internet, ale należy podać hotel w miejscowości gdzie znajduje się stacja początkowa, do którego kurier dostarczy zamówiony bilet. Nie jest to tani sposób kupowania biletów. Za bilet, który normalnie kosztował 195 RMB zapłaciłem 47 USD. Jednak ze względu na rozpoczynające się właśnie święto rocznicy powstania CHRL i związane z nim podróże Chińczyków oraz fakt, że i tak planowaliśmy nocleg w Tunxi skorzystaliśmy z tej możliwości.
Z Lu Shan zamierzaliśmy jechać albo do Hangzhou albo do Nankinu. Ponieważ nie mieliśmy w planach noclegu w Nanchangu, gdzie był węzeł kolejowy, kupno biletu przez Internet nie było możliwe.
Podczas naszych poprzednich pobytów w Państwie Środka bilety kolejowe kupowaliśmy za pośrednictwem chińskich agencji turystycznych ulokowanych w hotelach, w których mieszkaliśmy. W ten sposób np. kupiliśmy w 2005 roku bilet Pekin-Datong, czy w 2007 Chengdu-Lhasa. Było to bardzo wygodne a koszt pośrednictwa nie był wysoki. Tym bardziej, że kupno biletu bezpośrednio na stacji przez cudzoziemca było praktycznie niemożliwe. O tym. że w Chinach zmieniły się przepisy i obecnie sami na dworcu kolejowym możemy bez problemu kupić bilet do dowolnej stacji dowiedzieliśmy się dopiero w Huang Shan, podczas rozmowy z właścicielem hotelu.
Bogatsi o wiedzę na temat nowych zasad kupowania biletów kolejowych w CHRL, postanawiamy kupić bilety na dalszą podróż zaraz po przybyciu do Nanchangu. Byliśmy przekonani, że nie będzie z tym żadnych problemów. Nasze przekonanie brało się stąd, że zamierzaliśmy opuścić Lu Shan szóstego października, gdy tygodniowe święto już się kończyło. Jak bardzo byliśmy w błędzie miało się okazać za dwa dni.
W recepcji hotelu Higood Inn oczywiście nikt nie mówi po angielsku. W zasadzie nie miałoby to większego znaczenia, mamy wydruk rezerwacji po chińsku. Kłopot był w tym, że chcieliśmy dopłacić za pół doby i jutro zatrzymać pokój do wieczora (pociąg do Nanchangu odjeżdżał około 22-giej). W końcu problem udało się rozwiązać dzięki komputerowemu translatorowi. My pisaliśmy po angielsku, komputer tłumaczył to na chiński, następnie pani pisała odpowiedź po chińsku a komputer tłumaczył na angielski.
Za półtora doby płacimy 600 yuanów. Jest to oczywiście cena „świąteczna”. Cena normalna zgodnie z którą dokonywaliśmy rezerwacji wynosiła 250 yuanów. Jeszcze przed wyjazdem dostałem od agencji sina hotel maila, że w okresie naszego pobytu cena wzrośnie do 400 yuanów za dobę. Agencja zaproponowała dwie możliwości: albo zapłacimy kartą „starą cenę” albo w hotelu zapłacimy wyższą cenę a agencja zwróci nam nadpłatę na podane konto. Wybraliśmy tę drugą możliwość. Niestety do dzisiaj nie dostaliśmy zwrotu nadpłaconej kwoty. Ponieważ Chińczycy są bardzo słowni, myślę że wpływ na to ma fakt, że płaciliśmy za półtora doby.
Po odebraniu kluczy jedziemy windą do naszego pokoju na siódmym piętrze. Pokój jest duży komfortowo umeblowany z widokiem na całe miasto. Ponadto jest bardzo ekstrawagancki, łazienkę od pokoju oddziela przeźroczysta szyba. Można co prawda opuścić zasłonę, ale jest ona ażurowa i praktycznie nic nie zasłania. W swoim życiu odwiedziłem kilkadziesiąt krajów, mieszkałem w setkach hoteli, ale nigdy nie spotkałem się z czymś takim. O tym, że w Chinach nie jest to ewenement mogliśmy się przekonać w innym mieście gdzie również proponowano nam taki pokój.
Koło południa idziemy na obiad do baru samoobsługowego, który namierzyliśmy podczas pierwszego pobytu w Tunxi. Na dwie tace stawiamy po kilka miseczek z wybranymi potrawami. Gdy dochodzimy do kasy kasjerka wymienia sumę 20 yuanów. Najpierw myślę, że to za jedną tacę. Gdy okazuję się, że to za dwa obiady nie mogę powstrzymać się od zdziwienia. Dopiero teraz widać, jak drogie w Chinach jest jedzenie w restauracjach.
Do wieczora spędzamy czas na Starej Uliczce. W ciągu dnia wygląda inaczej niż wieczorem, ale jest również malownicza i nastrojowa. Wieczorem, na centralnym placu miasta, obserwujemy przez chwilę świąteczny jarmark. Przed powrotem do hotelu idziemy do informacji turystycznej. Jutro czeka nas całodniowa wycieczka do Hongcun, wioski zabudowanej domami z czasów dynastii Ming i Qing. Chcemy zorientować się w połączeniach. Okazuje się, że autobusy odjeżdżają co 20 minut, ale z dworca ulokowanego na obrzeżach miasta, do którego kursuje z centrum autobus miejski nr 4.
Chińskie śniadanie jest wliczone w cenę pokoju. Zjeżdżamy windą na trzecie piętro, gdzie znajduje się restauracja. Jedzenie jest nawet dobre, ale obsługa ułatwia sobie życie, wyrzucając resztki z talerzy do miski ustawionej na środku sali. Takie są Chiny.
Z Tunxi wyjeżdżamy szeroką dwupasmową jezdnią. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów skręcamy w prawo i zaczynają się inne Chiny. Następne kilka kilometrów posuwamy się wąską, wyboistą drogą pokrytą resztkami asfaltu. Mijamy zakurzone wioski zabudowane obdrapanymi domkami. Wszędzie widać ubóstwo mieszkańców. Autobus często wpada w głębokie dziury w szosie, boje się że połamiemy resory. I znowu wyjeżdżamy na szeroką gładką jezdnię, którą bez przeszkód docieramy do pierwszej z zabytkowych wiosek, Xidi a po kilku minutach jazdy do Hongcun, celu naszej podróży.
Z powodu objazdu autobus zatrzymuje się i wysadza pasażerów nie na końcowym przystanku, tylko w mieście. Trochę się martwimy, że mogą być kłopoty z powrotem do Tunxi. Do historycznej części Hongcun musimy dojść pieszo. Nie bardzo wiemy gdzie to jest, ale idziemy za tłumem i trafiamy bezbłędnie.
Bilet kosztuje 105 RMB, płacimy i możemy rozpocząć zwiedzanie. Droga do centrum wioski prowadzi przez groblę przegradzającą Jezioro Południowe. Pośrodku grobli znajduje się kamienny półkolisty mostek. Brzegi jeziora porastają drzewa a część powierzchni wody pokrywają duże zielone liście niezidentyfikowanej przeze mnie rośliny. Stojące na drugim brzegu jeziora i odbijające się w wodzie białe domy dopełniają wrażenia. Widok jest bardzo malowniczy.
Zwiedzamy domy, zbudowane w czasach dynastii Ming (1368 – 1644) oraz Qing (1644 – 1912), które należały do bogatych Chińczyków. Rezydencje składają się z kilku wewnętrznych dziedzińców otoczonych przez pomieszczenia, których belki stropowe pokrywają misterne płaskorzeźby. Na ścianach wiszą chińskie kaligrafie oraz bogato rzeźbione w drewnie panele. Oglądamy domowe ołtarzyki poświęcone przodkom. Tak jak w przeszłości ustawiono tam porcelanowe figurki, tace z owocami czy świeże kwiaty. Często po obu stronach ołtarzyka stoją wysokie kobaltowe wazy typowe dla dynastii Ming. Wejście do każdej takiej rezydencji prowadzi przez bogato zdobioną płaskorzeźbami kamienną bramę a sama rezydencja jest otoczona wysokim murem.
Spacerujemy wąskimi uliczkami. Wzdłuż niektórych są wymurowane płytkie kanały, z płynącą w nich wodą. Wygląda to na system wodociągowy.
Pośrodku wioski znajduje się Księżycowy Staw otoczony przez zabudowania. W znacznej większości są to domy mieszkańców wioski. Te stające przy stawie są jednopiętrowe z dużą bramą prowadzącą na wewnętrzny dziedziniec. Wszystkie są pomalowane na biało z dachami pokrytymi szarą dachówką. Dachy sąsiednich domów są rozdzielone charakterystycznymi dla prowincji Anhui murkami przeciwogniowymi również pomalowanymi na biało i przykrytymi dachówką.
Około drugiej opuszczamy skansen i dochodzimy do części współczesnej wioski. Świadczą o tym wszędzie zaparkowane samochody. Jedyną atrakcją turystyczną jest olbrzymie drzewo rosnące pośrodku niewielkiego placyku.
Dowiadujemy się, że przystanek autobusowy jest niedaleko kas biletowych. Żeby się tam dostać musimy obejść jezioro. Mijamy kasy i idziemy wzdłuż straganów oferujących różne pamiątki. Parking, na którym stoją autobusy do Tunxi, jest położony zaraz za straganami. Przy wejściu na parking kupujemy u konduktorki bilety autobusowe i wkrótce odjeżdżamy.
W Tunxi jesteśmy po trzeciej. Jemy obiad w „naszym” barze i wracamy do hotelu, aby odpocząć przed czekającą nas 10-godzinną podróżą. Mamy co prawda miejsca w sleepingu, ale zawsze to pociąg a nie łóżko. Po osiemnastej zwalniamy pokój i zostawiamy bagaże w recepcji. Nasz pociąg odjeżdża o 22.07 mamy więc dużo czasu i chcemy go wykorzystać na pożegnalny spacer po Tunxi. Po ósmej odbieramy bagaż i pieszo idziemy na dworzec kolejowy.
Dworce kolejowe w Chinach są często dwupoziomowe. Na parterze znajdują się pomieszczenia dla pasażerów przyjeżdżających, sklepy, przechowalnie bagażu. Na piętrze poczekalnie dla pasażerów odjeżdżających. W zależności od wielkości dworca jest to jedna lub wiele dużych sal podzielonych na sektory i wypełnionych rzędami foteli. W każdym sektorze jest umieszczona pod sufitem duża tablica, na której są wyświetlane informacje o danym pociągu (jego numer i godzina odjazdu). Podróżni, którzy mają bilety na ten pociąg, czekają aż obsługa otworzy bramki i pozwoli im zejść na peron. Dzieje się to z reguły na parę minut przed planowym odjazdem. Na tym poziomie są również toalety i sklepy. Przed wejściem do budynku dworca należy prześwietlić bagaż. Kasy biletowe są ulokowane w oddzielnym budynku.
Po wejściu do budynku okazuje się, że nie ma ani schodów ruchomych ani windy i będę musiał wnieść nasz bagaż na górę. Na piętrze bez trudu znajdujemy sektor gdzie wyświetlany jest numer naszego pociągu. Zajmujemy miejsca, mamy prawie godzinę do odjazdu.
Przed dziesiątą bramki zostają otwarte. Tym razem muszę znieść nasz bagaż po schodach. Na peronie staramy się ustawić w miejscu gdzie zatrzyma się nasz wagon. Jest to ważne, gdyż chińskie pociągi składają się z ponad dwudziestu wagonów a nasz bagaż nie jest taki mały. W tym celu pokazuję bilet kolejarzowi a ten prowadzi nas na miejsce. Po wjeździe pociągu oddajemy nasze biletu obsłudze wagonu, dostając w zamian plastikowe żetony i możemy zająć miejsca w przedziale. Mamy leżanki po jednej stronie: dolną i górną. W podróży będzie nam towarzyszył młody Chińczyk.

Zdjęcia

CHINY / prowincja Anhui / Huang Shan / Góry ŻółteCHINY / prowincja Anhui / Tangkou / widok na miasteczkoCHINY / prowincja Anhui / Tangkou / brama do Huang ShanCHINY / prowincja Anhui / Huang Shan / Góry ŻółteCHINY / prowincja Anhui / Huang Shan / Góry ŻółteCHINY / prowincja Anhui / Huang Shan / Góry ŻółteCHINY / prowincja Anhui / Hongcun / wioska HongcunCHINY / prowincja Anhui / Huang Shan / Sosna Powitalna w słońcu

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl