Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

MADE IN CHINA > CHINY, HONG KONG


toosexyforyou toosexyforyou Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / Szanghaj / Szanghaj / Bund nocąLuźne sprawozdanie z 2-tygodniowej ekspresowej tułaczce po wschodnich Chinach i Hong-Kongu

Od dawna byłem przekonany że wyrosłem z gier komputerowych. Zwłaszcza niegdyś moich ulubionych gier przygodowych. Gdy cofam się w ten beztroski młodzieńczy czas, przypominam sobie że fascynowały mnie one, ponieważ wcielałem się tam w bohaterów przeżywających niesamowite przygody, niedostępne dla przeciętnego mieszkańca planety o nazwie Ziemia. Jakże wielkie było moje zaskoczenie gdy poczułem się zupełnie jak bohater takiej „przygodówki”, stając twarzą w twarz z kompletnie różną od naszej rodzimej, cywilizacją dalekowschodnich Chin.
Idea podróży do Państwa Środa zrodziła się zupełnie przypadkowo, a dużą rolę w całym przedsięwzięciu odegrał nasz, cały czas jeszcze państwowy, przewoźnik lotniczy PLL LOT, który od niedawna wznowił regularne, bezpośrednie połączenie z Pekinem, na które bilet przy odrobinie cierpliwości, oraz elastyczności odnośnie terminu wylotu, można zdobyć w naprawdę atrakcyjnej cenie. Mając już bilet w ręku, postanowiłem nie czynić specjalnych przygotowań do wyjazdu, ograniczając się jedynie do rezerwacji pierwszej nocy w pekińskim hostelu, zdobyciu obowiązkowej chińskiej wizy, oraz wykupieniu ubezpieczenia. Zdecydowałem się na tak karkołomne, żeby nie powiedzieć, nieodpowiedzialne zachowanie licząc na to, iż polegając na wskazówkach dobrych ludzi napotkanych na miejscu, oraz na to co przyniesie los, zdołam zobaczyć, poczuć i przeżyć coś czego nie znajdę w żadnym z dostępnych przewodników. Nie myliłem się.
Pekin przywitał mnie mglistą deszczową aurą i korkami na pasach startowych olbrzymiego liczącego milion metrów kwadratowych lotniska. Doprawdy szokuje widok samolotów startujących i lądujących niemal równolegle w odstępach jednej minuty. Jeśli jeszcze będąc w powietrzu, myślałem o Chinach jako o krainie miernej jakości i tandety, to widok inżynieryjnego cuda jakim jest nowy, oddany przed pekińską Olimpiadą terminal, spowodował że znacząco zweryfikowałem ten błędny pogląd. Jak bardzo był on błędny miałem się dopiero o tym przekonać. Natomiast bardzo szybko przekonałem się że nawet najlepsza znajomość języka angielskiego nie jest gwarancją bezproblemowej komunikacji międzyludzkiej w tym kraju. Już na lotnisku średnio tylko jedna na pięć zagadniętych osób była w stanie przeprowadzić prostą konwersację w języku angielskim. Zapowiadało to nie lada wyzwanie któremu musiałem stawić czoła.
Z problemami językowymi musiałem mierzyć się jeszcze wielokrotnie, ale to dodało tylko kolorytu całej wyprawie, oraz sprawiało o wiele większą satysfakcję z „zaliczania” kolejnych poziomów wyprawy, niż gdybym władał płynną „chińszczyzną” którą z czystym sumieniem uznaję za język nie do nauczenia. Śmiesznie ubogo wypada nasz 24 literowy alfabet przy praktycznie niepoliczalnej liczbie znaków w tym języku. Chińczycy uważają że aby napisać lokalną gazetę należy użyć około 3000 różnych znaków. Dodając do tego 4 różne tony każdego znaku, a także różne dialekty, w których te same znaki brzmią inaczej, można wyobrazić sobie zakłopotanie przeciętnego „białasa” który nagle ląduje w krainie takich wszechobecnych „robaczków”. Nie dość że nasz rodzimy alfabet, który poza centrami największych miast praktycznie nie występuje, to jeszcze mało który Chińczyk potrafi go odczytać, dlatego poruszanie się po tym kraju na własną rękę jest czymś naprawdę nieporównywalnym. Ale wróćmy do Pekinu który był pierwszym przystankiem mojej podróży. Z lotniska do centrum miasta, dostałem się śmiesznie tanim autobusem obsługującym lotniskową linię. Przebicie się przez pekińskie korki trwało niewiele ponad godzinę. Czas przeciętny jak na 15 kilometrową trasę, jednakże biorąc pod uwagę że mamy do czynienia z niemal 20 milionowym miastem, błyskawicznie zmienia to postać rzeczy. Trasa mimo że zapchana samochodami, była pokonywana wyjątkowo płynnie. Gęsta sieć dróg, autostrad, obwodnic którą z zapartym tchem podziwiałem z okna autobusu, pozwala z czystym sumieniem wysnuć twierdzenie że w samym Pekinie takich dróg jest więcej niż w całej Polsce. Nie tak dawno, nasza władza piała z zachwytu nad węzłem A1/A4 w Gliwicach. Mówiono że to szczytowe osiągnięcie inżynierii i duma dla Polski. Wszystko fajnie, ale naprawdę może ta duma stopnieć w jednej chwili, gdy podczas godzinnej trasy mija się co najmniej kilka takich, a nawet sporo większych węzłów drogowych. A to wszystko w obrębie jednego miasta. Po dotarciu na przystanek końcowy którym był BeijingDża, bardzo szybko namierzyłem mój hostel. Zanim jednak dotarłem do celu mojego spaceru, uświadomiłem sobie że przez najbliższe 2 tygodnie będę obracał się wśród zachowań na które zupełnie nie byłem psychicznie przygotowany. Naprawdę czymś zaskakującym jest fakt że przeciętny chińczyk nie widzi absolutnie nic niewłaściwego w gestach które uchodzą w Europie za co najmniej nie na miejscu. No cóż. Jesteś tutaj gościem, więc albo się przystosuj, albo giń. Tak więc byłem zmuszony do pogodzenia się z 14 dniami pełnymi głośnego chrząkania, plucia, siorbania zarówno przez płeć piękną jak i tą mniej urodziwą. Tak więc maszerując w akompaniamencie odgłosów do których przywykłem już po kilku godzinach, dotarłem do hostelu. Przybytek ten, mimo że ostatecznie okazał się najlepszym tego typu miejscem podczas całej wyprawy, niemal całkowicie odbiegał od tego, do czego zdążyły mnie przyzwyczaić hostele jakie miałem przyjemność odwiedzić, zarówno w Europie, jak i w Azji. Prowadzony był on, jak niemal wszystko w Pekinie, - kolektywnie. W recepcji uwijały się jak w ulu, cztery Chinki, w identycznych różowych uniformach. Po sprawnym meldunku otrzymałem kartę wstępu do pokoju i życzenie miłego pobytu, jednak co uderzyło mnie zarówno na początku w hostelu w Pekinie jak i później w pozostałych miastach gdzie korzystałem z tego typu noclegów, to fakt że obsługa hostelu ma nikłe pojęcie na temat tak banalny jak atrakcje własnego miasta, bo jak inaczej wytłumaczyć że poza Murem Chińskim, Zakazanym Miastem i Stadionem Olimpijskim członek obsługi hostelu nie był w stanie wskazać niczego interesującego. Poza tym miejsce to mimo że nowocześnie wyposażone, sprawiało jedynie wrażenie fasady gościnnej przystani dla obcokrajowca. Wyraźnie dało się odczuć, jakby obecność wielkiego brata. Ciężko o wczucie się w hostelowy klimat, widząc regularne patrole obsługi, spacerujące niemal nieustannie po korytarzach, czy chociażby widząc ograniczony dostęp do internetu, który to, występował jedynie w hostelowej kantynie. Dosłownie ograniczony, bo nie dość że dostępny tylko w tym jednym miejscu, to jeszcze ze stałą lub częściową blokadą większości stron, takich jak Facebook, czy Youtube, od których przeciętny obywatel cywilizacji zachodu, zaczyna swój dzień. Jak się później dowiedziałem nie jest to jednorazowy kaprys akurat tego miejsca, tylko odgórne zarządzenie władz mające zastosowanie na terenie całego kraju, no może poza Hong Kongiem i jemu podobnymi terytoriami. Co ciekawe młodzi Chińczycy, całkiem sprawnie radzą sobie z obchodzeniem tych zabezpieczeń i są w tym raczej bezkarni, bo rząd nie bardzo dba o to aby za łamanie tych restrykcji kogokolwiek karać, o czym przekonywali mnie liczni obywatele CHRLD których miałem okazję tam poznać. Ma to w sobie pewną dozę hipokryzji którą będąc w Chinach zdarzyło mi się zaobserwować też w innych przypadkach. Przykładem takiego paradoksu niech będzie chińska prostytucja. Oficjalnie jest ona tam zakazana i podobno surowo karana. Efekt tego jest taki że domów publicznych w Chinach nie znajdziemy. Znajdziemy natomiast całkiem liczne zakłady fryzjerskie prowadzone przez Panie. Chińską tradycją jest fakt że pióra tną tam Panowie i fach ten jest zarezerwowany praktycznie jedynie dla mężczyzn. Zakłady te oznaczone są charakterystyczną fryzjerską ruchomą spiralą w kolorze czarnym. Przybytki uciech natomiast charakteryzują się znakiem identycznym, jednak w kolorze czerwonym lub różowym. Wszystko przejrzyście i niemal oficjalnie, chociaż do momentu gdy oświecił mnie w tym temacie poznany w hostelu sympatyczny Kevin z Zimbabwe, byłem przekonany że podział o którym przed chwilą napisałem dotyczy podziału na fryzjera męskiego i damskiego. Nie sposób się pomylić. No chyba że nie jest się chińczykiem. Władzy, sądząc po swobodzie wykonywania zawodu przez „fryzjerki”,niespecjalnie to przeszkadza, mimo że oficjalnie takie rzemiosło jest nielegalne. Takich paradoksów są tam setki. W ogóle obserwując codzienne życie chińskiej, zarówno prowincji jak i centrum, można odnieść wrażenie że jest to całkowicie inny świat, rządzony zupełnie innymi regułami czy wartościami. Ciekawostką jest fakt, że mimo iż przez cały pobyt w Państwie Środka, z gracją godną korespondenta wojennego, wtykałem nos w wiele miejsc i sytuacji, lecz ani razu nie poczułem jakiegokolwiek zagrożenia ze strony miejscowych. Sytuacja nie do pomyślenia na szarych polskich blokowiskach. Nie chcę zastanawiać się czy powodem tej nietykalności są władze surowo karzące pospolite przestępstwa, czasem nawet karą śmierci, która w ostatnich czasach była wykonywana tam częściej, niż we wszystkich pozostałych Państwach na świecie razem wziętych. W ogóle sprawa dyscypliny w Chinach to temat na co najmniej książkę, jednak patrząc na to z boku, można odnieść wrażenie, że albo my w leżącej podobno u szczytu cywilizacyjnej ewolucji zaliczamy upadek obyczajów, albo Chińczycy przesadzają. Kompletnie zaskakuje ich cierpliwość, odporność na stres i jakby wewnętrzne pogodzenie się z losem trybika w wielkiej machinie, tak jakby nic od mojej własnej wewnętrznej inicjatywy nie zależało. Sprawa bezwzględnej dyscypliny jest wpajana młodym chińczykom od najmłodszych lat, czego tak naprawdę mimowolnym świadkiem stałem się w jednym ze środków komunikacji publicznej. Naocznie przekonałem się jak wygląda wychowywanie dzieci na model chiński. Byłem zszokowany formą. A może jednak skutecznością. Wyobraźcie sobie matkę z na oko 4 letnią córką jadące pociągiem, gdy w pewnym momencie córka zaczyna okazywać swoje niezadowolenie z powodu odebrania jej przez matkę telefonu komórkowego którym się bawiła. Matka udzieliła słownego ostrzeżenia, po czym gdy nie odniosło ono skutku, zaserwowała jej silnego policzka. Szokujące dla mnie były dwa fakty. Pierwszy, to ten gdzie odkryłem że na cały pełen wagon ludzi byłem jedyną osobą która zwróciła na to uwagę, a drugi szok był taki że ze strony córki nie było żadnych krzyków, płaczu, ani pyskówek. Córka zgasła. Nie odezwała się słowem aż do końca trasy który nastąpił jakieś 3 godziny później. Nie chcę w żadnym wypadku pochwalać tych metod, ale nie sądzę żeby Chińczycy borykali się z problemami które często są udziałem polskich rodzin, gdzie niestety brak dyscypliny u dzieci, powoduje w konsekwencji, fakt większego niebezpieczeństwa na ulicach.
Tutaj znów chciałbym zwrócić uwagę na pewien paradoks którego bezpośrednią ofiarą znów mimowolnie się stałem. Mianowicie, tak pospolite przestępstwa jak kradzieże, są tam naprawdę rzadkością. Nikt jednak nie zabrania, ani nawet nie gani oszustw i krętactw wobec obcokrajowców. Najłatwiej stać się łupem skośnookich cwaniaków w miejscach najczęściej uczęszczanych przez turystów, bo na prowincji, czy nawet w wielkomiejskich ciemnych uliczkach, widok białego, powoduje bardziej ciekawość i zainteresowanie mieszkańców, niż chęć nieuczciwego wzbogacenia się kosztem nieświadomego rządnego niekoniecznie takich wrażeń turysty. Niemniej jednak, jestem pełen podziwu dla sposobów i praktyk jakich dopuszczają się tamtejsi naciągacze. Płacąc za Coca-Colę w Chinach równowartość 50 zł, można spodziewać się wyjątkowego smaku? Bynajmniej. Takie właśnie frycowe musiałem zapłacić za przyjęcie propozycji doszlifowania poziomu języka angielskiego u sympatycznej parki młodych chińczyków którzy wyłowili mnie z tłumu przechadzającego się po Wangfujing, głównym pekińskim deptaku, turystów. Istota przekrętu jest banalnie prosta, a jej główna zasada opiera się na podstawowej chińskiej wartości, czyli kolektywizmie i współpracy. Zagadnięty turysta z radością przyjmuje propozycję miłej pogawędki, jak również późniejsze zaproszenie do kawiarni na niewielki poczęstunek. Ofiara zamawia cokolwiek z menu, tkwiąc w przekonaniu że ceny są śmiesznie niskie, aż do momentu gdy przedstawia się mu rachunek, wraz z dołączeniem menu z cenami, które wcześniej nie były widoczne . Rachunek nie z tej ziemi, bo z kosmicznymi cenami. Oczywistym jest że barman, czy kelner jest wtajemniczony w proces, i na liście płac tego przekrętu widnieje również jego nazwisko. Nie jest to atrakcja którą można polecić, niemniej jednak jest to doświadczenie szalenie cenne. Cenne, w przeciwieństwie do spotkań z popularnymi jak świat szeroki, nieuczciwymi taksówkarzami. Popularne chińskie „złotówy” którzy pomimo zapewnień że przewoźnicy zrzeszeni w Państwowych sieciach nie oszukują, gdyż mają coś na kształt kas fiskalnych, rąbią turystów jak się tylko da. Skoro nie można oszukać na stawkach, nie można zażądać kwoty z księżyca, to zawsze można jeździć z turystą w kółko, gdy licznik radośnie wskazuje coraz to wyższą wartość RMB. Działa to wszędzie tak samo, z tą różnicą że wygodnie podróżując na tylnej kanapie zielonego VW Santany, jakich w Chinach jeżdżą miliony, widząc powtarzające się widoki w oknie, nie mamy szans na przekazanie naszemu kierowcy, wyrazów wątpliwego szacunku, gdyż i tak nas nie zrozumie. No chyba że mówimy płynnie po chińsku.
Drugą stroną medalu, w „interesach” jakie można robić z chińczykami jest powszechna sztuka targowania, która szczególnie jest przez nas polaków umiłowana. Targi z miejscowymi, są czymś absolutnie magicznym, bo gdzie indziej, przy odrobinie wytrwałości możemy kupić towar za dokładnie taką cenę jaką uznamy za uczciwą, bo koniec końców, chiński sprzedawca zazwyczaj i tak przyjmie w ostateczności cenę potencjalnego nabywcy, sprawiając wrażenie bardziej zainteresowanego samym faktem ubicia interesu, zamiast faktycznego zarobku. Chociaż będąc na miejscu naprawdę można stracić głowę i zmysł orientacji, bo jak inaczej wytłumaczyć zakup towaru za 30 RMB, który startował od kwoty 500 RMB. Przestrzegam jednak przed targowaniem dla sportu, gdyż dla chińskich sprzedawców, takie transakcje są sprawą honoru i nie ubicie interesu, gdy zgadza się na propozycję klienta, jest odbierane jako osobista porażka a czasem zniewaga.
Sposobności do targowania się każdy odwiedzający zarówno Pekin jak i każde inne miejsce w Chinach, będzie miał całą masę, niemniej jednak należy pamiętać że większość oferowanych turystom w sprzedaży straganowej towarów, to zwykła cepelia, której nie zasługuje na uwagę. Warto o tym pamiętać już na starcie zwiedzania, aby nie wpaść z początku w szał zakupowy, którego konsekwencją będzie masa tandety w stylu metalowych figurek Wielkiego Muru, zapełniających bagaż, podczas gdy prawdziwe skarby dopiero staną na drodze. A propos Wielkiego Muru, jest on miejscem obowiązkowym do odwiedzenia, jednak osobiście uważam że pada on ofiarą przesadzonego marketingu, gdyż faktycznie jest to budowla monumentalna i potężna, jednak zarówno u mnie jak i u moich poznanych w hostelu towarzyszy pozostawiła uczucie niedosytu. Inne wrażenie natomiast pozostawiło inne pekińskie „must see” czyli Zakazane Miasto, które miałem okazję odwiedzić w niedzielę. Zaakcentowałem niedzielę nie bez powodu. Jest to bowiem dzień w którym to miejsce jest wręcz zalewane chińczykami z rejonu całego kraju. Starożytna siedziba chińskiego cesarstwa, jest bez przesady, dla narodu chińskiego tym samym co Mekka dla muzułmanów. Podobnie jak w przypadku Muru, przytłacza potęga tego miejsca, jednak tutaj daje się odczuć na własnej skórze historię tego potężnego narodu. Dodając do ogólnego wrażenia jakie pozostawia po sobie ten niesamowity zespół pałacowy, otaczające go Hutongi, czyli zabytkowe dzielnice ludu, które po dziś dzień pozostały w niemal niezmienionej formie, i w dalszym ciągu są zamieszkałe, oraz równie monumentalny, słynny plac Tiananmen, mamy pełen obraz tradycyjnego Pekinu. Pekin to historia, tradycja, i serce Chin. Fundament dający poczucie bezpieczeństwa, i siłę narodu chińskiego właśnie z tego że, są oni spadkobiercami, jedynej starożytnej cywilizacją która oparła się zmianom które zgładziły ostatecznie inne potężne ludy.
Pekin to serce. Co zatem jest mózgiem? Bez wątpienia miejscem tym jest Szanghaj. Największa metropolia Chin i główny motor napędowy chińskiej gospodarki. Wielowiekowa dyfuzja kultur jaka miała miejsce w tym miejscu powoduje, że gdy tak jak ja, w jednej chwili przemieszczamy się z Pekinu do Szanghaju, odnosimy wrażenie że zmieniamy nie tylko kraj. Zmieniamy rzeczywistość. Jedyne co łączy te dwa miasta, to chyba tylko: waluta i fenomenalna szybka kolej, rozwijająca stałą prędkość powyżej 300 km/h która pozwala pokonać dystans 1200 km w niewiele więcej niż 5 godzin. Wszystko pozostałe, to kompletnie inna bajka. Począwszy od języka, a raczej dialektów, które na dobrą sprawę są nierozumiane wzajemnie przez mieszkańców obu miast, a skończywszy na fakcie że w Pekinie daje się odczuć w wielu miejscach komunistyczny reżim, a Szanghaj to coś na kształt Disneylandu, gdzie króluje społeczeństwo typowo konsumpcyjne. Miasto to doszczętnie zniewala. Nanjing Street, uznawana za najbardziej zatłoczoną ulicę świata, wita turystę niesamowitymi kontrastami, bo gdzie indziej na naszej planecie można wychodząc z butiku Burberry'ego czy salonu Bvlgari, zjeść pieczonego kurczaka, zabitego i przygotowanego specjalnie dla nas pod gołym niebem, bez zachowania jakichkolwiek zasad higieny? Pekin to historia, Szanghaj – nowoczesność, a jego centrum, na czele z dzielnicami Bund i Pudong, olśniewa ukazując prawdziwą namacalną potęgę tego supermocarstwa. Z czystym sumieniem mogę uznać że dzielnica Pudong, to najpiękniejsze miejsce jakie miałem szczęście zobaczyć w życiu. Może się ono równać, co najwyżej z widokiem równie niesamowitej wyspy Hongkong, o której również wspomnę w dalszej części mojej relacji. Oba miejsca olśniewają gigantycznymi, nawet 400 metrowymi drapaczami chmur, ze szczytów których roztacza się widok którego nie da się porównać z niczym innym. Szanghaj kojarzy się przeciętnemu chińczykowi ze stolicą biznesu i wszystkim co najdroższe, najlepsze, największe. Jest on wizytówką Chin i powodem do dumy dla tego miliardowego narodu. Nieważne czy mowa o wysokich wieżowcach, czy o magnetycznej kolei Maglev, która osiąga zawrotną prędkość 500 km/h. Mając to wszystko na wyciągnięcie ręki, namacalnie się tym otaczając, myśl o tradycyjnej chińskiej parszywej jakości, pęka jak mydlana bańka, a myli się ten kto uważa że to tylko specjalna biznesowa enklawa która swoją siłę czerpie z wyzysku swoich obywateli, staje się coraz bardziej fałszywa. Chińskimi produktami otaczałem się nieustannie, wiele z nich zabierając do Polski, właśnie ze względu na niedostępną w Polsce jakość. Przykładem niech będzie garnitur na miarę, ze świetnego materiału, który wykonano dla mnie, naprawdę w błyskawicznym tempie. Cena również była przystępna, zachęcając do poszukiwania większej ilości podobnych okazji. Takie właśnie okazje znalazłem dalej na południe, w regionie Hongkongu oraz dwóch miast Guangzhou i Shenzen. Wszystkie one tworzą coś na kształt trójmiasta, charakteryzując się jednak każde z osobna czymś zupełnie innym, jednak łączone jedną cechą, którą mi osobiście ciężko było znieść. Tą cechą jest subtropikalny klimat, który sprawiał iż człowiek momentalnie cały się kleił, a wychylanie średnio 5 litrów wody dziennie staje się zwykłą normą. Chiny ze względu na swoje położenie, łapią na swoim ogromnym terytorium, zupełnie różne strefy klimatycznej począwszy, od niemal polarnej w wysokich Himalajach, po subtropikalne południe, dzięki czemu podróżując po całym kraju, można odnieść wrażenie że przemieszczamy się pomiędzy kontynentami. Niemniej jednak, południe kraju, dla obywatela umiarkowanej klimatycznie, Europy Środkowej, są zupełnie nie do wytrzymania. Wracając do trójkąta wymienionych miast, zacznę od tego że dojazd do tej cześci Chin, znów stał się dla mnie możliwy, dzięki wykorzystaniu tamtejszych linii kolejowych. Tym razem już niestety nie tak szybkich, ale za to komfortowych ze względu na wagony sypialne, jednak takiego gdzie w przedziale mieściły się nie jak w Polsce, 4 łóżka, ale 6. No cóż. Większa populacja, większe potrzeby. Po 18 godzinnej przejażdżce, której większość przespałem, trafiłem do Shenzhen. Przed momentem napisałem że wszystkie 3 miasta mimo bliskiego sąsiedztwa charakteryzują się czymś zupełnie innym. Shenzhen w którym zakończyłem podróż, jest światową stolicą podróbek, gdzie można znaleźć tak naprawdę wszystko, w każdej możliwej cenie, Guangzhou, to historyczny Kanton, słynący z eklektycznej kuchni, opartej na potrawach których nikt z cywilizacji zachodu nie uznałby nawet w najśmielszych myślach, za jadalne, no i ostatecznie Hongkong, który mimo zależności od Chin, których oficjalnie jest częścią, zachował znaczną odrębność, która jest widoczna gołym okiem. Nigdzie indziej jak tam, nie dostrzegłem na tak niewielkiej powierzchni, tak wielu kontrastów. Jak, można, na przykład wyjaśnić sytuację gdzie w Shenzhen, graniczącym z Hongkongiem, z którym od wielu dekad łączą go kontakty handlowe, brak praktycznej możliwości kontaktu w języku angielskim, którym w Hongkongu włada większa część z kilkumilionowej populacji? Shenzhen pod tym względem było prawdziwym koszmarem. Znalezienie prostej informacji, takiej jak wskazówki dotarcia do hotelu w którym miałem zamiar się zatrzymać, zakończyły się fiaskiem, gdyż nikt, począwszy od sympatycznej Pani z informacji turystycznej, przez taksówkarzy, aż po policjantów, nie był w stanie zrozumieć moich potrzeb. Jedyne co w tamtym momencie mogłem zrobić, to uciec w poszukiwaniu, odrobiny „angielskiego zrozumienia” dla sąsiedniego Hongkongu, co też uczyniłem. Ważnym faktem jest to, że mimo że oficjalnie HK jest częścią Chin, to jednak obowiązuje tam odprawa paszportowa, a Polski turysta wjeżdżając do HK od strony Chin, mając zwykłą wizę pojedynczą, musi pamiętać że do Chin już wrócić z powrotem nie może, bo oficjalnie przekroczył granicę i potrzebuje kolejnej wizy. Planując wizytę w HK, należy bezwzględnie pamiętać o zorganizowaniu wizy dwukrotnej, bo bez niej zostaniemy wpuszczeniu z powrotem na terytorium Chin.
Hongkong to chyba najbardziej europejska część Azji, jaką tylko można sobie wymarzyć. Ogromna w tym zasługa Brytyjskiej Korony, która to do nie tak dawna sprawowała pieczę nad tym niewielkim powierzchniowo, a potężnym pod względem ludności i potencjału gospodarczego, terytorium. Pod pewnymi względami przypomina on Szanghaj, który podobnie jak Hongkong, sprawia wrażenie miejsca nastawionego typowo na konsumpcję i dobrą zabawę. Jednak jak w takim miejscu można nie żyć konsumpcyjnie, skoro pod ręką ma się dosłownie wszystko. Odwołam się w tym momencie do tego o czym wspomniałem opisując Pekin, gdzie przestrzegałem przed gromadzeniem daremnej wartości pamiątek, w obawie że zabraknie nam miejsca na prawdziwe skarby. Miejscem gdzie takie skarby czekają, jest właśnie Hongkong. Jeśli ktoś był zakupoholikiem i zmarł, a za życia był dobrym człowiekiem, to może być pewny że trafi na jedną z targowych ulic w dzielnicy Mong Kok, gdzie można nabyć naprawdę wszystko. Oprócz walorów typowo zakupowych, kompletnie paraliżuje umysł, świadomość że na tak małej powierzchni, żyje kilkumilionowa społeczność. A żyje całkiem dobrze. Zarabia solidne pieniądze, które złożone są wg uznania z banknotów papierowych jak i … plastikowych, zazwyczaj z wydrukowanym logiem banku, który akurat miał przyjemność wydrukować akurat tą serię, A wydaje na co tylko chce, bo salony marek premium widoczne są na każdym kroku. Żeby nakreślić skalę potęgi handlowej tego miejsca, napiszę iż w ciągu zaledwie 3 dniowej wizyty w Hongkongu zlokalizowałem 4 różne salony Rolexa, nie mówiąc o innych przybytkach które są dostępne dla naprawdę niewielkiej garstki ludzi żyjącej obecnie na świecie. Hongkongczycy sprawiają wrażenie ludzi o wiele bardziej zadowolonych z życia niż Chińczycy z reszty kraju. Nic dziwnego, skoro wszystko tutaj jest inne. Co więcej każdy obywatel Hongkongu, zapytany kiedy było lepiej, bez namysłu odpowie że teraz, ale po chwili zaciągnie Cię na stronę, mówiąc gorzko że teraz wiedzie im się o wiele gorzej niż za czasów gdy byli częścią Wielkiej Brytanii. Niemniej jednak HK istnieje, ma się dobrze i podąża swoją drogą, a gdyby nie widok typowo brytyjskich piętrowych autobusów, oraz samochodów z kierownicami po prawej stronie, niewprawny obserwator, nie dostrzegłby żadnych podobieństw, czy odniesień do jeszcze nie tak dawno panującej Korony Brytyjskiej. Interesującym jest fakt że o ile nawiązań do Wysp dostrzec da się niewiele, to jednak HK kreuje swój osobisty styl, oparty na dyfuzji kultur, a nawet religii, bo jakież było moje zdziwienie gdy po raz pierwszy właśnie w Hongkongu spostrzegłem meczet przy jednej z najbardziej ruchliwych tamże ulic. Hongkong umiłowali sobie szczególnie hindusi zarówno z Indii jak i z Bangladeszu, których jest tam multum, oraz licznie reprezentowana brać muzułmańska, od której członka wynajmowałem pokój w czasie mojego pobytu. Przez myśl nie przeszło mi nawet że kiedyś będzie mi dane wypoczywać w przybytku zarządzanym przez pełnej krwi Afgańczyka. Serce rośnie widząc jak harmonijnie żyją pośród siebie nacje pochodzące z różnych części świata, wyznawcy różnych religii, czy amatorzy różnych kuchni. Jestem prze wdzięczny mojemu afgańskiemu gospodarzowi za to iż uświadomił mi jak bardzo moje podniebienie było ubogie dopóki nie poznałem niesamowitego smaku Sambouseka, tradycyjnego arabskiego pieroga z mięsem i warzywami, z dodatkiem czegoś dającego niepowtarzalny ostry smak, który zresztą od początku aż do samego końca wyprawy mi towarzyszył. Skoro już jesteśmy przy kuchni, to ją chciałbym wykorzystać jako wstęp do kilku słów o Kantonie. Niech wystarczającym świadectwem dla jakości kuchni kantońskiej będzie popularne powiedzenie chińskie mówiące że: „W Pekinie się mówi, w Szanghaju się kupuje, a w Kantonie się je”. Kanton jak już wspomniałem wcześniej, słynie z kuchni, której składniki często kojarząc się mogą ze wszystkim, ale nie z kuchnią. W Kantonie mówi się że wszystko co ma nogi nadaje się do zjedzenia, no chyba że jest to stół, a wszystko co pływa można przyrządzić na 1000 sposobów, no chyba że jest to łódź podwodna. Na pewno wycieczka w tamto miejsce nie będzie szczytem marzeń dla działaczy przyjaciół zwierząt, gdyż odwiedzając jedną z tamtejszych restauracji, można odnieść wrażenie że bardzo przypomina ona zoo, niż jadłodajnie. Dość upiorne wrażenie robi fakt że po zamówieniu posiłku, kelner zaprasza gościa wg uznania: do klatki lub akwarium, aby wybrał szczęśliwca którego skonsumować ma owy gość ochotę. Nie ma tutaj absolutnie żadnych reguł. Nie ma wielkiego znaczenia dla kantończyka, czy zje kurę, czy pająka tarantulę. Wszystko zależy od przypraw. O wiele mniej szokujące, dla białego konsumenta są potrawy z owoców morza, jakie w Chinach są bardzo popularne. Smak tych potraw nie może się równać z tym samym oferownym w Polsce, bo wygrywa z nim nokautem i walkowerem. Moim osobistym hitem jest kompromis chinsko-hinduski, mianowicie ośmiorniczki w sosie curry, których zdobycie nie stanowi większego problemu w całych wschodnich Chinach. Przy okazji kulinarnych doświadczeń, nie mogłem pozwolić sobie na obciach, jedzenia sztućcami, gdy dookoła wszyscy biegle panowali nad pałeczkami. W powszechnej opinii, nie jest to sztuka łatwa, a i po pobraniu lekcji u chińskich „profesorów” w tej materii, potwierdzam. Jest to trudne. Przy okazji pałeczek pozwolę sobie na małą dygresję na ich temat. Sądzę że nie trzeba bomby atomowej aby zniszczyć chińską cywilizację. Wystarczy zasypać ich ryżem Al dente. To oczywiście żart, lecz faktycznie tamtejszy ryż w niczym nie przypomina tego z naszych europejskich talerzy. Chińskie ziarenka są o wiele mniejsze i przyrządzane w taki sposób że zbija się je w wielkie grudy, które są przez tubylców pochłaniane jak przez nas ziemniaki. Zresztą sporą przesadą byłoby twierdzenie że ryż jest główną częścią menu przeciętnego chińczyka. Zwłaszcza na północy króluje makaron który jest tam w znanych i z polskich stołów, zupkach pochłaniany w ilościach wręcz przemysłowych. Po dwutygodniowej przygodzie z Chinami poprzysiągłem sobie, że nigdy więcej w moim żołądku nie zagości chińska zupka. Wracając do Guangzhou, to poza walorami żywieniowymi, nie zachwyciło, ale z całym szacunkiem dla Kantonu, po odwiedzeniu tak niesamowitych miejsc jak Szanghaj czy Hongkong, poprzeczka jest i będzie pewnie jeszcze bardzo długo, podniesiona niesłychanie wysoko. Ostatnim punktem podróży był powrót do odpornego na język angielski Shenzhen które już miałem okazję wcześniej na moment odwiedzić. Jak już wspomniałem jest to światowa stolica podróbek, gdzie można znaleźć naprawdę wszystko, od skopiowanego na bardzo dobrym poziomie iPhona do nabycia już za 80 USD po zegarki Omegi czy Cartiera z których stwierdzeniem autentyczności miałby problem nie jeden zegarmistrz. Szczęśliwie trafiłem do budynku w którym mieściło się coś na kształt hurtowni elektronicznej, gdzie o dziwo spotkałem pierwszych od dwóch dni tułaczki pomiędzy Kantonem i Shenzen, przedstawicieli rasy białej. Jak się później okazało, byli to Rosjanie, którzy składali zamówienia na obecne tam towary, a miejsce w które trafiłem, było czymś w rodzaju giełdy podzespołów elektronicznych i gotowych urządzeń, gdzie napotkani ruscy, składali zamówienia, organizowali kontenery i wysyłali do siebie. Zabawnym doświadczeniem był moment gdy zapytałem jednego ze sprzedających, siedzącego w stoisku z miernie odwzorowanym logiem Nokii, czy posiada szybkę do mojego modelu telefonu, którą od pewnego czasu zamierzałem wymienić z racji pęknięcia, jednakże dużą trudnością jest zdobycie takiego podzespołu w Polsce.
Odpowiedz sprzedawcy była twierdząca. Poprosiłem więc o jedną sztukę, po czym on nie zrozumiawszy moich intencji, wyciągnął z magazynu karton z 10 tysiącami zgrzanych ze sobą ekraników dokładnie do takiego modelu, jaki posiadam. Niestety do transakcji nie doszło gdyż wchodziło w grę zakupienie całej zgrzewki, czego efektem jest fakt że telefon jak miałem uszkodzony tak mam. Na otarcie łez natomiast nabyłem drogą kupna tablet bliżej nieokreślonej chińskiej firmy, który jak już odkryłem w Polsce swoimi parametrami przebija większość obecnych na rynku tego typu urządzeń, gdy jego cena zakupu jest średnio niższa o połowę od tego co oferuje nasz rodzimy rynek. Shenzen zatem opuściłem konsumencko usatysfakcjonowany, kierując się z racji dobiegającego końca czasu mojej wyprawy, w stronę Pekinu. Może trochę z oszczędności, a może i z chęci przeżycia czegoś naprawdę ekstremalnego, na sam koniec tripu, zdecydowałem się na podróż do stolicy w sposób typowy dla zwykłego tubylca z prowincji, czyli pociągiem w najniższej klasie, na miejscu tzw. hard seat. W praktyce wygląda moja podróż do Pekinu wyglądała jak 24 godzinny transfer w pociągu klasy osobowej, używając polskiej klasyfikacji rodem z PKP.
Mimo że wygoda była porównywalna z naszymi szacownymi kolejami, to jednak organizacja przejazdu to już prawdziwy matrix. Wyobraźcie sobie pociąg zapchany do granic możliwości, gdzie mój hard seat był szczytem luksus, ponieważ mimo kompletnego ekstremium jakim jest całodobowa podróż, na twardym siedzisku w wagonie bez przedziałów, to jednak większość moich towarzyszy niedoli, miała wykupione miejsca stojące. Nie to jednak było szczytem. Kompletnie zaskoczyła mnie determinacja obsługi pociągu, która z regularnością szwajcarskiego zegarka przejeżdżała, a raczej przepychała się z wózkiem przez środek wagonu, oferując różnego rodzaju przysmaki, które na poważnie ograniczały się do tak znienawidzonych przeze mnie w efekcie tej podróży, zupek chińskich. Wyobraźcie sobie wagon klasy bydlęcej z obsługą na poziomie InterCity. Same przejazdy wózków z makaronem nie były najgorsze. Było coś o wiele gorszego, a raczej absurdalnego, co przypomina już wspominane przeze mnie we wcześniej części tej relacji, paradoksy życia w chińskim społeczeństwie. Bo jak inaczej nazwać fakt braku logiki chińskich obywateli, którzy robią wokół siebie absolutny, błyskawiczny chlew, który to równie błyskawicznie znika dzięki super szybkim służbom porządkowym sprzątającym wagon z pasażerami w środku, średnio raz na godzinę. Niby w tym szaleństwie jest metoda. Skoro w atomowym tempie społeczeństwo potrafi robić chlew, to muszą znaleźć się wszechobecne służby które w równie atomowym tempie, i z nuklearną wręcz skutecznością potrafią sobie z tym poradzić. I radzą sobie. Ale po co skoro naprawiać, można zapobiegać? Może jednak jest w tym metoda, której nie potrafię zrozumieć, lub dostrzec? Całkiem możliwe. Do Pekinu dotarłem kompletnie wyczerpany. Po kilku godzinach, będąc już na pokładzie samolotu opuszczającego lotnisko w kierunku Warszawy, w głębi duszy cieszyłem się że wracam już do domu, niemniej jednak mimo że 2 tygodnie to czas pozwalający jedynie liznąć temat Państwa Środka, to jednak jest to niesamowite doświadczenie i wspaniała przygoda a jednocześnie test dla samego siebie, a przede wszystkim dla swojej cierpliwości i odporności, bo wierzcie mi. Będąc 2 tygodnie w kraju paradoksów, sam zacząłem im ulegać, bo jak inaczej uznać fakt że uznaję 24 godziny w puszcze wypchanej żółtymi braćmi za najgorsze 24 godziny mojego życia, a jednocześnie nie żałuję tego czasu i nie żałuję tej decyzji, bo tylko w taki sposób można poznać prawdziwe Chiny bez cenzury, a i tylko w taki sposób choć w minimalnym stopniu, można zrozumieć chińczyków, którzy mają w sobie tak wielką cierpliwość, i chyba specjalny zmysł odpowiedzialny za znoszenie niedogodności życiowych, że jedynie możemy im tego pozazdrościć. Bo na pewno nie pożałować, sądząc po tym jak wielką dumę noszą w sobie, z tego że są obywatelami najpotężniejszego narodu na ziemi. I nieważne czy ktokolwiek zgodzi się lub nie, z tą tezą. Faktem jest że ten czas, to czas Chin i nie martwmy się czy Chiny są na to przygotowane. Martwmy się o to, czy my gotowi jesteśmy na nich.


Reasumując, Chiny wcale nie są tak niedostępnym turystycznie krajem, za jaki powszechnie uchodzą. Dwutygodniowa tułaczka przepełniona bezcennymi wrażeniami które bezwzględnie zachowam w sercu na zawsze, kosztowała łącznie z biletami lotniczymi oraz noclegami i wyżywieniem mniej niż 4000 zł. Dlatego właśnie serdecznie polecam ten kierunek tym którzy mają w sobie na tyle odwagi aby stanąć twarzą w twarz z najstarszą, trwającą nieprzerwanie, cywilizacją świata oraz tym którzy są gotowi aby sprawdzić co, lub kto, odpowiedzialny jest za powszechne, spotykane na każdym kroku, MADE IN CHINA.

Zdjęcia

CHINY / Szanghaj / Szanghaj / Bund nocą

Dodane komentarze

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2012-12-28 16:45:14

Na marginesie - ubezpieczenie nie jest obowiązkowe. Byłem, nie miałem (rezerwacji hotelowej zresztą też...)

towPawel dołączył
27.05.2005

towPawel 2012-12-27 15:48:16

pod nickiem toosexyforyou kryje się jeden z najlepszych znanych mi filmowców :) dawaj linki do Made in China i trialera brachu :)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl