Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Chiny - Lu Shan > CHINY


jedrzej jedrzej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / Staw Czarnego Smoka
W Nanchangu jesteśmy po ósmej rano. Po pierwsze musimy kupić bilety na 5-tego października do Hangzhou ewentualnie do Nankinu, po drugie dostać się do Gulingu, w górach Lu, gdzie zamierzamy spędzić trzy dni. O ile pierwsze zadanie wydaje się łatwe, z drugim mogą być problemy. Pytani Chińczycy radzą dojechać koleją do Jiujiangu, miasta oddalonego około 100 kilometrów od Nanchangu, a stamtąd autobusem do Gulingu. Lonely Planet, przewodnik z którego korzystamy podczas tej podróży, radzi dojechać miejskim autobusem nr 2 do dworca autobusowego skąd istnieją bezpośrednie połączenia z Gulingiem.


Zaczynamy od kupna biletów. Kasy znajdują się w osobnym budynku. W sali wielkości boiska piłkarskiego zostało ulokowanych trzydzieści okienek, do każdego wije się długa kolejka. Nie wygląda to zachęcająco. Ustawiamy się do kasy 13-tej, która jako jedyna ma numer namalowany na czerwono. Sprzedaż idzie bardzo sprawnie, tak że wkrótce dochodzimy do okienka. Na kartce mamy wypisane numery pociągów, które nas interesują i daty. Pani długo ogląda podaną jej kartkę, następnie sprawdza coś w komputerze i odchodzi. Po chwili wraca w towarzystwie koleżanki, mówiącej po angielsku. Ta nie ma dla nas dobrych wiadomości. Na 5-tego października nie ma biletów na żaden pociąg; ani do Hangzhou ani do Nankinu. Są tylko dwa bilety bez miejscówek (stojące) na nocny pociąg do Nankinu, ale dopiero na 6-tego października. Jesteśmy tak zaskoczeni tą wiadomością, że rezygnujemy z zakupu i odchodzimy od okienka.
Po przeanalizowaniu na chłodno sytuacji decydujemy jednak, że zmienimy datę wyjazdu i ustawiamy się z powrotem w kolejce. Po ponownym dotarciu do okienka dowiadujemy się, że na siódmego października są też tylko stojące miejsca. W tej sytuacji kupujemy bilety na szóstego do Nankinu. Nie są drogie (82 RMB od sztuki), jak uda się nam znaleźć inny środek transportu to najwyżej je wyrzucimy.
Załatwiwszy w ten sposób pierwsze zadanie, zaczynamy poszukiwania przystanku linii numer 2. Okazuje się, że bilety na ten autobus trzeba kupić w jakimś bliżej nieokreślonym kiosku. Rezygnujemy zatem z jazdy autobusem z Nanchangu tym bardziej że nie wiemy ile jest bezpośrednich połączeń z Gulingiem.
Ustawiamy się zatem trzeci raz w kolejce po bilet kolejowy. Tym razem bez problemu kupujemy bilety do Jiujiangu na 11.25. Będziemy podróżować CRH, tj. China Railway High Speed z prędkością ponad 200 km/h. Nie bez trudu znajdujemy poczekalnię CRH, która jest wyjątkowo ulokowana na parterze.
Pociągi CRH wyglądem przypominają francuskie TGV czy też japońskie shinkanseny. Kursują po wydzielonych torach z dużymi prędkościami, te oznaczone symbolem D…. z prędkością 240 – 250 km/h natomiast oznaczone literą G… z prędkością dochodzącą do 310 km/h. W środku jest bardzo cicho. Bilety są droższe niż w pociągu zwykłym, ale nie za bardzo. Za bilet relacji Nanchang – Jiujiang zapłaciliśmy 40 yuanów. W naszej dalszej podróży, poczynając od Nankinu, korzystaliśmy wyłącznie z CRH.
W pociągu Ania nawiązała kontakt z Chińczykiem, który obiecał, że pomoże nam w dotarciu do celu. Zaproponował następujące rozwiązanie. On wytłumaczy taksówkarzowi, żeby nas dowiózł do bramy wjazdowej do parku Lu Shan, a stamtąd są już specjalne autobusy do Gulingu. Koszt taksówki miał wynieść 40 yuanów. Oczywiście zaakceptowaliśmy to rozwiązanie.
Wszystko szło jak po maśle, aż do chwili gdy już siedzieliśmy w taksówce a nasz Chińczyk odszedł. Wywiązała się awantura pomiędzy taksówkarzami. Właściwie to inny taksówkarz starał się wymusić na nas, żebyśmy skorzystali z jego pojazdu. O ile dobrze zrozumiałem jego gestykulacje, za kurs do samego hotelu w Gulingu chciał 200 yuanów. Był bardzo natarczywy, dopiero gdy wysiadłem z samochodu i spokojnym ale stanowczym głosem poprosiłem go po polsku, żeby sobie poszedł, dał nam spokój i mogliśmy odjechać.
Zaraz za miastem dojeżdżamy do dużej bramy, gdzie pobierana jest oplata za wjazd na teren parku. Obok stoi ogromny budynek, w którym są kasy dla niezmotoryzowanych. Problem w tym, że z obsługi nikt nie potrafi wskazać nam autobusu. Sytuacja staje się patowa. Dopiero po kilku minutach przychodzi pani, z którą możemy się porozumieć. Dowiadujemy się, że obecnie nie odjeżdża żaden autobus i pani nie wie kiedy będzie jechał. Jest jednak rozwiązanie problemu, możemy za 100 yuanów zabrać się z jej znajomym jego prywatnym samochodem. Nie mamy wyboru i przyjmujemy tę propozycję.
Płacę naszemu taksówkarzowi. Jest nam chyba wdzięczny, że skorzystaliśmy z jego taksówki, bo żąda za kurs tylko 30 yuanów zamiast umówionych 40.
Kupujemy bilety wstępu do parku gór Lu. Koszt jednego biletu to 180 RMB i nie ma żadnych zniżek. W prowincji Jianxi, gdzie się obecnie znajdujemy. zniżki mają osoby po siedemdziesiątce.
Podróż odbędziemy amerykańskim vanem prowadzonym przez młodego Chińczyka. Mamy do pokonania około 25-ciu kilometrów pod górę. Nasz kierowca był chyba kawalerem i nie miał nic, poza życiem, do stracenia. Udowadniał to, wyprzedzając wszystko co się ruszało po jezdni niezależnie od tego czy miał widoczność czy nie. Pod względem brawurowej jazdy pobił nawet kierowców irańskich. Miało to jednak i dobre strony, gdyż po pół godzinie byliśmy na miejscu.
W Gulingu grzęźniemy w gigantycznym korku. Wszystko stoi. Posuwamy się dosłownie z prędkością dwóch kilometrów na godzinę. Chińczyk nie wytrzymuje nerwowo, zjeżdża na pobocze i proponuje nam dojście pieszo do hotelu. Ponieważ jezdnia idzie w dół zgadzamy się na tą propozycję.
Idziemy, ciągnąc bagaż i przeciskając się między stojącymi samochodami. Po kilku minutach marszu skręcamy na plac ze stojącym pośrodku pomnikiem bohaterów wojny chińsko - japońskiej. Zaraz za placem znajduje się „nasz” hotel. Chińczyk kasuje umówioną sumę i znika.
Wchodzimy do środka i przedkładamy w recepcji naszą rezerwację. Pani długo szuka potwierdzenia w swoich dokumentach. Sprawdza jeszcze raz naszą rezerwację i odkrywa, że to nie jest ten hotel. My mamy zamówiony pokój w hotelu Jigwei a ten hotel nazywa się Jingong. Nie bardzo rozumiem, jak Chińczyk, który czytał naszą rezerwację mógł tak się pomylić.
Sytuacja jest dla nas bardzo niekomfortowa. Nie mamy pojęcia gdzie znajduje się nasz prawdziwy hotel. Pani w recepcji nie mówi po angielsku ani po polsku. Miasto jest kompletnie zakorkowane, więc o wezwaniu taksówki można zapomnieć. Na migi prosimy recepcjonistkę, żeby zadzwoniła do hotelu Jigwei i prosiła o przysłanie kogoś z obsługi. Pani wykazuje się dużą inteligencją i spełnia naszą prośbę. Po rozmowie telefonicznej każe nam usiąść i czekać.
Mniej więcej po upływie dwudziestu minut pojawiają się w recepcji dwie młode dziewczyny. Są to pracownice hotelu Jigwei. Nie bardzo kwapią się do ciągnięcia naszego bagażu, bierzemy więc walizki i idziemy za nimi. Niestety, teraz droga prowadzi pod górę. Dochodzimy prawie do miejsca, gdzie poprzednio zostawiliśmy samochód i skręcamy w lewo. Podejście staje się jeszcze bardziej strome. Zmieniam taktykę, zamiast ciągnąć zaczynam pchać walizkę przed sobą. Jest to trochę mniej męczące. Zgodnie z podstawową zasadą taoizmu, że jak już nie może być gorzej zmienia się na lepsze, w końcu dochodzimy do naszego hotelu.
Płacimy za trzy noce 720 RMB. Cały czas mamy nadzieję, że w Gulingu znajduje się agencja turystyczna gdzie będziemy mogli kupić bilety na lepsze połączenie do Nankinu lub Hangzhou, niż te które mamy. Muszę jeszcze wnieść walizki na pierwsze piętro, gdzie jest nasz pokój i już mogę odpocząć.
Odświeżamy się po podróży, jemy obiad w hotelowej restauracji i idziemy do miasta na rekonesans. Znajdujemy dworzec autobusów odjeżdżających do Jiujiangu i położony po drugiej stronie ulicy dworzec autobusów dalekobieżnych, skąd odjeżdżają cztery autobusy dziennie do Nanchangu. Tak, że problem powrotu mamy rozwiązany. Zawsze łatwiej dostać się z małej miejscowości do dużej, niż odwrotnie.
Kupujemy także tygodniowy bilet na mikrobusy turystyczne kursujące po całym obszarze masywu Lu. Taki bilet kosztuje 80 RMB i umożliwia dowolną liczbę przejazdów mikrobusami dojeżdżającymi do wszystkich atrakcji regionu. Jest to plastikowa karta magnetyczna, na której przy pierwszym użyciu, jest kodowany odcisk kciuka właściciela. Przed każdą podróżą użytkownik jest weryfikowany poprzez przyłożenie kciuka do specjalnego urządzenia, będącego w posiadaniu obsługi. Robimy zakupy i wracamy do hotelu. Jesteśmy trochę zmęczeni, dzisiejszy dzień obfitował w wiele wrażeń.
Rano, za 10 yuanów, jemy chińskie śniadanie i wyruszamy na pierwszą wycieczkę w góry. W planach mamy dotarcie do wodospadu Trzech Stopni. Szlak do wodospadu zaczyna się kilkanaście kilometrów od Gulingu. Na przystanku autobusu turystycznego tłok, podchodzimy do pani regulującej ruch i pokazujemy jej na mapie gdzie chcemy jechać. Pani każe nam stanąć z boku i czekać. Co chwilę podjeżdża mikrobus, do którego wsiada po kilku Chińczyków (nie ma miejsc stojących). W końcu przychodzi nasza kolej.
Jedziemy ponad pół godziny krętą górską drogą. Niedaleko za miastem mijamy malownicze jezioro Lulin potem przełęcz Hanpo. Wysiadamy na ostatnim przystanku obok współczesnej buddyjskiej świątyni. Wstęp na szlak jest płatny (64 RMB). Do początku wąwozu, w którym znajduje się wodospad możemy dojechać kolejką szynową lub dojść pieszo, wybieramy tę drugą opcję. Po dwukilometrowym marszu szeroką, leśną drogą, opadającą lekko w dół dochodzimy do końcowej stacji kolejki. Tutaj rozpoczynają się dość strome schody prowadzące na dno wąwozu.
Schodzimy w towarzystwie „stu tysięcy” Chińczyków. Co prawda tu nie ma tragarzy, ale jest dużo lektyk, na których są wnoszeni bogatsi Chińczycy. Powodują one małe utrudnienia. Za to widoki na strome skaliste zbocza są zachwycające. Mniej więcej po godzinie osiągamy cel. Wodospad jest dość wysoki i bardzo skomercjalizowany. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Szlak prowadzi nadal w dół wzdłuż potoku, który często przekraczamy po kamiennych mostkach.
Na jednym z takich mostków spotykamy kilkuosobową grupę młodych ludzi z Niemiec i Hiszpanii, studiujących w Szanghaju. Przyjechali w góry na krótki odpoczynek i zatrzymali się w Jiujiangu. Chwilę rozmawiamy i się rozstajemy. Byli to jedyni „biali”, których spotkaliśmy podczas całego pobytu w Lu Shan.
W końcu docieramy do miejsca wypoczynkowego, są tu ulokowane stragany z żywnością i toalety. Jemy lekki posiłek i decydujemy się na powrót. Do tej pory cały czas schodziliśmy, teraz będziemy musieli to wszystko podejść. Podejście jest bardzo strome, ale my mamy dobry trening z Huang Shan i radzimy sobie nie najgorzej.
Po czwartej jesteśmy na parkingu skąd odjeżdżają mikrobusy do Gulingu. Wraz z nami oczekuje na powrót kilkuset Chińczyków. Organizacja jest znakomita. Każda grupa przybywająca ze szlaku otrzymuje kartkę z numerem, który decyduje o kolejności wsiadania do pojazdu. Gdy podjeżdża mikrobus obsługa wyczytuje kolejne numery i ich posiadacze mogą zająć miejsca. Pomimo, że mikrobusy podjeżdżały często, musieliśmy czekać na odjazd ponad godzinę. Oczywiście bez pomocy czekalibyśmy jeszcze dłużej. Uprzejmi Chińczycy informowali nas, który numer jest aktualnie wyczytywany.
Powrót zajął nam dwie godziny. Więcej staliśmy w korku niż jechaliśmy. W Gulingu jesteśmy o siódmej. Na kolację wybieramy małą rodzinną restaurację. Podczas posiłku towarzyszy nam mała dziewczynka, córka właścicieli. Jest nami bardzo zaintrygowana. Robimy drobne zakupy i wracamy do hotelu.
Rano, po chińskim śniadaniu, idziemy do centrum. Niestety nie ma żadnej możliwości kupna biletów do Nankinu. W tej sytuacji decydujemy się na przedłużenie pobytu w górach Lu i powrót 6-go października do Nanchangu. W kasie dworca autobusów dalekobieżnych kupujemy bilety do Nanchangu na 6-tego października.
W planach mamy wycieczkę z przełęczy Hanpo, ale ogromna kolejka do mikrobusu zniechęca nas. Zmieniamy plany, spędzimy ten dzień w okolicy jeziora Ruqin, leżącego na zachód od Gulingu.
Przystanek mikrobusów odjeżdżających w tamtym kierunku również zatłoczony. Na szczęście nie jest to daleko, decydujemy się więc na pieszy spacer. Przechodzimy pod wiaduktem i skręcamy w lewo. Znajdujemy się w zupełnie innej części kurortu. Idziemy szerokim chodnikiem, niestety zastawionym samochodami. Po prawej stronie roztacza się wspaniały widok na góry. Wkrótce dochodzimy do skweru. Przy stolikach chińscy emeryci grają w karty lub trik traka, mamy spacerują z dziećmi po żwirowych alejkach w cieniu na ławkach odpoczywają turyści. Mijamy skwer i dochodzimy do następnego przystanku. Ponieważ nie ma zbyt wielu ludzi decydujemy się zaczekać. Wkrótce nadjeżdża mikrobus.
Mikrobusem dojeżdżamy jeden przystanek za jeziorem. Zwiedzamy tam świątynię taoistyczną i Grotę Nieśmiertelnych. Gdy chcemy wejść na szlak, zostajemy zawróceni przez pilnującego wejścia policjanta. Okazuje się, że jest to szlak jednokierunkowy i żeby go przejść musimy wrócić jeden przystanek w kierunku jeziora. Wracamy pieszo.
Szlak jest bardzo widokowy, prowadzi stromym zboczem, z którego roztacza się widok na równiny prowincji Jiangxi. Po drodze mijamy Niebiański Most, jest to półka skalna wysunięta na wysokości trzech metrów nad gruntem. Zdjęcie wykonane pod odpowiednim kątem może sugerować, że fotografowana osoba stoi na półce wiszącej nad przepaścią. Oczywiście kolejka chętnych. Czas oczekiwania na zrobienie zdjęcia wynosił 15 minut. Dalej dochodzimy do Platformy Negocjacyjnej. Jest to miejsce gdzie w 1946 roku generał Marshall spotykał się kilkakrotnie z prezydentem Republiki Chińskiej Czang Kaj-szekiem, aby negocjować porozumienie Kuomintangu z Komunistyczną Partią Chin. Koniec szlaku jest przy Grocie Nieśmiertelnych.
Wracamy nad jezioro. Przed powrotem do miasta odwiedzamy domek chińskiego poety z czasów dynastii Tang, gdzie można obserwować artystę malującego kaligrafie. Spędzamy również chwilę w oranżerii i na wystawie bonsai.
W hotelu przedłużamy pobyt o jeden dzień a następnie idziemy wymienić bilety do Nanchangu. Wczoraj kupiliśmy bilety na 15-tą. Jednak po zastanowieniu się postanowiliśmy wyjechać wcześniej, o 12-tej. Dawało to nam więcej czasu na ewentualne zorganizowanie innego przejazdu do Nankinu, niż ten, który już mieliśmy (miejsca stojące).
Po wymianie biletów jedziemy mikrobusem zwiedzi
budynek, w którym miały miejsce plena KPCh w 1959 i 1970 roku. Znajduje się on przy dobrze nam znanym placu, który przemierzyliśmy dwukrotnie, ciągnąc walizki.
Były to przełomowe posiedzenia Biura Politycznego dla najnowszej historii Chin. Na pierwszym Mao praktycznie został odsunięty od władzy, na drugim spotkało to marszałka Lin Biao, przywódcę frakcji wojskowej, starającej się przejąć władzę po upadku rewolucji kulturalnej. Koszt biletu, 50 RMB, odstrasza. Nie jestem aż tak mocno zainteresowany dokumentami i fotografiami z tamtych lat. Wracamy do hotelu.
Dzisiaj postanawiamy pojechać w kierunku jeziora Ruqin i dalej do zapory. Skąd prowadzi szlak do jeziora Lulin, które już wcześniej planowaliśmy odwiedzić. Z hotelu wyruszamy w przeciwnym kierunku niż zwykle. Z planu miasta wynika, że droga pod górę, doprowadzi nas bezpośrednio do jeziora Rugin. Plan jest dość schematyczny i w rzeczywistości dochodzimy do przystanku mikrobusów, z którego korzystaliśmy wczoraj. Też nie jest źle.
Mikrobus przyjeżdża dość szybko i po upływie pół godziny jesteśmy przy zaporze. W górę prowadzi szlak do jeziora Lulin i dalej do Gulingu, który zamierzamy dzisiaj przejść. Przedtem jednak, chcemy pójść w drugą stronę, wzdłuż strumienia, aby odwiedzić leżący niedaleko Magiczny Staw Smoka. Niestety zejście okazuje się zbyt strome i po przejściu kilkuset metrów musimy zawrócić.
W drodze do jeziora skręcamy z głównego szlaku w kierunku Stawu Czarnego Smoka. Jest to staw u podnóża niezbyt wysokiego wodospadu spadającego trzema strumieniami. Podczas pobytu w górach Lu miejsce to było odwiedzone przez przewodniczącego Mao, który pozował tu do zdjęcia. Fakt ten został wykorzystany komercyjnie. Na sztalugach jest eksponowana fotografia ówczesnego przywódcy Chin a obok stoi krzesło, do którego ustawia się długa kolejka. Każdy chce mieć zdjęcie w tym miejscu i w tej pozycji co Mao Zedong. Oczywiście zdjęcia są wywoływane na miejscu. Nie jest to jedyne takie miejsce na terenie Lu Shanu, widocznie Mao lubił się fotografować.
Wracamy na szlak. Mijamy Staw Żółtego Smoka (też u podnóża wodospadu) i dochodzimy do Trzech Szlachetnych Drzew. Są to dwie kryptomerie i miłorząb zasadzone przez mnichów w czasach dynastii Południowej Jin (265 – 420 n.e.). Mają zatem co najmniej 1600 lat. Rzeczywiście są ogromne. Z opisu wynika, że mają około 40 metrów wysokości a ich korony po 480 metrów kwadratowych. W pobliżu znajduje się świątynia buddyjska. Od świątyni do samego jeziora szlak prowadzi lasem porośniętym kryptomeriami.
Pogoda zaczyna się psuć, tak że jezioro Lulin podziwiamy we mgle. Po krótkim odpoczynku wyruszamy w dalszą drogę i wkrótce docieramy do miasta. Szlak kończy się na dobrze nam znanym placu. Ze znajdującego się tam przystanku podjeżdżamy mikrobusem do centrum.
Na obiad wybieramy restaurację położoną przy deptaku miejskim. Po obiedzie idziemy deptakiem pod górę, szukając sklepu. Mam zamiar kupić na pamiątkę kasetę DVD lub CD z filmem o górach Lu. Okazuje się, że deptak kończy się przy ulicy prowadzącej do jeziora Ruqin. Niepotrzebnie wczoraj nadkładaliśmy drogi, idąc pod wiaduktem. Ponieważ zaczyna mżyć wracamy do hotelu.
Późnym popołudniem wypogadza się i możemy zrealizować ostatni punkt naszego programu, odwiedzić willę Meilu. W latach trzydziestych XX wieku willa ta była własnością żony Czang Kaj-szeka. Obecnie znajduje się tam regionalne muzeum. Bilet wstępu kosztuje 25 RMB. Za tą cenę można obejrzeć zachowane oryginalne wnętrza, lodówkę zasilaną naftą i obrazy pani Song Meiling. Ciekawostką jest to, ze jej siostra była żoną Sun Yat-sena, pierwszego prezydenta Republiki Chińskiej i założyciela Kuomintangu.
Tej nocy hotel opustoszał. Przypuszczam, że zostaliśmy jedynymi gośćmi. Ma to swoje dobre strony. Do tej pory co najmniej do dziesiątej wieczorem musieliśmy wysłuchiwać głośno rozmawiających Chińczyków, głównie kobiet. Podobna sytuacja miała miejsce od samego rana. Dzisiaj jest inaczej, zupełna cisza. Koło północy budzi mnie dzwoniący na recepcji telefon. Ponieważ przez dłuższy czas nikt nie odbiera wstaję i chcę wyjść z pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Gdy otwieram drzwi, widzę dość dużego psa siedzącego nieopodal na korytarzu. Cofam się odruchowo. Pies nie jest agresywny na mój widok wstaje i powoli odchodzi. Wychodzę więc na zewnątrz i podchodzę do antresoli. Na dole jest hall recepcyjny. Widzę otwarte drzwi wejściowe do hotelu i pustą recepcję. Czuję się trochę nieswojo, sami w pustym hotelu pośrodku Chin pilnowani przez psa. Wracam do pokoju i zamykam drzwi na klucz.
Rano, po śniadaniu, pakujemy się. Do odjazdu autobusu mamy trzy godziny. Jest to wystarczająco dużo czasu, żeby pójść na pożegnalny spacer. Po wyjściu z hotelu skręcamy pod górę. Mijamy zakręt, za którym roztacza się widok na sąsiednie góry i położone w dole, pośród drzew, jezioro Ruqin. Po nacieszeniu oczu tym widokiem zawracamy i wąską uliczkę biegnącą w dół dochodzimy do dużego ogrodzonego kompleksu budynków, wyglądających na zespół sanatoryjno-wypoczynkowy. Zrobiło się późno i musimy kończyć spacer.
Na przystanek autobusowy dojeżdżamy oczywiście mikrobusem. Dzisiaj miasto opustoszało nie ma kolejek na przystankach, mikrobusy kursują prawie puste. Widać, że święto dobiegło końca. Na nasz pobyt przypadł szczyt sezonu. Jestem jednak zadowolony, że miałem okazję „podejrzeć” jak Chińczycy obchodzą swoje największe święto.
Koło dwunastej podjeżdża autobus pakuję nasz bagaż do bagażnika, wsiadamy i punktualnie o dwunastej ruszamy. W Nanchangu jesteśmy po dwóch godzinach jazdy.

Zdjęcia

CHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / Staw Czarnego SmokaCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / Staw Żółtego SmokaCHINY / prowincja Anhui / Lu Shan / jezioro RuqinCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / Niebiański MostCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / GulingCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / GulingCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / góry LuCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / góry LuCHINY / prowincja Jianxi / Lu Shan / góry Lu

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

05-10
ROSJA - rozmowy trochę nietypowe

Do Rosji a konkretnie do Republiki Kałmucji wybrałem się dla tulipanów. Brzmi to pewnie dość dziwnie ale są tam regiony (w Kałmucji) gdzie na przełomie kwietnia i maja na stepach kwitną dzikie tulipany. Widok podobno bajkowy, tak przynajmniej można było wywnioskować po obrazkach z netu i dlatego tam pojechałem. Niestety tamtego roku wiosna przyszła wcześniej i kiedy przyjechałem, tulipany już przekwitły.

05-06
Gruzja jest piękna! Na pewno?

Przyznaje, że tytuł relacji jest dość prowokujący. Pytanie. Ile razy rozmawiając o wakacyjnych wojażach, kiedy pada słowo Gruzja słyszycie zdanie “Gruzja jest piękna”? Jak jest naprawde wie ogromna rzesza naszych rodaków odwiedzających corocznie ten kraj. Dla mnie jest to trzeci wypad do tego kraju. Pierwszy był w roku 2014, potem w 2016 i teraz, mam więc trochę wyciągniętych wniosków, porównań i przemyśleń.

05-04
Wokół Wysp Brytyjskich - część pi...
05-03
Skiathos – przerwa na nicni...
05-01
Wokół Indii i Nepalu...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl
koniec koniec }); //}); koniec koniec