Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Moto Lato Polska 2010 > POLSKA


DrogoweLoty DrogoweLoty Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie POLSKA / północny / Dwórzno / Patryk na spacerze ze szkockim bykiemDwu tygodniowa podróż motocyklami dookoła Polski w sierpniu 2010 roku.

Jeden kraj może zwiedzić wielu podróżników, ale każdy z nich będzie miał do opowiedzenia inną historię – czas, abym opowiedziała swoją :-)


14 sierpień 2010 roku obfitował w wiele emocji, z początku obawy, czy poranna burza ustanie i uda się tego dnia wyjechać, a potem w fascynacje, że jednak udało się wyruszyć w trasę. Przy okazji dowiedziałam się też, jak wygląda jazda z 40 litrowymi kuframi bocznymi, które pierwszy raz w życiu doczepiłam do motocykla, a które pożyczyłam od kolegi Stesia, bo własnych nie posiadałam.
Tego dnia dumnie prowadziłam na nawigacji moją cebulkę i podążających za mną Grześka na R6 i Majkiego z Czarną na Honrecie. Dotarcie do pierwszego celu odbyło się bez komplikacji, choć na miejscu chwilę błądziliśmy. Do Krzywego Lasu trzeba było wjechać leśną dróżką, ale niestety żaden znak informacyjny nie został do tego czasu postawiony.
Wraz z widokiem zaczarowanego zagajnika, naszym oczom ukazała się grupka miejscowych dzieci, które na dźwięk maszyn oderwały się od swoich zajęć, by nas powitać.
W trakcie rozmów, dzieci podzieliły się z nami historią tego miejsca, że ludzie celowo stworzyli te drzewa, by łatwiej im było przy budowie mebli, sań czy łodzi. Jaka jest prawda? Tego możemy się już tylko domyślać, grunt, że jest to z pewnością niesamowite miejsce!
Gdy słońce zaczęło zachodzić, wiedzieliśmy, że czas ruszyć dalej, do Dalaszewa, gdzie czekał na nas Krzysiek, z kolacją i noclegiem. Pod samym domem, pojawił się problem z R6, która z niewiadomych powodów zgasła i nie chciała odpalić. Na noc podłączyliśmy akumulator do prostownika i udaliśmy się na odpoczynek. Zrobiliśmy 365 kilometrów.

Następnego dnia ruszyliśmy z Krzyśkiem, który był przewodnikiem z zamiłowania, na zwiedzanie Szczecina i okolic. Niestety pojechaliśmy samochodem, ale nie byliśmy pewni, czy yamaha da radę.
Miasto wywarło na mnie pozytywne wrażenie, gdzie nie gdzie przesadny przepych, by za chwilę zobaczyć totalne przeciwieństwo – jak w każdym mieście. Gdybym mogła, skradłabym stamtąd Jezioro Szmaragdowe, które zaskarbiło sobie moje względy z uwagi na zachowanie cudownej równowagi i spokoju ducha, który tam odczułam.
Czas płynął, a my krzątaliśmy się z miejsca na miejsce, aż nasze żołądki zapragnęły posiłku, w tamtym momencie, nie myśleliśmy o niczym innym, jak o pasztecikach szczecińskich!
Niestety los nie był dla nas łaskawy, bo tego dnia było święto i nie zastaliśmy żadnego otwartego punktu z tymi pysznościami.

Późnym popołudniem ruszyliśmy w dalszą część naszej podróży dookoła Polski. Na A6 spotkaliśmy się z grupą Moto-Kołobrzeg, która eskortowała nas przez 144 km do swojego miasta. Taką obstawę zawdzięczamy Robertowi, który odezwał się na moje apelacje o pomocną dłoń, jeszcze w trakcie planowania całego wyjazdu.
W czasie tak krótkiej trasy, zdążyły mi się poluzować lusterka, które obkleiliśmy taśmą, bo nikt nie miał klucza 13, a przed samym Kołobrzegiem, Grześka R6 ponownie zgasła.
Dobrze, że wcześniej poinformowałam Roberta, że mamy problem z jednym motocyklem i jeden z chłopaków – Ślimak, wziął dla nas akumulator, który niezwłocznie podmieniliśmy, dzięki czemu udało nam się wreszcie przekroczyć tablice miasta.
Tu czekało na nas kolejne rozczarowanie, nie mogliśmy dodzwonić się do osoby, która zaoferowała nam nocleg, ale na szczęście, wtedy przyszedł nam z pomocą Ricardo, pozwalając nam rozbić namioty na swojej ziemi.
Wieczór spędziliśmy w miłym towarzystwie grupy Moto-Kołobrzeg, zajadając się pizzą i spacerując po deptaku.

Kolejnego dnia, wraz z Robertem, próbowaliśmy dociec co dolega R6, bo już wiedzieliśmy, że nie akumulator. Po kilku godzinach nasze podejrzenia padły na alternator, niestety mieliśmy rację.
Żyjąc w tak dużym mieście jak Wrocław, człowiek nie wyobraża sobie, żeby czegoś nie miał pod ręką, tu wszystko krzyczy, jest ściśnięte obok siebie, a na każdą dolegliwość znajdzie się lekarstwo. Dlatego było dla mnie dużym zaskoczeniem, gdy dowiedziałam się, że osoba, która może nam naprawić motocykl, znajduje się 42 km dalej, w Koszalinie.

We wtorek odstawiliśmy motocykl do naprawy, wyrok nie był łaskawy: alternator do przewinięcia, koszy 650zł i odbiór dopiero w czwartek.
Nie pozostało nic innego jak czekać. Czy byłam zła? Byłam wściekła i rozgoryczona! Przez pół roku intensywnie planowałam ten objazd, by teraz jeden ze sprzętów mógł mi się bezkarnie zaśmiać w twarz, a na domiar złego, doganiał nas deszcz.
Mimo, że nie miałam nastroju, z wielką chęcią zgodziłam się na wzięcie udziału w imprezie Czapli z okazji becikowego - urodził mu się synek!

18 sierpnia Majki z Czarną pojechali do Dębek, gdzie mieli czekać aż do nich dołączymy. Cały ten dzień spędziliśmy pod dachem, siarczysty deszcz nie dawał złudzeń na jakiekolwiek zwiedzanie.
W czwartek dostaliśmy telefon, że R6 będzie do odbioru dopiero w piątek po 19:00.
Gdy zjawiliśmy się po motocykl, odetchnęliśmy z ulgą, był już sprawny i gotowy do drogi. Nie mogłam się pogodzić ze straconym czasem, dlatego zdecydowałam, że te 203 km do Dębek pokonamy tego samego dnia, pod osłoną nocy.
Wtedy pokonałam jeden z najpiękniejszych odcinków z całej podróży; odblaski na drodze tańczyły pomiędzy mną, mieniąc się pastelowymi kolorami, i tym samym nadając tej chwili niesamowitego czaru. Noc była mroczna, oświetlona tylko blaskiem księżyca, rzadko można było spotkać latarnie. Czułam się, jakbym brała udział w jakiejś powieści. Pamiętam dobrze moje myśli, że nikt, nigdy nie zabierze mi tej pasji, że właśnie z tym będę wiązać resztę mojego życia.
Do celu dotarliśmy późnej nocy, na dobitkę przymuszeni do rozkładania namiotu przy małej latarce.

W sobotę powitało nas bezchmurne niebo, ze słońcem i ciepłym wiatrem. W południe ruszyliśmy na Hel, od którego dzieliło nas zaledwie 63 km.
Czułam się jak w raju! Motocykli było na pęczki, co chwila podłączaliśmy się do kogoś, by zaraz potem, ktoś dołączył do nas. Nie byliśmy pozostawieni sami sobie, choć jedyne gesty, które nas wszystkich połączyły, to tylko, a może aż, uniesiona lewa ręka.
Jestem dumna z tego, że mogę się nazwać „amazonką”, że przynależę do społeczności braci motocyklowych. Od swoich pierwszych kroków w tym świecie, nie mogę wyjść z podziwu, jak to wszystko prosperuje. Bezinteresowne poświęcenie czasu, by spytać „czy wszystko w porządku?”, gdy ktoś stoi na poboczu. Chęć niesienia pomocy, gdy jest ona potrzebna. Troska, którą obdarzają Cię ludzie, z którymi jeździsz. Taki powinien być świat, ale może skoro taki nie jest, to dlatego tak bardzo to doceniamy?
Jadąc cyplem Helu, miało się wrażenie, że morze jest na wyciągnięcie ręki, przy brzegu masowo powiewały różnokolorowe maszty i żagle. Tą całą magię, na zaledwie chwilę, zakłócał widok przesadnie zatłoczonych parkingów i kempingów, ludzie wylewali się na jezdnię jak mrówki z mrowiska.
Po odstawieniu motocykli na parking strzeżony, skierowaliśmy się na plażę. Po drodze minęliśmy wiele wojskowych motywów, nawet chłopaków z Wrocławia na NSU Kettenkrad HK-101. A to za sprawą D-Day Hel, organizowanych tam przez Discovery Historia.

22 sierpnia, cebula wraz z R6 ruszyły na Warmię, a Hornet podążył swoją własną ścieżką. Pierwszym przystankiem był Sopot (65 km), gdzie żar niemiłosiernie lał się z nieba, gdy my udeptywaliśmy główny deptak i molo. Czasu mieliśmy niewiele, dlatego też po godzinie byliśmy już w trasie na Krynicę Morską (82 km), gdzie zajechaliśmy tuż pod granicę z Rosją. Od kolejnego celu, Dwórzna, dzieliło nas 155 km. Pod Elblągiem zawisły nad nami złowrogie chmury, przekształcając się po krótkim czasie w burzę. Daliśmy się spowolnić, ale nie zatrzymać.
Jazda w deszczu potrafi wiele nauczyć, przekonałam się o tym już nie raz. Z pewnością nie jest komfortowa, ale radzenie sobie w warunkach bojowych, zawsze dawało mi pewną satysfakcję. Jestem jak niespełniona G.I. Jane, która czasem lubi dostać porządny wycisk.
Do gospodarstwa Patryka, dotarliśmy bez żadnej suchej nitki na sobie. Ogarnęliśmy się w krótkim czasie, zasiedliśmy do suto zastawionego stołu i miłej rodzinnej atmosfery.
Od kolejnego ranka, Patryk zgotował nam wiele atrakcji. Jedną z nich było wypuszczenia na pastwisko młodego, szkockiego, 300 kilogramowego byka.
W tamtej chwili, zrobiłam jedno z moich najlepszych ujęć w życiu! Byk skoczył do Patryka, a ten cudem uniknął ciosu.
Dzień mijał nam na podziwianiu stada koni polskich, tam zbudowanych przez bobry i głaskania przeróżnych zwierząt. Spełniło się też jedno z moich śmiesznych marzeń; wydoiłam kozę Agatę!
Dla dziewczyny z miasta, która niewiele miała wspólnego ze wsią, było to fascynujące zajęcie. Wszak, kiedyś tylko tak można było uzyskać mleko.
Na zwiedzanie okolic, Patryk wręczył nam kluczyki od samochodu, bo nasze kombinezony jeszcze ociekały z wody. I tak pojechaliśmy do wioski Żywkowo, w której roiło się od bocianich gniazd, ale bez lokatorów i zobaczyliśmy Zamek w Lidzbarku, który w poniedziałki okazał się zamknięty dla zwiedzających.
Wieczory spędzaliśmy na rozmowach, na każdy temat, przy rozgrzewających trunkach. Nigdy nie zapomnę słów Patryka, że „nasze spotkanie było nieuniknione”. I rzeczywiście coś w tym było, bo mieliśmy wspólnego przodka!
Na samą myśl o wyjeździe z Bobrowni, moje oczy zachodziły łzami, mimo kilku spędzonych tam dni, czułam jakby to były moje cztery kąty.

Następnym przystankiem był Ostrów Mazowiecka, do którego podążyliśmy przez Kętrzyn i Mikołajki. Mimo zrobieniu 261 km, jechało się ciężko, bo przez większość czasu towarzyszył nam silny boczny wiatr. Na miejscu schroniliśmy się u znajomych Grześka, ale zostaliśmy u nich tylko na jedną noc, bo zaczynał gonić nas już czas.

26 sierpnia, nakręciliśmy 351 km, docierając do naszego kolejnego przystanku – Werbkowic, gdzie ugościł nas Mariusz, motocyklista i historyk.
Samodzielnie przygotował nam szczegółowy plan zabytków Hrubieszowa i osobiście o wszystkim opowiadał. Niestety, towarzyszyła temu deszczowa pogoda, dlatego zwiedzanie odbyło się na czterech kółkach „niezniszczalnej siedemnastki cinquecento”, wraz z Szymonem z klubu Moto Rubież.
Nigdy w życiu, w ciągu dwóch dni, nie zobaczyłam tak wiele kościołów, cerkwi, dworów i cmentarzy. Dobrze pamiętam, jak ostatniego wieczoru, rozmawialiśmy z Mariuszem przy domowej roboty cytrynówce, ze ich region ma potencjał turystyczny, ale nikt „z góry” nie chce się tym zainteresować.

W sobotę zatrzymaliśmy się u rodziny Grześka w Glinianach, koło Ostrowca Świętokrzyskiego. Na szczęście dogoniła nas w miarę dobra pogoda i te 185 km minęło nie wiadomo kiedy. Większość spędzonego tam czasu, spędziłam na regeneracji sił. Było mi zimno i czułam, że powoli dopada mnie zmęczenie.

29 sierpień był dniem powrotu do domu, od którego dzieliło nas 418 km. Chciałam wyjechać jak najszybciej z rana, ale Grzesiek tak się ociągał, że udało się to dopiero po 14:00.
Gotowało się we mnie ze złości, bo gdy zaszło słońce, zrobiło się bardzo chłodno, tego właśnie chciałam uniknąć. Przerwy na zagrzanie się trwały coraz dłuższe, coraz trudniej można było zapanować nad trzęsącymi się kończynami. Byliśmy tuż, tuż, ale jednak wciąż daleko od celu. Kilometry nieznośnie się dłużyły, ale o 22:00 tuliłam się już do stęsknionych rodziców. Byłam w domu.

Na koniec chciałabym podziękować za wsparcie, naszym sponsorom, bez Was, było by dużo ciężej! Serdecznie dziękujemy firmie Modeka, Ventura i Naszywki.com.pl.

Tekst i zdjęcia Katarzyna Rylska - Natka

Zdjęcia

POLSKA / północny / Dwórzno / Patryk na spacerze ze szkockim bykiemPOLSKA / wschodni / Hrubieszów / Wnętrze cerkwi prawosławnejPOLSKA / północno-zachodni / Kołobrzeg / Zachód słońca ze statkamiPOLSKA / północno-zachodni / Szczecin / Ciekawa kamienicaPOLSKA / północno-zachodni / Nowe Czarnowo / Krzywy LasPOLSKA / wschodni / Hrubieszów / Cerkiew UspieńskaPOLSKA / północno-zachodni / Szczecin / Jezioro SzamaragdowePOLSKA / północny / Dwórzno / Matczyna opiekaPOLSKA / północny / Hel / Samotna łódkaPOLSKA / północno-zachodni / Kołobrzeg / Wczesny zachód słońca POLSKA / południowo-zachodni / Kołobrzeg / Może morze...POLSKA / południowo-zachodni / Kołobrzeg / RatuszPOLSKA / północny / Sopot / UlicePOLSKA / wschodni / Hrubieszów / Wystrój cerkwi prawoslawnej

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl